sobota, 28 listopada 2015

Piaśnica. Młyny historii (1)



Piaśnica, kopanie dołów śmierci (źródło: Wikipedia)


Co zostaje z życia skonfrontowanego z historią? Losy jednostek – szczęśliwe lub nieszczęśliwe, wplecione w wydarzenia o charakterze ponadindywidualnym, reprezentatywne dla losu zbiorowości lub pozostające z nim w sprzeczności. Opowieści, spisane lub przekazywane z ust do ust, odkładające się w wyobraźni następców – dzieci, wnuków i prawnuków, organizujące ich wrażliwość, sposób postrzegania i interpretowania świata.
Pamięć ludzka działa jak sito. Nie zatrzymuje i nie przechowuje wszystkiego. Przesiewa przeszłość i pozostawia z niej jedynie to, co osiądzie na dnie, co wystarczająco wyraźne jest i odrębne, by zasługiwało na uwagę śpieszącej ku własnym celom i w siebie wpatrzonej teraźniejszości. Sito pamięci zagłębia się w znieruchomiałym nurcie ziemi i przesiewa bielice, rędziny i czarnoziemy, gleby brunatne i płowe. Wyławia ślady tego, co przylgnęło do nicości – strzępy płótna, żeliwne sprzączki, mosiężne guziki. I fragmenty szkieletów, spróchniałe paliczki, piszczele, strzaskane kości udowe i miednicowe, zgruchotane barki i żebra, czaszki z dziurami wlotowymi i wylotowymi. Te szczątki są przez żywych przymierzane do wspomnień, zestawiane z opowieściami, obudowywane – jak ciałem – narracją świadków, zeznaniami sprawców i ich pomocników. Z samego wnętrza śmierci, która milczy i milczy, daje się słyszeć głos dawno minionego życia.
Bywa jednak i tak, że we wnętrzu ziemi panuje doskonała cisza, że dół, który powinien być pełen ludzkich szczątków, zawiera tylko anonimowy proch – pył, co żadnym ludzkim językiem nie włada. A wtedy pamięć, nie mając się na czym oprzeć, pozostaje bezradna.
Większa część piaśnickich mogił zbiorowych, kiedy po wojnie je otwarto – milczała.

Posłany, by widzieć

W sierpniu 1944 roku, gdy było już oczywiste, że III Rzesza przegra wojnę, niemieckie władze okupacyjne skierowały do lasów w okolicach Wielkiej Piaśnicy grupę więźniów z obozu koncentracyjnego Stutthof. Trzydziestu kilku mężczyzn w obozowych pasiakach, z kajdanami na nogach, pracujących pod stałym nadzorem esesmanów, miało usunąć wszelkie ślady dokonanych tu przed kilku laty masowych ezgekucji. Ścięto odpowiednią liczbę drzew, przygotowano paleniska, rozkopano mogiły i spalono wydobyte z nich ludzkie szczątki. Ile ich było? Jeśli od szacunkowej liczby dwunastu-czternastu tysięcy ofiar ludobójstwa w lasach piaśnickich odejmiemy liczbę trzystu pięciu zwłok odnalezionych w październiku 1946 roku, otrzymamy wynik przerażający. Czy to do pomyślenia, by na leśnych paleniskach, obsługiwanych przez trzydziestu kilku więźniów, dało się spopielić tak wielką ilość ludzkich ciał?
O tym, co wydarzyło się pod koniec ostatniego lata wojny kilkanaście kilometrów od Wejherowa, najprościej jest mówić i myśleć właśnie w ten sposób – używając form bezosobowych („ścięto”, „rozkopano”, „spalono”) i posługując się trybem warunkowym. Nie widzi się wtedy i nie uczestniczy. Słowa pozostają słowami, cofając się przed czymś, co niegdyś było dotykalną, ziarnistą rzeczywistością. Znikają barwy, zapachy i kształty. Rozpływają się we mgle ludzkie postaci. Nie ma pasiaków i kajdan, nie ma karabinów i trupich czaszek na mundurach, nie ma żywych dłoni zaciśniętych na martwych przegubach ani ciemnego duszącego dymu, włażącego w oczy, wędrującego między drzewami, osiadającego na skórze i na ubraniach.

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz