niedziela, 27 listopada 2016
O tradycji "Dziadów" w kulturze - rozmowa w Polskim Radio 24
W programie Jakuba Moroza, emitowanym na antenie Polskiego Radia 24, udział wzięli dr Mikołaj Mirowski (Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi) oraz dr Przemysław Dakowicz (Katedra Literatury i Tradycji Romantyzmu, Uniwersytet Łódzki).
Audycji można wysłuchać TUTAJ.
niedziela, 30 października 2016
Drugi tom "Afazji polskiej" już w księgarniach
Etykiety:
Afazja polska,
Afazja polska 2,
książki
poniedziałek, 19 września 2016
Numer "Toposu" poświęcony twórczości Feliksa Netza
W najnowszym „Toposie” (2016, nr 4), poświęconym twórczości śp. Feliksa Netza, m.in. blok korespondencji Netz–Kass i Netz–Dakowicz.
Poniżej
dwa wybrane listy z lat 2013-2015; całość w aktualnym numerze sopockiego
dwumiesięcznika.
7
sierpnia 2013
Drogi
Panie Przemysławie,
Wojtek
Kass nie tyle poprosił mnie, co zażądał, abym ten wiersz
[Chodasiewicz],
który – jak wyczuwam – zrobił na nim mocne wrażenie, przesłał
Panu, co czynię z prawdziwą przyjemnością.
Dłoń ściskam!
Feliks
Netz
8 sierpnia 2013
Wielce
Szanowny i Drogi Panie Feliksie,
wcale
mnie nie dziwi, że Wojtek "zażądał"! Poczytuję to
sobie za wielki przywilej, że mogłem być jednym z pierwszych
czytelników Chodasiewicza. Dziękuję.
Wiersz
jest wspaniały, piękny, gorzki jak piołun, ale dotykający prawdy,
tej prawdy, która jest mi najbliższa - prawdy indywidualnej
egzystencji zderzonej czy zestawionej z piekłem historii pożerającej
dziesiątki i setki tysięcy. Jeśli mogę pozwolić sobie na jakąś
fragmentaryczną interpretację, powiem tyle: w dyskretny, a
jednocześnie całkowicie bezwzględny sposób dał Pan czytelnikowi
możliwość wglądu w koszmar XX wieku w naszej części Europy. Ale
opisał Pan wszystko jakby z boku, z dystansu, z perspektywy kogoś,
kto nie uczestnicząc uczestniczy (więc, szczęśliwie, pozbył się
Pan balastu patriotycznego, który, w czystej formie, szkodzi
poezji). Szeroki oddech fraz, epickich w istocie, ale poprzez
bogactwo szczegółu widzialnego i dotykalnego niejako przenoszących
tam właśnie, w głąb katyńskiego dołu. Bo jeśli czaszka
Chodasiewicza "jest, skoro mogła być" czaszką katyńską,
to i czaszka czytelnika - w jakiś niezrozumiały sposób - staje się
czaszką przestrzeloną. Czytając, czuję ten niemiecki ołówek we
własnym mózgu. A to jest walne zwycięstwo literatury, która
unaocznia, aktualizuje i angażuje!
Pięknie
za ten wiersz dziękuję. Dziękuję za dopuszczenie do wspólnictwa.
Bardzo bym chciał, by Chodasiewicz mógł prędko ukazać
się w "Toposie" - może posłałby Pan go Krzysiowi
Kuczkowskiemu?
Łączę
niskie ukłony i wyrazy bliskości (ideowej, ludzkiej).
Najserdeczniej
-
Przemysław
Dakowicz
niedziela, 8 maja 2016
Drugie wydanie "Afazji polskiej", z posłowiem Tomasza Burka
Do
księgarń trafiło właśnie drugie, poprawione wydanie Afazji
polskiej.
Tom
opatrzony został posłowiem dr. Tomasza Burka. Z tekstem można się
zapoznać TUTAJ.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
Spotkanie autorskie w Bibliotece Narodowej
wtorek, 22 marca 2016
Rozmowa w "Lesie Rzeczy"
[źródło: "Las Rzeczy" 2016, nr 1]
Literatura
jako pytanie o tożsamość – rozmowa z Przemysławem Dakowiczem
Aleksandra
Karkowska: Jako studenci kierunku literaturoznawczego, często
zastanawiamy się, czy w perspektywie współczesnych badań
literaturoznawczo-kulturoznawczych literaturoznawstwo ma szansę się
obronić? Czy jednak duże zainteresowanie kulturoznawstwem, czyli tą
szerszą skalą, nie spowoduje, że literatura i literaturoznawstwo
rozpłyną się w tej kulturoznawczej przestrzeni? Co Pan sądzi na
ten temat?
Przemysław
Dakowicz: Takie niebezpieczeństwo rzeczywiście istnieje –
zmiany w przestrzeni kształcenia akademickiego idą w tym kierunku,
by kosztem szczegółowych nauk filologicznych dowartościowywać
nieco amorficzne „kulturoznawstwo”. Jest to związane z ogólną
zmianą dokonującą się w przestrzeni kultury, z dyktatem obrazu i
innych form ekspresji, które obywają się bez udziału słowa.
Z drugiej strony – trudno sobie wyobrazić ludzką rzeczywistość
bez literatury, a więc także: bez literaturoznawstwa. Kultura
ma kilka źródeł: obraz, słowo i dźwięk. Początkiem ich
wszystkich jest wszakże myśl, dochodząca do głosu w każdym
wytworze kultury. Słowo bodaj najściślej przylega do myśli, język
usiłuje odwzorować jej strukturę. Dlatego skłonny byłbym
traktować literaturę jako najpierwszą z dziedzin artystycznej
działalności podejmowanej przez człowieka. Literatura i
literaturoznawstwo będą trwać, dopóki będzie w człowieku
potrzeba opowiadania, wyrażania emocji i uczuć. Choć – tego nie
da się nie zauważyć – zakres ich oddziaływania stopniowo się
zmniejsza.
AM:
Czy mógłby Pan opowiedzieć o poszukiwaniach tożsamości na
przykładzie swojej twórczości, by przywołać choćby wiersz „Mój
prapradziadek Jan”. Jak istotne są te poszukiwania dla Pana?
PD:
Kultura od początku koncentruje się na dwóch zagadnieniach –
pyta o świat, czym jest i jaki jest, a także o człowieka, o jego
miejsce w kosmosie, o cel i sens życia. W myśli starożytnej
te dwa nurty refleksji uosabiają, z jednej strony – jońscy
filozofowie przyrody, z drugiej – Sokrates. Pytania presokratyków
przejęły ostatecznie nauki przyrodnicze, pytania Sokratesa (i wiele
innych) zadaje literatura. Być może, najważniejszym przeznaczeniem
literatury jest właśnie poszukiwanie tożsamości, jakaś
najbardziej pierwotna praca świadomości. Jeśli miałbym w skrócie
opisać obszar moich literackich pasji, musiałbym chyba powiedzieć,
że od zawsze zajmują mnie dwie kwestie. Po pierwsze: kim jest ten,
z którym obcuję, poznając dzieło literackie. Chyba się nie
zdarzyło, by jakiś twórca, którego dzieło mnie zachwyciło, nie
interesował mnie również jako człowiek. Na ogół ten początkowy
zachwyt wywołany przez książkę budził potrzebę zaznajomienia
się z życiem jej autora, nawet jeśli miałoby się ono okazać
nadzwyczaj nudne. Zwykle okazywało się, że to, co zachwyca w
dziele, znajduje potwierdzenie w biografii. Bo w swoich
najcelniejszych przejawach literatura jest narzędziem ekspresji
„ja”, przestrzenią wypowiedzenia tego, kim jesteśmy, jak sami
siebie postrzegamy i rozumiemy. Jako czytelnik mogę tę wypowiedź
odbierać i odnosić ją do siebie. Chcąc nie chcąc, odpowiadam
również na pytanie, kim jestem wobec tego kogoś, kto mówi z
dziele. Każda istotna książka, tzn. taka, która zakorzeniona jest
w indywidualnej egzystencji twórcy, która w jakiś sposób ją
ujawnia – staje się dla mnie lustrem. W procesie pisania to
wszystko ulega jeszcze uwyraźnieniu i zwielokrotnieniu. Wydaje mi
się, że literatura, która sobie tego podstawowego pytania o
tożsamość nie zadaje, po prostu nie ma sensu. Ona się wtedy
zmienia w zabawę, w grę, zatraca swoje personalistyczne oblicze,
wikła się w pułapki języka, bo język uznaje za swój ostateczny
cel.
Często
gdy myślę o uwikłaniu literatury w samą siebie, kiedy zastanawiam
się nad współczesną kulturą, służącą niemal bez wyjątku
tworzeniu sztucznych światów i rozrywce, przypominają mi się
słowa z Pascalowskich Myśli.
Odnoszę je również do moich własnych pisarskich zatrudnień –
bo literatura nie jest i nigdy nie będzie celem ostatecznym. Cały
drugi dział majsłynniejszego dzieła Pascala, opatrzony tytułem
Nędza człowieka bez Boga wart
jest najgłębszego namysłu. Ponieważ nie mamy tu zbyt wiele
miejsca, wybieram trzy urywki. Fragment 168. (wg porządku
Brunschwiga): Nie mogąc znaleźć
lekarstwa na śmierć, nędzę, niewiedzę, postanowili – aby
osiągnąć szczęście – nie myśleć o tym. Fragment
141.: Ludzie wypełniają sobie
życie gonitwą za piłką i zającem: jest to przyjemność nawet
królów. Fragment 139.: Nie
owego miękkiego i spokojnego używania, które pozwala nam pamiętać
o naszym stanie, szukamy; ani niebezpieczeństw wojny, ani mozołów
urzędu, ale zgiełku, który odwraca nasze myśli i jest dla nas
rozrywką. Większa część kultury tworzonej przez
człowieka w ostatnich dekadach z tego nurzania się w zgiełku, z
upartego „nie myśleć o tym”, z gonitwy „za piłką i zającem”
się wywodzi.
AM:
Odnosząc się do tego, co Pan powiedział, czy to jest warunek sine
qua non literatury – to konstytuowanie się, odnajdywanie się,
poszukiwanie tożsamości? Taki, który był, jest i będzie? Czy
myśli Pan, że za kilka, kilkanaście lat, gdy Pana córka przeczyta
wiersz „Patrzymy przez okno”, też będzie poszukiwała wzorców,
matryc?
PD:
Wierzę, że tak właśnie się stanie. Że moja córka będzie w
stosownym czasie poszukiwała odpowiedzi na najistotniejsze pytania.
Wiersze, które dotychczas pisałem, w rozmaity sposób
próbują być lustrem dla osoby, dla konkretnego, pojedynczego
człowieka. Lustrem, które rozmaite prawdy ujawnia – to znaczy
pyta o źródła i korzenie współczesności, o przyczyny i
konsekwencje naszych cywilizacyjnych wyborów. Pyta niekiedy w
najprostszy sposób, jak ten wiersz, który Pani przywołała: o to,
kim jesteśmy w procesie życia, o to, jak się zmieniamy, kim
byliśmy przed chwilą, dzień, pięć dni, miesiąc, rok, dziesięć
lat temu, a kim jesteśmy dzisiaj. Przedmiotem namysłu jest tu zatem
pewien rodzaj ciągłości, coś, co na początku nazwaliśmy
tożsamością.
OK:
A czy dla Pana literatura jest także swoistym albumem pamięci?
Dzięki temu, że wraca Pan do swoich wierszy sprzed kilku lat,
przypomina Pan sobie moment tworzenia i chwile, które ten wiersz
zawiera?
PD:
Nieszczególnie chętnie wracam do tego, co już napisane.
Zdarza się, że trzeba sobie coś przypomnieć – zazwyczaj jest to
związane z sytuacją spotkania autorskiego. Z rozmów z moimi
piszącymi kolegami wnioskuję, że większość z nas najmniej
chętnie czyta najstarsze wiersze – jawią się nam jako
nieaktualne, gorzej napisane, specyficznie „przeterminowane”. To
nie zawsze jest prawda, oczywiście. Wróciłbym tu do metafory,
która dwukrotnie pojawiła się w naszej rozmowie. Czytając starsze
utwory, w pewnym sensie stajemy przed zwierciadłem, które pokazuje
nas w niecodziennych proporcjach, jakbyśmy znaleźli się w
„gabinecie luster”. Postać odbita przez szklaną taflę wydaje
nam się nie w pełni tożsama z nami tu i teraz.
AM:
Nie mogę się oprzeć i muszę zapytać o inspiracje antykiem. Czyli
kolejne matryce, które odnajdujemy w Pana twórczości, na przykład
centonu, nawiązanie do Termopil i Cheronei w „Afazji polskiej”.
Czy osiągnięcia kultury basenu Morza Śródziemnego wpływają na
Pana twórczość i tożsamość? Czy są to zaledwie echa poetyki
antycznej?
PD:
Powiedzieć, że mamy tu do czynienia z bezpośrednim związkiem,
znaczyłoby chyba powiedzieć zbyt wiele. Tak, są to echa, odległe
echa. Na tyle jednak wyczuwalne, by skłonić Panią do podjęcia tej
kwestii, uznania jej za znaczącą. Jako osoba pisząca mam głębokie
przeświadczenie dotyczące żywotności tego wszystkiego, co minęło
i jest przez współczesnośćj traktowane jako niebyłe. Każdy, kto
tkwi w procesie historycznoliterackim, powinien mieć świadomość,
że nie wyskoczył jak Atena z głowy Dzeusa, że to, co robi –
chce czy nie – stanowi dalszy ciąg wielowiekowego procesu.
Postrzegam kulturę jako continuum. Wielokrotnie o tym pisałem, w
Obcowaniu przede
wszystkim. Kultura to nigdy niemilknąca rozmowa. Jeślibym się z
tej rozmowy wyłączył, wszystko, co piszę, utraciłoby sens,
stałoby się jałowe i błahe. Możliwość uczestniczenia w czymś,
co nie kończy się na nas, co nie sprowadza się w prosty sposób do
naszych osobistych wyborów – jest, w moim mniemaniu, podstawową
wartością kultury.
OK:
Czy owo continuum, powiązanie przeszłości i teraźniejszości,
objawia się też w kategorii postpamięci? Czy nie jest tak, że nie
tylko uporządkowanie i dialog zaplanowany, ale że pojawia się w
nas coś, co jest echem przeszłości, ale nad czym nie mamy kontroli
i czego nie jesteśmy w pełni świadomi?
AM:
Można tu wspomnieć kategorię aporetyczności, o której pisała
Katarzyna Bojarska w „Wydarzeniach po wydarzeniu”.
PD:
Kategoria postpamięci stosuje się do następującej sytuacji: w
rozmowie o doświadczeniu historycznym do głosu dochodzą potomkowie
generacji, która zaznała zbiorowej traumy. Mamy tu do czynienia ze
swego rodzaju projekcją w obrębie ponadindywidualnej pamięci –
pokolenie bezpośrednich świadków przekazuje następcom pewien
zasób informacji, obrazów i interpretacji. Stają się one
istotnym, często nawet: niechcianym, składnikiem percepcji
pokolenia młodszego. Czuję się „nosicielem” tego rodzaju
spojrzenia na literaturę, do którego pojęcie postpamięci z
powodzeniem można by zastosować – w obrębie mojej rodziny jestem
kimś, kto (częściowo, fragmentarycznie, zgodnie ze swoimi
umiejętnościami i wiedzą) wypowiada rodzinne doświadczenie wojny,
wygnania, przemiany tożsamości, kto przedstawia dzieje własnych
przodków, zmuszonych do opuszczenia swojego rodzinnego miasta Sokal
i przeniesienia się w miejsce zupełnie nowe. Zadziwiające –
pokolenie moich rodziców nie zwracało uwagi na te historie.
Przychodzi jednak moment, kiedy bezpośredni świadkowie tamtych
wydarzeń starzeją się i powoli zaczynają odchodzić, a wtedy
pojawia się w kulturze potrzeba przechowania tego, co za chwilę
może zniknąć. Literatura jest naturalnym rezerwuarem pamięci, to
ona ma szansę „ujść cało”, to ona staje się „arką
przymierza” między przeszłością a teraźniejszością. Ja się
bardzo cieszę, że my po ’89 roku w ogóle mamy w kulturze
możliwość wypowiadania prawd wcześniej objętych milczeniem.
Gdyby wciąż istniał PRL, prawdopodobnie nie mielibyśmy tej
możliwości. Prawda historyczna, pozostająca w ścisłym związku z
doświadczeniem indywidualnej egzystencji, czekałaby na odkrycie –
w kajetach, w notatnikach, w archiwach domowych. I, być może, nigdy
by się do naszej zbiorowej świadomości nie przebiła. Po ’89
roku doszło do wielkiej rewolucji w zakresie ponadindywidualnej
pamięci. Myślę, że kategoria postpamięci okazuje się niezwykle
pomocna w dochodzeniu do rozumienia, gdzie się jako zbiorowość
znajdujemy. Bez tej wiedzy nigdy nie bylibyśmy zdolni do odzyskania
elementarnej równowagi; nazwijmy ją roboczo równowagą
psychohistoryczną. Po dziesięcioleciach trwania tego
schizofrenicznego, wewnętrznie sprzecznego tworu państwowego
zwanego Polską Ludową, jesteśmy przecież niezrównoważeni,
niezrównoważona jest nasza kultura. Wypowiadając to, co nie
zostało wypowiedziane wcześniej, stwarzamy sobie szansę na
normalność.
AM:
Gdyby zechciał Pan na zakończenie opowiedzieć o aspekcie
historiozoficznym swojej twórczości. Pozwolę sobie nawiązać do
tomiku „Teoria wiersza polskiego”, którego tytuł jest
prowokacyjny. Zwłaszcza dla studentów, którzy poszukując
opracowań teoretycznych, natrafiają na tytuł, natrafiają na
nazwisko, które im się kojarzy, myślą – to jest to, pokażę
się na zajęciach, prawie Skwarczyńska. Sięgają, otwierają
książkę, a tu siurpryza.
PD:
A jakie jest pytanie?
AM:
A pytanie brzmi następująco: Czy fundamentem tworzenia poezji
polskiej jest historiozofia? Czy forma schodzi na dalszy plan?
PD:
Teoria wiersza polskiego
to nie jest książka, która byłaby zaplanowana, rozrysowana według
jakiegoś schematu. Wszystko zaczęło się, jak zawsze, od trzech,
czterech tekstów poetyckich, między którymi wytworzyło się
jakieś napięcie, jakby wiersze podjęły ze sobą dialog. „Rozmowa”
między tekstami toczyła się wedle reguł przeze mnie tylko
przeczuwanych. W pewnym momencie dotarło do mnie, co jeszcze powinno
się znaleźć w tej książeczce, by stała się ona w miarę
kompletna. Wtedy też odsłonił się (może lepiej byłoby rzec:
objawił się) tytuł całości. No i muszę powiedzieć, że
rzeczywiście zamysł był dosyć bezczelny. Bezczelny, ponieważ
tytuł Teoria wiersza polskiego
sugeruje, że ktoś, kto książkę napisał, wierzy w
możliwość objęcia całości, że jakaś całość – w naszej
epoce fragmentów, szczątków i ścinków – jest w ogóle do
pomyślenia. Ten ktoś musiał sobie pomyśleć: „Opowiem o tym, co
jest naszym współczesnym doświadczeniem historycznym, posługując
się językiem poezji, grając literackimi kalkami”. Gra z tradycją
oznacza tu świadome unikanie pułapek poezji
martyrologiczno-patriotycznej. Ironia, autoironia, pastisz,
trawestacja, kryptocytat. Przy tym gra, która nie jest celem
ostatecznym, ale środkiem do osiągnięcia założonych rezultatów.
Chodziło o wywołanie fermentu, o zmuszenie czytelnika do złożenia
jednoznacznej deklaracji – po której stronie się opowiada i co
naprawdę obchodzi go w literaturze.
Pytała
Pani, czy naczelną racją polskiej poezji jest refleksja
historiozoficzna. Z całą pewnością – nie! Ale to ogromnie
charakterystyczna cecha twórczości poetyckiej powstającej w tej
części Europy. Proszę zwrócić uwagę, że najwybitniejsze
dokonania „polskiej szkoły poezji” z namysłu nad porządkiem
dziejów się zrodziły. Myślę o twórcach tej miary, co Czesław
Miłosz czy Zbigniew Herbert. W oczach odbiorcy obcojęzycznego
(szczególnie w obszarze języka i kultury angielskiej) ta głębia
wejrzenia w mroczny porządek historii odróżniała naszych poetów
od ich sytych i zadowolonych kolegów z Zachodu. Ale – powtórzę
tę oczywistość – gdyby literatura ograniczyła się do
prezentowania problemów z pogranicza historii, polityki i etyki,
prędko wyschłyby jej źródła.
Ze
świadomości, że historia jest tylko jednym (wcale nie
najważniejszym) z wymiarów, w jakich rozgrywa się życie, wyrasta
ta część mojego pisania, którą znaczą eseje z Obcowania
opatrzone wspólnym tytułem Nowoczesność
schizofreniczna oraz, by wymienić rzeczy najnowsze, tomik
Boże klauny i wydany
w styczniu zbiór poematów Ćwiczenia
duchowne.
Rozmawiały:
Aleksandra Karkowska-Rogińska i Agata Mikołajko
Transkrypcja:
Agata Mikołajko
wtorek, 1 marca 2016
Powrót Niezłomnych
Utwory pochodzą z drugiego wydania tomu Łączka, do którego dołączono płytę z kompozycjami Mikołaja Hertla.
Wykonują:
Ewelina Siedlecka-Kosińska (śpiew)
Jerzy Zelnik (recytacja)
czwartek, 11 lutego 2016
Rozmowa w radiowej Dwójce - nagranie
Wczorajszej
audycji,
poświęconej poematom z tomu Ćwiczenia
duchowne,
można wysłuchać TUTAJ.
Prowadzi
red. Barbara Schabowska.
wtorek, 9 lutego 2016
Radiowa Dwójka - rozmowa o "Ćwiczeniach duchownych"
Termin
emisji: środa, g. 21:30 – 22:30.
Program z cyklu Inny stan skupienia poprowadzi red. Barbara Schabowska.
poniedziałek, 8 lutego 2016
Lektura "Ćwiczeń duchownych" w "Kanonie Dwójki"
W
przedpołudniowym paśmie drugiego programu Polskiego Radia,
zatytułowanym „Kanon Dwójki”, prezentowane będą w tym
tygodniu fragmenty poematów z tomu Ćwiczenia duchowne.
Emisja
od poniedziałku do piątku między 11:10 a 11:20.
piątek, 22 stycznia 2016
NOWA KSIĄŻKA: "Ćwiczenia duchowne. Poematy"
Ćwiczenia
duchowne. Poematy,
Wydawnictwo „Sic!”, Warszawa 2016
--------------------------------------------------------
Ćwiczenia duchowne to poetycki szkic do portretu cywilizacji śródziemnomorskiej w jej schyłkowym stadium, które w innym miejscu nazywa Dakowicz „nowoczesnością schizofreniczną". Czy poezja po katastrofie jest jeszcze zdolna dotknąć tego, co realne? A może jej jedyny i ostateczny sens stanowi język – sam na siebie wskazujący, w siebie uwikłany, w sobie się przeglądający? Pytania te brzmią w każdym z poematów. Tak przemawia rozbita, zdezintegrowana, ironiczna świadomość kulturowa człowieka współczesnego, podejmująca karkołomną próbę scalenia obrazu świata.
Wszystkie
sensy rodzą się tu w dialogu z przeszłością – z chrześcijańską
literaturą mistyczną, z filozofią Kierkegaarda i jego następców,
z myślą modernizmu. Podmiot tej poezji nie jest jednorodny – to
raczej osobowość mnoga, mówiąca wieloma odrębnymi językami,
usiłująca okiełznać bełkot dobywający się z jej własnego
wnętrza, poszukująca dróg kulturowej i duchowej reintegracji.
„Kiedy
mówię, moje serce nie mówi wraz ze mną" – powtarza autor
Ćwiczeń
duchownych
za
Anneliese Michel, najsłynniejszą opętaną XX wieku. Tę
niepokojącą formułę odnosi do kultury ostatnich stu
kilkudziesięciu lat, zmuszając czytelnika, by udzielił własnej
odpowiedzi na najbardziej palące pytania współczesności.
---------------------------------------------------------
Książka
dostępna jest w księgarni Wydawnictwa „Sic!”:
oraz
w księgarniach internetowych:
i
w serwisie allegro.pl:
wtorek, 22 grudnia 2015
W radiowej Dwójce o "Afazji polskiej", "Obcowaniu" etc.
O
Afazji polskiej mówią m.in. prof. Włodzimierz Bolecki, dr
Tomasz Burek
i Antoni Libera.
i Antoni Libera.
Audycji,
której autorką jest Barbara Schabowska, można wysłuchać TUTAJ.
niedziela, 20 grudnia 2015
W "Twórczości" recenzja "Afazji polskiej"
Autorką
omówienia, zatytułowanego Wychodzenie
z milczenia,
jest Agnieszka Czachowska.
Z
tekstem można się zapoznać TUTAJ.
sobota, 19 grudnia 2015
"Afazja polska" nagrodzona przez Bibliotekę Narodową
Wybór jury Nagrody Literackiej Skrzydła Dedala, przyznawanej przez Bibliotekę Narodową, padł na Afazję polską.
Więcej informacji tutaj (wystarczy kliknąć w obrazek):
Krótka informacja w radiowej Dwójce, która patronuje nagrodzie (wystarczy kliknąć w obrazek):
piątek, 18 grudnia 2015
Bezradność śmiertelnej ręki (4)
Kładę
w tym miejscu kilka urywków, które nie zmieściły się w
opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem –
bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja
ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w
miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości
fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się
ujawnienia, a pominiętych milczeniem.
Jezioro
łabędzie i „narodowe
osobliwości”
Ostatnie
dni września 1939 roku, Moskwa. Na widowni teatru „Bolszoj”
zasiada minister spraw zagranicznych III Rzeszy, Joachim von
Ribbentrop. Przyleciał, by zakończyć negocjacje dotyczące
podziału wojennych zdobyczy. Podczas przerwy w rozmowach dano mu
obejrzeć Jezioro
łąbędzie.
Słucha więc, patrzy – i nie pamięta, jak bardzo zaskoczyły
go zmiany proponowane przez Sowietów: po pierwsze – pełna
likwidacja państwa polskiego, po drugie – oddanie ZSRS całej
Litwy, w zamian za tereny Polski środkowej, które, według
wstępnych ustaleń, miały się znaleźć po wschodniej stronie
niemiecko-rosyjskiej granicy.
Traktat
między Rzeszą a Związkiem Sowieckim podpisano 28 września. Po
powrocie do kraju Ribbentrop będzie przedstawiał efekty swojej
podróży jako sukces. W swoich zapiskach Goebbels oskarży go o brak
realizmu. „Patrzy […] przez różowe okulary – napisze o
Ribbentropie. – Tak, jakby bolszewizm był jedną z odmian
narodowego socjalizmu. Teraz wszystko to, co wcześniej było
zbrodnią, widzi się na różowo. Występuję przeciwko. My,
naziści, musimy zawsze być ekstremistami, w pochwałach i naganach.
Tu mniej byłoby więcej”. Albert Forster, gauleiter Gdańska,
wyrazi pogląd, że minister spraw zagranicznych, czuł się wśród
rosyjskich komunistów jak „wśród starych partyjnych towarzyszy”.
Czy stwierdzenie to trafnie oddawało prawdę – trudno
rozstrzygnąć.
Jedno
nie ulega wątpliwości – w wyniku wrześniowych rozmów Niemcy i
Rosjanie podpisali układ o przyjaźni i granicy między ZSRS i III
Rzeszą, w którym mowa była m.in. o „przywróceniu pokoju i ładu
na tym terytorium [Polski] i zapewnieniu żyjącym tam narodom
pokojowego współistnienia, odpowiadającego ich osobliwościom
narodowym”, o uznaniu granicy niemiecko-sowieckiej za „ostateczną”,
o „niezbędnej przebudowie państwowej” zagarniętych terenów
oraz o uczynieniu „wyżej wymienionej przebudowy […] niezawodnym
fundamentem dalszego rozwijania przyjacielskich stosunków”.
Do
traktatu dołączone zostały trzy tajne protokoły, z których
ostatni odnosił się do Polaków. Obie strony deklarowały wolę
bezwzględnego tępienia na zajętych przez siebie obszarach
wszelkiej „agitacji polskiej dotyczącej terytorium drugiej
strony”, likwidowania „wszystkich źródeł takiej agitacji”, a
także wzajemnego informowania się „o środkach podejmowanych w
tym celu”.
Kiedy
Ribbentrop siedzi w fotelu wyściełanym pluszem, nie myśli jednak o
traktatach i tajnych protokołach. Zajmuje go jedynie primabalerina
Pawłowa, której władcy tego świata kazali tańczyć do wtóru
surmom wojennym. W tej jednej chwili może grać rolę amatora sztuki
baletowej, człowieka wysokiej kultury i wielbiciela ponadczasowego
piękna.
Odetta
i Zygfryd rzucają się ze skały. Przemija postać świata. Jego
Ekscelencja Joachim von Ribbentrop bije brawo.
Hitler
w Warszawie
„Die
Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! / SA marschiert mit ruhig
festem Schritt. / Kam'raden, die Rotfront und Reaktion erschossen, /
Marschier'n im Geist in unser'n Reihen mit”. „Chorągiew wznieś!
Szeregi mocno zwarte! / SA to marsz: spokojny, równy krok. / A
rozstrzelani przez komunę i reakcję / Są pośród nas, i dumny
jest nasz wzrok”. Słowa Horsta Wessela, „męczennika” ruchu
nazistowskiego, brzmią na Okęciu. Jest 5 października 1939 roku,
kilka chwil wcześniej wylądował tu samolot z Adolfem Hitlerem.
Następnego dnia warszawskie gazety poinformują: „Wczoraj przed
południem odbyła się […] wielka rewia wojsk niemieckich. W
związku z tym ruch na mieście, w szczególności na linii Nowy
Świat-Aleje Ujazdowskie, w Al. Jerozolimskich, w ul. Marszałkowskiej
jako też na przyległych odcinkach ulic poprzecznych był wstrzymany
– częściowo już od godz. 8 rano, całkowicie zaś od pół do
10-ej. Ograniczenia te trwały do godz. 1-ej, a na niektórych
ulicach do 3-ej po południu”.
Choć
w oficjalnym ogłoszeniu zabrakło słów o wizycie dyktatora,
wiedziało o niej polskie podziemie, które podjęło próbę
przeprowadzenia zamachu – niestety, nie udało się zdetonować
ładunków wybuchowych. Niemcy wprowadzili nadzwyczajne środki
bezpieczeństwa – zamknięto całe ulice, ludność z kamienic
stojących wzdłuż trasy przejazdu trzymano pod kluczem. Po
opustoszałym środmieściu poruszało się auto wyposażone w
megafon, z którego usłyszeć można było następujący komunikat
(zachowuję oryginalny kształt językowy): „Odtąd panowie cywile
schodzą do bram. Nie wolno wychodzić na ulicę, podchodzić do
okien, gdyż będzie strzelano”.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Bezradność śmiertelnej ręki (3)
Kładę
w tym miejscu kilka urywków, które nie zmieściły się w
opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem –
bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja
ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w
miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości
fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się
ujawnienia, a pominiętych milczeniem.
Całopalenie
Profesor
Stanisław Swianiewicz, wykładowca Uniwersytetu Wileńskiego,
kierownik działu studiów gospodarczych w Instytucie Europy
Wschodniej w Wilnie, jeden z najwybitniejszych polskich znawców
Związku Sowieckiego, we wrześniu 1939 roku otrzymuje powołanie do
czynnej służby wojskowej. W macierzystym pułku zostaje mu
przydzielona funkcja dowódcy taboru. Przechodzi szlak bojowy od
Piotrkowa Trybunalskiego, przez Dorohusk, Tomaszów Lubelski,
Suchowolę, aż do Krasnobrodu nad Wieprzem.
Kiedy
ustają walki pod Krasnobrodem, otrzymuje od swojego bezpośredniego
zwierzchnika, ppłk. Gustawa Nowosielskiego, pozwolenie na to, by sam
decydował o swoim losie. Rozważa możliwość opuszczenia oddziału,
poczucie honoru nakazuje mu jednak pozostać z towarzyszami broni. W
decyzji tej utwierdza go wspomnienie pożegnania z najbliższymi:
„Drewniany domek pośród dużego ogrodu na Antokolu. Stara
mahoniowa kanapa. Nad kanapą wielki krzyż […]. Na kanapie w rząd
siedzi czwórka naszych dzieci, najstarsze ma jedenaście lat,
najmłodsze – pięć. Dziecięce oczy z ufnością wpatrzone we
mnie. Przy mnie stoi żona. Mówię: »Rozpoczyna się zawierucha,
której końca nikt nie jest w stanie przewidzieć. Nie wiadomo, kto
będzie narażony na większe próby – czy ja w linii, czy wy
tutaj. Pomódlmy się, aby Bóg dał nam łaskę i siłę zachować
honor«”.
Podzielone są zdania co do kierunku marszu. Jedni opowiadają się za
kierunkiem węgierskim, inni chcą dołączyć do oddziałów
Sosnkowskiego, jeszcze niedawno walczących pod Lwowem. Są i tacy,
którzy myślą o powrocie do rodzin. Grupa żołnierzy oferuje
Swianiewiczowi miejsce w wozie gotowym do odjazdu. Nie pomaga
zameldowanie o całej sprawie podpułkownikowi. Żołnierze dzielą
się na grupki – jedni decydują się wracać, inni zostają z
dowódcami. Nowosielski ustępuje. Rozpoczyna się niszczenie
pistoletów i karabinów, które nie powinny dostać się w ręce
sowieckie.
„Zrozumiałem
– wspomina Swianiewicz – że już żadne perswazje nie pomogą.
[…] Tymczasem podpalono oblany naftą stos broni. Płomień buchnął
niemal momentalnie. Jednocześnie zerwał się wiatr, który porywał
w górę palące się strzępy. Suchym trzaskiem wybuchały rzucone
na stos paczki z amunicją. Na polanie zrobiło się gorąco. Ukośne
czerwone płomienie zachodzącego słońca zmieszały się z
odblaskami płonącego stosu, dziwnie zabarwiając konary pobliskich
drzew. Miałem poczucie, że ogień z palących się resztek naszego
dobytku pułkowego zapala świat dookoła i wszystko za chwilę
rozpadnie się w gruzy”.
Polska
- „epizod historyczny”
Po
walkach w kampanii wrześniowej pułkownik Tadeusz Komorowski,
późniejszy dowódca Armii Krajowej, przedostaje się do Krakowa.
Nie posiada dokumetów, które umożliwiłyby mu swobodne poruszanie
się po mieście. Dzięki pomocy przyjaciółki, pod pozorem
chronicznego lumbago zostaje umieszczony w szpitalu bonifratrów.
Lecznica staje się miejscem schronienia, ale także więzieniem –
nie sposób się z niego wydostać bez załatwienia sprawy dowodu
osobistego i zdobycia nowej tożsamości. Informacji o świecie
zewnętrznym dostarczają odwiedzający – przede wszystkim rodzina
i znajomi leżącego w tej samej sali radcy krakowskiego urzędu
miejskiego. Przymusowe odosobnienie jest jak antrakt w teatrze –
niepośledni aktorzy dziejowych wydarzeń trafiają za kulisy, gdzie
sposobią się do odegrania roli, jaką przeznaczy im historia.
Pod
koniec października jeden z
odwiedzających przynosi informację o rozplakatowaniu w całym
Krakowie Proklamacji Gubernatora Generalnego Hansa
Franka. W obwieszczeniu mowa jest o „przeprowadzeniu
wojskowego zabezpieczenia obszarów polskich w zakresie niemieckiego
obszaru zainteresowań”,
o „przywróceniu porządku”, o zakończeniu „epizodu
historycznego, za który odpowiedzialność ponosić muszą zarówno
zaślepiona klika rządowa byłego kraju polskiego jak i też obłudni
podżegacze wojenni w Anglii”.
Polska zostaje nazwana „tworem państwowym, który się więcej nie
odnowi”. Doktor praw Frank informuje o rozkazach, jakie odebrał od
Adolfa Hitlera – ma „dbać
we formie stanowczej o to, aby w przyszłości zapewniony był w tym
kraju stan pokoju”.
Owo
enigmatyczne określenie – „we formie stanowczej” – nie
wypełniło się jeszcze treścią. Jedenaście dni później w
Collegium Novum aresztowani zostaną liczni profesorowie Uniwersytetu
Jagiellońskiego i Akademii Górniczej. Trafią do niemieckich obozów
koncentracyjnych. Zanim się to stanie, dowiedzą się jeszcze –
jak wszyscy mieszkańcy Generalgouvernement
– że życie swoje mogą „prowadzić [...] nadal według wiernie
zachowanych obyczajów”, że choć kraj wymaga „organizacyjnego
podciągnięcia Waszej wspólnej pracy”, „polską właściwość
będzie [...] wolno zachować we wszystkich objawach społeczności”.
„Uwolnieni od przymusu awanturniczej Waszej intelektualnej warstwy
rządzącej – ogłasza Frank – pod potężną ochroną Wielkiej
Rzeszy Niemieckiej spełniając powszechny obowiązek pracy, zrobicie
dla tego celu to, co leży w Waszych siłach. Pod sprawiedliwą
władzą zapracuje każdy na swój chleb powszedni”. Granice tego,
„co leży w siłach” Polaków, będą odtąd wyznaczać światli
reprezentanci Herrenrasse.
Któregoś
dnia syn mężczyzny leżącego łóżko w łóżko z pułkownikiem
Komorowskim wręcza obu pacjentom dwa kawałki brązu. „To pamiątki
– wyjaśnia. – Resztki ze zburzonego przez Niemców pomnika
grunwaldzkiego”. Ufundowany przez Ignacego Paderewskiego monument
jest konsekwentnie niszczony od późnej jesieni 1939 roku – cokół
ze szwedzkiego granitu zostaje wysadzony w powietrze, a uszkodzone,
rozczłonkowane figury trafiają w głąb III Rzeszy.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Bezradność śmiertelnej ręki (2)
Kładę
w tym miejscu kilka urywków, które nie zmieściły się w
opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem –
bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja
ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w
miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości
fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się
ujawnienia, a pominiętych milczeniem.
Bez
odpowiedzi
25
września 1939 roku, Slănic
w Rumunii. Obraduje polski rząd. Mnożą się wzajemne pretensje.
Minister pracy i polityki społecznej Marian Zyndram-Kościałkowski
proponuje, by po wojnie przeprowadzić „wielki publiczny sąd nad
rządem i marszałkiem co do prawidłowości dyspozycji i zaniedbań
w sprawie grożącej wojny” (cytat z Dziennika E.
Kwiatkowskiego). Premier i ministrowie pozbawieni są aktualnych
informacji. Bywa, że jedynym źródłem ich wiedzy są pogłoski,
jak ta o przekroczeniu przez Armię Czerwoną linii demarkacyjnej
między III Rzeszą a Sowietami.
Następnego
dnia ponowne posiedzenie rady ministrów. Eugeniusz Kwiatkowski
odnotowuje w swoim dzienniku nieobecność Józefa Becka: „ma
temperaturę […]. W Slănic
deszcz i temperatura zimowa. Zwiększa się liczba zachorowań”.
Rumuńskie władze naciskają na wyjazd ministra spraw zagranicznych,
który ma być zakwaterowany w innym miejscu niż pozostali
członkowie rządu.
27
września staje się jasne, że rząd polski traci poparcie aliantów:
„Na terenie Francji ma szybko powstać nowy rząd polski”. W
kolejnych dniach swoje poparcie wycofują także niektórzy spośród
polskich dyplomatów akredytowanych w Rumunii. 28 września
Kwiatkowski zapisuje m.in. następującą informację: „W biurze
prefektury uzyskujemy przepustki dla swobodnego chodzenia po osadzie.
Zaraz za hotelem ustawiono zamknięcie wzdłuż szosy, odgradzając
nas od osady”. Podczas popołudniowego posiedzenia rządu Tadeusz
Kasprzycki, minister spraw wojskowych, indagowany o sytuację
militarną w Rzeczypospolitej, „nie potrafi dać odpowiedzi”.
Dwa
dni później do publicznej wiadomości zostaje podana informacja o
zrzeczeniu się funkcji prezydenta RP przez Ignacego Mościckiego.
Jego następcą zostaje przebywający w Paryżu Władysław
Raczkiewicz, który zadanie sformowania nowego rządu powierza
generałowi Władysławowi Sikorskiemu. Członkowie rady ministrów
przebywający w Slănic
redagują dwie depesze – do ustępującego prezydenta, któremu
dziękują za dotychczasową służbę, oraz do Raczkiewicza: „Rząd
polski pod bezpośrednim naciskiem sił zbrojnych najeźdźców, nie
mogąc dopuścić do dostania się władz naczelnych w ręce
nieprzyjaciół, zmuszony był do opuszczenia granic państwa. Rząd
został następnie pozbawiony warunków koniecznych do wykonywania
swych zadań. Zawiadomiony w dniu dzisiejszym o przekazaniu Panu
Prezydentowi najwyższej władzy państwowej, rząd wyraża Panu
Prezydentowi hołd, zgłaszając równocześnie swą dymisję”.
Dyrektywy
z Moskwy
1
października 1939 roku, Moskwa. Podczas posiedzenia Komitetu
Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików)
zostają podjęte kluczowe dycyzje dotyczące kształtu życia
społecznego i politycznego na zajętych przez Armię Czerwoną
terenach II RP.
Szczegóły
ustaleń podjętych w stolicy Związku Sowieckiego znaleźć można w
wyciągu z protokołu, który polscy historycy odnaleźli w archiwach
białoruskich. Jest to suchy dokument urzędowy, którego lektura
wywołuje na przemian uczucie przerażenia i wszechogarniającej
nudy. Za nieznośną monotonią i wewnętrzną drętwotą kolejnych
instrukcji i rozkazów kryje się dramat setek tysięcy ludzi.
KC
WKP(b) nakazuje zwołanie „Ukraińskiego Zgromadzenia Ludowego”
oraz „Białoruskiego Zgromadzenia Ludowego”. Owe gremialne ciała
reprezentujące władzę komunistyczną powinny uchwalić przekazanie
„ziemi obszarniczej” w ręce chłopów oraz „rozstrzygnąć”
kilka kwestii zasadniczych, na zawsze zmieniając ustrojowy i
państwowy status wschodnich ziem międzywojennej Polski: 1. kwestię
charakteru władzy („radziecka” czy „burżuazyjna”); 2.
kwestię przynależności lub braku przynależności do Związku
Socjalistycznych Republik Sowieckich; 3. kwestię upaństwowienia
(lub pozostawienia w rękach prywatnych właścicieli) banków i
przedsiębiorstw przemysłowych.
Głosowanie
ma się odbyć za trzy tygodnie. Jest to termin krótki, dlatego
zaleca się „uproszczenie” procedur znanych z wyborów do Rady
Najwyższej ZSRS i republik związkowych. Zgromadzenia Ludowe powinny
uchwalić przyłączenie nowych ziem do Związku Sowieckiego,
wprowadzić rządy „Władzy Radzieckiej” oraz zaaprobować nową
strukuturę własności. Teksty deklaracji wystosowanych przez
Zgromadzenia Ludowe muszą zostać opracowane przez Komitety
Centralne Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy oraz
Komunistycznej Partii (bolszewików) Białorusi – za przebieg akcji
odpowiadają osobiście towarzysze Chruszczow i Ponomarienko.
W
obszarze zainteresowań najwyższych dostojników sowieckich znajdują
się także procedury formowania na zagarniętych terenach nowych
organizacji komunistycznych, „reorganizacja” związków
zawodowych, objęcie zarządem komisarycznym polskich banków, a
także przywrócenie łączności pocztowo-telegraficznej.
W
osobnym punkcie zawarto wskazania dotyczące cen podstawowych
produktów: „za sól – 20 kop. za kilogram na terytorium
Zachodniej Ukrainy, 20 kop. za kilogram na terytorium Zachodniej
Białorusi; zapałki – 3 kop. za małe pudełko; nafta – 65 kop.
za litr na terytorium Zachodniej Ukrainy, 66 kop. za litr na
terytorium Zachodniej Białorusi; machorka – 50 kop. za 50-gramową
paczkę”.
Ciekawość
współczesnego czytelnika dotycząca owej dodatkowej kopiejki za
naftę „białoruską” zapewne nigdy już nie zostanie
zaspokojona.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Bezradność śmiertelnej ręki (1)
Pisanie
o historii to czynność beznadziejna. Kiedy kronikarz siada nad
pustą kartą, wierzy, że zdoła ogarnąć wszystko, co
najważniejsze, że odszuka i wskaże linie główne i poboczne, że
z jego opisu wyłoni się jasny obraz minionego czasu. Ale całość
jest złudzeniem, a każda synteza rodzajem intelektualnego
preparatu, tak przystającego do rzeczywistości, jak pojedyncza
czarno-biała fotografia przystaje do realnej plątaniny miejskich
ulic, różnorodności budowli i setek tysięcy ludzkich twarzy,
losów, opowieści.
Niczego
nie da się dotknąć.
Życie
przecieka między palcami śmiertelnej ręki trzymającej pióro.
Narracja
ma własne prawa. Trzeba czuwać nad jej porządkiem i kompozycją –
w przeciwnym wypadku zatraci swoje znaczenia, przemieni się w
niezborną gadaninę, powróci do pierwotnego chaosu życia, do jego
anonimowości i znikomości. Bo tego, co pozbawione jest konstrukcji,
umysł nie ogarnia. Pamięć prześlizguje się po bezładzie i nie
natrafiwszy na punkty orientacyjne, dąży dalej.
Kiedy
przystępowałem do pisania Afazji polskiej,
wydawało mi się, że wystarczy kilkadziesiąt krótkich esejów, by
ukazać zagładę dawnego świata, by, choćby szkicowo,
zrekonstruować odchodzenie ludzi i przedmiotów. Wiem – bez
takiego naiwnego przekonania żadne pisanie nie byłoby możliwe.
Podczas kilkunastomiesięcznej pracy historia naszej części Europy
objawiła mi się jednak jako doskonała plątanina wątków,
obrazów i opowieści. Każdy głos, każda twarz, każde istnienie
domaga się tu utrwalenia. Każdy szept, jęk i krzyk mówią:
zapisz, przechowaj. A ja nie mogę ocalić wszystkiego, wszystkiego
przechować.
Kładę
w tym miejscu kilka scen, które nie zmieściły się w opowieści.
Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem – bo inne
sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja ponaglała,
domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w miejscu. Niech
zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości fenomenów
czekających na innych opowiadaczy, domagających się ujawnienia, a
pominiętych milczeniem.
Polska
Międzynarodówka
Lwów,
październik 1939. W kinie „Apollo” odbywa się uroczysta
akademia wdzięczności dla Armii Czerwonej, która właśnie
„uwolniła Zachodnią Ukrainę i Zachodnią Białoruś spod jarzma
pańskiej Polski”. Nastrój ludowego wiecu – źle skomponowane,
pompatyczne oracje, poezja propagandowa, gremialne śpiewy. Na sali
sowieccy żołnierze i miejscowa ludność. Kiedy uroczystość
dobiega końca, zgromadzeni wstają z krzeseł, by wspólnie wykonać
Międzynarodówkę –
ma to być demonstracja jedności i zgody między „oswobodzicielami”
a „oswobodzonymi”. Polska młodzież podejmuje pieśń. Sowieci
śpiewają o ostatnim boju i krwawym trudzie, o bratnim związku, co
ogarnie ludzki ród; Polacy podstawiają pod melodię własne słowa
(tekst podaję za relacją Adama Jaza We Lwowie za
Sowietów):
W
kajdanach dzisiaj nasze ręce,
dziś
bat nad nami wznosi wróg,
lecz
wkrótce kres już naszej męce,
przed
nami przyszłość, z nami Bóg
Niech
w górę biały orzeł wzlata,
przed
jego ciosem niech wróg drży,
położym
kres tyranii kata,
bo
Wielkiej Polski moc to my.
Wolna
Polska powstanie,
mocy
spełni się cud
zginiesz
krwawy tyranie,
zwycięży
polski lud.
Dla
Polski damy nasze życie,
oddamy
mienie swe i krew,
to
Polska woła, czy słyszycie?
Niech
wszystkie serca słyszą zew!
Wytrwajcie
w wierze i nadziei,
zanieście
je do bratnich mas,
a na
śmierć idźcie po kolei,
gdy
przyjdzie zmartwychwstania czas.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















