piątek, 2 grudnia 2016

Rozmowa z Tomaszem Burkiem




W najnowszym numerze dwumiesięcznika literackiego "Topos" (2016, nr 5), poświęconego twórczości Tomasza Burka m.in. rozmowa z Autorem Dzieła niczyjego.

Fragment dialogu, zatytułowanego Płaszcz Putramenta i koniec świata, publikuję niżej. Zachęcam do lektury całości - "Topos" do nabycia w salonach sieci EMPiK.






Płaszcz Putramenta i koniec świata. Z Tomaszem Burkiem rozmawia Przemysław Dakowicz [fragment]

PRZEMYSŁAW DAKOWICZ: [...] zadajmy to pytanie wprost – skąd przyszedł Tomasz Burek, jakie są jego korzenie, z jakim bagażem doświadczeń i przemyśleń wszedł w polską kulturę? Mówiąc najkrócej: dom, dom rodzinny, podwójnie zakorzeniony w literaturze, za sprawą Pańskiego ojca, Wincentego Burka, pisarza, i za sprawą rodziny matki, która wywodziła się z Młodożeńców. Nie da się traktować rozłącznie okresu sandomierskiego i okresu warszawsko-podkowiańskiego.

TOMASZ BUREK: Nie, nie da się.

W okresie tzw. Polski Lubelskiej Pański ojciec nie przyjął zaproszenia od Jerzego Putramenta, nie zdecydował się na przyjazd do Lublina i współpracę z komunistami.

Odmówił na moich oczach.

Tak?

Jestem świadkiem tej sceny.

Wincenty Burek odmawia Putramentowi, zostaje na miejscu, nie zgłasza akcesu do tej „nowej rzeczywistości”. W czasie wojny działał w Batalionach Chłopskich, chodzi o aktywność edukacyjną, tuż po wojnie współorganizował struktury Stronnictwo Ludowego, znienawidzonej przez komunistów partii Mikołajczyka. W zasadzie nieustannie się narażał. W końcówce roku czterdziestego szóstego, tuż przed sfałszowanymi wyborami, zostaje aresztowany. To jest początek rodzinnego dramatu, rozpisanego na miesiące i lata. Czyli mówimy o świadomości Tomasza Burka, który wychodzi z domu nieprawomyślnego, ze świata, który komuniści najchętniej skazaliby na zagładę.
Tę scenę z Putramentem, który przyjeżdża z zaproszeniem z Lublina, gdzie jest tymczasowa stolica komunistycznej Polski, rzeczywiście Pan pamięta?

Pamiętam doskonale. Rosjanie weszli do Sandomierza w sierpniu. Wydawało się, że ruszą dalej, ale – jak wiadomo – ofensywa się zatrzymała. Uchwycili drugi brzeg Wisły, ale nie poszli w głąb. Rosjan się znało, widziało. Przychodzili do domu po wodę, siedzieli na podwórku, strzelali czasem na wiwat. Na szczęście, nie prowadzili żadnej akcji przeczesującej, policyjnej. Były to wojska czekające na dalszy krok, manewr, który zdarzył się dopiero w styczniu czterdziestego piątego. Niemcy cofnęli się o jakieś sześć-osiem kilometrów, ostrzeliwali pozycje sowieckie. Blisko naszego domu spłonął duży drewniany płot. Był groźny strzał w Bramę Opatowską, paliły się sandomierskie przedmieścia, pod ostrzał dostały się okoliczne wsie.

A kiedy przyjechał Putrament – między sierpniem 1944 a styczniem 1945?

Pojawił się w październiku, kiedy Rosjanie byli już w Sandomierzu, kiedy działała już Wojewódzka Rada Narodowa. Miała ona tymczasową siedzibę w Sandomierzu, bo Kielce nie zostały jeszcze zajęte.

Do Kielc Armia Czerwona weszła 15 stycznia. Przedstawiciele PKWN i KRN, później także tzw. Rządu Tymczasowego, jeździli po terenach zagarniętych przez Sowietów i oferowali pomoc pisarzom, ludziom kultury. Chcieli ich wszystkich ściągnąć do Lublina. Liczyły się, oczywiście, względy propagandowe, chodziło o jakąś centralizację, o przejęcie kontroli nad kulturą, o uzależnienie ludzi pióra od sowieckiego, komunistycznego rozdzielnika.

Tak.

To właśnie w takich okolicznościach sprowadzono do Lublina Jastruna i innych. Przybosia wzięto chyba wprost od orki – wszedł w skład Wojewódzkiej Rady Narodowej w Rzeszowie. A do Lublina przyjechał, zdaje się, we wrześniu czterdziestego czwartego.

Mówiłem szeroko o frontowym położeniu Sandomierza, ponieważ mieszkaliśmy blisko tych miejsc, które, gdyby Niemcy chcieli doszczętnie zniszczyć miasto, musiałyby się znaleźć pod ostrzałem. Mam na myśli katedrę, zamek etc. W Sandomierzu mieliśmy mojego wuja, a brata mojej mamy, księdza, prawnika, specjalizującego się w prawie kanonicznym, który po aresztowaniu księdza Rewery pełnił obowiązki proboszcza w parafii św. Józefa. Myśmy się u niego w kościele chronili, podobnie jak inni sandomierzanie oraz uciekinierzy z okolicznych wsi i miasteczek. Spaliśmy tam, w kościele, wiele takich nocy pamiętam. Ten wuj, który był bardzo uczynny, dał nam kwaterunek w Wikarówce. Właśnie tam odnalazł ojca Putrament. Było bardzo ciasno. W złą pogodę, gdy nie można było chodzić po ogródku, wszyscy siedzieli w środku. Choć w czterdziestym czwartym miałem sześć lat, dobrze pamiętam Putramenta – zwłaszcza że bardzo chciałem przymierzyć mundur.

Naprawdę?

Nie odróżniałem, oczywiście, munduru polskiego od polsko-sowieckiego. On był w jakimś takim płaszczu wojskowym. Postawili mnie na stołku i Putrament zarzucił mi na plecy swój płaszcz.

Tomasz Burek w płaszczu Putramenta! [śmiech]

Ojciec stanowczo powiedział, że wyjazdem z Sandomierza nie jest zainteresowany.

Myśli pan, że miał pełną świadomość, jakie polityczne kwestie musi rozwiązać, kto do niego przyjeżdża?

Bez wątpienia. Przecież znał ich z czasów przedwojennych, wiedział, z jakich ludzi składała się ta grupa wileńska. Były też w Dwudziestoleciu międzywojennym takie wspólne wystąpienia...

Jako „wiciowiec” Wincenty Burek podpisał ogłoszoną w „Po prostu”, w roku 1936, Deklarację praw młodego pokolenia Polski. Przed wojną międzynarodowy komunizm kusił retoryką jednolitofrontową. Nie było wtedy pełnej świadomości, czemu to służy, czyim interesom.

Ta lewica wileńska była wtedy słynna. Ojciec nie jedzie więc do Lublina, gdzie rodzinie byłoby pewnie wygodniej niż w Sandomierzu. Zdaje sobie sprawę z konsekwencji. Jego kolega Stanisław Piętak, dość podobnie umieszczony w kulturze, po jakimś czasie podejmie inną decyzję i nie będzie się zmagał z tymi problemami, które stały się udziałem ojca.

Ostatecznie zamieszka w Łodzi.

Piętaka wspomniałem, bo w latach wojennych bardzo się zbliżyli, odwiedzali się – po drugiej stronie Wisły była Wielowieś. Widzę Piętaka i ojca siedzących przy butelce bimbru, z butelki ubywa, a oni rozprawiają, pali się jakaś karbidówka czy świeczka. No i mama, taka zaniepokojona zawsze, mówi: „Panie Stachu, przecież niebezpiecznie iść po zmroku”, ale oni nie słuchają, wspominają, gadają, snują pisarskie plany...

Czyli ta powojenna rzeczywistość i wybory dokonywane przez ludzi sprawiają, że zmieniają się i wygasają przyjaźnie, że rozchodzą się życiowe drogi.

Tak, tak.

Dla Wincentego Burka decyzja o pozostaniu w Sandomierzu miała negatywne konsekwencje. W lutym 1952 roku (był środek stalinizmu), w bardzo szczerym i gorzkim liście pisał do Iwaszkiewicza: Ja, no cóż, ja schodzę sobie powolutku do roli liszeńca [ros. człowiek pozbawiony praw obywatelskich i wyborczych]. Zajęcia zarobkowe niemalże się pokończyły, bo jedną szkółkę artystyczną (plastyczną) zlikwidowano, drugą (muzyczną) pozbawiono subwencji, tak że ledwie zipie na gołych opłatach. O literaturze – wiadomo - nie ma co wspominać. O coś podpadającego dla mnie tutaj trudno. Rozglądam się za jakimś „twarzowym” zajęciem – bo rzeczywistość skrzeczy. Dobrze choć, że mam podpórki rodzinne, że w domu jakoś teraz wszyscy zdrowi, że dziecka w nauce nie robią kłopotu. Napytałem sobie bidy tym ślęczeniem w Sandomierzu, zamiast nawiewać stąd w swoim czasie tak jak wielu tutejszych ludzi to zrobiło. A tyle miało się propozycji i pokus! „Dzisiaj jest już za późno” - powtarzam słowa piosenki i trapię się i siwieję. I dziczeję.
Taki obrót spraw życiowych i twórczych był jednak konsekwencją fundamentalnego wyboru – odrzucenia awansów komunistycznych kacyków, negatywnej odpowiedzi na ich zaproszenie. Gdyby nie odmowa w roku 1944, nie byłoby zapewne aresztowania Wincentego Burka dwa lata później, w przededniu sfałszowanych wyborów, nie byłoby wielu nieszczęść, które dotknęły Pańskich rodziców.

Oczywiście – gdyby ojciec dostał od razu jakąś pracę, a znakomicie nadawał się do pracy pisarskiej, redakcyjnej, byłby to jakiś awans, rodzinie byłoby łatwiej. Piętak skorzystał z propozycji. Kiedy później przyjeżdżał ze swoją piękną żoną i z dziećmi do Sandomierza, uwidaczniała się cała piętrowa różnica – w sensie ubioru, wyglądu, samopoczucia. Zresztą, te pierwsze lata nie były jeszcze latami hańby.

To była „łagodna rewolucja”, epoka mieszania się rozmaitych rzeczywistości, w czym nawet wytrawni obserwatorzy nie bardzo się potrafili połapać. Sytuacja była jednoznaczna dla emigracji, dla tych, których dziś nazywamy Żołnierzami Wyklętymi czy Niezłomnymi. W sferze polityki komuniści prędko ujawnili swoje rzeczywiste intencje – myślę o procesie szesnastu, o rozmontowywaniu przedwojennych partii (z koronnym przykładem PPS), o uderzeniu w PSL. W kulturze te sprawy wydawały się jednak mniej oczywiste. Choć ostatecznie wychodziło na jedno – kto dał palec, na ogół tracił rękę. Takie twarde lądowanie stało się udziałem nawet najbardziej wytrwałych zagończyków marksizmu, redaktorów łódzkiej „Kuźnicy”. Na odpowiednim etapie i „Kuźnica” okazała się nie dość rewolucyjna.

Rzeczywiście.

Skoro powiedzieliśmy już o płaszczu Putramenta, o tym nieudanym komunistycznym kuszeniu, warto chyba zapytać o jeszcze jedną sprawę. Czy był Pan w domu, kiedy przed aresztowaniem Pańskiego ojca UB przeprowadzało rewizję?

Oczywiście, że byłem i doskonale to pamiętam. Nawet młodsza siostra pamięta. Zbliżały się wybory. Front stojący za narzuconą przez Sowiety władzą tworzyły przede wszystkim PPR i PPS.

PPS jest zresztą stopniowo przejmowana przez komunistyczną agenturę. Pod szyldem Polskiej Partii Socjalistycznej działa już wtedy towarzystwo polityczne całkiem odmiennego autoramentu.

Jedyną realną opozycją jest PSL, propagandowo zwalczany – jako partia paskarzy, sklepikarzy, niebieskich ptaków, dorobkiewiczów z czasów wojennych. Ukuto takie hasło: „PSL z ulicy Chmielnej”. To było pierwsze uderzenie – językowe. A drugie, o wiele ważniejsze...

Zwykły terror.

Zastraszanie, samych działaczy Stronnictwa i ich zwolenników. Terror dwustopniowy. Stopień pierwszy – zabijanie działaczy.

I automatyczne oskarżenia, że to „eneszetowskie zbiry” mordują.

Morderstwa zdarzały się bardzo często.

Około stu czterdziestu ofiar.

A im bliżej wyborów, tym więcej aresztowań.

Ogromne aresztowania. Kilkadziesiąt tysięcy osób. Niektóre źródła mówią nawet o stu tysiącach.

W Sandomierzu wielu było ludzi, którzy do Stronnictwa należeli lub je popierali. Akcja MBP przeciwko peeselowcom miała tu miejsce chyba na początku grudnia czterdziestego szóstego roku. Zaczęła się wczesnym popołudniem, w porze poobiedniej. Weszli po cywilnemu, w mundurze milicyjnym był, zdaje się, tylko jeden. Zgromadzili się przy biblioteczce ojca.

Tam, gdzie papiery.

Książki, które przetrwały okupację, chowane gdzieś po stodołach, zakopywane w ziemi – na Legendzie Młodej Polski do dziś są zacieki. Podejrzewali ojca o udział w drukowaniu jakichś materiałów antypepeerowskich.

Szukali dowodów po prostu.

Szukali dowodów. Maszyna do pisania stała na biblioteczce. Oczywiście się zainteresowali.

Ona zniknęła na zawsze, prawda?

Tak, zniknęła.

Maszyna do pisania była wtedy ogromną rzadkością, niezwykle trudno było ją zdobyć. Przypominam sobie jakiś powojenny list Iwaszkiewicza do Hertza, w którym autor Oktostychów narzeka na brak maszyny i skarży się na drożyznę, bodaj kilkadziesiąt tysięcy kosztował jeden egzemplarz.

Jeszcze w moich czasach trudno było zdobyć maszynę do pisania. Ale wracam do tego dnia w roku czterdziestym szóstym. Ogromnie na nas, dzieci, działało to, że ubowcy obchodzili się z książkami najzupełniej bezceremonialnie. Zrzucili wszystko, na podłodze leżał stos książek. Co chwilę jakaś książka była brana, wertowana, wielokrotnie. Trwało to wiele godzin. Mam czuła, że dzieje się coś strasznego. Zapadł wieczór, zostaliśmy przebrani w piżamy. Miałem taką piżamę z gumkami na końcach nogawek i rękawów. Mama mnie przytula i czuję, że coś spada mi w te rękawki, jakieś domowe precjoza – łańcuszek, zegarek – tak jak w czasach okupacji, kiedy trzeba było ocalić przedmioty wartościowe, bo one mogły w przyszłości uratować życie, można je było spieniężyć, wymienić na coś. Wyszli bardzo późno, około północy.

A przyszli?

Przyszli wczesnym popołudniem. Przeszukanie trwało jakieś osiem godzin.

I zabrali ojca.

Ojciec był szczęśliwy, bo w ostatniej chwili zdołał chwycić jakiś kożuszek. Było kilka takich pań, których mężów aresztowali. Mama się z nimi skontaktowała, tak że pojechały po jakimś czasie...

do Kielc.

Do Kielc. Zabrały coś do jedzenia, jakieś ubrania. Warunki były okropne, trzymano ich w piwnicach. Oskarżenie się szykowało takie, że kiedy ojciec pracował w Spółdzielni Młynarsko-Piekarskiej, dokonywał sabotażu, ileś tam ton mąki utopił w Wiśle. Ewentualny wyrok będzie wysoki – jeśli nie kara śmierci, to...

No, myślę, że za to byłaby kara śmierci.

Mamie wprost o tym mówiono i ona była zupełnie załamana, wiedziała, że mogą zrobić wszystko, wmówić wszystko.

Tym bardziej, że wokół dzieją się rzeczy dramatyczne. Giną ludzie.

I niedawne doświadczenie okupacyjne. To wszystko żyło w pamięci. Sam byłem świadkiem innego wydarzenia, podczas wojny, kiedy do domu krewnych wtargnęła grupa zbirów, podających się za NSZ czy wręcz za AK. Do mojego wuja Ignacego Dąbrowskiego weszli. Zmasakrowali go, byli przekonani, że ma pieniądze, od jakiegoś Żyda, którego wcześniej ukrywał. To było w trakcie wojny, ale wtedy, przed wyborami, była podobna atmosfera. Strach idzie falami, rozprzestrzenia się na wszystko.

Jeśli wchodzą do domu i biorą niewinnego człowieka, to wszystko jest możliwe, prawda? Ze wstępu do listów Wincentego Burka i Jarosława Iwaszkiewicza wynika, że rodzice zapłacili za to wszystko wysoką cenę, przede wszystkim mama bardzo podupadła na zdrowiu.

Była wątlejsza, ojciec był mocniejszy. To jeżdżenie do Kielc, w zimnych pociągach, w ogromnym strachu o przyszłość. Ojca trzymali niecały miesiąc, kiedy go wypuścili, musiał się co dwa tygodnie meldować na UB. Jak wiadomo, wybory zostały sfałszowane. Mikołajczyk uciekł.

I Korboński także.

Dodatkowym obciążeniem była emigracyjna działalność wuja, redagującego „Jutro Polski”, peeselowski tygodnik polityczno-literacki.

Wszystko składało się na następujący wniosek: Wincenty Burek powinien był zniknąć. Odmówił Polsce lubelskiej, działał w partii Mikołajczyka. A jeszcze Stanisław Młodożeniec za granicą, z wyraźną afiliacją polityczną. Na zdrowy rozum – zaistniały wszelkie przesłanki, by wyrok śmierci się zmaterializował, by stał się faktem. Podobnego strachu, niepewności, osamotnienia doświadczało w państwie komunistów ogromnie wiele rodzin. Te cierpienia, szykany nie zostały nigdzie skatalogowane, wiemy, że były, ale do naszej świadomości dotarły jedynie strzępki faktów, urywki ludzkich losów, które ktoś miał śmiałość zapisać, opowiedzieć dzieciom lub wnukom. O ile przeżył, o ile nie odebrano mu sił i wiary w sprawiedliwość.

Tak, tak.

Wychodził Pan z adolescencji i wchodził w wiek młodzieńczy w takich właśnie okolicznościach. Kilkakrotnie wypowiadał się Pan o własnym dotkliwym doświadczeniu stalinowskiej szkoły. Już w książce Dalej aktualne – przypomnijmy, została wydana w 1973 roku – pisał Pan, nader oględnie (domyślam się tu jakichś ingerencji cenzury), o pierwszej połowie lat pięćdziesiątych: „główny czynnik urabiania kulturalnej tradycji, szkoła, przeżywała za naszej młodości okres niepewny, przeobrażała się, często w sposób dotkliwie bolesny dla swoich podopiecznych, zwłaszcza w przedmiotach humanistycznych, w historii i literaturze rzucała nas na pastwę zniechęcenia lub powątpiewania; szkoła tworzyła nowy kanon wartości, związany z postępem społecznym i rewolucjonizmem, ale czyniła to w sposób częstokroć raniący młode umysły, paradoksalnie sprzeczny z jej intencjami, gdyż, miast otwierać przed nimi szerokie horyzonty, zamykała je w ogólnych schematach, miast budować skalę wartości pewnych i przemawiających swą prawdą, wiele razy łudziła pozorami, przedstawiała rzeczy wątpliwe za niewątpliwe”. I dodawał Pan – bardzo mnie dziwi, że cenzor to przepuścił: „co tu przemilczać, kłamała”. Proszę pozwolić, że przytoczę jeszcze fragment eseju Rozmyte tradycje – wydaje mi się ogromnie ważne, by się odwołać do tych Pańskich rozpoznań z przeszłości (tym razem mówię o tekście z wczesnych lat 80.). A zatem w Rozmytych tradycjach czytamy: „Chodziłem do szkoły średniej w latach 1951-55. Zmorę lekcji języka polskiego stanowiło w tamtych czasach mozolne roztrząsanie ekonomiczno-klasowego podłoża wszelkich zjawisk literackich, zaliczanych w myśl materialistycznej wykładni dziejów do nadbudowy ideologicznej społeczeństwa. Zanim doszło się do właściwej analizy utworu, należało wyczerpać problemy jego klasowej genezy. Całymi godzinami tkwiliśmy więc w sławetnej bazie, omawiając gospodarcze i własnościowe stosunki epoki i kraju, z którego wywodził się pisarz, zdobywając wiadomości o sytuacji na rynkach zbożowych w danym miejscu i czasie, o ruchach cen w handlu perkalikami itp. Dukaliśmy Plechanowa i Stalina, wertowali po wielokroć gruby tom IBL-owski o pozytywizmie i wstęp Jana Kotta do »Lalki«”.
W tekście poświęconym znaczeniu Ważykowego Poematu dla dorosłych mówi Pan, że siedemnastoletni Tomasz Burek, zdający egzaminy na warszawski Wydział Dziennikarstwa, był, jak większość młodych przepuszczonych przez stalinowską edukację, pogrążony w „rozpaczy i otępieniu” – siebie i rówieśników charakteryzuje Pan, posługując się zaskakującą tautologiczną formułą: „oślepione krety”. Czy mógłby Pan tę formułę objaśnić?

Jest to nazwane bardzo wyraźne. Kret jest zwierzęciem, które nie ma zwykłego dostępu do świata widzialnego. W dodatku „oślepiony”, to znaczy taki, który ma poczucie, że widziałby więcej, gdyby nie czyjeś starania o to, by nie widział. Wiąże się to z osobistym doświadczeniem zamkniętego horyzontu. Tu może pana zaskoczę, ale to wykracza poza zagadnienie dopustów historycznych, o których mówimy. Bo szkoły sandomierskie były różne. Początek w szkole podstawowej był jeszcze względnie normalny. Uczyli tam przedwojenni profesorowie.

Nie było jeszcze podręczników prezentujących nową wizję literatury, nie było komunistycznych programów nauczania.

A w gimnazjum pracowali nauczyciele, którzy uczyli mego ojca, tak że tata był mi w stanie opowiedzieć, jakie chwyty będą stosowali poszczególni profesorowie. Zasadnicza różnica między podstawówką a gimnazjum (mam na myśli przede wszystkim końcówkę szkoły średniej) była związana z osobą dyrektora. Do szkoły przyszedł ktoś, kogo się po prostu nienawidziło. Mnie osobiście nic nie zrobił. No, może poza tym, że krzywdą najbardziej dotkliwą było uczynienie kogoś takiego dyrektorem gimnazjum w Sandomierzu. Szkoła ta bywała pod różnymi okupacjami, ale pod okupacją łotra tej rangi nie znalazła się nigdy wcześniej ani później. Pech chciał, że przypadło to akurat na moje lata, na końcówkę mojej nauki. Mówiło się o nim nie „ubek”, ale „enkawudysta”. Ludzie domyślali się w jego życiu jakiejś ponurej historii, źródła potwornego strachu. Powtarzano: „Boi się, dlatego uczyni wszystko, co mu każą”. A on nawet wyprzedzał te rozkazy.

Zresztą wszystko dookoła, cała rzeczywistość pierwszej połowy lat pięćdziesiątych służyła temu, by ludzie pokroju tego dyrektora robili to, co robili. Mamy stalinizm. W zasadzie jego wydłużoną końcówkę, bo jest już po śmierci Stalina, ale zanim Chruszczow ogłosi swój tajny referat o kulcie jednostki, zanim góra partyjna zrozumie, jak wielka zmiana musi się zdarzyć, dochodzi do zabetonowania, do utwierdzenia terroru stalinowskiego w jego najbardziej odrażającej i przerażającej postaci. Szczególnie na prowincji, dokąd wszelkie symptomy odwilży docierają z opóźnieniem lub nie docierają wcale.

Stalin zmarł w pięćdziesiątym trzecim. Wszyscy odetchnęli, w szkole ta radość była odczuwalna.

Ale zaraz potem te sowietyzacyjne obcęgi jeszcze bardziej się zacisnęły, prawda?

Ze strachu przed tym, że głowę podniesie Kościół, właśnie wtedy prymasa aresztowano, właśnie wtedy „przykręcono” sprawy religijne, wyrzucono religię ze szkoły. Pogorszyła się atmosfera między ludźmi, bo ludzie się już otworzyli, już z mniejszym strachem się ze sobą kontaktowali, a zaraz później zaczęło się przesiewanie: „ten taki, tamten taki, z tym lepiej nie rozmawiać”. Był moment takiego przydławienia. Te dwa lata po śmierci Stalina pamiętam jako czas ku gorszemu, nie ku lepszemu. Tak wpływa na człowieka zaprzepaszczenie nadziei.

W pewnym sensie to było naturalne. Bo cała ta krajowa władza, ekipa Bierutowska, która w całości zawisła od Stalina, spodziewając się utraty wpływów, jakiegoś wielkiego krachu – zaciskała kleszcze terroru. Po to, by się ratować.

Faktem jest, że po śmierci Stalina w partii komunistycznej zaczyna się tworzyć frakcja antybierutowska. Zostali na powierzchni właśnie tacy, którzy na to czekali. U nas zachodzi proces odwrotny, do szkoły przychodzi dyrektor-stupajka. Jednego ucznia zamyka w więzieniu, drugiego wyrzuca ze szkoły. Za co? Za to, że jego ojciec jest „kułakiem”.

A pamięta Pan nazwisko tego dyrektora?

Nazywał się Smolnicki. Imię – Stanisław. Nie powinienem mówić o nim z taką emocją, ale nie potrafię relacjonować na chłodno. Nie tylko usunął religię ze szkoły, ale oficjalnie zabronił chodzenia do katedry na msze ze słynnymi kazaniami ks. Stanisława Drypy, znakomitego kaznodziei.

I to był urzędowy zakaz szkolny? Egzekwowano to, sprawdzano?

Jego ludzie, donosiciele, sprawdzali, kto chodzi, kto nie chodzi. Za długo by opowiadać. Pan nie uwierzy. Jak werbował donosicieli, jak to się odbywało, nie wiem. Jeden z moich najbliższych kolegów, bardzo miły, lubiany przeze mnie chłopak, został „zwerbowany”. On się sam przyznał, powiedział komuś w konfidencji; informację przekazano pozostałym uczniom. Był więc spalony. Wielu takich było. Nie chcieli donosić, odwracali się plecami, by nie widzieć, kto wchodzi do kościoła. A do katedry przychodził, kto tylko mógł, nawet ci, którzy nie byli głęboko wierzący, którzy się wahali, którzy w sprawach religii mieli fundamentalne wątpliwości.

Chcieli pokazać, że nie stoją po stronie enkawudystów, stalinowców.

Demonstracyjnie dawali do zrozumienia, że są z nami, z chłopcami i dziewczętami, którzy przychodzili na msze księdza Drypy. Kazania robiły się coraz wspanialsze, ksiądz Drypa wiedział, że zbliża się przesilenie, posługiwał się aluzjami, łatwymi do rozszyfrowania. I coraz większa była publiczność. Jakiś czas przed maturą informacja: do matury nie będą dopuszczeni ci, którzy chodzą na te kazania. Ojciec przyjął to ze spokojem, mam była przerażona. Wreszcie cudowny moment przełomowy, kiedy ten chłopak donosiciel nawraca się. Przed świętami wielkanocnymi mówi, że z dyrektorem nie chce mieć nic wspólnego.

Który to rok?

Pięćdziesiąty piąty. W pięćdziesiątym czwartym jest jeszcze na pasku dyrektora, a w pięćdziesiątym piątym jakieś perswazje kolegów i nieszczęście rodzinne. On to potraktował jako znak. Już wcześniej usiłował się wykręcać od składania raportów, teraz nastąpiło gwałtowne zerwanie. Jego najbliżsi koledzy wzięli go pod ręce, może się bali, że w ostatniej chwili ucieknie sprzed konfesjonału albo zemdleje. Widzę ten moment, katedra duża, siedzę gdzieś tam w głębi, pokazuje się ta trójka, Zdzichu w środku, nie opiera się, idzie do spowiedzi wielkanocnej. No, całej szkole ulżyło.

Niezwykła scena. Dobrze pokazująca, jak ten mechanizm stalinowski mełł i wypluwał ludzi, zwykłych ludzi, którzy stawali się zarazem ofiarami i współsprawcami.
W tomie Żadnych marzeń pisał pan o sobie i rówieśnikach „oślepione krety”, ale z tego co właśnie zostało powiedziane, wynika, że świadomość polityczna, całkowicie wyrazista, istniała, że podział na dwa obozy był czytelny i oczywisty.

Zgadza się. Ale chłopcy chcący zdać maturę i iść dalej wiedzą, jak wiele zależy od opinii zwierzchników. Tworzą się małe enklawy ludzi, którzy sobie ufają, spotykają się, nawet nie mówią o polityce, ale coś wybucha. Dzisiaj trudno to wyjaśnić – na przykład, wielkim świętem są mistrzostwa świata w hokeju na lodzie. Dlaczego? Bo Kanada zawsze bije „ruskich”.

Rozumiem, że słuchało się transmisji radiowych?

Słuchało się radia, tak. Były momenty ogólnonarodowej euforii. Już po śmierci Stalina odbywały się w Warszawie mistrzostwa Europy w boksie.

To epoka Feliksa Stamma.

Stamm i silny polski zespół. Trzech czy czterech pierwszych zdobywa złote medale – Stefaniuk w koguciej, w lekkiej chyba Kruża lub Drogosz. W półśredniej czy w średniej zwycięża Chychła, zdaje się. I tak się składa, że wszyscy biją „ruskich”. „Ruski” za każdym razem dostaje po gębie. Euforia, śpiewy w hali „Gwardii”. Ja tam nie byłem, ale opowiadało się o tym przez lata.



wtorek, 29 listopada 2016

Nagroda MISTRZ dla Tomasza Burka


Nagrodę Honorową Środowiska 'Topoi' MISTRZ otrzymał Tomasz Burek.
Wręczenie statuetki i dyplomu nastąpiło 12 listopada w warszawskim Klubie Księgarza. Laudację wygłosił dr hab. Adrian Gleń.


fot. Tomasz Mieloch

fot. Tomasz Mieloch

fot. Tomasz Mieloch

niedziela, 27 listopada 2016

Nominacje dla "Afazji polskiej"


Zbiór esejów Afazja polska uzyskał nominacje do Nagrody im. Oskara Haleckiego (przyznawaną za najlepszą książkę historyczną roku - w kategorii książek popularnonaukowych poświęconych historii Polski w XX wieku), Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza i Nagrody Literackiej 'Identitas'.





O tradycji "Dziadów" w kulturze - rozmowa w Polskim Radio 24


W programie Jakuba Moroza, emitowanym na antenie Polskiego Radia 24, udział wzięli dr Mikołaj Mirowski (Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi) oraz dr Przemysław Dakowicz (Katedra Literatury i Tradycji Romantyzmu, Uniwersytet Łódzki).

Audycji można wysłuchać TUTAJ.



poniedziałek, 19 września 2016

Numer "Toposu" poświęcony twórczości Feliksa Netza



W najnowszym „Toposie” (2016, nr 4), poświęconym twórczości śp. Feliksa Netza, m.in. blok korespondencji Netz–Kass i Netz–Dakowicz.
Poniżej dwa wybrane listy z lat 2013-2015; całość w aktualnym numerze sopockiego dwumiesięcznika.











7 sierpnia 2013

Drogi Panie Przemysławie,

Wojtek Kass nie tyle poprosił mnie, co zażądał, abym ten wiersz [Chodasiewicz], który – jak wyczuwam – zrobił na nim mocne wrażenie, przesłał Panu, co czynię z prawdziwą przyjemnością.
Dłoń ściskam!


Feliks Netz




8 sierpnia 2013


Wielce Szanowny i Drogi Panie Feliksie,

wcale mnie nie dziwi, że Wojtek "zażądał"! Poczytuję to sobie za wielki przywilej, że mogłem być jednym z pierwszych czytelników Chodasiewicza. Dziękuję.
Wiersz jest wspaniały, piękny, gorzki jak piołun, ale dotykający prawdy, tej prawdy, która jest mi najbliższa - prawdy indywidualnej egzystencji zderzonej czy zestawionej z piekłem historii pożerającej dziesiątki i setki tysięcy. Jeśli mogę pozwolić sobie na jakąś fragmentaryczną interpretację, powiem tyle: w dyskretny, a jednocześnie całkowicie bezwzględny sposób dał Pan czytelnikowi możliwość wglądu w koszmar XX wieku w naszej części Europy. Ale opisał Pan wszystko jakby z boku, z dystansu, z perspektywy kogoś, kto nie uczestnicząc uczestniczy (więc, szczęśliwie, pozbył się Pan balastu patriotycznego, który, w czystej formie, szkodzi poezji). Szeroki oddech fraz, epickich w istocie, ale poprzez bogactwo szczegółu widzialnego i dotykalnego niejako przenoszących tam właśnie, w głąb katyńskiego dołu. Bo jeśli czaszka Chodasiewicza "jest, skoro mogła być" czaszką katyńską, to i czaszka czytelnika - w jakiś niezrozumiały sposób - staje się czaszką przestrzeloną. Czytając, czuję ten niemiecki ołówek we własnym mózgu. A to jest walne zwycięstwo literatury, która unaocznia, aktualizuje i angażuje!
Pięknie za ten wiersz dziękuję. Dziękuję za dopuszczenie do wspólnictwa. Bardzo bym chciał, by Chodasiewicz mógł prędko ukazać się w "Toposie" - może posłałby Pan go Krzysiowi Kuczkowskiemu?
Łączę niskie ukłony i wyrazy bliskości (ideowej, ludzkiej).
Najserdeczniej -

Przemysław Dakowicz

niedziela, 8 maja 2016

Drugie wydanie "Afazji polskiej", z posłowiem Tomasza Burka


Do księgarń trafiło właśnie drugie, poprawione wydanie Afazji polskiej.
Tom opatrzony został posłowiem dr. Tomasza Burka. Z tekstem można się zapoznać TUTAJ.