poniedziałek, 14 grudnia 2015

Protest, apokryf, błazeńska czapka. Kilka uwag na marginesie łódzkiej nagrody dla J. M. Rymkiewicza (fragmenty)

13 grudnia w łódzkim Teatrze Nowym odbyła się uroczystość wieńcząca festiwal „Puls Literatury” – do wiadomości publicznej podano nazwisko laureata Nagrody im. Juliana Tuwima. Został nim Jarosław Marek Rymkiewicz, poeta, prozaik, eseista, tłumacz i badacz literatury. Uroczystość zakończyła się awanturą.
Odtwarzam przebieg wydarzeń na podstawie opisu zamieszczonego w nieocenionej, trzymającej rękę na pulsie „Gazecie Wyborczej”. Artykuł, którego autorką jest Izabella Adamczewska, otwierają następujące akapity:
– Mój mąż przewraca się dzisiaj w grobie. Julian Tuwim też – mówiła zbulwersowana Sława Lisiecka, żona zmarłego niedawno Zdzisława Jaskuły, po ogłoszeniu nazwiska tegorocznego laureata Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima. Kiedy wyczytano nazwisko Jarosława Marka Rymkiewicza, oklaski zagłuszyły gwizdy i buczenie.
W niedzielę ogłoszono laureata łódzkiej nagrody literackiej, reaktywowanej w 2013 roku przez Dom Literatury i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, przyznawanej za całokształt twórczości. [...] Wybór prawicowego pisarza, piewcy Jarosława Kaczyńskiego, poety, dla którego „nacjonalista” to synonim „rodaka”, wywołał burzę.
Tu konieczne słowo wyjaśnienia. Podczas procesu, jaki Rymkiewiczowi wytoczyła (za nazwanie twórców i redaktorów tej gazety „duchowymi spadkobiercami Róży Luksemburg”) spółka Agora, wydawca „Gazety Wyborczej”, poeta mówił o pierwotnym, osiemnasto- i dziewiętnastowiecznym rozumieniu słowa „nacjonalista”, które było określeniem nienacechowanym negatywnie, oznaczało bowiem „rodaka”, przedstawiciela określonego narodu, człowieka pochodzącego z tej samej nacji.

Wiersz-dowód, wiersz-argument

Sława Lisiecka, która wyszła na scenę, by oprotestować werdykt jury Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima, jako jeden z koronnych dowodów przeciwko Rymkiewiczowi przytoczyła fragmenty wiersza Poema o nagrody odrzuceniu. Dziennikarka „Wyborczej” daje tylko jeden wers: „na zdrajców czekają warszawskie latarnie”. Ten sam wers, w wersji nieznacznie skróconej („Na zdrajców czekają latarnie”), posłużył jako tytuł nagłówka, stał się więc – zgodnie z decyzją autorki tekstu – czymś w rodzaju emblematu twórczości poetyckiej autora Zachodu słońca w Milanówku.
„Utwór”, w sposób oczywisty nawiązujący do faktu manifestacyjnego nieprzyjęcia przez Jarosława Marka Rymkiewicza Nagrody Literackiej m. st. Warszawy (za całokształt twórczości), warto może zacytować in extenso:

Poema o nagrody odrzuceniu
Nagroda to zatruta. Odrzucam ją dumnie
Niechaj zdrajcy Ojczyzny przyjmują srebrniki
Judaszowe. Już wolę być zamknięty w trumnie
Niż od niewiasty, która smoleńskie pomniki
Zbezcześciła, brać złoto. Lubo lepiej śpiewać
Pieśń do boju, Polaków do męstwa zagrzewać.
O wolność śpiewam dla mej Ojczyzny zmęczonej
Przez zaborców łupionej, przez szubrawców lżonej.
Jak dawni męczennicy, wygnańcy, prorocy
Ciosy najcięższe przyjmę – dodają mi mocy!
Lutnię trącam, a Naród się do Wieszcza garnie.
W Milanówku wykarmion, rządzę na Parnasie.
Nagrodą: wieczna sława, niebo w pełnej krasie
A na zdrajców czekają warszawskie latarnie…
Kto komunę podstępną zwalczał już za młodu,
Klątwę rzuca carycy stołecznego grodu.
Nie na darmo mnie zwano „Wolności Królewicz”
–
Więc plwam na odznaczenia Hanny Waltz-Gronkiewicz!

Nieprawda emblematyczna

Trzeba przyznać, że nie jest to „poema” najwyższych lotów. Fundament wiersza stanowi stylizacja, by tak rzec, barokowo-romantyczna. Jest tu kilka archaizmów („poema”, „niewiasta”, „lubo”, „wykarmion”, „plwam”), szyk inwersyjny, są (prawda: dość malownicze) przerzutnie. Jest trzynastozgłoskowiec, miara, którą Jarosław Marek Rymkiewicz szczególnie sobie upodobał. Jest stroficzna różnorodność – najpierw sekstyna (choć bardziej stosowny byłby tu wers jedenasto- lub ośmiozgłoskowy), potem strofy czterowersowe, o zróżnicowanym układzie rymów (aabb, cddc, eeff). Wszystko to ma jednak podpierać i uprawomocniać myśl dość błahą i, powiedzmy to wprost, samodurną. Podmiot wiersza to zakochany w sobie pseudo-wieszcz, mieszkaniec „Parnasu”, ktoś, kto spogląda na rzeczywistość przez pryzmat martyrologiczno-tyrtejskich kalek kulturowych. Mało tego – wzywa (choć nie wprost) do krwawej rozprawy ze „zdrajcami Ojczyzny”, ujawniając swoją prawdziwą twarz – wykrzywioną fizys rewolucjonisty i rezuna.
Wszystko to idealnie zgodne z wizerunkiem Rymkiewicza, jaki funkcjonuje w kręgach uważających poetę z Milanówka za niebezpiecznego szaleńca. Właśnie dlatego, jak sądzę, uwaga Sławy Lisieckiej skoncentrowała się na przytoczonym wyżej wierszu. Bo przecie ktoś, kto TAK przemawia, kto z TAKĄ butą i pychą pcha się na piedestał – sam obnaża własne niskie motywacje, sam wystawia sobie świadectwo umysłowego ubóstwa. Człowiek kulturalny nie ma wyjścia – musi protestować, ogłaszać (głośno, by wszyscy usłyszeli) votum separatum. I koniecznie – cytować. By czytelnicy gazet wiedzieli, z kim mają do czynienia. By urywek o „warszawskich latarniach” czekających na „zdrajców” utkwił im w głowach i strzegł ich przed błędnymi ścieżkami anty-kultury.
Kłopot w tym, że autorem inkryminowanego wiersza nie jest Rymkiewicz. Napisał go przed kilkoma miesiącami i opublikował w swoim felietonie na portalu Tomasza Lisa – Wojciech Sadurski. Felieton opatrzono „barokowym” tytułem Tylko u mnie: nowy wiersz Jarosława Marka Rymkiewicza. Już ten tytuł powinien wzbudzić czujność łódzkiej tłumaczki. Ale nie wzbudził. Czy można było potraktować poważnie mistyfikację Sadurskiego, jeśli przeczytało się uważnie zdania wprowadzające – nadzwyczaj subtelnie – w materię felietonu? Warszawą, Polską, no i prawie całą Europą wstrząsnęła wieść o tym, że poeta Jarosław Marek Rymkiewicz odmówił przyjęcia kolejnej nagrody poetyckiej – pisał felietonista. – [W] uzupełnieniu powyższego oświadczenia [przedstawiającego powody odrzucenia warszawskiej nagrody], niezbyt przecież lotnego, Poeta dopisał również aneks mową wiązaną, nazwany „Poema o Nagrody Odrzuceniu”. Udało mi się dotrzeć do tego, jeszcze nieopublikowanego nigdzie indziej poematu.) „Poemat” jest oczywistym quasi-apokryfem, przemycającym nie myśli Rymkiewicza, ale poglądy i oceny profesora nauk prawnych, Wojciecha Sadurskiego.

Tabuizatorzy

U źródeł spektakularnego gestu sprzeciwu z 13 grudnia 2015 roku stoją więc nie, jak można by sądzić, rzetelny namysł analityczno-interpretacyjny i krytyczna ocena faktów literackich, lecz idiosynkrazje i aprioryczne sądy, wzmocnione – doprawdy, nazbyt prostymi – tezami z wierszowanej mistyfikacji Sadurskiego. Przypadkowe hierarchie, powierzchowność, blaga i święte oburzenie – jakże to częste zjawisko na naszej kulturalno-politycznej agorze...
Bogu dzięki, że w jury Nagrody Tuwima znalazła się osoba formatu Leszka Engelkinga, który w swojej laudacji nazwał J. M. Rymkiewicza Klasykiem, który jest oryginalny, zwolennikiem powtórzeń, który jest niepowtarzalny, i powiedział m.in.: takich książek, jak dzieła eseisty z Milanówka [...] wcześniej w literaturze polskiej i nie tylko polskiej nie było. Engelking, świetny badacz kultury, tłumacz i poeta, wie – równie dobrze, jak Jarosław Marek Rymkiewicz – że refleksja historiozoficzna i namysł nad polityką znajdują niekiedy swoje odzwierciedlenie w literaturze (bo pisarz, podobnie jak inni ludzie zanurzony jest w czasie, to znaczy: dokonuje wyborów, ma prawo do prezentowania własnych sądów i przekonań), ale w swoich najgłębszych pokładach literatura daleko wykracza poza politykę i historię. (Jeśli kto wątpi, niech raz jeszcze przeczyta Rymkiewiczowskie Rozmowy polskie latem roku 1983, niech zajrzy do esejów Juliusz Słowacki pyta o godzinę czy Kinderszenen, niech przewertuje tomy poetyckie Pastuszek Chełmońskiego i Koniec lata w zdziczałym ogrodzie. Albo którąkolwiek z licznych książek autora z Milanówka.)

Przed przyjęciem prawdy o rzeczywistej randze dzieła Jarosława Marka Rymkiewicza wzbraniają się ci, którzy fakt uhonorowania pisarza oprotestowali. Wśród nich pewien łódzki poeta i prozaik średniego pokolenia, który na scenę Teatru Nowego wyszedł w stroju zaskakującym w swej adekwatnej jednoznaczności – w błazeńskiej czapce, z wieńcem z główek czosnku na piersi – oraz autorka książek-manifestów, specjalistka od Tabu i Obciachu, bohaterka niedawnego głośnego skandalu erotyczno-pożyczkowego z udziałem Ignacego Karpowicza, jakże nieoczekiwanie skłonna do tabuizowania i wykluczania.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Pl. Piłsudskiego - Łączka. 27.09.2015 (cz. 3)





Jaki kształt winna by mieć idealna mowa wygłoszona nad trumnami uczestników antykomunistycznego powstania, których mordowano w stalinowskich więzieniach i katowniach? Każde jej słowo musiałoby być zarazem dobitne, aby zapadło w pamięć żałobników, i lekkie – lekkością właściwą słowom skrzydlatym, opierającym się upływowi czasu, przechowywanym przez zbiorową pamięć. Musiałaby przypominać słynną mowę marszałka Józefa Piłsudskiego wygłoszoną nad trumną Juliusza Słowackiego 28 czerwca 1927 roku.

Żywi znajomi

Piłsudski oparł swoją orację na dialektycznym związku pojęć życia i śmierci. „Gdy przed trumną stoję – rozpoczął – mówić muszę o śmierci, o wszechwładnej pani wszystkiego, co żyje. Wszystko, co żyje, umiera, a wszystko, co umiera, żyło przedtem. Prawa śmierci są bezwzględne. Są, jak gdyby chciały stwierdzić prawdę, że co z prochu powstało, w proch się obraca. Gdy kamień na taflę spokojnej wody rzucamy, powstają kręgi, idące wszerz i zamierające powoli. Tak żyją ludzie, gdy śmierci przepastne bramy przekroczą; kręgi powoli zamierają i nikną, pozostawiając po sobie pustotę, a nawet zapomnienie. […] Żyło ludzi mnóstwo i wszyscy pomarli. Pokolenia za pokoleniami, żyjące codziennym życiem, zwykłym lub niezwykłym, do wieczności przechodzą, pozostawiając po sobie jeno ogólne wspomnienia. Wspomnienia, gdzie imion nie ma i nie ma nazwisk. A jednak prawda życia ludzkiego daje nam i inne zjawiska. Są ludzie i są prace ludzkie tak silne i tak potężne, że śmierć przezwyciężają, że żyją i obcują między nami”.
Słowackiego, którego dzieło miało stać się jednym z fundamentów odrodzonej Rzeczypospolitej, nazwał marszałek „naszym żywym znajomym”. Dowodził, że wiele szczegółów z życia autora Genezis z Ducha jest powszechnie znanych, bo zostały „skądś wyciągnięte i rzucone przed oczy”. Romantyczny poeta „żyje wśród nas i prawda śmierci okrutna, prawda śmierci potężna nie istnieje dla niego. […] Słowacki żyje dlatego, że umrzeć nie może. Zda się, jak gdyby bramy śmierci przepastne za nim zamknęły się nieszczelnie. Dla niektórych ludzi zostają one otwarte, tak że życie i śmierć się nie rozdzielą” – wołał Piłsudski, a było to wołanie człowieka, który nie tylko głęboko wierzy w prawdę, którą wypowiada, ale ze wszystkich sił usiłuje zaszczepić ją słuchaczom. Słuchacze mają ponieść ją dalej, mają przekazać ją przyszłości.
Przetykając własne zdania kryptocytatami ze Słowackiego, mówił marszałek o szkieletach, co pozostają „żywe, przejrzyste, świeże i młode, tak że płakać po nich nie umiałby nikt szczerze”, mówił, że trumna poety idąca przez cały kraj nie jest żegnana, lecz witana, a „żałobne dzwony nieżałobnie biją, lecz biją radością i tryumfem”.
Wielka oracja wygłoszona przez Piłsudskiego przy składaniu prochów poety-wygańca na Wawelu mogłaby zostać – z nielicznymi zmianami – powtórzona nad szczątkami Wyklętych. Za nimi również, wbrew woli i działaniu komunistycznych władz, przepastne bramy śmierci zamknęły się nieszczelnie. Ich prace tak silne były i potężne, że mimo śmierci z rąk katów – śmierci mającej ich pohańbić i zetrzeć na proch – pozostali przy życiu, by obcować z nami. Ich szkielety, zjedzone przez czas, rozpuszczone w ciemnych nurtach ziemi, stały się znakiem dla nas, którzy na zaświadczonej przez nich prawdzie usiłujemy budować własną teraźniejszość. Niezłomni żyją, bo nie mogą umrzeć. Śmierć się ich nie ima, nicość nie ma do nich przystępu.

Sumienie czasów

Nad Łączką przesuwają się chmury. Cmentarne sosny muskają je ciemną zielenią. Z ust urzędników i przedstawicieli władz płyną okrągłe zdania, ale mimo najlepszych chęci przemawiających, w słowa wypowiadane z namaszczeniem i powagą wpisana jest jakaś elementarna niemożność – ta sama, o której w styczniu 1856 roku, kilka dni przed złożeniem do grobu ciała Adama Mickiewicza, wspominał Cyprian Norwid: „Jest pogrzeb historyczny za dojrzeniem sumienia czasów – i pogrzeb parafialny. Nie sądzę, abyśmy już dojrzeli dosyć, aby pierwszy ś.p. Adamowi sumiennie urządzić można było – lubo życzyłbym takiej błogo-zacności czasowi naszemu”.
Obrzędy, w których uczestniczymy, to bez wątpienia pochówek „parafialny”. Usiłujemy je sobie przedstawić jako „pogrzeb historyczny”, ale chyba wszyscy odczuwamy ich niewystarczalność. 

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Pl. Piłsudskiego - Łączka, 27.09.2015 (cz. 2)





Czarne wozy z sosnowymi skrzynkami odjeżdżają z placu Piłsudskiego. Odmaszerowują żołnierze i poczty sztandarowe. Jakiś głos wzmocniony przez elektroniczną aparaturę podaje informację, że rodziny Niezłomnych mogą kierować się do autokarów oczekujących w pobliżu. Pozostali muszą radzić sobie sami. Ruszam w stronę Krakowskiego Przedmieścia, mijam pomnik Piłsudskiego, pod którym grupka obcokrajowców słucha objaśnień przewodnika. Marszałek, któremu III RP wyznaczyła rolę ciecia na parkingu obok Hotelu Europejskiego, patrzy przed siebie obojętnie – jakby nie spodziewał się po nas niczego ponad to, co właśnie wydarzyło się na placu noszącym jego imię. W prawej ręce trzyma buławę. Lewa dłoń spoczywa na głowicy szabli. Milczy. Mundur na nim szary.
Czy pół godziny wystarczy, by dotrzeć na powązkowski Cmentarz Wojskowy? Wątpię. Tym bardziej że nie mam pojęcia, czym i skąd jechać. U zbiegu Taraszewicza-Tokarzewskiego i Krakowskiego Przedmieścia proszę o radę przypadkowych przechodniów. Nie wiedzą, kręcą głowami. Zawracam. Przecinam plac Piłsudskiego i dochodzę do Królewskiej. Na przystanku człowiek z flagą – warszawiak, orientuje się, jestem więc uratowany. Wsiadamy do autobusu, rozmawiając. Emocjonalnej wymianie zdań między nami przysłuchują się starsze panie, radzą wysiąść przy placu Wilsona. Która to? Jedenasta czterdzieści? Dwadzieścia minut do pogrzebu na Łączce, a tu pół miasta do przejechania i jeszcze przesiadka. Przez plac Wilsona biegniemy. Następny autobus za kilka minut, będziemy po czasie. „Niech się pan nie martwi – mówi człowiek z flagą – zdążymy, wszystko rozpocznie się z opóźnieniem”. Ma rację, gdy wchodzimy na Powązki, właśnie zajeżdżają autokary z rodzinami. Wiele osób starszych, prowadzonych pod ramię, idących wolno, noga za nogą. Drewniane laski, sztandary, biało-czerwone szarfy. Jacyś ludzie niosą zrolowany transparent. Obok nas dwaj siwowłosi mężczyźni w galowych mundurach, pod pachą jednego z nich sztandar WiN. Orzeł i czarna tasiemka na szczycie drzewca. Z cichym szelestem przejeżdżają meleksy wiozące tych, którzy sami nigdzie już nie wychodzą. Dziś chcieli być na Łączce.
Na granicy kwatery „Ł”, podobnie jak dwie godziny wcześniej pod papieskim krzyżem – barierki. Aby dostać się dalej, należy okazać zaproszenie. Dla wszystkich, którzy przyszli tu nieproszeni, po drugiej stronie naprędce wzniesionej budowli, nazwanej „Panteonem-mauzoleum Niezłomnych Wyklętych”, ustawiono sporych rozmiarów telebim. To może dobrze – wszyscy nie zmieścilibyśmy się przecież w wąskiej przestrzeni pod murem, tam, gdzie na zbezczeszczonych szczątkach ludzkich w latach osiemdziesiątych postawiono nowe groby. A ponieważ, jak się zdaje, w żadnej z naszych telewizji nie jest przeprowadzana bezpośrednia transmisja ciągła dzisiejszych uroczystości – jedynie ci, którzy są na Łączce, którzy tłoczą się u stóp telebimu i między okolicznymi grobami, mają szansę zobaczyć i usłyszeć to, co zobaczyć i usłyszeć powinna cała Polska.

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Pl. Piłsudskiego - Łączka, 27.09.2015 (cz. 1)




Strefa alegorii

Moment wejścia w obręb parku miejskiego, który do dziś nosi dawną nazwę Ogrodu Saskiego, oznacza stopniowe wygłuszanie odgłosów miasta, w słoneczny niedzielny poranek powoli budzącego się do życia. W cieniu drzew ustawiono tu kamienne figury. Przechodzę obok nich w milczeniu, wpatrując się w zarys Grobu Nieznanego Żołnierza. W grudniu 1944 roku, kiedy Niemcy dopalali Warszawę, podmuch eksplozji, która zniszczyła Pałac Saski, pozrywał rzeźby z postumentów. Frunęły w powietrzu, jakby wykonano je ze styropaniu lub z papier-mâché, koziołkowały, traciły głowy i ręce, atrybuty wypadały im z rąk. Gdy podniesiono je z upadku, trudno było rozpoznać, kto jest kim i jaką prawdę miał przekazać odwiedzającym Ogród. Części rzeźb nie zidentyfikowano, poustawiano je na niewłaściwych cokołach, obecnie przemawiają więc dziwnym, nie do końca zrozumiałym językiem.
Gdyby wsłuchać się w ich głosy, co by nam powiedziały?
„Arytmetyka” jest kopią dawnego pomnika, wykonaną po wojnie na podstawie dostępnej dokumentacji. Prezentuje się jako młoda niewiasta w sukni, której prawy rękaw opada, odsłaniając część ramienia. W jednej ręce dzierży rysik, drugą oparła na księdze. Będzie pisać. Być może – dla lepszego utrwalenia – zapisze formułę, jaką wyryto na jej szacie: „Par et impar”, co znaczy: „Równe i nierówne”. Pierwsza z rzeźb poucza mnie zatem mniej więcej tak: „Idealne równanie arytmetyczne powstaje, gdy poszczególne elementy dodane do siebie lub od siebie odjęte dają ten sam wynik. Liczy się tylko precyzja obliczenia”. I dodaje: „Sprawdzaj i porównuj. Zestawiaj, aby uniknąć błędu”.
Postać stojąca na postumencie z napisem „Prawda” dawniej nosiła włoskie imię „Ammaestramento”, to znaczy: „Pouczenie”. Słownik współczesnego języka włoskiego podaje kilka znaczeń dodatkowych – nauka, przestroga, uczenie, wychowywanie. Zgodnie z zasadami zawartymi w słynnej Ikonologii Cesare Ripy Ammaestramento należy przedstawiać jako czcigodną, pełną powagi postać męską o wspaniałym wyglądzie, trzymającą w ręku lusterko, wokół którego umieszczony jest napis: „Inspice, cautus eris”, co można przełożyć na polski w następujący sposób: „Przyglądaj się, a upewniony będziesz”. Ten młody mężczyzna, któremu po wojnie – wbrew zaleceniom Ripy – wciśnięto w dłoń księgę, napomina mnie: „Bacz, bądź uważny, obserwuj – zostaniesz nagrodzony wiedzą, twoje wątpliwości znikną, objawi ci się prawda”.
Dzisiejsza Geografia nosiła niegdyś miano Sprawiedliwości. Wtedy trzymała w dłoni kątomierz, dziś w miejsce kątomierza wstawiono lusterko (nie to samo, które jeszcze w trakcie powstania należało do Ammaestramento – tamto, zanim na dobre odeszli, stłukli Niemcy). Sprawiedliwość, zamiast mierzyć i ważyć, wpatruje się teraz we własne odbicie. Ta znacząca zmiana to sprawka dziewiętnastowiecznych konserwatorów. Jakby przewidzieli, co się tu będzie działo w połowie wieku dwudziestego i później. Jakby objawiła im się rzeczywistość dwóch okupacji, niemieckiej i sowieckiej. Konserwatorzy sprzed dwóch stuleci uznali widać, że roztrząsanie skomplikowanej kwestii odpowiedzialności za czyny i słowa nienajlepiej służy rzeźbom i ludziom. Świadomie lub nieświadomie postawili przed nami także zadanie z zakresu geopolityki prawa, przymusili nas do zapytywania o związek między miejscem na mapie, jakie zajmuje dana zbiorowość, a stopniem moralnej presji, której zostaje poddana. Bo sprawiedliwość lub jej brak wiele mają wspólnego z geografią.
Kiedy więc wychodzę z cienia drzew posadzonych na miejscu dawnego Ogrodu Saskiego, brzmią mi w głowie trzy przykazania. Przyglądaj się. Sprawdzaj i porównuj. Domagaj się jednoznacznych odpowiedzi.

Strefa zamknięta

Dwadzieścia minut przez rozpoczęciem nabożeństwa żałobnego plac nie jest wypełniony nawet w jednej piątej. W odległości kilkudziesięciu, może stu metrów od papieskiego krzyża ustawiono żeliwne barierki. Są w nich dwie śluzy obsadzone przez ochroniarzy i przedstawicieli organizatora uroczystości – Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Dwie kolejki o nieregularnych brzegach wolno posuwają się do przodu. Ludzie z flagami, starcy w mundurach, z opaskami Polski Walczącej na rękawach marynarek. Przy bramkach sprawdzane są zaproszenia – wpuszcza się urzędników, VIP-ów i rodziny Wyklętych. Dziewięćdziesięcioletni zażywny pan, który na Powązkach okaże się członkiem jednego z akowskich pocztów sztandarowych, podchodzi do bramki, lecz zostaje zatrzymany przez ochroniarza o grubym karku. Pada pytanie o zaproszenie, po czym mężczyzna, który dokumentem nie dysponuje, zostaje, w nie do końca grzecznych słowach, odesłany na koniec kolejki. Kiedy wejdą wszystkie osoby zaproszone, będziemy wpuszczać pozostałych – wyjaśnia kobieta z identyfikatorem na szyi. Kombatant próbuje jeszcze tłumaczyć, kim jest, dlaczego się tu znalazł, co robił przed siedemdziesięciu laty, ale wygolony cerber nie słucha. Żuje gumę.

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).




sobota, 5 grudnia 2015

Dwie książki z nominacją do Nagrody Literackiej 'Identitas'


Do Nagrody Literackiej 'Identitas' za rok 2014 nominowane zostały następujące książki:


  • Przemysław Dakowicz, Obcowanie. Manifesty i eseje, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2014

  • Przemysław Dakowicz, Przeklęte continuum. Notatnik smoleński, Wydawnictwo Arcana, Kraków 2014


  • Anna Janko, Mała zagłada, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015


  • Marta Kwaśnicka, Krew z mlekiem, Wydawnictwo Teologia Polityczna, Warszawa 2014

  • Jarosław Marek Rymkiewicz, Pastuszek Chełmońskiego, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2014

  • Mariusz Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014


poniedziałek, 30 listopada 2015

Rozmowa o mesjanizmie, historii i współczesności


W zbiorze dialogów prowadzonych przez M. Mazurka i A. Ławniczak, który właśnie się ukazał, znalazła się także rozmowa poświęcona mesjanizmowi, historii i współczesności. Książkę Kilkunastu gniewnych ludzi polecam Państwa łaskawej uwadze. Wśród rozmówców m.in. abp Marek Jędraszewski, dr hab. Krzysztof Koehler, prof. Zdzisław Krasnodębski, prof. Ryszard Legutko, Antoni Libera, prof. Andrzej Nowak, Bronisław Wildstein i Wanda Zwinogrodzka.

Poniżej fragment dialogu pt. Mesjanizm pozwolił nam przetrwać.






AGATA ŁAWNICZAK: Zajmuje się Pan naukowo tradycją romantyzmu, jak pan reaguje na poglądy, iż jest ona naszym nieszczęściem fundującym czyny nierozważne, pełne niepotrzebnego heroizmu, który wykrwawił nas jako naród, uśmiercił młody kwiat inteligencji (Powstanie Warszawskie) i na dziesięciolecia odsunął od nurtów nowoczesnego rozumienia społeczeństwa zachodniego, racjonalnej gospodarki.

PRZEMYSŁAW DAKOWICZ: Chciałbym tu powiedzieć coś bardzo istotnego, coś, z czym wielu krytyków historiozoficznego konserwatyzmu zapewne się nie zgodzi. Otóż inkryminowany romantyczny mesjanizm, który uważany jest dziś przez wielu za nieznośny balast, niepozwalający przenieść się Polakom w krainę wiecznej, liberalistyczno-racjonalistycznej, szczęśliwości – ten „nieszczęsny” mesjanizm pozwolił nam przetrwać, nie dał nam rozpłynąć się w żywiołach niemieckim czy rosyjskim. Rzeczywista wartość idei mesjanistycznej nie polegała na tym, co najmocniej irytuje krytyków tego sposobu postrzegania i definiowania polskości, czyli na wprawianiu Polaków w samouwielbienie. Istota mesjanizmu – tak jak go pomyślał Mickiewicz w latach trzydziestych, po klęsce powstania listopadowego – to głębokie przekonanie, że ta rozbita zbiorowość nie może się poddać, że nieustannie musi nad sobą pracować, by stawać się wciąż lepszą i lepszą. To był skierowany do narodu pogrążonego w rozpaczy nakaz doskonalenia się – wbrew wszystkiemu i wszystkim. Mickiewicz powiedział nam w Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego: jesteście sami, nikt wam nie pomoże, musicie sobie radzić, musicie nieść jeden drugiego, a gdy upadniecie, podnosić się i dążyć dalej. I jeszcze: nad wami tylko Bóg, on was prowadzi. To był największy z możliwych progresywizm – nie zaścianek i zacofanie. Z tego wyrosła Polska 1918 roku. I ze Słowackiego, bo jak wiadomo, Józef Piłsudski najchętniej czytał Króla-Ducha i Beniowskiego.

Przywołując Słowackiego, zastanawiał się pan nad tym, czy jesteśmy żywi, czy martwi.

Wspomniałem w tamtym tekście (to była recenzja Pastuszka Chełmońskiego) poemat Słowackiego Poeta i Natchnienie, mimo że w wierszach Jarosława Marka Rymkiewicza, które omawiałem, znalazło się odwołanie do innego dzieła – do dramatu mistycznego Samuel Zborowski. Ale Rymkiewicz pisał „Braćmi Atessy jesteśmy, Juliuszu”, a imię Atessa pojawia się nie tylko w Samuelu Zborowskim, również w zachowanych fragmentach Poety i Natchnienia – więc nie uchybiłem zbytnio regułom sztuki interpretacyjnej. Jest wśród tych fragmentów zapisanych przez autora Anhellego niezwykłej piękności parabola. Proszę wybaczyć, nie mogę sobie odmówić lektury kilku oktaw – to ogromnie ważny tekst, warto go zapamiętać:

Skrzypnęła czegoś jedna stara belka
I poruszyła... gniazdo... jaskółczychy,
Z gniazda wypadła ptaszyna niewielka,
Bez pierza... mały, zimny trupek lichy...
Więc potem tego dziecka rodzicielka
I ojciec... w domek przylecieli cichy,
Prosto... do gniazda, do swojego kątka,
I nie znalazłszy dwojego dzieciątka...

Wyszli oboje... Boże, z jaką wrzawą,
Wie matka, której ludzie dziecko skradli;
Wreszcie ujrzeli go... pod moją ławą,
Oboje z niebios jak martwi upadli,
Ojciec na lewo... a matka na prawo;
Usiedli przy nim... a skrzydła tak kładli
I tak ciągnęli... biedaczki, za sobą,
Jak magnet ciężką okryty żałobą,

Ale... oboje... Śmierć tak była świeża!
Tak niespodziana! taką zda się zdradą
Niebios... że ojciec – matka nie dowierza,
Owszem... przy dziobku jeszcze mu żer kładą,
Dziobkami... ciałka probują i pierza,
A ono z główką wyciągniętą, bladą,
Z początkiem tylko dziecięcych skrzydełek
Leży... jak srebrny na herbie orzełek...

Więc... o niewiaro cudna rodzicielska,
O długie, piękne tych serc niepokoje,
O! cudna myśli w ptaszkach – już anielska,
Za skrzydła wzięli dzieciątko oboje...
I wyżej... niż tam brzoza, nimfa sielska,
Rozrzuca swoje girlandowe zwoje,
Podnieśli... myśląc, że w nim lot roznieci
Życie – że z dziobków puszczone... poleci...

Tak połączone... przez biały dyjament...
Stało nade mną w niebie biedne stadło...
Potem je może zdjął rozpaczy zamęt,
Bo upuścili dziecko... a te spadło,
A oni siedli nad nim znów... i lament
Taki podnieśli... że mi lice bladło,
Serce bolało... tak jak dzisiaj boli,
Bo coś tam dla mnie... jest w tej paraboli.

O tak, nim ja w śmierć ojczyzny uwierzę,
Chociażby jak trup w grobie leżąc zbrzydła,
Potargam wprzódy ją pieśnią za pierze,
Porwę ją wprzódy na pieśniane skrzydła,
Porwę ją z ziemi, tak jak wicher bierze,
Stargam łańcuchy wszystkie – wszystkie sidła,
Podniosę w niebo, aż gdzie Pan Bóg świeci,
Puszczę... jeżeli żywa – to poleci.

Wie pani, wydaje mi się, że te kilka strofek, które przeczytałem, to jedna z najpiękniejszych literackich wypowiedzi o Polsce, jakie kiedykolwiek powstały. Może nawet najpiękniejsza. Jest tu głęboki, palący smutek wygnańca, jest rozpacz złamana wielkim „nie pozwalam”. Ojczyzna umarła, ale ja ją wskrzeszę – wykrzykuje poeta. To jest krzyk na przekór wszystkiemu, protest kochanka, który wie, że nigdy nie przestanie kochać. W przywołanych oktawach doszło do głosu uparte wołanie ludzi dziewiętnastego wieku o Polskę, o jej zmartwychwstanie. Słowacki pisał to między powstaniami, kiedy nadzieja na wskrzeszenie państwa była – z perspektywy zdroworozsądkowej – ostatecznie pogrzebana. My jesteśmy dzisiaj w odmiennej sytuacji, nikt nas za nieprawomyślność na Sybir nie wysyła. Ale po przejściu przez komunizm, po uporaniu się z tym nowotworem, który polskość rozkładał i niszczył, musimy, jak Słowacki, targać Polskę za pierze, porywać ją za skrzydła, unosić do nieba, tam gdzie Pan Bóg świeci, i puszczać – po to, by się przekonać, czy wciąż bije w niej serce, nasze własne serce.

Gdyby - pozwalam sobie na ten zwrot, bo w pańskiej Afazji polskiej pojawia się on rytmicznie, zatem, gdyby nie historia Sokala i wpleciona weń historia rodziny, byłby pan tak uwrażliwiony na naszą przeszłość, na dzieło zniszczenia siane przez Rosję? W jaki sposób ta historia wpłynęła na pańskie rozumienie polskości i naszej kultury?

Jest to dla mnie kwestia nie do końca zrozumiała. Bo do pewnego momentu rodzinne historie powtarzane przez mojego dziadka nie miały do mnie dostępu. Wiedziałem, ale nie pojmowałem. Aż pewnego dnia zrozumiałem, pojawiła się we mnie tęsknota za tamtym utraconym światem, zaczęła pracować wyobraźnia – zadałem sobie pytanie: co by było, gdybym urodził się w zupełnie innym miejscu, niż się urodziłem, wśród zupełnie innych ludzi, gdyby ich wszystkich, stryjów, wujów, ciotek, kuzynów, szwagrów i szwagierek moich dziadków i pradziadków nie porozrzucało po całym świecie, gdybyśmy wszyscy – taka wielka, rozgałęziona, zasiedziała rodzina tkwili i wzrastali tam, blisko siebie, gdyby tych naszych korzeni nikt nie przeciął i nie wypalił żywym ogniem? Przecież, to oczywiste, byłbym zupełnie innym człowiekiem – chodziłbym przez most na Bugu do klasztoru bernardynów i przed obrazem Matki Bożej Pocieszenia, przed cudownym obrazem, klęczałbym i spowiadał się ze swoich życiowych zwichnięć. Na studia wyjechałbym do Lwowa, byłaby tam pewnie wspaniała polonistyka, wędrowałbym po śladach Fredry, Bogusławskiego, Chmielowskiego, Długosza, Grottgera i Goszczyńskiego. Jako dwudziestolatek otarłbym się o poetę Zbigniewa Herberta, który w swoich wierszach sławiłby piękno rodzinnej ziemi lwowskiej, a śpiewu Andrzeja Hiolskiego słuchałbym w latach dziewięćdziesiątych nie we Wrocławiu, podczas spotkania lwowiaków przeszczepionych na inną ziemię, ale w Teatrze Wielkim przy lwowskim Corso. Kardiologa Jerzego Masiora poznałbym w zupełnie innych okolicznościach i w innym miejscu. Ani słowem nie wspomniałby on o swoim udziale w obronie Lwowa w 1939, bo w takiej obronie nigdy by nie uczestniczył, tej obrony by nie było. Może, jak zdarzyło się w rzeczywistości, zaprowadziłby mnie na Cmentarz Orląt, ale nie pokazałby mi asfaltowej drogi, którą Sowieci przeciągnęli przez środek lwowskiej nekropolii. Wszystko byłoby inne. Wracając więc do pani pytania – tak, ta rodzinna historia, zawierająca sceny dramatyczne i mrożące krew w żyłach, odcisnęła się głęboko w mojej psychice i przemieniła mnie.
Sokal stał się dla mnie miastem-symbolem, sygnaturą rodzinnego losu, który jest mniej więcej zgodny z losem zbiorowości. Zresztą, choćbym nawet nie chciał, musiałbym uznać Sokal za znak – bo miasto to zostało podzielone na dwie części, po jednaj stali Niemcy (zajęli dzielnicę Zabuże ze słynnym klasztorem bernardyńskim), po drugiej Sowieci. Była to Polska w miniaturze, Polska rozebrana i zgwałcona. Tak, Sokal to jedno ze źródeł najważniejszych mojego myślenia o wieku dwudziestym, o tym, co z nami wszystkimi uczyniła historia.

A co uczyniła?

Rozbiła nas, zgnębiła, rozproszyła. Moją rodzinę również. Zresztą – źle mówię. To nie historia, to ludzie. Hitler i Stalin i zastępy ich sług, cynicznych lub bezrozumnych, służących wodzom dla własnej korzyści lub ze strachu. Ludzie chcący władać światem i udowadniać innym swoją rasową lub klasową wyższość oraz tacy, co jedynie unikali oskarżenia o niesubordynację. Oni wszyscy zmienili moje życie – Hitler i Stalin także, bo rezultaty tego, co uczynili, trwają do dziś, we wszystkich pokoleniach Polaków, Żydów, Niemców i Rosjan. I kiedy słyszę, że w Niemczech wciąż funkcjonuje stereotyp Polaka jako złodzieja samochodów, pytam naszych drogich sąsiadów: a czyimi samochodami jeździli wasi dziadkowie po Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete? W czyich domach mieszkali nie płacąc rachunków? I która kradzież kradnie więcej – ta, która pozbawia właściciela samochodu, czy ta, która pozbawia samochód właściciela? A spadkobierców sowieckiego kolosa na glinianych nogach (nie szarego Rosjanina, który, od pokoleń, sam jest ofiarą własnego państwa – ale tych, którzy sprawują władzę we współczesnej Rosji) pytam – gdzie są kości tysięcy, setek tysięcy naszych? Pokażcie nam te cmentarzyska, pokażcie te góry czaszek, krzyczę. Ale oni udają, że nie słyszą, że nic nie rozumieją, że ani Nord Stream I, ani Nord Stream II nie mają nic wspólnego z tym, co było kiedyś, a o czym dziś nie wypada wspomniać, jeśli się jest człowiekiem cywilizowanym i zna się odwieczne reguły europejskiej dyplomacji. A ja nie daję za wygraną i awanturuję się dalej. Do Sowietów krzyczę: oddajcie mi stryjka mojego dziadka, który – jako żołnierz KOP-u – poszedł walczyć we wrześniu 1939 i nigdy nie wrócił! A do Niemców: oddajcie mi żonę stryjka mojego dziadka, która po śmierci męża została sama z małą córeczką i którejś zimy zbierała węgiel przy torach w Sokalu (nie wiem: węgiel polski czy niemiecki), może nawet wydłubała coś z wagonu stojącego na bocznicy, i tam na bocznicy dostała kulkę w polską złodziejską głowę! Lecz te moje wrzaski nie odnoszą najmiejszego skutku, więc o innym stryjku dziadka, który pojechał na białe niedźwiedzie, nie mam już siły mówić, a o jeszcze innym stryjku lub kuzynie, którego pokłuto ukraińskimi sztyletami tak, że krew wyciekła z niego szybciej niż dusza, już zupełnie nie wspominam. Wszystko to – z nimi i ze mną – uczyniła ta rzekomo irracjonalna, pozbawiona twarzy i osobowości historia.

Pełny tekst w książce Kilkunastu gniewnych ludzi. 

sobota, 28 listopada 2015

Piaśnica. Młyny historii (2)



Piaśnica, przed egzekucją (źródło: Wikipedia)



W raportach dotyczących spopielenia zwłok w piaśnickim lesie powtarza się informacja o „plandekach” zawieszonych między pniami drzew, powyżej palenisk. Owe „plandeki” były to zapewne ogromne płachty jakiejś gęstej tkaniny, mające zatrzymać dym w obrębie lasu, sprawić, że o robocie, jaka jest tu wykonywana, nie dowie się nikt niepowołany.
Od samego początku ludobójstwo dokonane w Piaśnicy było pomyślane w ten sposób, by prawda o nim nie przedostała się do powszechnej wiadomości. Wszystko, co tu się rozegrało, miało pozostać poza świadomością i pamięcią Polaków. Kiedy jesienią 1939 roku oddziały Selbstschutzu wykonały swoje zadanie, zostały rozwiązane (większość zbrodniarzy rekrutujących się spośród miejscowej ludności pochodzenia niemieckiego nigdy nie została osądzona – kara spotkała jedynie niektórych spośród organizatorów i nadzorców egzekucji). Berlińskie archiwa tej paramilitarnej spłonęły w „niewyjaśnionych okolicznościach”.

„Miał kostny”

W części materiałów i dokumentów na temat ekshumacji powtarza się określenie „miał kostny”. Zapoznając się ze źródłami, zwracałem na nie uwagę, sądziłem jednak, że jest ono używane jako synonim słowa „popiół”. Tymczasem w oficjalnym komunikacie Instytutu Pamięci Narodowej zawierajacym informacje na temat śledztw prowadzonych przez Oddziałową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Gdańsku natrafiłem na następujący ustęp: „Wyżej wspomniane śledztwo OKBZH w Gdańsku zostało podjęte z zawieszenia. W jego ramach kontynuowane są czynności celem ostatecznego ustalenia liczby i identyfikacji ofiar oraz wykrycia wszystkich sprawców. Jest to bardzo trudne zadanie, co wynika z faktu, iż Niemcy dokonywali egzekucji w terenie ustronnym, do którego wstęp był wzbroniony pod groźbą śmierci, a później dokładnie zacierali wszelkie ślady zbrodni. Między innymi w 1944 r. używając więźniów Stutthofu rozkopali mogiły i wydobyli zwłoki, które spalili, a pozostałe kości zmielili”.
Zdanie „pozostałe kości” odnosi się, jak wolno przypuszczać, do tych fragmentów ludzkich szkieletów, które nie uległy spopieleniu. Czyżby więc zadanie usunięcia śladów ludobójstwa, podjęte w sierpniu 1944 roku, zostało wykonane z tak wielką pieczołowitością, że nawet najdrobniejsze resztki zwłok, nawet ułomki kości i kosteczek zmiażdżono? Czy takie właśnie było zamierzenie Niemców – pozbawić ludzi życia, odebrać im tożsamość, na koniec zaś obrócić ich ciała w proch, to znaczy: pozbawić je nawet pozoru materialności? Jeśli tak, należałoby hitlerowskich zbrodniarzy uznać za nihilistów doskonałych.
Czy istnieją przesłanki pozwalające sądzić, że w Piaśnicy rzeczywiście doszło do mielenia ludzkich szczątków? Czy można takie wnioski wysnuć z innych działań podejmowanych przez Niemców na ziemiach okupowanej Polski? I jeszcze – jak wygląda młynek do mielenia kości? Obsługują go ludzie czy jest to maszyna pracująca samodzielnie? Jakim paliwem się ją napędza? Jak przebiega proces zamiany szkieletów na „miał kostny”?
Umysł cofa się przed tymi pytaniami, kapituluje wyobraźnia.

Jedno wiadomo bez żadnych wątpliwości – więźniów przywiezionych do lasu piaśnickiego z obozu koncentracyjnego Stutthof także uśmiercono, a ich ciała wydano na pastwę ognia. W ten sposób domknęło się koło nicości – wymieszały się popioły, proch dołączył do prochu.

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Piaśnica. Młyny historii (1)



Piaśnica, kopanie dołów śmierci (źródło: Wikipedia)


Co zostaje z życia skonfrontowanego z historią? Losy jednostek – szczęśliwe lub nieszczęśliwe, wplecione w wydarzenia o charakterze ponadindywidualnym, reprezentatywne dla losu zbiorowości lub pozostające z nim w sprzeczności. Opowieści, spisane lub przekazywane z ust do ust, odkładające się w wyobraźni następców – dzieci, wnuków i prawnuków, organizujące ich wrażliwość, sposób postrzegania i interpretowania świata.
Pamięć ludzka działa jak sito. Nie zatrzymuje i nie przechowuje wszystkiego. Przesiewa przeszłość i pozostawia z niej jedynie to, co osiądzie na dnie, co wystarczająco wyraźne jest i odrębne, by zasługiwało na uwagę śpieszącej ku własnym celom i w siebie wpatrzonej teraźniejszości. Sito pamięci zagłębia się w znieruchomiałym nurcie ziemi i przesiewa bielice, rędziny i czarnoziemy, gleby brunatne i płowe. Wyławia ślady tego, co przylgnęło do nicości – strzępy płótna, żeliwne sprzączki, mosiężne guziki. I fragmenty szkieletów, spróchniałe paliczki, piszczele, strzaskane kości udowe i miednicowe, zgruchotane barki i żebra, czaszki z dziurami wlotowymi i wylotowymi. Te szczątki są przez żywych przymierzane do wspomnień, zestawiane z opowieściami, obudowywane – jak ciałem – narracją świadków, zeznaniami sprawców i ich pomocników. Z samego wnętrza śmierci, która milczy i milczy, daje się słyszeć głos dawno minionego życia.
Bywa jednak i tak, że we wnętrzu ziemi panuje doskonała cisza, że dół, który powinien być pełen ludzkich szczątków, zawiera tylko anonimowy proch – pył, co żadnym ludzkim językiem nie włada. A wtedy pamięć, nie mając się na czym oprzeć, pozostaje bezradna.
Większa część piaśnickich mogił zbiorowych, kiedy po wojnie je otwarto – milczała.

Posłany, by widzieć

W sierpniu 1944 roku, gdy było już oczywiste, że III Rzesza przegra wojnę, niemieckie władze okupacyjne skierowały do lasów w okolicach Wielkiej Piaśnicy grupę więźniów z obozu koncentracyjnego Stutthof. Trzydziestu kilku mężczyzn w obozowych pasiakach, z kajdanami na nogach, pracujących pod stałym nadzorem esesmanów, miało usunąć wszelkie ślady dokonanych tu przed kilku laty masowych ezgekucji. Ścięto odpowiednią liczbę drzew, przygotowano paleniska, rozkopano mogiły i spalono wydobyte z nich ludzkie szczątki. Ile ich było? Jeśli od szacunkowej liczby dwunastu-czternastu tysięcy ofiar ludobójstwa w lasach piaśnickich odejmiemy liczbę trzystu pięciu zwłok odnalezionych w październiku 1946 roku, otrzymamy wynik przerażający. Czy to do pomyślenia, by na leśnych paleniskach, obsługiwanych przez trzydziestu kilku więźniów, dało się spopielić tak wielką ilość ludzkich ciał?
O tym, co wydarzyło się pod koniec ostatniego lata wojny kilkanaście kilometrów od Wejherowa, najprościej jest mówić i myśleć właśnie w ten sposób – używając form bezosobowych („ścięto”, „rozkopano”, „spalono”) i posługując się trybem warunkowym. Nie widzi się wtedy i nie uczestniczy. Słowa pozostają słowami, cofając się przed czymś, co niegdyś było dotykalną, ziarnistą rzeczywistością. Znikają barwy, zapachy i kształty. Rozpływają się we mgle ludzkie postaci. Nie ma pasiaków i kajdan, nie ma karabinów i trupich czaszek na mundurach, nie ma żywych dłoni zaciśniętych na martwych przegubach ani ciemnego duszącego dymu, włażącego w oczy, wędrującego między drzewami, osiadającego na skórze i na ubraniach.

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

wtorek, 17 listopada 2015

Maria Woś o warszawskim spektaklu na podstawie "Łączki"


Felietonu radiowego poświęconego kwaterze "Ł" na Wojskowych Powązkach oraz spektaklowi poetycko-muzycznemu na podstawie książki Łączka (sł. Przemysław Dakowicz, muz. Mikołaj Hertel) można wysłuchać  TUTAJ.
W felietonie prezentowane są fragmenty warstwy dźwiękowej spektaklu.





Bronisław Wildstein o "Łączce"


[źródło: tygodnik "W Sieci" 2015, nr 45, s. 13]



poniedziałek, 16 listopada 2015

"Obcowanie" - przemówienia podczas uroczystości wręczenia wyróżnienia w konkursie o Nagrodę Mackiewicza


Laudacja Dr. Tomasza Burka.



Przemówienie wyróżnionego.



Tekst przemówienia:


„W ubiegłą niedzielę, o wpół do dwunastej wieczorem, niejaki Vincent van Gogh, artysta malarz, z pochodzenia Holender, zjawił się w domu publicznym nr 1, przywołał niejaką Rachel, wręczył jej swoje ucho mówiąc: »Strzeż go pilnie«, po czym znikł. Policja powiadomiona o tym fakcie, którego sprawcą mógł być jedynie człowiek chory umysłowo, udała się nazajutrz do domu tego osobnika, gdzie go znalazła leżącego na łóżku i nie dającego prawie żadnych znaków życia. Nieszczęsny człowiek został natychmiast przewieziony do szpitala.”

Komunikat tej treści wydrukowała pod koniec roku 1888 roku jedna z gazet wychodzących we francuskim mieście Arles. Obciętemu uchu van Gogha poświęciłem nieco uwagi w jednym z tekstów z wyróżnionej przez Kapitułę Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza książki Obcowanie. Manifesty i eseje. Uznałem, że owe tragikomiczne wydarzenia, do których doszło w nocy z 23 na 24 grudnia 1888, są emblematyczne dla całej współczesnej kultury. Były kaznodzieja, niedoszły pastor, człowiek, który miał zadatki na świętego i męczennika, przedzierzgnął się w świętego i męczennika sztuki, porzucając religię i metafizykę dla, ryzykownych i nader rzadko wieńczonych sukcesem, prób poszukiwania doskonałości artystycznej. Obcięte ucho van Gogha przez jakiś czas było przechowywane w gabinecie Feliksa Reya, początkującego psychiatry, który opiekował się szalonym malarzem, aż pewnego dnia – pod nieobecność doktora – słój został otwarty, a jego zawartość trafiła do klozetu. W eseju Wieczność i żar napisałem: „ucho dryfujące w słoju doktora Feliksa Reya, a potem spływające rurami w ciemność ziemi, to fragment naszego własnego ciała”. Jak rozumiem owo zdanie?

Co najmniej od końca XIX stulecia kultura tworzona w obrębie tej formacji, którą zwykliśmy nazywać cywilizacją śródziemnomorską, jest kulturą okaleczoną. Odrywa się od swoich korzeni, traci kontakt z wartościami, które stanowiły podstawę jej rozwoju i wzrostu. Skutkiem tego procesu jest szaleństwo sztuki. Współczesna sztuka i literatura to dwie wariatki biegnące – z rozwianym siwym włosem – w stronę przepaści. Ktoś, kto szuka dziś własnego miejsca w literaturze, nie może o tym zapominać. Właśnie dlatego staram się rozumieć wszelką twórczość przede wszystkim jako pracę świadomości. Współczesny artysta ma obowiązek zdać sprawę ze swoich relacji ze zmierzchającą cywilizacją śródziemnomorską, musi wyznaczyć i opisać własne miejsce w świecie „schizofrenicznej nowoczesności”. Może podjąć wysiłek odbudowy tego, co uległo zniszczeniu, lub okazać się destruktorem.

Czy z tego kryzysu aksjologicznego i semantycznego, w którym wszyscy się pogrążamy, jest jakieś wyjście? Gdzie szukać ocalenia?

Zanim spróbuję udzielić odpowiedzi na pytania, które stanowią oś konstrukcyjną tomu Obcowanie, powinienem dodać, że pisarz polski jest szczególnie predestynowany do zajmowania się tymi kwestiami, reprezentuje bowiem zbiorowość doświadczającą kulturowego kryzysu niejako podwójnie, w dwóch wymiarach – w obrębie tego, co uniwersalne, i tego, co partykularne.

Do dobrego tonu należy w tym szacownym gronie odwoływanie się do twórczości i myśli patrona nagrody. Chciałbym przywołać krótki fragment jednego z mniej obszernych tekstów Józefa Mackiewicza, ustęp z napisanego w październiku 1944 roku szkicu Optymizm nie zastąpi nam Polski, który od lat tkwi jak cierń w, by tak rzec, żywej tkance mojej refleksji nad Polską po roku 1989. Mackiewicz pisał tuż po upadku Powstania Warszawskiego:

„Wszelkie przesłanki o konieczności utrzymania substancji polskiej, polskiego stanu posiadania narodowego, przymusowej kapitulacji obliczonej na »przetrzymanie« aż do zmiany okoliczności międzynarodowych, itp. rozumowania, wypływają z nieznajomości tej techniki rządzenia sowieckiego, tego mechanizmu, który niszczy podległe mu substancje narodowe zarówno środkami mechanicznymi, jak w o wiele większym stopniu chemicznymi, gnoi je od wewnątrz, rozkłada w przeciągu krótkiego czasu, przeistacza w bezwolną, beznarodową masę, której nie poczucie narodowe jest wspólną cechą, a tylko wspólny język.”

Od chwili, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się polityczno-historiozoficznymi rozważaniami autora Kontry, zastanawiam się nad tym, w jakim stopniu komunizm „zniszczył”, „zgnoił od wewnątrz” i „rozłożył” naszą kulturę. Na własną miarę próbuję mierzyć się z tym pytaniem w cyklu esejów Afazja polska.

Jedno wiem na pewno – naruszenie wewnętrznej spoistości wspólnoty, o którym pisał Mackiewicz, sprzęgło się z ogólnym kryzysem kultury europejskiej. Ktoś, kto pochodzi z Polski i zajmuje się sprawami literatury, zostaje skonfrontowany z doświadczeniem podwójnego wydziedziczenia, podwójnej bezdomności. Ktoś taki poszukuje przytuliska w dwóch wymiarach, usiłuje odbudować dwa domy naraz. Czy ma szansę sprostać wyzwaniu? Wierzę, że tak.

Od początku swego istnienia kultura opiera się na dialogu – jest sferą interakcji, przestrzenią „bycia razem”, strefą wzajemnego udzielania sobie głosu przez uczestników Wielkiej Rozmowy. Ta rozmowa toczy się również ponad czasem i przestrzenią. Nazwałem ją „obcowaniem”, w przekonaniu, że owo paradoksalne słowo dobrze ujmuje ten rodzaj między-osobowej łączności, która niweluje obcość i staje się fundamentem trwania cywilizacji.

Jeśli kultura współczesny ma jeszcze siłę, by przezwyciężyć własne kalectwo, jeśli chce wyjść z domu wariatów, powinna wsłuchiwać się w głosy przeszłości, powinna gadać z tradycją, powinna nieustannie poszukiwać „tkanki łącznej”.

Tak rozumianej kulturze zawsze chciałem służyć, również wtedy, gdy pisałem eseje, które złożyły się na książkę Obcowanie.

wtorek, 10 listopada 2015

Spotkanie autorskie w Nowym Sączu


W imieniu organizatorów - Klubu Inteligencji Katolickiej w Nowym Sączu - serdecznie zapraszam.