Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłosz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłosz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 maja 2022

Dialogi Czesława Miłosza i Tadeusza Różewicza

 

[...] Znając te fragmenty niemal na pamięć, od razu pojąłem sens tytułu, który wybrał Emil Pasierski: Braterstwo poezji. Więcej – skłonny byłem go uznać za niewystarczający, bo (tak myślałem) nie wychodzi on (dlaczego?) poza pisarski wymiar spotkania dwóch wielkoludów naszej literatury.


Po lekturze całości – zrozumiałem. Albowiem (nie potrafię pozbyć się tego wrażenia) owa znakomicie zestawiona, wzorcowa pod względem edytorskim, zaopatrzona w wieloaspektowe objaśnienia i komentarze księga, poprzedzona w dodatku obszernym wstępem (prawda: tu i ówdzie – zapewne ze względu na niedostatek historycznoliterackiego „konkretu
– przeobrażającym się w jakąś quasi-antologię cytatów i komentarzy do nich), ten okazały tom – gdy spoczywa w księgarskiej witrynie – zapowiada więcej niż ofiarowuje. Jakby stać się mógł zaledwie kolejną ilustracją słynnej Różewiczowskiej formuły: 'zawsze fragment'.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie jest to zarzut pod adresem pomysłodawcy, redaktora, nakładcy czy autora przedmowy. Oni wykonali swoją pracę jak należy, ba – z naddatkiem.

Winni są... Czesław Miłosz i Tadeusz Różewicz. [...]

 

Pełen tekst poświęcony książce Braterstwo poezji. Korespondencja, wiersze i inne dialogi. 1947-2013 (red. Emil Pasierski) dostępny jest na stronie miesięcznika "Twórczość" ==> CZYTAJ.

środa, 5 czerwca 2019

Telewizyjna rozmowa o twórczości Czesława Miłosza


["W powiększeniu", TVP 3, prowadzenie: Jakub Moroz, Mateusz Werner; udział biorą: Tomasz Garbol (KUL), Przemysław Dakowicz (UŁ)]

Program, trwający 66 minut, można obejrzeć TUTAJ.




czwartek, 24 maja 2012

Głos człowieka do człowieka. Szkic o listach Miłosza i Jeleńskiego w "Twórczości" (2)


[Druga część szkicu opublikowanego w majowej "Twórczości"]



Osobną grupę tematyczną w obrębie korespondencji Miłosz–Jeleński stanowią listy poświęcone dwudziestowiecznej Polsce. Niełatwo jest o nich mówić, zawierają bowiem nadzwyczaj wiele sądów krytycznych, myśli formułowanych w stanie wysokiego wzburzenia, stwierdzeń subiektywnych i łatwo mogących paść łupem manipulacji. Nie sposób zresztą nie przyznać, że w dyskursie publicznym Miłosz wyjątkowo często bywał „ciągnięty za język” i rozmaite diagnozy polskich przypadłości przezeń formułowane przeinaczano i traktowano instrumentalnie (podobny los spotykał nie raz także jego wiersze), używając ich jako „pałki” na ideologicznego przeciwnika. Chyba nie minę się z prawdą, jeśli stwierdzę, że do owych symplicyzujących i manipulatorskich praktyk uciekały się obie strony uczestniczące w sporze o kształt współczesnego państwa polskiego. Bywa więc Miłosz traktowany jako „odszczepieniec”, bywa czczony niczym „świątek”, a obnoszący go wśród gawiedzi „wtajemniczeni” z upodobaniem rozdzierają szaty nad wszelkim przejawem „świętokradztwa”, jakim jest podług nich każda dyskusja z, rzekomo niepodatną na krytykę, Miłoszowską auctoritas.
Osiem lat po śmierci poety, kiedy jego dzieło jest już zamknięte, zajmując należne mu jedno z najwyższych miejsc w historii naszej literatury, wolno chyba wyrazić pogląd, że powinniśmy z nim dyskutować i wchodzić z nim w spór. Jedynie wtedy okaże się ono naprawdę żywe i zdolne modelować naszą duchową rzeczywistość. Dlatego otwarcie przyznaję, że w symbolicznym sporze o polskość, jaki rozgorzał niegdyś między „stroną Miłosza” i „stroną Herberta”, bliższa jest mi postawa autora Pana Cogito, choć — z drugiej strony — nie pozostaję wobec narodowej zbiorowości na tyle bezkrytyczny, by zbywać wszystkie gromy ciskane przez autora Traktatu moralnego lekceważącym wzruszeniem ramion.
Wszakże był Miłosz postacią skomplikowaną, wewnętrznie sprzeczną, nierzadko nie do końca konsekwentną w głoszonych przez siebie poglądach, a przy tym człowiekiem ambitnym, podatnym na zranienia i niekiedy dość pamiętliwym (o swojej „zaciekłości i gwałtowności” wspomina poeta w liście z 29 lipca 1968 — K 89). Dlatego, jak mniemam, jego rozpoznań dotyczących „plemienia Lechitów” nie należy absolutyzować, a rozsiane w listach do Jeleńskiego wyjątkowo ostre sformułowania („mentalność Polaków w 1939 r. była potworna i bajki to są, że wojna coś zmieniła, przesłoniła to tylko nimbem męczeństwa i heroizmu” — K 90; „mam do Polaków odrazę” — K 99; „muszę borykać się ze swoim wstrętem, niestety, do Lechitów” — K 111; „To ciężki problem moralny być bez ustanku zmuszanym do pogardy. Jest ona przecie trująca — a ktokolwiek coś ma do czynienia z Polakami, nie może, nie może się bez niej obejść, bo inaczej zejdzie do ich poziomu. […] jeżeli chodzi o Polskę, to smród ekskrementalny tylko i to zabójcze” — K 112) dobrze jest porównać z fragmentami entuzjastycznymi (jak ten z sierpnia 1980: „Czytam oczywiście prasę i oglądam telewizję — wydarzeń polskich pełno wszędzie i mimo stałego niepokoju, wielka duma i wielkie wzruszenie. To jest naród zadziwiający. Ostatni, a zarazem pierwszy na świecie. […] jest w tym wielkość ludzi, którzy nie są stworzeni na niewolników. I pomimo wszystko, ogromny postęp w ciągu tych dekad — w świadomości, organizacji […], solidarności” — K 234) lub z wyimkiem z jednego z przemówień noblowskich:

Jestem częścią polskiej literatury, która jest względnie mało znana w świecie, gdyż jest niemal nieprzetłumaczalna. Porównując ją z innymi literaturami, mogłem ocenić jej niezrównaną dziwaczność. Jest to rodzaj tajnego bractwa mającego własne obrzędy obcowania z umarłymi, gdzie płacz i śmiech, patos i ironia współistnieją na równych prawach. Przejęta historią, zawsze aluzyjna, w tym stuleciu tak jak dawniej towarzyszyła ludowi w jego ciężkich przejściach. Linie polskiego wiersza krążyły w podziemiu, były pisane w barakach koncentracyjnych obozów i w żołnierskich namiotach, w Azji, Afryce i Europie. Reprezentować tutaj taką literaturę znaczy czuć się pokornym wobec świadectw miłości i poświęcenia zostawionych przez tych, którzy już nie żyją. Pozostaje mi nadzieja, że zaszczyt, jakim mnie łaskawie obdarzyła Szwedzka Akademia pośrednio wynagradza tych, którzy prowadzili moją rękę i których niewidzialna obecność podtrzymywała mnie w trudnych chwilach.[1]
                                                                                              
Bój o uhonorowanie autora Miasta bez imienia literacką nagrodą Nobla jest w korespondencji Miłosz–Jeleński stosunkowo dobrze udokumentowany. W maju 1975 roku poeta pisze o zgłoszeniu jego kandydatury przez amerykański PEN Club in Exile. Swoje szanse ocenia jako nikłe, mimo to całą inicjatywę opatruje znaczącym zastrzeżeniem: „Ale jeżeli Iwcio [Jarosław Iwaszkiewicz] miałby dostać, to niezależnie, co sądzimy o jego poezji (ja zostaję wierny jego wczesnym wierszom), to chyba, zważywszy na de publicis, moja kandydatura lepsza” (K 153). Rok później Miłosz otrzymuje Guggenheim Fellowship, a po kolejnych dwóch latach zostaje laureatem literackiej nagrody Neustadt. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych trwają już starania przyjaciół poety, na czele z Jeleńskim, o zainteresowanie Akademii Szwedzkiej jego twórczością.
W październiku 1977 roku Kot relacjonuje: „W Dublinie odbyliśmy z Leszkiem Kołakowskim i Zimandem »zebranie« poświęcone zabiegom o Twoją Nagrodę Nobla. Ułożyliśmy dość szczegółowy plan akcji, rozdzielając sobie role” (K 191). Jak zauważa w biografii Miłosza Andrzej Franaszek, „nie chodziło o jakieś szczególne zakulisowe działania, lecz o wysyłanie listów z poparciem kandydata, mobilizowanie w tym celu uniwersytetów, fundacji czy stowarzyszeń pisarskich”[2]. Po kilku miesiącach Jeleński wysyła do Berkeley list z informacją: „»Twój Nobel« zaczyna się precyzować” i wyjaśnia, że w akcji promującej twórczość autora Ocalenia zgodził się wziąć udział Zdzisław Najder. Relację z owych starań kończy słowami: „wątpię, żeby nasz »spisek« dał rezultaty w tym roku — ważne, że Twoja kandydatura się umacnia i że mamy rok przed sobą, jeśli celem ma być nagroda w 79.” (K 197).
W tym samym okresie poeta toczy wyczerpującą psychicznie i fizycznie batalię o życie Janiny Miłoszowej. W maju 1977 roku powiadamia Jeleńskiego, że nie tylko zrezygnował z planowanej podróży do Grecji i Izraela, ale ze względu na konieczność stałej opieki nad żoną, nie będzie mógł także przylecieć do Europy (w grę wchodził m.in. pobyt w Sztkholmie). „Ciężka to dla mnie godzina — wyznaje — i gdybym nie był manichejczykiem , uważałbym, że to Bóg jest tym potworem obmyślającym takie cierpienia istot żywych” (K 181). W czerwcu znana jest już pierwsza diagnoza — lateral sclerosis, choroba atakująca ośrodki motoryczne organizmu. „Jak stawić temu czoła — pisze Miłosz — zaiste nie wiem” (K 184). Jeleński towarzyszy przyjacielowi w cierpieniu w sposób dyskretny i serdeczny. „[K]ażdy Twój znak życia jest dla mnie cenny — zapewnia — myślę o Was często z wdzięcznością i czułym podziwem” (K 187). We wrześniu wydaje się, że choroba została pokonana — dzięki szczegółowym badaniom wstępna diagnoza zostaje zmieniona, a Janina Miłoszowa przechodzi operację usunięcia guza „w kolumnie pacierzowej”. Miłosz kończy jeden ze swoich listów euforycznym zdaniem: „Janka odzyskuje władzę w nogach!!” (K 188). Niestety, poprawa okazuje krótkotrwała — już w listopadzie przychodzi z Berkeley list utrzymany w tonie dramatycznym. „Zdawało się, że umrze — donosi poeta — stan jej był z każdym dniem gorszy” (K 193); nasilają się bóle, gorączki i majaczenia.  „Zupełnie nie wiem, co będzie dalej i oczywiście mogę funkcjonować tylko z dnia na dzień” — stwierdza Miłosz, a całą relację zamyka słowami: „nie bardzo mam siłę pisać dłużej. Zwykle wieczorem zharowany jestem” (K 193).
Sytuacja zdrowotna jego żony jest w kolejnych miesiącach dynamiczna — po kolejnych pobytach w szpitalu wraca do domu, choć wciąż musi brać niezwykle mocne leki przeciwbólowe. „Stawię czoła nieszczęściom osobistym, o których nie umiałbym nawet opowiedzieć” — deklaruje poeta w lipcu 1978, a jesienią następnego roku pisze z umiarkowanym optymizmem, że „rozwiązanie, zdawałoby się niemożliwe, okazało się możliwe”— znów prowadzi zajęcia uniwersyteckie, podczas gdy „Janka zostaje sama i radzi sobie” (K 219).
Listy Jeleńskiego i Miłosza z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych czyta się bodaj z największym wzruszeniem. Tragiczne wydarzenia, jakie nastąpiły wtedy w życiu osobistym autora Ocalenia, zestawione ze wzbierającą falą uznania dla jego twórczości, zwieńczoną laurami literackimi w Ameryce i Nagrodą Nobla, tworzą zadziwiający w swej wymowie splot radości, płynącej z ostatecznego potwierdzenia słuszności życiowych i artystycznych wyborów podejmowanych w poprzednich dziesięcioleciach, oraz cierpienia, bezlitośnie sprowadzającego literaturę na dalszy plan. Korespondencja — również za sprawą jej wyraźnego działania terapeutycznego — staje się tu zwierciadłem, w którym odbija się egzystencjalna prawda o człowieku oddającym poezji wszystko, co dlań najcenniejsze.
W żadnym innym tomie korespondencji — nawet w listach do Thomasa Mertona — Miłosz nie ujawnił w takiej pełni swojego rzeczywistego oblicza, w żadnym nie odsłonił się tak bardzo jako człowiek — cierpiący, poszukujący, błądzący, borykający się z własnym losem. Ten właśnie walor autentyczności, pozwalającej miłośnikom twórczości autor To jak nigdy dotąd wniknąć w jej biograficzny kontekst i lepiej pojąć skomplikowaną sieć zależności łączących twórcę z jego dziełem, sprawia, że tom wydany przez „Zeszyty Literackie” musi być uznany za jedno z najdonioślejszych wydarzeń edytorskich Roku Miłoszowskiego. 

Pierwsza część tekstu dostępna TUTAJ




[1] Przemówienie Czesława Miłosza na bankiecie, "Kultura" 1981, nr 1, s. 27.

[2] A. Franaszek, Miłosz. Biografia, Kraków 2011, s. 686.



środa, 23 maja 2012

Głos człowieka do człowieka. Szkic o listach Miłosza i Jeleńskiego w "Twórczości" (1)


[Pierwsza część szkicu opublikowanego w majowej "Twórczości"]

W Abecadle Czesław Miłosz pisał o Konstantym Jeleńskim: „Był moim serdecznym przyjacielem i najuważniejszym czytelnikiem, a może jedynym, jakiemu ufałem”[1]. Zbiór ich listów, wydany w roku miłoszowskim przez „Zeszyty Literackie”, stanowi bez wątpienia jedno z najcenniejszych źródeł wiedzy o ludziach i czasach, dając wgląd w tajniki poetyckiego warsztatu autora Trzech zim, pozwalając lepiej zrozumieć jego ideowe i polityczne wybory, objaśniając istotę jego wieloletniego sporu z polskością. Dla miłośnika twórczości Miłosza jest to książka niezwykle wartościowa, pozwala bowiem ujrzeć poetę nieupozowanego, przejmująco szczerego, gotowego do prawdziwej rozmowy — bez masek, bez przebrań, bez „zacierania śladów”. Ze względu na jej względną regularność, korespondencja ta — jeśli potraktować ją jako zwarty ciąg relacji autobiograficznych oraz reprezentatywny zbiór refleksji na temat sztuki, literatury, cywilizacji XX wieku — urasta do rangi swoistego, rozpisanego na odcinki, dziennika intymnego pisarza, będąc zarazem czymś w rodzaju (fragmentarycznej, punktowej) kroniki jego życia. Nie może dziwić fakt, że w imponującej biografii Miłosza Andrzej Franaszek tak ochoczo cytował listy z owego zbioru.
U źródeł przyjaźni Jeleńskiego i Miłosza stał podziw. Trudna, przede wszystkim z psychologicznego punktu widzenia, sytuacja autora Ocalenia w pierwszych latach emigracji naturalnie sprzyjała zawiązaniu się tej relacji. Miłosz potrzebował słuchacza bezinteresownego i wyrozumiałego, interlokutora błyskotliwego, zdolnego pojąć całe wewnętrzne pogmatwanie kogoś, kto z dnia na dzień wywrócił do góry nogami całe swoje dotychczasowe życie. Konstanty Jeleński nie stałby się jednak osobą tak bliską Miłoszowi, gdyby nie był także uważnym, entuzjastycznym — a kiedy trzeba, krytycznym — czytelnikiem jego dzieł.
Już w pierwszym zachowanym liście Jeleńskiego do autora Trzech zim owa uważność zostaje zaznaczona i wyartykułowana. „Przeczytałem — pisze Kot — La prise du pouvoir […]. Muszę się przyznać, że byłem dość sceptyczny (gdyż nie wierzę w możliwość »powieści społecznej«). Pewne zastrzeżenia pozostały […]. Ale w Pana przypadku wszystko ratuje poezja w połączeniu z inteligencją. […] książka Pana żyje i jest prawdziwa”[2]. Następnie stwierdza: „Jest Pan dość wyjątkowym zjawiskiem literackim: jeden z pierwszych współczesnych poetów lirycznych pisze esej filozoficzny tej miary co Zniewolony umysł — i powieść, której się nie potrzebuje wstydzić!” (K 8).
Z przywołanych fragmentów wynika, że już na początku lat pięćdziesiątych (uwagi pochodzą z roku pięćdziesiątego trzeciego) Jeleński miał pełne rozeznanie co do wyjątkowości Miłosza na tle literatury europejskiej. Lapidarną formułę zawartą w słowach: „poezja w połączeniu z inteligencją” można by uznać za pierwszą, jeszcze mało szczegółową i precyzyjną, próbę nazwania tego, co dla czytelników „późnego” Miłosza będzie bez mała aksjomatem — w słowach tych wyraża się bowiem zarówno podziw dla lirycznego talentu adresata, jak i przeświadczenie o wyróżniającym go potencjale intelektualnym. O szczególnym miejscu w literaturze polskiej i światowej, jakie autor Ocalenia zajmie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, będzie decydować właśnie owa dwubiegunowość, pozwalająca mu wypowiadać się w formach tak odmiennych, jak: 1. krótki, zdyscyplinowany wiersz; 2. rozbudowany, wielopłaszczyznowy poemat, wprowadzający bogactwo kontekstów filozoficznych, historycznych, religijnych; 3. esej, stanowiący próbę odpowiedzi na najbardziej palące pytania współczesności (religia wobec nauki, polityka a wartości, rola tradycji kulturalnej etc.).
Prędko staje się Jeleński powiernikiem, wprowadzanym w tajniki skomplikowanego życia emocjonalnego i intelektualnego Miłosza, utwierdzającym przyjaciela w przekonaniu o słuszności podejmowanych przez niego wyborów (wyjazd do Ameryki, faktyczne odcięcie się od polskiej emigracji, tworzenie jakby na przekór tendencjom widocznym w literaturze krajowej i zachodniej), podtrzymującym go na duchu, kiedy przychodzą chwile zwątpienia. Pisze więc Kot o „pewności” dotyczącej wysokiego miejsca Miłosza w literaturze polskiej XX w. („szanse Twego ostania […] są 10 na 10” — K 17; „Czy naprawdę myślisz, że wśród ludzi, którzy trochę czują poezję i czytają po polsku, jest najmniejsza wątpliwość co do Twej »rangi«?” — K 135), przekonuje go o korzyściach wynikających z zamieszkiwania w Stanach Zjednoczonych („dla pisarza, dla poety Twego gatunku, istnieje dziś w Polsce niemożność pisania” — K 135), zapewnia o swoim pełnym oddaniu.
Emocjonalna i intelektualna zażyłość między Miłoszem i Jeleńskim rodziła się wskutek doświadczeń, rozmów i spotkań — aż do wyjazdu Miłoszów do Ameryki istniała wszak możliwość bezpośredniego widzenia. Prawdziwie intensywna wymiana listów rozpoczyna się więc dopiero w latach sześćdziesiątych. W bloku owej międzykontynentalnej korespondencji co najmniej kilka listów uznać wypada za fundamentalne. Pierwszy z nich napisany został przez autora Traktatu poetyckiego w roku 1962 (w omawianym zbiorze oznaczony został numerem 22.). Przynosi on szereg konstatacji istotnych dla zrozumienia szczególnego położenia Miłosza-wygnańca, kalifornijczyka i profesora amerykańskiego uniwersytetu — zmagającego się z poczuciem życiowej przegranej, szukającego (i znajdującego) pocieszenie w pozornie absurdalnej pracy poetyckiej, oznaczającej uparte opowiadanie się przeciwko nicości; zawiera także kilka kapitalnych autodefinicji, pozwalających dotrzeć do samego rdzenia unikalnego Miłoszowskiego spojrzenia na dwudziestowieczną cywilizację techniczną z perspektywy prowincjusza (a zarazem nieodrodnego dziecka cywilizacji europejskiej), kurczowo trzymającego się tradycyjnego, zakorzenionego w religii obrazu rzeczywistości jako porządku, jako całości sensownej i zhierarchizowanej. Wyznaje Miłosz:

Często myślę, że to jest ponad moje siły, że nie podołam. Człowiek zanurzony w tej cywilizacji prędzej czy później akceptuje swoją bezsilność i pozostaje mu tylko tzw. życie. Jeśli mam od razu, tu, na początku, sięgnąć do sedna, powiem, że właśnie tzw. życie było i jest dla mnie przerażeniem, karą zagładą. […] [T]o jest niezmienna mego losu, od czasu kiedy miałem szesnaście lat: ratować się od tego przerażenia gwałtownym za i gwałtownym przeciw. […] [M]usiałem zawsze wyposażać trwanie w sens i cel, tak żeby cokolwiek robię, było częścią tego sensu i celu. (K 32)

Pobyt w Berkeley jawi się mu jako wyznaczone przez los zadanie, które da się wypełnić jedynie z największym trudem, dzięki nieustannej samokontroli i „intelektualnej dyscyplinie” (K 33), którą trzeba sobie narzucić:

Kochający i nienawidzący, uciąłem sobie rękę i wylądowałem tu, gdzie nie ma miejsca na miłość ani nienawiść, w Kalifornii, krainie najdoskonalszej alienacji. Po cóż miałbym ukrywać przed sobą swoją porażkę? […] Sartre kiedyś wysyłał Camusa na wyspy Galapagos. To są moje wyspy Galapagos. Zamieszkałe, owszem, przez miliony ludzi, którzy cierpią jak ja, nie uświadamiając sobie jednak na ogół, dlaczego cierpią. I nie mam innego wyboru, jak przyjąć konieczność, próbując ją obrócić w wolność. W tym moja duma, że nie chcę się poddać. Może to nawet pycha doradza mi powiedzieć: dobrze, że się tu znalazłem, na tych brzegach Pacyfiku, gdzie najbardziej zaawansowana w świecie cywilizacja techniczna jest w proporcji do duchowego nieszczęścia. Narzucone mi zostało w ten sposób zmaganie się radykalne z tym wielkim i powszechnym dziś w tylu krajach „nie ma”, o którym krzyczy théâtre de l’absence, poezja i powieść. (K 32–33)

Poeta skarży się na osamotnienie. By nie zatracić się w powierzchownej i bezrefleksyjnej egzystencji, ucieka w lektury (w cytowanym liście wspomina o pracy nad wierszami Robinsona Jeffersa), szuka schronienia w aktywności pisarskiej, stwarzając — by posłużyć się sformułowaniem z jednego z jego późniejszych wierszy — „niewidzialny sznur”, dzięki któremu możliwe jest utrzymanie się na powierzchni spraw i zdarzeń, które chciałyby przybysza ze Starego Kontynentu pochłonąć, pozbawić podmiotowości, świadomości historycznej i metafizycznych pragnień. W owym trudzie ratowania samego siebie korespondencja z Jeleńskim jest dla autora Światła dziennego istotnym wsparciem, wyrywa go bowiem z poczucia alienacji, pozwala przejrzeć się w słowach przyjaciela, odnaleźć w nich potwierdzenie własnej osobności, własnego — niepowtarzalnego, niepodobnego do innych — trwania. Z jaką gwałtownością domaga się Miłosz dialogu, kontaktu, rozmowy! „Nie, nie umiem przemawiać do oceanu, do lwów morskich na bazaltach przybrzeżnych wysp, do drzew i jeleni — pisze. — Potrzeba komunikacji jest tak wielka, że zmusza nawet do zarzucenia wszelkich środków zbyt okólnych, zniechęca do sztuki, byle, co nas gnębi, wyraziło się jak najbardziej dobitnie, jako głos człowieka do człowieka” (K 33).
Ameryka, przysparzająca Miłoszowi zgryzot „z powodu przerażającej jałowości życia milionów ludzi” (K 47), nieodmiennie zagrażająca „wsysającą nicością, przeciwko której tylko nieliczni mogą się obronić” (K 49), nie jest, co oczywiste, jedynym tematem rozmów między przyjaciółmi. Wiele miejsca zajmują w korespondencji wspólne projekty literackie (np. opracowanie monumentalnej antologii polskiej poezji), wymiana informacji na temat bliższych i dalszych znajomych (Herbert, Watowie, Gombrowicz, Hertz, Iwaszkiewicz, Sadzik, Błoński i in.), analizy dotyczące życia literackiego w Polsce Ludowej i na emigracji, omówienia planów wydawniczych i form promowania twórczości Miłosza w Europie zachodniej.
Do najwartościowszych i najgłębiej zapadających w pamięć partii tej korespondencji zaliczyć wypada liczne autokomentarze Miłosza oraz przenikliwe, syntetyczne uwagi na temat twórczości autora Trzech zim rozsiane w listach Jeleńskiego.
7 lipca 1969 roku pisze Miłosz w związku ze śmiercią matki przyjaciela:

To całe życie, polegające na nadrabianiu miną, na udawaniu, że potworności niszczącej nas stopniowo nie ma, to chwytanie się przeróżnych causes z jednym niewyznanym celem — ja po prostu nie wiem, co z tym zrobić, bo cały tzw. świat ludzki jest wobec czasu i śmierci złudzeniem, ale przyjmując ściśle przyrodniczą optykę, czuje się wstyd, że świadomość ludzka na to tylko się przydaje, żeby tak się rozdwoić na świadomość i naturę, czego przecież żadna żywa istota nie ma. (K 100)

Przytoczone słowa to przecież zwięzła formuła Miłoszowskiej poezji, z jej stałym namysłem nad miejscem człowieka uwięzionego, z jednej strony, między naturą a historią, z drugiej — między naturą a religią. Pytanie o źródło okrucieństwa wpisanego w mechanizmy przyrody, o niezawinione cierpienie stworzeń rozumnych i nierozumnych wybrzmiewa tu równie mocno, jak w najważniejszych wierszach autora Sroczości.
Duże wrażenie czynią uwagi Miłosza w liście z 30 z lipca 1979 roku, dotyczące jego pesymizmu — nieujawnionego w poezji. Obnażenie ciemnej podszewki świata oznaczałoby dlań naruszenie podstawowego tabu, znalezienie się poniżej poziomu, do którego podnosi człowieka sztuka (konstatacja ta stanowi najlepszą odpowiedź na pytanie o przyczyny kontrowersji między Miłoszem a Różewiczem):

Ciężkie mam życie. I jeżeli sobie coś wyrzucam w zakresie mojego pisania, to że mój pesymizm nie został tak ujawniony, jak był powinien — tylko że wtedy przekracza się pewną granicę jakiegoś ludzkiego decorum i jest się wyraźnie poza kulturą. Ciągle i wyrzucam sobie, i dziwię, się, że to u mnie pod piórem na odwrót wychodzi — i co to znaczy? (K 215)

Niektóre ze stwierdzeń poety nie tylko celnie definiują najistotniejsze bolączki pisarza współczesnego, ale ze względu na swoją lapidarność i gnomiczność mogłyby się znaleźć w antologii sentencji o sztuce poetyckiej. Odnosząc się do recepcji dzieła Gombrowicza na Zachodzie, powiada Miłosz: „Degeneracja języka polega na utracie zmysłu rzeczywistości” (K 125). W jednym z listów z połowy lat sześćdziesiątych przyznaje się do „przybierającego wstrętu do literatury” i zastanawia nad związkiem między prawdą i sztuką. „I jest tak może — domniemywa — że cała zbroja na nas pęka i zostaje się bez niczego, tylko z nadmiarem i poczuciem, że tzw. pisarstwo było udawaniem i »zabawą w klasy«, ale że trzeźwa nasza cząstka w to wcale nie wierzyła” (K 59), by na koniec przyznać, że większa część jego literackiej aktywności wzięła się „z obolałości ambicji, a nie z szumnej etyki” (K 60). Bardzo surowa ocena literatury świata zachodniego, określanej przez Miłosza jednym słowem: „potworność”, każe postrzegać jego własny poetycki projekt jako wymierzony w dwudziestowieczną „dehumanizację pod pozorem protestu przeciwko dehumanizacji” (K 108).
Jeleński bierze na siebie trud wspierania przyjaciela, raz po raz dowodzi, że droga artystyczna obrana przez Miłosza, była jedyną słuszną. Daje dowody przywiązania, wierności, ba, czułości. „Bardzo mi brakujesz” — pisze w lutym 1964. Na wyjątkowo osobisty i szczery list z października 1965 roku, w którym poeta pisał: „»metafizycznie pękam w szwach«, […] z wielkim trudem przychodzi mi tzw. wykonywanie obowiązków, […] jestem kompletnie crazy” (K 61), swoje życie nazywał „galimatiasem, z którego nic a nic nie pojmuję” (K 62) i zapytywał: „Kocie, kim jestem dla Ciebie? Czy garnkiem, z którego leje się kawa, a garnek zostaje garnkiem — jak dla mojej rodziny, czy czymś innym?” (K 63), Jeleński odpowiada dwa miesiące później: „jesteś mi naprawdę bardzo bliski, poniekąd w dwóch wymiarach, bo Twoja obecność zawsze mnie cieszy i podnieca — mam jakąś wielką, przyjemnie ciepłą »sympatię« do Ciebie — a Twoja poezja jest źródłem zawsze pewnego ukojenia — nostalgicznej sérénité czy mądrości — trochę jak muzyka Mozarta” (K 64). Po wielekroć dowodzi w swoich listach dogłębnego zrozumienia pisarstwa Miłosza, jak wtedy, gdy rekapitulując główne tezy własnego eseju Poeta i przyroda, stwierdza: „wniknięcie przez kilka miesięcy w Twoją poezję utrwaliło mnie w przekonaniu, że najwyższy, najbardziej odkrywczy wymiar Twej twórczości to Twój stosunek do Ducha Ziemi, nie do Ducha Dziejów ([…] intuicja […] — że Duch Dziejów to po prostu Duch Ziemi przebrany w heglowski fraczek)” (K 92). Kapitalnie rozpoznaje fundamenty intelektualnej uczciwości Miłosza, nie pozwalającej poecie na postrzeganie świata w kategoriach czarno-białych i sprawiającej, że jego osobny głos brzmi obco dla przedstawicieli wszystkich opcji ideologicznych („Ty […] byłeś zawsze Gyblińskim dla Gelfowiczów, Gelfowiczem dla Gyblińskich…” — K 128), wreszcie zaś z uporem i konsekwencją przekonuje go o najwyższej randze jego twórczości („[J]esteś właściwie przez wszystkich Polaków »gramotnych« uznany za największego polskiego poetę” — K 174). Porównując autora Gucia zaczarowanego z Gombrowiczem, dowodzi:

Ty jesteś człowiekiem niesłychanie witalnym, zmysłowym, Twoja poezja, przy całej swej nostalgii i rozdarciu, jest niesłychanie toniczna, należy do tych rzadkich dzieł sztuki, które nie kłamią i w pewnym sensie pozwalają »pogodzić się ze śmiercią«. […] Ty miałeś (masz) tyle »zachwytów«, tyle momentów (które umiałeś utrwalić), że Twe »życie« i Twe »dzieło« wydają mi się z jednej zrobione bryły”. (K 174)

W czerwcu 1977 roku, w trakcie wielokrotnej lektury wierszy Miłosza zebranych w tomie Utwory poetyckie, Jeleński wysyła do przyjaciela „list wdzięczny i czuły”, w którym pisze: „Może tylko podziw uratuje mnie. Mogłoby to być motto Twojej poezji, ale w bardziej uniwersalnym sensie niż może przypuszczasz, bo podziw Twój ratuje również innych” (K 184). Następnie zdaje relację z tego, jak wyglądają jego poranki w Nonzy na Korsyce; opisuje krajobraz, wśród którego stoją kupione przez niego i Leonor Fini ruiny starego klasztoru — tarasy na zboczu wzgórza, na których rosną warzywa i kwiaty, zatokę, gdzie pływa, ścieżkę biegnącą z wioski położonej w górach. „Budzą się ptaki — podsumowuje — niemal co rano obserwuję na morzu znaną mi parę kormoranów, zdarza się, że wesoło skoczy delfin. Zawsze ten sam zachwyt. Potem robię sobie herbatę […] i czytam Twoje wiersze, szczęśliwy, że zachwyt może być trwały, że potrafiłeś zatrzymać tyle przelotnych chwil […], że słowo może zachwycić […], nie kłamiąc, niczego nie ukrywając” (K 184–185). Trzy lata później, w wakacje 1980, po przeczytaniu cyklu Osobny zeszyt, wyznaje Jeleński: „»Niechby jednego człowieka wybroniło Twoje dzieło« piszesz. Nie wiem, czy Twoje wiersze mnie kiedyś »wybronią«, ale na pewno od lat są lekarstwem, pociechą, laską dla kulawego” (K 227). Z entuzjazmem pisze o Rodzinnej Europie i przede wszystkim o Ziemi Ulro — czytanej najpierw w maszynopisie, potem w wydaniu książkowym — której wróży „wielką na Zachodzi rolę” (K 191), z umiarkowanym krytycyzmem wypowiada się natomiast o Widzeniach nad Zatoką San Francisco.
Owa przyjacielska lojalność, nakazująca absolutną szczerość nawet wtedy, gdy krytyczne uwagi mogą dotknąć, sprawi, że po latach Miłosz będzie mógł napisać o zmarłym: „Konsekwentny, prawy, wierny, mądry. […] W ocenach był swój własny, szczery, nie cofał się przed krytyką, a zarazem zdolność do zachwytu miał niezwykłą”[3]. Potrafi bowiem Jeleński wyrazić swoje przekonania w sposób najzupełniej bezpośredni, np. wtedy, gdy odpierając zarzuty Miłosza w związku z przyznaniem nagrody Radia Wolna Europa za najlepszą książkę emigracyjną roku Dwóm listom i innym opowiadaniom Mrożka, oświadcza: „Jeżeli byłeś urażony tym, że jesteś (wyszedłeś) w »klasyfikacji« »po Herlingu« czy »na równi z Grynbergiem«, to świadczy również o Twoim egocentryzmie i braku wyobraźni, kiedy chodzi o Ciebie” (K 122). Z niezwykłą otwartością i jednoznacznością krytykuje decyzję autora Zniewolonego umysłu o wydaniu drukiem korespondencji z Wańkowiczem, oceniając, że w listach tych, pisanych w latach pięćdziesiątych, po podjęciu przez Miłosza decyzji o emigracji, wiele jest ustępów, które mogą „zasmucić jego przyjaciół” (K 268). Zapewniając o „podziwie i wdzięczności”, które ma dla niego „(nie »jako poety« — bo tym poetą jesteś Ty) — to jest Twoja głęboka, prawdziwa »natura« — i to, co własnym życiem, myślą, pracą, cierpieniem, miłością z tej natury zrobiłeś” (K 268), formułuje długą listę zarzutów. Pisze m.in. o „ogromnej self-pity, […] naprawdę żenującej, jeśli się myśli o losie tylu ludzi w Polsce w tym okresie” (K 270) i wzywa przyjaciela do ostatecznego rozprawienia się z bolesnym problemem politycznej i moralnej niejednoznaczności wyborów podejmowanych przezeń w pierwszych latach po jego ucieczce z Polski Ludowej:

Jeśli można Ci dać radę — to weź tego byka wreszcie za rogi — i napisz „brakujący rozdział” Rodzinnej Europy i Ziemi Ulro. Nie kajaj się, nie bij się w piersi, ale zastanów się głęboko nad dziwną schizofrenią zbiorową tego okresu (nieprawda, że dokonałeś tego w Zniewolonym umyśle — który również jest tej schizofrenii wyrazem). No i oczywiście także nad Twoją specyficzną schizofrenią indywidualną w tych latach. Potraktuj tę korespondencję [z Wańkowiczem] jako lustro, w którym widzisz własną gębę po latach. (tamże)

W Roku myśliwego, pisanym po śmierci Jeleńskiego, Miłosz nazwie cytowany list „posłaniem zza grobu” i przyzna:

Kot miał rację. Moje argumenty były fałszywe, ukrywały moje prawdziwe motywy, albo dlatego, że te motywy były nie do wyznania, albo dlatego, że wymagałyby zbyt zawiłej samoanalizy. […]
Wyjazd za granicę od początku stał pod znakiem kłamstwa, bo przecie kierowałem się jednym pragnieniem: wyjechać. A potem się zobaczy.[4]


Druga część tekstu dostępna TUTAJ


Miłosz, Jeleński, Korespondencja, Warszawa 2011


[1] C. Miłosz, Abecadło, Kraków 2001, s. 161.
[2] C. Miłosz, K. Jeleński, Korespondencja, red. B. Toruńczyk, Warszawa 2011, s. 8. Dalej stosuję skrót „K”. Liczba oznacza stronę.
[3] C. Miłosz, Rok myśliwego, Kraków 2001, s. 92.
[4] Tamże, s. 278. Na zapisek ten zwraca uwagę Radosław Romaniuk, autor znakomitego opracowania Korespondencji Miłosza i Jeleńskiego.

czwartek, 8 grudnia 2011

Miłosz i Swedenborg (2)

Druga część artykułu Między schizofrenią a „wyobraźnią religijną”. Miłosza kłopoty ze Swedenborgiem (na marginesie Ziemi Ulro), który znalazł się w wydanym właśnie tomie Czesława Miłosza "północna strona", red. M. Czermińska, K. Szalewska, Gdańsk 2011.

Gest sięgnięcia po spuściznę Swedenborga to akt wyboru ideowego sprzymierzeńca. Jeśli Miłosz sytuuje autora O niebie i piekle… na przedłużeniu tej linii obrony chrześcijaństwa, którą, w jego opinii, zapoczątkowuje Pascal, to samego Miłosza należałoby widzieć jako spadkobiercę obu myślicieli. Nie znaczy to, oczywiście, by taktyka defensywna poety ściśle odpowiadała strategii Pascala czy Swedenborga, da się jednakowoż wskazać pewne strukturalne elementy pozwalające wpisać dzieło autora Kronik w przestrzeń myślową bliską jego wielkim poprzednikom. Granice owej fundamentalnej zgodności zostają wytyczone za pomocą, po pierwsze – przekonania o istotowej różnicy między naturą a człowiekiem, po drugie – przyjęcia perspektywy antropocentrycznej, po trzecie – tęsknoty do symetrii, równowagi i całościowego oglądu rzeczywistości.

Swedenborgiańska obrona wyobraźni i ściśle z nią związane teoria korespondencji i wizja zaświatów nie stanowią w obrębie Miłoszowej refleksji punktu dojścia, ale punkt wyjścia jego własnych koncepcji. Dzieło szwedzkiego mistyka, by ująć rzecz metaforycznie, spełnia funkcję zwierciadła wydobywającego z cienia i uwydatniającego te fragmenty twarzy poety, które dotąd były skrzętnie skrywane przed wzrokiem publiczności. Zresztą, taki właśnie autodemaskatorski i autoprezentacyjny zamysł, stojący u genezy Ziemi Ulro, zostaje wskazany już w pierwszym akapicie książki: „Kim byłem? Kim jestem teraz, po latach, tutaj na Niedźwiedzim Szczycie, w mojej pracowni nad Pacyfikiem? Długo odkładałem opowieść o niektórych moich duchowych przygodach, napomykając o nich, ale niechętnie i powściągliwie. Aż spostrzegłem, że jest późno, i w dziejach naszej zmalałej Ziemi, i w dziejach jednego żywota, i że pora byłoby przezwyciężyć tę nieufność do czytelnika, która zawsze dawała mi się we znaki” (ZU 27).

Autor Ziemi Ulro to ktoś, kto pragnie się odsłonić, wprowadzić odbiorcę w arkana swojej indywidualnej duchowości. Przywołanie dzieł pisarzy i myślicieli takich jak Swedenborg, Blake, Dostojewski czy Oskar Władysław Miłosz pozwala mu pełniej zaprezentować własne oryginalne stanowisko, skonfrontować je z odmiennymi sposobami ujmowania problemów wiary, wskazać podobieństwa i różnice w postrzeganiu człowieka i świata. W obrębie owej swoistej spowiedzi duchowej rolę przypadającą Swedenborgowi należy uznać za doniosłą, choć lektura jego tekstów nastręcza wiele trudności, albowiem jest to dzieło, które zarazem fascynuje i odpycha, „wtrąca w stany wewnętrznie sprzeczne, tj. kpina nagle zmienia się w podziw, sprzeciw – w zgodę i na odwrót, zaciekawienie w uciążliwą nudę, zgoda – w kategoryczny sprzeciw” (ZU 160). Pisarstwo Swedenborga stawia Miłosza wobec konieczności precyzyjnego określenia własnego stanowiska, każe przyjrzeć się uważnie meandrom własnego myślenia.

Na kartach Ziemi Ulro czytamy, że „w pomyślnych okresach” literatura posiada zdolność poruszania „zagadnień dla człowieka podstawowych”, a „w okresach niepomyślnych traci tę zdolność i jakby zapomina, że takie zagadnienia istnieją” (ZU 180). Czas, w którym przyszło mu żyć, Miłosz uznaje za jednoznacznie „niepomyślny”, a obraz rodzaju ludzkiego wyłaniający się z kultury drugiej połowy XX wieku ocenia jako całkowicie przygnębiający i zapytuje, czy ludzkość dojrzała już „do redukcji całkowitej, czyli do przekształcenia się w planetarne społeczeństwo dwunogich owadów” (ZU 181). Sam pragnąłby być „prawdziwie wielkim poetą”, czyli sięgać do „zagadnień dla człowieka podstawowych”, ma jednak świadomość, iż po przewrocie naukowym, jaki dokonał się w XVIII stuleciu, jest to niemożliwe. Poeta dwudziestowieczny może jedynie dawać świadectwo upadku własnego i swoich współczesnych; „choroba siedzi we mnie i w samym sobie poddaję ją oglądowi” (ZU 181) – powiada Miłosz. Jedną z ostatnich strategii obronnych, jakie mu pozostały, jest wybieranie lektur, które – jak to określa – stawiają „większy opór”, zawierają „jakąś obietnicę” (ZU 181). Do tego rodzaju dzieł zaliczają się, jak wolno podejrzewać, teologiczne rozprawy Swedenborga. Autora Gucia zaczarowanego zdaje się fascynować konsekwentny antropocentryzm szwedzkiego wizjonera, uparte dążenie do ponownego zadomowienia się w świecie (poprzez zastosowanie powszechnego prawa analogii), a w zakresie epistemologii – przesunięcie punktu ciężkości z przedmiotu na podmiot i ze zbiorowości na jednostkę.

Zdaniem Miłosza przemodelowanie obrazu świata, jakie dokonało się z chwilą zwycięstwa perspektywy racjonalistycznej, pociągnęło za sobą „detronizację człowieka” (ZU 162). Religia chrześcijańska, która zakładała „centralne stanowisko Ziemi i człowieka” (ZU 162), wycofała się na pozycje defensywne. Swedenborg przeprowadzał swoją apologię chrześcijaństwa, wyobrażając sobie zaświaty na kształt Wielkiego Człowieka. „Nasz Ojciec niebieski jest człowiekiem” (ZU 171) – tak brzmi, według Miłosza, największa tajemnica objawiona szwedzkiemu wizjonerowi. W systemie Swedenborga dochodzi do paradoksalnej i cudownej fuzji subiektywizmu i obiektywizmu, droga do prawdy powszechnej okazuje się ściśle zależna od postrzegania jednostkowego: „Przestrzenie wewnętrzne są […] tworem subiektywności u każdego innej i dlatego istnieje niepoliczona wielość niebios i piekieł.. Ponieważ jednak ład moralny (wola skierowana albo ku Stwórcy, albo ku swojemu proprium) jest czymś stałym, wszystkie przestrzenie są odniesione do centralnego Słońca Duchowego […]. Niezbyt jasne jest u Swedenborga przejście od stanów subiektywnych do mapy zaświatów: jeżeli «jaki jesteś, tak i widzisz», skąd u niego cała ta topografia? Czyż u każdego nie będzie ona inna? Otóż nie. Potępieńcy na pewno widzą wszystko na opak, ale kto jest w prawdzie jak sam Swedenborg, dokładnie wewnętrznym kompasem oznacza krainę widzeń, w której przestrzeń jest przestrzenią tylko przez analogię” (ZU 168).

Zaproponowany przez Swedenborga wzór zależności między jednostkowym i powszechnym, a także między podmiotem i przedmiotem, musiał się Miłoszowi wydać niezwykle atrakcyjny, umożliwia bowiem pogodzenie idei subiektywnego oglądu świata (bez naruszania odrębności principium individuationis) z ideą istnienia rzeczywistości intersubiektywnej, dostępnej zarówno jednostce, jak i zbiorowości, czyli gatunkowi. W ten sposób zaspokojone zostają zarówno roszczenia umysłu ukształtowanego przez nauki empiryczne, jak i potrzeba wiary pozarozumowej, ufundowanej na gruncie wyobraźni.

Co ciekawe, autor Trzech zim skłonny jest dostrzec w sformułowanej przez Swedenborga definicji człowieczeństwa – utożsamianego z „umysłem, czyli tym, co dzieje się wewnątrz podmiotu – i stąd ten drugi świat, podmiotowy, nie tylko równoległy do przedmiotowego, ale będący jego uzasadnieniem i celem” (ZU 176) – przebłysk intuicji zapowiadającej Hegla wraz z „przygotowaną zawczasu antyheglowską szczepionką” (ZU 176). W ten sposób teologia Swedenborga nie tylko zostaje wpisana w samo centrum Miłoszowej refleksji religijnej, ale również zostaje ex post użyta jako argument w sporze z heglizmem w wydaniu marksistowskim[1], gdyż wynosi pojedyncze istnienie ponad bezimienną zbiorowość i jednostkę czyni w pełni odpowiedzialną za kształt świata.

Wpływ Swedenborga na Miłosza bodaj najpełniej ujawnia się w obszarze filozofii języka poetyckiego, pojmowanego jako medium, za pośrednictwem którego zabiera głos wyobraźnia. Autor Ocalenia pisze, że szwedzki mistyk „zogniskował uwagę na jednej wyłącznej własności człowieka: na Piśmie i jako piśmie objawionym, Biblii, i jako języku w ogóle. Poświęcił się odkrywaniu ludziom znaczenia słów i w Starym i w Nowym Testamencie, rozróżniając w Biblii trzy warstwy, trzy sensy: dosłowny, duchowy i niebiański. Zarazem to poszukiwanie znaczeń rozszerzyło się u niego na ludzki język w ogóle, bo w nim to wyraża się naczelna władza człowieka, wyobraźnia” (ZU 165).

System Swedenborga autor Trzech zim nazywa – za Oskarem Władysławem Miłoszem – „rodzajem metaestetyki” (ZU 166), a jego wielostopniowe interpretacje tekstów biblijnych opatruje mianem „wyprawy […] w głąb słów” (ZU 184). Wyprawę tę można by przyrównać do nurkowania w mętnej wodzie, z której odbiorca tekstu usiłuje wyłowić zagubione znaczenie. W dawnych epokach – twierdzi poeta – znak był ściśle zespolony ze znaczeniem, a umysł, nieskrępowany naukowymi wyobrażeniami, doskonale pojmował prawo analogii. W epoce wydziedziczenia człowiek utracił zdolność rozumienia prawd wiary, a świat stał się dlań przestrzenią obcą i nieprzyjazną. Jedynie poeci „szukają rozpaczliwie prawdziwego języka, o którym nieświadomie pamiętają – a któremu, według mitu o Orfeuszu, były posłuszne zwierzęta i kamienie” (ZU 235). Miłosz nie chciałby być „ślepym dzieckiem naturalnych upadłych muz”[2], ale dzieckiem widzącym, twórcą zdolnym dorównać Dantemu, Goethemu i Swedenborgowi, zdaje sobie jednak sprawę, że osiągnięcie takiego stopnia prostoty, jaki był udziałem jego wielkich poprzedników, jest dziś nieosiągalne.

A jednak pragnienie zjednoczenia słowa i przedmiotu, języka i rzeczywistości to jedno z największych marzeń wpisanych w tę twórczość. W wierszu Wezwanie Miłosz pisze:



Nic nie stracone. Jeśli nasze słowo

Któregoś dnia tak zdoła się zespolić

Z korą drzew leśnych i kwiatem pomarańcz

Że będzie jednym – to będzie znaczyło

że myśmy wielkiej nadziei bronili.



Posługując się formułą Lyotarda, Ryszard Nycz nazywa pragnienie dochodzące do głosu w twórczości Miłosza „nostalgią za nieosiągalnym”[3] i konstatuje przy tym, że owa „nieosiągalność” „zdaje się zakładać wiarę w istnienie fundamentalnego ładu”[4], w odwieczny porządek skryty pod „podszewką” tego, co widzialne, doczesne i przemijalne – mimo towarzyszącego podmiotowi Miłoszowskich wierszy subiektywnego przekonania o pewnym niedostatku substancjalności świata.

W kontekście powyższej problematyki właśnie lektura Swedenborga zdaje się dostarczać doniosłego argumentu przemawiającego za pierwotnym związkiem łączącym rzeczywistość materialną i świat nadprzyrodzony. „Swedenborg na pewnej płaszczyźnie przezwyciężył dualizm materia–duch, bo wprowadził pojęcie substancji, która to wyrównuje i jednoczy” – stwierdza autor Drugiej przestrzeni w rozmowie z Ireneuszem Kanią. Obecność „perspektywy eschatologicznej”[5], pozwalającej postrzegać doczesność jako pierwszy plan nieodgadnionej, ale przeczuwanej całości, to, jak się zdaje, najbardziej wyrazisty ze swedenborgiańskich rysów metafizyki Czesława Miłosza. Dlatego, jak sądzę, wolno mniemać, że myli się Paweł Lisicki, kiedy pisze, iż poeta, „szukając wyjścia z Ziemi Ulro, ziemi suchej, pustej i smutnej, znowu do niej wrócił. Nie zdobył się nigdy na rozumową rozprawę z racjonalizmem Oświecenia, licząc bardziej na moc imaginacji. Ta jednak bywa zawodna. Wyobraźnia, która na krótko wyrwała go z krainy Urizena, znowu go tam zawiodła”[6].

Wyobraźnia religijna nie zawiodła Miłosza. To ona sprawiła, że ten, kto deklarował: „cały jestem po stronie Wyobraźni, Urthony, animae” (ZU 207), kto poszukiwał najgłębszych źródeł własnej twórczości w kolędach, „liturgii nabożeństw majowych i nieszpornych” (ZU 271) i pisał o sobie: pozostałem „ostatecznie tym samym chłopcem, który w swojej szkolnej ławce nie słyszy żadnych słów nauczyciela, tylko monotonne bzykanie i, zupełnie nieobecny, godzina za godziną wypełnia zeszyty fantastycznymi rysunkami swoich idealnych krajów” (ZU 297), u końca swojego życia stworzył wiersze tak doskonale proste, jak Jasności promieniste i Metamorfozy. To dzięki niej do ostatka pragnął być „wierny […] niedocieczonej intencji ukazywania się” Maryi „dzieciom w Lourdes i Fatima” (Traktat teologiczny). To ona podpowiedziała mu słowa zamykające jego ostatni list do Jana Pawła II: „Oby spełniła się obietnica Chrystusowa w dzień Zmartwychwstania Pańskiego”.

Można chyba sądzić, że wyobraźnia religijna pomogła umierającemu poecie zrozumieć to, w co wierzył. A jak uczy „dobry Swedenborg”, człowiek zdolny jest wierzyć jedynie w to, co rozumie.






[1] W innym miejscu Miłosz pisze: „wchłaniałem, jak inni, zespół pojęć i wyobrażeń mojego stulecia, nawet posługując się nimi czynnie, w pisaniu, a zarazem uważałem to wszystko za fałsz zapowiadający katastrofę. […] Moim nieszczęściem było zawsze Widmo, czyli bardzo silne ego, zamykające mnie w państwie Urizena, gdzie za ważne wolno poczytywać tylko to, co ogólne, społeczne, statystyczne itd.” (ZU 206).
[2] O. W. Miłosz, Les Arcanes, komentarz do wersetu 26; cyt. za: ZU 235.
[3] R. Nycz, „Wyrwać z rzeczy chwilę zobaczenia”: Czesława Miłosza tropienie realności, w: tegoż, Literatura jako trop rzeczywistości. Poetyka epifanii w nowoczesnej literaturze polskiej, Kraków 2001, s. 153 i n.
[4] Tamże.
[5] Tamże.
[6] P. Lisicki, Miłosza powrót do ziemi jałowej, w: Od Brzozowskiego do Kołakowskiego. Polscy pisarze XX wieku wobec religii, red. P. Nowaczyński, Lublin 2001, s. 194.