niedziela, 27 września 2015
piątek, 25 września 2015
Spotkanie autorskie w Domu Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym
Jubileusz J. M. Rymkiewicza (Poznań-Kórnik, 21 IX 2015)
![]() |
| Wręczenie Jubilatowi specjalnego numeru "Toposu" (fot. A. Karczmarczyk) |
![]() |
| Wręczenie Jubilatowi specjalnego numeru "Toposu" (fot. A. Karczmarczyk) |
![]() |
| Program konferencji naukowej w Bibliotece Raczyńskich |
środa, 16 września 2015
Śmierć generała (2)
![]() |
| Sowieci w Grodnie |
Grodno
opuścili 18 września między czternastą a piętnastą. Samochody
generała i jego sztabowców przemierzały tę samą trasę, którą
pół godziny wcześniej pokonał konwój ciężarówek wypełnionych
funkcjonariuszami policji, żandarmerii i grodzieńskimi urzędnikami.
Zgodnie z dyspozycjami, w najbliższym czasie wszyscy mieli
przekroczyć granicę polsko-litewską. Część ewakuowanych osób
znalazła nocleg w Sopoćkiniach.
Nieoceniony
Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów
słowiańskich, wydany pod
koniec XIX wieku, dostarcza kilku cennych informacji o tej
miejscowości: „Sopoćkinie, os. miejska i dobra, pow. augustowski,
gm. Wołowiczowce, par. Teolin, odl. 60 w. od Augustowa, leży od 4
w. od kanału augustowskiego, w kotlinie błotnistej, między dwoma
wyniosłościami, przy szosie z Sejn do Grodna (o 21 w.), posiada
kościół par. kat. (w os. Teolin), cerkiew mur., sąd gm. okr. III,
urz. gm., st. poczt., olejarnię, 173 dm. (drewn.), 2457 mk.
[mieszkańców]. […] Ludność trudni się wyrobem kaszy. Na
obszarze dóbr przy osadzie jest huta szklana, tartak, fryszerka i
młyn wodny”. Pół wieku później miasteczko, siedziba wiejskiej
gminy Wołoczowiczowce, musiało mieć więcej ludności i budynków.
W przewodniku Grodno i okolice
– Jeziora augustowskie – Suwalszczyzna,
wydanym w roku 1934, Sopoćkiniom poświęcono jedynie dwa zdania:
„m-ko w powiecie augustowskim z niezmiernie cennym zabytkiem
budownictwa drzewnego, a mianowicie bożnicą z XVII w. Dojazd z
Grodna autobusem”.
W
drugiej połowie września 1939 roku nikt nie myślał o oglądaniu
synagogi i cerkwi w Sopoćkiniach. Nie kursowały już autobusy z
Grodna. Być może do kościoła parafialnego w Teolinie raz czy
drugi zajrzał generał Olszyna-Wilczyński – bo właśnie tam, w
osadzie położonej na obrzeżach Sopoćkiń zatrzymał się
generalski buick. Generał i jego żona zajęli pomieszczenie w
miejscowej szkole, w której – jakby na przekór wzbierającej fali
wojennej – wciąż prowadzono lekcje. Alfreda Wilczyńska
zapamiętała serdeczność miejscowych nauczycielek: „urządziły
kuchnię dla wojska i po bardzo niskich cenach wydawały śniadania,
obiady i kolacje oficerom i żołnierzom”.
Te
kilka dni między 18 a 22 września był to dla Wilczyńskiego, jego
żony i kilku najbliższych oficerów jakiś upiorny antrakt –
przestrzeń między światem uporządkowanym i zrozumiałym a czymś
niepojętym, pozbawionym struktury i kształtu. Wobec takiej
ciemności człowiek staje bezbronny, w naturalnym odruchu odwraca
się do niej plecami. Kurczowo trzyma się tego, co mu pozostało –
żołnierskich rytuałów, rytmu odpraw, coraz rzadziej dochodzących
wiadomości z frontu. Ale meldunki przestają mieć znaczenie –
zbyt szybko się dezaktualizują. Rozkazy padają w próżnię. To,
co zwykliśmy nazywać rzeczywistością, osuwa się spod stóp.
Waldemar
Jaskulski, biograf Olszyny-Wilczyńskiego, przytacza argumenty mające
dowodzić, że o psychicznym załamaniu generała nie mogło być
mowy – miał się on stosunkowo dobrze orientować w sytuacji
polskich wojsk i zapewne jakoś uczestniczył w ustalaniu planu
dalszych działań; wiedział, na przykład, o pomyśle sformowania w
rejonie Sejn nowej dywizji z rozproszonych, naprędce ewakuowanych
oddziałów.
„Tak
się złożyło”
Z
Sopoćkin-Teolina mieli wyjechać wczesnym wieczorem 21 września.
Gdyby to uczynili, zapewne kilkanaście godzin później nie
natknęliby się na sowieckie czołgi i generał nie zostałby
zamordowany – siedziałby w swoim buicku, kierowca raz po raz
naciskałby klakson, ale tłum uciekinierów nie chciałby się
rozstąpić, Olszyna-Wilczyński otworzyłby drzwi pojazdu i przez
chwilę szedłby obok, patrząc we wschodnią stronę, skąd
wstawałoby słońce, zdjąłby czapkę i wierzchem dłoni przetarłby
czoło, lekki poranny powiew uniósłby dwa kosmyki siwiejących
włosów, generał westchnąłby i wrócił do samochodu. A potem
byłyby kolejne granice, rozpacz bezczynności gdzieś w zachodniej
Europie, na sam koniec anonimowa praca w którejś z brytyjskich
fabryk, głodowa emerytura i coraz bardziej męczące spotkania
kombatantów.
Nie
wyjechali. O osiemnastej, zgodnie z umową, Alfreda Wilczyńska
wsiadła do auta i przez pół godziny czekała na męża. Musiało
się jej dłużyć to czekanie, ale w ostatnich dniach przeszła
przyśpieszony kurs milczenia i cierpliwości. Kiedy generał
podszedł do buicka i rzucił krótkie „dziś tu jeszcze nocujemy”,
opadł ją lęk. „Zdrętwiałam, ale bez słowa wysiadłam i
poszłam do pokoju. To był nie tylko mój mąż, to był przede
wszystkim oficer, generał, dla [którego] życie osobiste nie
istniało. I sądzę, że gdybym wtedy powiedziała choć jedno
słowo, byłby mnie znienawidził, co byłoby dla mnie tysiąc razy
gorsze od śmierci. Byłam zupełnie zrezygnowana. Widziałam, że
sprawa jest już przesądzona. Na temat przejścia na Litwę nie
mówiliśmy już zupełnie. Ja siedziałam bez ruchu i bez słowa.
Mąż zamknął się w drugim pokoju i tylko od czasu do czasu
wychodził do oficerów lub przyjmował meldunki. Późnym wieczorem
przyszedł się położyć i powiedział mi, że jutro rano jedziemy
dalej, lecz powiedział to z taką goryczą, że serce we mnie
zamarło. Rozumiałam jego ból i walkę wewnętrzną, lecz
wiedziałam także, że sprawa jest przegrana; chciałam go ocalić,
powiedziałam, że gdy wpadnie w ręce wroga – zamordują go na
pewno”.
Spali
w ubraniach, by rano móc bez zwłoki ruszyć w dalszą drogę.
Nikt
z uczestników tamtych wydarzeń ani historyków badających
okoliczności śmierci Olszyny-Wilczyńskiego nie potrafił wyjaśnić,
jak to się stało, że generał nie został obudzony, kiedy pod
Sopoćkinie podeszły nieprzyjacielskie wojska. Przez całą noc
przez miasteczko przejeżdżały ciężarówki i samochody osobowe,
jednostki konne i zmotoryzowane. Śpiących w teolińskiej szkole
powszechnej nie wyrwała ze snu kanonada moździeży i ckm-ów, które
zagrały na widok Sowietów. Czy miejsce to było na tyle oddalone od
linii ognia, że nie dochodziły tam odgłosy walki? Nie potrafię
tego ocenić. W każdym razie tuż po piątej zaczęła się
ewakuacja resztek polskich oddziałów. Przed kwaterą generała –
to również całkowicie niezrozumiałe – nie stał żaden
wartownik. Dopiero około szóstej trzydzieści do drzwi Wilczyńskich
zastukał adiutant. Generałowa wspominała: „w pięć minut, może
nawet mniej, [...] wsiadaliśmy do samochodu. Wychodząc […]
zdziwiłam się, że nie ma już ani jednego samochodu […].
Oglądając się niespokojnie dookoła zapytałam męża, czy znów
jedziedziemy tylko sami, na co mąż odpowiedział mi krótko, że
»tak się złożyło«”.
Bezpośredni
uczestnicy wydarzeń nagłych i niespodziewanych mają skłonność
do postrzegania wszystkiego jako „dzieła przypadku”. Kiedy
Olszyna-Wilczyński mówi: „tak się złożyło”, pokrywa tymi
słowami własne zaskoczenie i rozczarowanie, zarazem zaś
interpretuje obrót wydarzeń jako wynik pewnego splotu okoliczności,
splotu w mniejszym lub większym stopniu przypadkowego. Stwierdzenie
„tak się złożyło” dałoby się jednak odczytać inaczej –
jako odpowiednik fatalistycznego „widać tak musiało być”, „to
było nieuniknione”.
My,
którzy odtwarzamy i interpretujemy rzeczy dokonane, bliżsi jesteśmy
tej drugiej myśli – skoro się wypełniło, odmienne rozwiązanie
nie wchodziło w grę, było nie do pomyślenia. Coś lub ktoś –
imaginujemy sobie – wszystko to ukartował, rozpisał na role i
wyreżyserował. Byt ów, niejako naturalnie, postrzegamy jako byt
ironiczny.
Wielki
Inscenizator pociąga za sznurki i śmieje się w kułak. Jego
chichot wywraca drzewa, niszczy domy, a ludzi przemienia w bezwładne
kukły zalegające pobocza przelotowych szos.
W
rękach bolszewików
Niezależnie
od tego, jak działa nasza wyobraźnia, niezależnie od tego, jaką
interpretacyjną siatkę narzucamy na zaistniałe w czasie i
przestrzeni fakty, mają one również konkretnych ludzkich
reżyserów. Zanim jezcze polityka zdąży przemienić się w
historię, decyzje o dalekosiężnych skutkach podejmują żywi
ludzie. U źródeł owych decyzji stoją konkretne motywacje i plany.
Finał
życia generała brygady Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego
pragnąłbym ujrzeć właśnie tak – jako sekwencję wydarzeń
zainscenizowaną i odegraną z zachowaniem żelaznych zasad
polityczno-historycznej logiki, jako przewidziane następstwo tej a
nie innej przyczyny, jako rezultat działania intencjonalnego,
nakierowanego na osiągnięcie ściśle określonego celu.
22
września 1939 roku o szóstej trzydzieści sprzed szkoły
powszechnej w Sopoćkiniach-Teolinie rusza samochód wiozący
wysokich rangą polskich oficerów. Wjeżdża w mleczne światło
poranka, w pustkę ewakuowanego nadgranicznego miasteczka. Koła
grzęzną w błocie rozmokłej drogi. Prawdopodobnie nad powierzchnią
ziemi unoszą się strzępy mgły – wniosek taki wyciągam z
następującego fragmentu relacji Alfredy Wilczyńskiej: „Jechaliśmy
może pięć minut, gdy zamajaczyły przed nami czołgi sowieckie”
(czasownik zamajaczyć” znaczy „ukazać się, zarysować się
mgliście, niewyraźnie”). Pasażerowie długiego, mało zwrotnego
buicka dostrzegają Rosjan zbyt późno, nie ma już jak zawrócić,
ucieczka jest niemożliwa: „Zanim szofer zdążył przełożyć
biegi obskoczyli nas żołnierze sowieccy z granatmi ręcznymi i
karabinami gotowymi do strzału z okrzykiem »stój, wylezaj, a to
ubjem na miestie«. Opierać się, czy wyjść – rezultat ten sam,
bo wszystko stało się tak błyskawicznie, że obrona z samochodu
była zupełnie niemożliwa. Pierwszy wysiadł kapitan, za nim ja, a
w końcu mąż, szofer i pomocnik. Zostaliśmy otoczeni od razu.
Przed każdym z nas stał jeden bandyta z granatem przy twarzy, a
drugi z wycelowanym karabinem, zaś dwaj komisarze poczęli nas
rewidować, przede wszystkim mnie, potem kapitana [adiutanta] i męża.
Zabrali nam wszystko: ubranie, pieniądze, wszelkie drobiazgi, a
nawet zepsutą zapalniczkę kapitana”.
Wilczyńska
zdążyła jeszcze pożegnać się z mężem, po czym została
odprowadzona do pobliskiej stodoły. Kilka minut później, w ciszy,
jaka zapadła po karabinowej salwie, otwarły się drzwi i do rąk
generałowej trafiła walizka męża obwiązana jego generalskim
akselbantem. Kobieta chciała wydostać się z zamknięcia, ale
została powstrzymana przez inne osoby uwięzione w budynku. Wkrótce
na zewnątrz rozgorzała walka, w pobliżu padały pociski – to
jakiś zabłąkany oddział polski ostrzeliwał pozycje wroga.
Kiedy
Wilczyńskiej udało się wreszcie opuścić stodołę, po sowieckich
czołgach nie było śladu: „Wybiegłam […] mimo protestów i
gróźb, i już z daleka zobaczyłam dwie ciemne plamy na polu pod
krzakami. Biegłam szybko przez mokradła, a za mną wybiegł jeden z
mężczyzn ze stodoły. Wiedziałam już, że tam leży mój mąż i
jego adiutant, lecz miałam […] nadzieję, że może jeszcze żyją,
może są tylko ranni. Niestety, widok, który ukazał się moim
oczom, była tak okropny, że nie miałam sił iść dalej. W oczach
mi wszystko tańczyło. W tym momencie mężczyzna, który szedł za
mną, chciał mnie zawrócić, a pozostali wołali z daleka, żeby
nie zbliżać się do leżących, bo bolszewicy mogą nas za to
rozstrzelać. To mi dało siły i energię do opanowania nerwów.
Nie, nie, krzyknęłam – ja go muszę zobaczyć, muszę podejść
blisko, bo go tak nie zostawię tutaj! Wyrwawszy się z rąk
trzymającego mnie pobiegłam naprzód, lecz siły znowu mnie
opuściły. Nie mogłam znieść tego widoku”.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Śmierć generała (1)
![]() |
| gen. J. Olszyna-Wilczyński (źródło: Wikipedia) |
Zbryzgana
krwią rogatywka generała brygady Józefa Konstantego
Olszyny-Wilczyńskiego miała być publicznie pokazywana w Grodnie we
wrześniu 1939 roku. W
przypisie do trzeciego rozdziału wspomnień Grażyny Lipińskiej
znalazłem trudną do zweryfikowania informację o „mitingu”, na
który Sowieci spędzić mieli ludność okupowanego miasta, by
powiadomić ją o śmierci dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej
„Grodno”.
Tak
to musiało wyglądać w czasach wojen plemiennych – agresor, chcąc
ostatecznie zdławić opór przeciwnika, triumfalnie unosi w górę
święty totem tubylców, potrząsa nim, wreszcie rzuca na ziemię i
depce. W ten sposób dopełnia się dzieło symbolicznego poniżenia
pokonanych. Z gardeł nieokrzesanych wojowników dobywa się
tryumfalny ryk, który przechodzi w szczekliwy rechot, by zakończyć
się gremialnym śpiewem – hymnem zwycięstwa. Likwidatorzy dawnego
porządku, prawodawcy nowego świata wirują wokół ogniska. Totem
ląduje na stosie, liżą go języki ognia. Ludność tubylcza
rozchodzi się w ciszy, rozpływa w nocnym mroku, powraca do swoich
niewolniczych zatrudnień.
Akselbant
czy postronek?
O
czapce generalskiej nie ma ani słowa w relacji żony generała.
Alfreda Olszyna-Wilczyńska, która towarzyszyła mężowi w drodze
ku granicy polsko-litewskiej, wspomina jedynie o walizce i sznurze
generalskim. Jest tu jeszcze mowa o „rzeczach” dowódcy SGO
„Grodno” i o jakimś pudełku papierosów: „półprzytomna
chwyciłam walizkę, zaczęłam ją rozwiązywać i przerzucać
rzeczy męża, które pomieszane były z rzeczami adiutanta. Na
pudełku od papierosów i neseserze męża były krwawe plamy”.
Walizkę czy neseser przyniósł do stodoły, w której zamknięto
generałową (dołączyła do kilkunastu jeńców spędzonych tu,
zanim buick Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego wyjechał z
Sopoćkiń), jeden z sowieckich sołdatów. Bagaż był związany
sznurem generalskim.
Nie
potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy to sam generał przewiązał
walizkę sznurem, czy uczynił to rosyjski czołgista. Kwestia do
rozstrzygnięcia: czy Olszyna-Wilczyński mógł podróżować w
mundurze galowym (chyba jedynie do takiego stroju zakładano ozdobne
sznury)? Jeśli tak, Sowieci musieliby mu zedrzeć sznur, aby związać
neseser. Ale po co by mieli wiązać? Może walizka otworzyła się,
a „rzeczy” wysypały ze środka (podczas pośpiesznego wkładania
ich z powrotem pudełko papierosów mogło wpaść w kałużę krwi
rosnącą wokół generalskiej głowy). Do pomyślenia jest również
odmienny przebieg wydarzeń. Walizka rzucona na ziemię otwiera się,
wysypują się z niej ubrania (wśród nich srebrzysty sznur) i inne
przedmioty. Sołdat chwyta pudełko papierosów, ma zakrwawioną
rękę, tą ręką wyjmuje sigarety dla siebie i kolegi (po ciężkiej
robocie dobrze jest zaciągnąć się dobrym tytoniem), zapala,
wkłada pudełko do walizki, próbuje ją zamknąć, ale nienajlepiej
mu to idzie, chwyta więc sznur i wiąże.
Akselbanty
(z języka niemieckiego: taśmy naramienne) zaczęto nosić w wojsku
polskim jeszcze w wieku siedemnastym. Szybko stały się znakami
wysokiej szarży. W II Rzeczypospolitej akselbant generalski składał
się z dwóch srebrnych „warkoczy” i, jak podaje wydany w PRL-u
Leksykon wiedzy wojskowej,
był traktowany jako „odznaka gotowości do spełnienia rozkazu”.
W
rękach bolszewickich sznur generalski Olszyny-Wilczyńskiego zmienił
się w zwykły powróz, w postronek do wiązania betów. W owej
semantycznej przemianie ujawniał się wojenny zamysł Stalina,
odsłaniał się sowiecki projekt „nowej” Polski, w której to,
co „pańskie”, „burżuazyjne” i „reakcyjne”, zostaje
unieważnione i zastąpione tym, co „rewolucyjne”, „ludowe” i
„postępowe”.
Generał
bez armii
Jak
się trafia do świata sowieckiego? Świat sowiecki przychodzi
nieproszony. Jednego dnia go nie ma, drugiego jest. Niczym fala
powodziowa lub trąba powietrzna, po przejściu których krajobraz
niby pozostaje ten sam, ale niemal wszystko się w nim zmienia.
Odwracają się znaki, porzucają swoje znaczenia. Ludzie zbędni
znikają, na ich miejsce przychodzą inni. Zapewniają, że teraz
będzie lepiej, że u nich „wsiego mnogo”, że ten tutaj kraj
zamieni się rychło w ziemię sprawiedliwości, w krainę mlekiem i
miodem płynącą. Nie możesz im nie wierzyć, bo wyparujesz,
wsiąkniesz w czarnoziem lub glinę, jak wyparował i wsiąkł były
polski generał Józef Konstanty Olszyna-Wilczyński. (Znikanie takie
dokonuje się również w sferze symbolicznej – po ludziach zapada
głuche milczenie, np. w ważnej pracy Wojsko Polskie 1939–1945,
wydanej w Warszawie pięć lat przed Okrągłym Stołem, brak
informacji na temat Zgrupowania „Grodno”, którego dowódcą był
właśnie Olszyna-Wilczyński).
Zanim
ta nowa rzeczywistość zapanuje niepodzielnie, fundamenty
dotychczasowego porządku zostają unieważnione. Tysiące ludzi,
również żołnierze, podoficerowie i dowódcy, zmieniają miejsca
pobytu, poszukując zasady organizującej, czegoś, czego można by
się uchwycić, co potwierdziłoby ważność ich funkcji i zasadność
działań, jakie podjęli. Żądają rozkazów, domagają się
jednoznacznych wytycznych. Jeśli słyszą coś, co nie zgadza się z
ich osobistym oglądem spraw, próbują protestować – dyskutują,
perswadują, podają argumenty.
7
września Olszyna-Wilczyński otrzymał rozkaz podporządkowania
Zgrupowania „Grodno” generałowi Młotowi-Fijałkowskiemu,
dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew” – ale do
Fijałkowskiego rozporządzenie Śmigłego-Rydza nie dotarło.
Następnego dnia do Grodna telefonował pułkownik Józef Jaklicz,
drugi zastępca szefa Sztabu Głównego polskiej armii. Przekazał
m.in. rozkaz ewakuacji wojska w kierunku południowym: „1)
Wszystkie władze administracyjne na wschód od linii Grodna, a więc
na całej Wileńszczyźnie, pozostają na miejscu. Pan generał z
całą swoją grupą »Grodno«,
pułkiem KOP broniącym Puszczy Augustowskiej i garnizonem Osowiec
wycofa się w ogólnym kierunku na Brześć... Proszę pana generała
o zrobienie wszystkiego co możliwe, aby uchwycić łączność z
gen. Młotem i łącznie z nim przeprowadzić tę akcję odwrotową...
[…] Pan marszałek zdecydował dodatkowo, że władze
aministracyjne z Grodna mogą się wycofać łącznie z panem
generałem”. Olszyna-Wilczyński był zaskoczony, nie spodziewał
się takiego kierunku ewakuacji, informował, że oddziałom przezeń
dowodzonym brak taborów i kuchni polowych. Kiedy tego samego dnia w
godzinach popołudniowych rozmawiał z podpułkownikiem Tadeuszem
Tabaczyńskim najdelikatniej jak to możliwe skomentował decyzję
Naczelnego Wodza dotyczącą odcinków obrony „Augustów” i
„Osowiec”: „tak – to smutne” – miał powiedzieć. O
siedemnastej ponownie telefonował Jaklicz – odwrót powinien
zostać przeprowadzony nie pieszo, ale przy użyciu składów
kolejowych. Rozpoczęto ewakuację. 9 września zmieniono jednak
decyzję – planowany „zwrot zaczepny” gen. Młota-Fijałkowskiego
miał otrzymać wsparcie odcinków „Osowiec” i „Wizna”. Z
oddziałami tymi nie było już komunikacji, trwał załadunek części
wojska do składów kolejowych. Niespójne okazały się rozkazy
dotyczące dowodzenia. Rozkaz o wyjeździe Olszyny-Wilczyńskiego
razem z ewakuowanymi jednostkami cofnięto – generał miał
pozostać w Grodnie.
11
września polecenie ewakuacji wszystkich większych oddziałów
wydano ponownie. Olszyna-Wilczyński nie chciał się na to zgodzić,
zażądał osobistej rozmowy ze Śmigłym-Rydzem. Marszałek rozwiał
jego wątpliwości: „Panie generale, rozkaz, który Pana tak
zadziwił, musi być przez Pana jak najszybciej wykonany. Wymaga tego
ogólna sytuacja strategiczna, której Pan nie zna. […] Wszystkie
oddziały z Grodna przedstawiające wartość bojową, organizacyjną
lub uzbrojeniową, jak również i całę uzbrojenie i zapasy
amunicji i umundurowania mają być odtransportowane. Zgrupowanie
»Augustów« i zgrupowanie »Osowiec«, jeżeli tylko możliwe,
winno być odtransportowane”. Olszyna-Wilczyński wraz ze swoim
sztabem powinien pozostać na miejscu. Po zakończeniu załadunku ma
się zameldować u generała Franciszka Kleeberga w Pińsku, gdzie
zostaną mu przekazane kolejne decyzje Naczelnego Wodza.
Głównodowodzący
Okręgu Korpusu „Grodno” stawał się w ten sposób wodzem bez
wojska.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
wtorek, 1 września 2015
niedziela, 23 sierpnia 2015
Spotkanie autorskie w warszawskim Klubie Ronina
wtorek, 11 sierpnia 2015
Grodno 1939: Krzyże i smoki (2)
Zastanawiam
się, jak to wygląda technicznie, to znaczy: co i jak należy
uczynić, by – solidnie, porządnie, bez ryzyka, że się osunie
czy spadnie – przymocować ludzkie ciało do przedniej części
czołgu. Nie może się przecież osunąć, nie może wpaść pod
koła, nie może zostać zmiażdżone przez gąsienice, bo wtedy nie
spełniłoby swojej podstawowej funkcji – nie mogłoby dłużej
służyć jako tarcza. Dla tych w środku, dla sowieckich czołgistów,
którzy przyjechali tu oswobodzić swoich uciskanych braci, którzy
przywieźli ze sobą postęp, oświecenie i cywilizację, ciało
Tadka Jasińskiego, wychowanka Zakładu Dobroczynności w Grodnie,
jest bezcenne – obiecuje im, że przetrwają, że z grodzieńskiej
opresji wyjdą cało, że szaleńczy rajd ulicami obcego miasta
zakończy się dla nich względnie dobrze. Bez tego ciała trudniej
im będzie realizować cywilizacyjną misję. To dlatego wymachują
rękami, wrzeszczą i straszą brauningiem, kiedy sanitariuszki
zdejmują więzy z trzynastoletnich rąk.
Via
crucis
Do
jakiego czołgu przywiązano chłopca? Nie jestem pewien, które
modele sowieckich maszych wjechały w ulice miasta nad Niemnem. Bez
wątpienia operowano dwoma rodzajami pojazdu oznaczonego symbolem BT
– mniejszym BT-5 i większym BT-7. Wniosek taki można wysnuć ze
wspomnień dowódcy 6. Korpusu Kawalerii Grupy Konno-Zmechanizowanej,
komdiwa Andrieja Iwanowicza Jeremienki, który samodzielnie prowadził
atak jednostek pancernych i dwukrotnie musiał przesiadać się z
pojazdu do pojazdu (najpierw BT-5, następnie BT-7). „Przeciwnik –
wspominał Jeremienko – podpalał nasze czołgi, oblewał je z
domów gorącą cieczą, […] polewał nas ołowiem”.
BT-5
i BT-7, zwane przez Rosjan „betjuszkami”, były to czołgi z
grupy „lekkich”. Niezbyt wielkie i zapewne bardziej zwrotne niż
pozostałe modele używane przez Armię Czerwoną, nadawały się do
operowania w ciasnych uliczkach atakowanych miast. Oglądam
fotografie „betjuszek”, zadając sobie pytanie, czy do czoła
pojazdu dałoby się przywiązać człowieka. Jaki może być wzrost
trzynastolatka? Sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt
centymetrów. Jeśli nogi mają wisieć (z relacji Grażyny
Lipińskiej wynika, że nie trzeba ich było uwalniać z więzów),
dłonie powinny być przywiązane dość wysoko. Lipińska wspomina o
„rozkrzyżowanym ciele”, musimy więc wyobrazić sobie Tomasza
Jasińskiego z rękami wyciągniętymi w bok, niemal pod kątem
prostym w stosunku do reszty ciała (taka pozycja rąk i prosto
wiszące nogi musiały wywołać skojarzenie z krzyżowaniem).
Ale
do czego krasnoarmiejcy mieliby przymocować dłonie chłopca? Może
były tam jakieś haki, jakieś metalowe elementy wystające z
przedniej ściany? Bo lufa armatki ulokowanej na wieżyczce
strzelniczej raczej się do tego nie nadawała – straciliby wtedy
możliwość sterowania działem, zmieniania jego pozycji. Zresztą,
nie byłoby wtedy mowy o „rozkrzyżowaniu” – ta ewentualność
zatem odpada. Podpowiedź znajduję na jednej z fotografii, na której
widać wyraźnie, że zewnętrzne wyposażenie części „betjuszek”
wzbogacono o duże żeliwne listwy, z których wystawało coś w
rodzaju kolców (zapewne do forsowania barykad i innych przeszkód
mechanicznych). Owe „kolce” w jeszcze większym stopniu
upodabniały przód BT-5 i BT-7 do smoczego łba.
Jest
jeszcze jedna ewentualność. W relacjach dotyczących sowieckiego
marszu na Grodno pojawia się informacja o czołgach ciężkich T-28.
A jeśli to z takim czołgiem zetknęły się grodzieńskie
nauczycielki-sanitariuszki? Ten model, większy i cięższy, chyba
nieco lepiej nadawał się do „rozkrzyżowania” na jego przedniej
ścianie ludzkiego ciała. Kłopot w tym, że aby przywiązać
chłopca, trzeba by zamknąć klapę, przez którą obserwowano teren
w bezpośredniej bliskości czołgu.
Wątpliwości
nie rozstrzygniemy. Wszystko, co da się uczynić, sprowadza się do
próby objęcia słowem wydarzenia, które z pewnością miało
miejsce, do opisania momentu krępowania trzynastolatka. Butelka z
benzyną i naftą roztrzaskuje się na żeliwnej ścianie, czołg
zatrzymuje się, z jego wnętrza wyskakują umorusani tankiści,
krzyczą, potrząsają zmartwiałym ze strachu trzynastoletnim ciałem
(Lipińska napisze: „bili, chcieli zabić”). O chłopcu, który
rzucił butelkę – jeśli tylko chcą doprowadzić do końca to, co
zamyślili – muszą myśleć jak o dorosłym. Wroga ludu,
burżuazyjnego terrorystę, obrońcę pańskiej Polski należy
przykładnie ukarać.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Etykiety:
Afazja polska 2,
Grodno 1939,
historia
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Grodno 1939: Krzyże i smoki (1)
![]() |
| Grodno w roku 1938 |
Niewiele
o nim wiemy. Trzynastolatek, półsierota, wychowywany w jednym z
grodzieńskich Zakładów Dobroczynności, syn służącej Zofii
Jasińskiej. Jak wielu jego rówieśników, poszedł na sowieckie
czołgi. Rzucił w metalową konstrukcję butelką z mieszanką nafty
i benzyny, ale zapomniał podpalić lont. Zawartość nie wybuchła,
czołg nie stanął w płomieniach.
Butelka
uderza w wieżyczkę czołgu, rozpryskuje się szkło, oleista ciecz
spływa po skośnej żeliwnej ściance. Teraz jest ostatnia chwila na
ucieczkę. Dwaj koledzy szarpią trzynastolatka za rękaw, krzyczą,
ale ich krzyk zostaje zagłuszony przez zgrzyt hamulców. Sowiecka
maszyna zatrzymuje się, unosi się klapa włazu – z otworu wyłania
się głowa, potem ramiona i ręce. Trzynastolatek stoi w bramie jak
słup soli. Został sam. Sam w świecie dorosłych. Ich twarze
czerwone, białe zęby błyskające raz po raz, kiedy gardła
strzelają słowami, niezrozumiałymi, gwałtownymi. Siarczysty
policzek przywraca go rzeczywistości. Teraz, kiedy te obce ramiona
wloką go w stronę stalowego kolosa, czuje zapach potu, ich potu, a
także smak własnej krwi.
Wieczny
bieg
21
września Danuta Bukowińska, kierowniczka internatu Zespołu Szkół
Zawodowych, i Grażyna Lipińska, nauczycielka, błądzą ulicami
miasta. Napisałem „błądzą”, bo czy pod gradem kul, wśród
detonacji i wybuchów, da się zachować porządek marszruty? Ucieka
się przed pociskami, wbiega do otwartych bram, przemyka pod murami,
przykuca za węgłem. Kobiety roznoszą amunicję i materiały
opatrunkowe. Kiedy natrafią na rannego, rozkładają nosze i z
jęczącym ładunkiem wycofują się w stronę szpitala. Bez opieki
nie pozostawiają nawet sowieckich żołnierzy. Lipińska: „Niedaleko
koszar trafia nam się znowu ciężko ranny, tryskający krwią
bolszewik. Po drugiej stronie ulicy jest gmach Kasy Chorych, punkt
opatrunkowy, lekarze, ale nie sposób przejść, tak silnie jest
ostrzeliwana. Wystarczy wychylić się trochę, a z obu stron leci
deszcz kul bolszewickich. Zatrzymują nas dwaj sierżanci: –
Przecież dla zdychającego bolszewika nie będą panie narażały
życia? [...] Kiedy uparci sierżanci ofiarują się sami zanieść
rannego, dzieje się rzecz najgłupsza: wszyscy czworo chwytamy nosze
i schyleni, potykając się przebiegamy ulicę. Dwa pociski,
wyrzucone z dział czołgowych, rozpryskują się już za nami. –
Pudło – woła starszy sierżant w stronę bolszewików, a oddając
doktorowi rannego opowiada z humorem o głupim uporze kobiet. Lekarz,
Żyd, nie przejmuje się na razie rannym bolszewikiem, zapatrzony w
młodych podoficerów zapytuje, czy nie potrzeba im czego, ładuje im
kieszenie papierosami, szczęka mu drga, płacze nad nimi, a może za
nimi”.
Po
południu w perspektywie jednej z ulic ukazuje się sowiecki czołg.
Trzeba się wycofać, bo zaraz strzelec obsługujący karabin
maszynowy pociągnie za spust i kule będą siec bez litości po
wszystkim, co się rusza. Ale Grażyna Lipińska dostrzega z przodu
czołgu „jasną plamę”. Nie jest pewna, czy dobrze widzi, lecz
po chwili nie ma już wątpliwości: do maszyny przywiązano żywego
człowieka... Teraz jest skok i długi bieg – jakby na przekór
obrotom historii, wojnie i śmierci – bieg kobiety, która nie chce
się zgodzić na nowy porządek świata, która każdym zgięciem
kolana, każdym wymachem ramion protestuje przeciwko tej niepojętej
teraźniejszości, zaprojektowanej w zacisznych gabinetach
dyktatorów. Nie pozwalam! – krzyczą ręce i nogi w ruchu. Tak nie
można! – mówi grymas jej twarzy, na której osiadają drobinki
pyłu z potrzaskanych kamienic. Jest w tym straceńczym biegu epicki
rozmach – jakby zwykła nauczycielka z Grodna zmieniła się na
chwilę w postać z Homerowej Iliady.
Ten pęd unieważnia wyroki historii – miną dziesięciolecia, w
proch rozpadną się imperia, dumne miasta popadną w ruinę,
odmienią się pokolenia, a ona wciąż będzie biegła.
„Nie
zważam na Dankę – relacjonuje Lipińska – nie słyszę jej
krzyku. Śmiercionośna maszyna toczy się naprzód, a ja stępiała
na wszystko lecę prosto na nią. Przeraźliwy zgrzyt... czołg staje
tuż przede mną. Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk.
Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie”.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Etykiety:
Afazja polska 2,
Grodno 1939,
historia
czwartek, 30 lipca 2015
Spotkanie autorskie w Starym Sączu
Serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie, zamykające VI Międzynarodowe Interdyscyplinarne Seminarium Naukowe 'Idee - Człowiek - Filozofia'. Temat tegorocznego spotkania naukowców brzmi następująco: Kryzys w kulturze, polityce i ekonomii.
Wieczór autorski rozpocznie się 30 lipca (piątek) o g. 20:00.
Miejsce: Stary Sącz, Dom Pielgrzyma 'Opoka'.
Pełny program Seminarium TUTAJ.
piątek, 24 lipca 2015
Wacław Holewiński o "Afazji polskiej"
Na łamach tygodnika "Gazeta Polska" ukazała się recenzja tomu Afazja polska, napisana przez Wacława Holewińskiego, powieściopisarza i dramaturga, laureata Nagrody Literackiej im. J. Mackiewicza.
Z tekstem można się zapoznać TUTAJ.
czwartek, 16 lipca 2015
Wiersze w amerykańskiej antologii
Nakładem
Uniwersytetu Indiana w Bloomington (w ramach serii wydawniczej
„Slavica”) ukazała się dwujęzyczna antologia współczesnej
poezji polskiej City of Memory, a w niej kilka utworów z
tomów Albo-Albo i Teoria
wiersza polskiego: Mój
prapradziadek Jan, Moje
babcie, Przebudzenie,
Słowacki. Słowo i czyn,
Syndrom Ismeny.
W książce prezentowane są wiersze następujących poetów: Marcin Baran, Wojciech Bonowicz, Przemysław Dakowicz, Mariusz Grzebalski, Krzysztof Jaworski, Marzanna Kielar, Krzysztof Koehler, Wojciech Kudyba, Jarosław Mikołajewski, Andrzej Niewiadomski, Jacek Podsiadło, Jan Polkowski, Tomasz Różycki, Marcin Sendecki, Andrzej Sosnowski, Dariusz Suska, Artur Szlosarek, janusz Szuber, Marcin Świetlicki, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Wojciech Wencel.
Autorem
wyboru wierszy oraz przekładu jest prof. Michael J. Mikoś.
Więcej
informacji o książce TUTAJ.
poniedziałek, 13 lipca 2015
Jarosław Marek Rymkiewicz kończy 80 lat
W
którym momencie Duch Literatury Polskiej zaczął bacznie
przypatrywać się Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi? Czy już tam,
w Łodzi, gdy dziesięciolatek z tornistrem na plecach maszerował
ulicą Śródmiejską w stronę szkoły TPD? A może kilka lat
później, kiedy jasnowłosy nastolatek zapisał się na Uniwersytet
Łódzki, by zgłębiać tajniki wersyfikacji i strofiki? Czy zwrócił
uwagę na jego poetycki debiut – tomik „Konwencje”? Przyjrzał
mu się uważniej po ukazaniu się programowej książki „Czym jest
klasycyzm”? Nie potrafię udzielić odpowiedzi na te pytania, ale
wiem jedno: jeśli istnieje jakiś ponadjednostkowy byt opiekujący
się naszą kulturą, powinien obserwować Poetę co najmniej od
wczesnych lat osiemdziesiątych, kiedy powstawały wiersze z tomów
„Ulica Mandelsztama” i „Mogiła Ordona” oraz „Rozmowy
polskie latem roku 1983”. Chociaż nie – już wtedy Duch ten
prowadzić musiał rękę Jarosława Marka Rymkiewicza, już wtedy
podpowiadał Mu, jak łączyć dwie naczelne linie Jego twórczości
– egzystencjalno-metafizyczną i
historiozoficzno-polityczną.
Autor „Reytana” stał się na przełomie wieków XX i XXI gwarantem ciągłości kultury polskiej, a zarazem wytrwałym i pokornym nosicielem polskiego losu. Ten, który przez lata stronił od uniwersyteckiej dydaktyki, niejako wbrew sobie przedzierzgnął się w nauczyciela nas wszystkich – wciągając nas, kroczących jego tropem, w perypatetyczną dysputę o wadze tradycji i o doniosłości Sprawy Polskiej.
Na tej stromej ścieżce do indywidualnego i zbiorowego samopoznania (gnothi seauton) życzymy Ci, Mistrzu Jarosławie, wielu sił i tej, tak u Ciebie niezwykłej, młodości ducha, z której wszyscy czerpiemy. Plurimos annos!
http://niezalezna.pl/68898-80-urodziny-wieszcza-poeta-ktory-obudzil-sumienia
Autor „Reytana” stał się na przełomie wieków XX i XXI gwarantem ciągłości kultury polskiej, a zarazem wytrwałym i pokornym nosicielem polskiego losu. Ten, który przez lata stronił od uniwersyteckiej dydaktyki, niejako wbrew sobie przedzierzgnął się w nauczyciela nas wszystkich – wciągając nas, kroczących jego tropem, w perypatetyczną dysputę o wadze tradycji i o doniosłości Sprawy Polskiej.
Na tej stromej ścieżce do indywidualnego i zbiorowego samopoznania (gnothi seauton) życzymy Ci, Mistrzu Jarosławie, wielu sił i tej, tak u Ciebie niezwykłej, młodości ducha, z której wszyscy czerpiemy. Plurimos annos!
wtorek, 7 lipca 2015
Świecznik w głowie
![]() |
| Grodno, rok 1939 |
„Chodźmy
bronić cmentarza – umarli przyjmą nas potem życzliwie do
siebie”.
Zdanie,
które powraca. Zdanie domagające się zrozumienia, zadające
pytania, wołające o odpowiedź. Wynotowane z tomu wspomnień z lat
II wojny światowej. Fragment relacji z obrony Grodna we wrześniu
1939 roku.
Trzy,
cztery dni po wejściu Sowietów w granice II Rzeczypospolitej.
Nauczycielki miejscowego Zespołu Szkół Zawodowych,
przedzierzgnięte w pielęgniarki, przeszukują miasto w poszukiwaniu
rannych, przenoszą ich do szpitali i punktów ambulatoryjnych.
Grażyna Lipińska (Jeśli zapomnę o nich...,
Paryż 1988): „Za Nowym Zamkiem spotykamy grupę mężczyzn z
karabinami. Pytają, gdzie jest najgoręcej. – Chyba od strony
cmentarza – odpowiadamy. – Chodźmy bronić cmentarza – śmieją
się – umarli przyjmą nas potem życzliwie do siebie. Zabierają
od nas naboje, opatrunki, butelki z benzyną i pomykają dalej”.
Dwa
światy
Nad
Łodzią wielkie słońce lipca. Przez otwarte okno wchodzą głosy
miasta – szum samochodów, pisk hamulców (to autobus zatrzymał
się obok naszej bramy), trzaśnięcie drzwi od klatki schodowej i
głos dziecka, malca z pierwszego piętra, którego ojciec odwozi do
żłobka czy przedszkola, strzępy rozmowy z oficyny po drugiej
stronie podwórza, w tle nawoływanie ptaków, nielicznych w tej
części Śródmieścia. Życie w miarę uporządkowane, ze swoimi
porannymi i wieczornymi rytuałami, ze swoją spokojną monotonią.
Jak
przymierzyć je do życia ludzi z tamtego Grodna, tamtej Warszawy,
tamtych Wilna i Lwowa? Czy istnieją punkty styczne? A może łączność
między nimi a nami to jedynie uroszczenie umysłu, gra
rozgorączkowanej wyobraźni? Gdzie oni są? Czy chcą od nas czegoś,
czegoś się od nas domagają? I kto komu jest potrzebny – my im
czy oni nam?
Gdyby
zastosować kryterium racjonalności, należałoby uznać, że ci, co
przeminęli, trwają jedynie dzięki naszemu wspomnieniu, że to my,
żywi, udzielamy im życia. Czy jest tak, jak w jednym z
piękniejszych fragmentów Pieśni Wajdeloty z
Mickiewiczowskiego Konrada Wallenroda?
Często
przeszłości głosu nie dosłyszę!
Lecz
dotąd iskry młodego zapału
Tlą
w głębi piersi, nieraz ogień wzniecą,
Duszę
ożywią i pamięć oświecą.
Pamięć
naówczas, jak lampa z kryształu,
Ubrana
pędzlem w malowne obrazy,
Chociaż
ją zaćmi pył i liczne skazy,
Jeżeli
świecznik postawisz w jej serce,
Jeszcze
świeżością barwy znęci oczy,
Jeszcze
na ścianach pałacu roztoczy
Kraśne,
acz nieco przyćmione obrazy.
Metafora
organizująca cały przewód myślowy (wzniecanie ognia, oświecanie
pamięci) jest tu, jak zazwyczaj u Mickiewicza, konkretna i
precyzyjna – aby ożywić przeszłość, przywrócić jej
istnienie, postawić trzeba w centrum pamięci, przyrównanej do
„lampy z kryształu”, płonący „świecznik”. Zastanawiające,
że niemal identyczny obraz pojawia się w rozprawie O
literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym Maurycego
Mochnackiego, który stwierdza, że pamięć zbiorową przyrównać
można do nici „wiążącej […] pojęcia, […] całe szeregi
rozumowań i wszystkie imaginacji obrazy” oraz do „żarzącego
się świecznika w głowie naszej”. Jeśli ów „świecznik
rozumu” zgaśnie, „rozum dostaje zawrotu i jest na kształt
okrętu bez żeglarza wśród burzy. Działanie jego wątleje,
nareszcie niemoc z ochromieniem przywodzą go ku obłąkaniu”.
Zbiorowość
– uczą nas romantyczni pisarze – wpadnie w obłęd, ulegnie
wewnętrznej dezintegracji, oszaleje, gdy pozbawi się ją pamięci,
odetnie od jej własnej przeszłości.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
sobota, 4 lipca 2015
"Literatura na trzeźwo" z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem
środa, 1 lipca 2015
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Wiersze w radiowej Jedynce
Miło mi poinformować, że przez najbliższe siedem dni na antenie pierwszego programu Polskiego Radia prezentowane będą wiersze z tomów Boże klauny, Łączka, Teoria wiersza polskiego (być może także: Place zabaw ostatecznych). Emisja kolejnych wierszy od poniedziałku do niedzieli około g. 20:50.
Z ramówką Polskiego Radia można się zapoznać TUTAJ.
Audycji będzie można wysłuchać TUTAJ.
Etykiety:
Boże klauny,
Łączka,
radio,
Teoria wiersza polskiego,
wiersze
poniedziałek, 22 czerwca 2015
niedziela, 21 czerwca 2015
piątek, 19 czerwca 2015
O "Końcu lata w zdziczałym ogrodzie" Jarosława Marka Rymkiewicza
Koniec
lata, początek rozmowy
W
roku 2005, podczas dyskusji panelowej wieńczącej zorganizowaną
przez IBL konferencję naukową poświęconą autorowi Pana
Tadeusza, Jarosław Marek Rymkiewicz mówił o utworach
literackich, że „należą one do życia, są jego rozproszonymi
fragmentami, a zatem mogą być i są tylko tym, czym jest życie –
jak w życiu, wszystko w nich jest zmianą i ruchem, upływem i
przypływem krwi, jej krążeniem, ciemnym pulsowaniem, i jak w
życiu, nie ma w nich nic stałego i wiecznego – nie ma w nich
nawet kawałeczka, nawet ułamka, nawet odrobiny wieczności. Ciemne
fragmenty życia, należące do życia i odłączające się od
życia, ich ciemne pulsowanie – to są właśnie dzieła
literackie”.
Zastanawiałem
się, czy (i jak) słowa Poety można by odnieść do jego
najnowszego tomu wierszy, do znakomitego Końca lata w zdziczałym
ogrodzie. Bo że wiersze te należą do życia, że z
indywidualną, konkretną ludzką egzystencją, z egzystencją
Rymkiewiczowską, łączy je ścisły, nierozerwalny związek, nie
ulega wątpliwości. Są jednak przecież czymś więcej – próbą
zmierzenia się z pełnią, lirycznym zamachem na całość, swoistym
poetyckim traktatem o istnieniu i literaturze.
W
krótkim artykule prasowym nie da się przedstawić całego bogactwa
tematów, języków i środków wyrazu, jakimi posłużył się
Poeta. Jedyne, co można uczynić, to wskazać podstawowe elementy,
sporządzić suchy rejestr tego, co składa się na wielką Rozmowę
odbywającą się w tych wierszach. Koniec lata w zdziczałym
ogrodzie jest wszystkim po trosze – rozprawą historiozoficzną,
lirycznym studium tradycji polskiego wiersza, traktatem de rerum
natura, unieważniającym czas dialogiem z wielkimi poprzednikami
(Mallarmé, Staff, Lechoń, Iwaszkiewicz, Tetmajer, Naborowski i
in.), zbiorem gier i zabaw literackich, cyklem trenicznym, a nawet –
tak sądzę – swoistym, rozpisanym na niewielkie cząstki,
polifonicznym (tropy muzyczne: Händel, Schumann, Karłowicz,
Debussy, Puccini, ) i (auto)ironicznym poematem dygresyjnym. Uważny
czytelnik wychwyci tu aluzje do najsłynniejszych zbiorów lirycznych
w naszej poezji – do Trenów Jana Kochanowskiego (Śniła
mi się moja babka Irena) i Sonetów krymskich Mickiewicza
(Okręt), odnajdzie liczne wątki z mistycznej literatury
polskiego romantyzmu (ze szczególnie uprzywilejowaną postacią i
twórczością Juliusza Słowackiego), z mitologii greckiej i
prasłowiańskiej, ale także z popularnej literatury dziecięcej
(Konopnicka, bracia Grimm).
Wszystko
to w tonacji słodko-gorzkiej, bo patos łamany jest żartem, a
niejedno liryczne scherzo kończy się inicjalnymi taktami
funebralnego marsza (vide niezwykła – ironiczna czy
elegijna? – Śmierć Koszałka Opałka). Mamy bowiem do
czynienia z poezją semantycznej migotliwości, poezją najwyższych
lotów – jakby Stary Mistrz w przypływie dobrego humoru postanowił
ukazać każdą z możliwości swego warsztatu. Co prawda,
Rymkiewiczowski ogród wierszy zostaje przez samego Poetę nazwany
„zdziczałym”, ale chodzi o „dzikość” rodem z ogrodu
angielskiego, tzn. nieporządek markowany, nieład pozorny, bo
planowy.Wybór oktostychu jako formy równoznaczny jest wszakże z
wykonaniem gestu elementarnego porządkowania.
W szkole polskiej poezji
Jest
w nowym tomie Jarosława Marka Rymkiewicza miejsce dla piszącego te
słowa – wyjątkowe. Miejsce, w którym Sędziwy Poeta podejmuje
rozmowę z poetą o dwa pokolenia młodszym. Jako historyk literatury
stwierdzić mogę, że w kulturze to gest rzadki, gest nietypowy.
Mistrzowie poetyckiego rzemiosła zazwyczaj strzegą zazdrośnie
swojej uprzywilejowanej pozycji, a na młodość uwijającą się w
warsztatach wiersza spoglądają z wyżyn własnego doświadczenia.
Uśmiechają się ironicznie. Czasem miotają gromy. Mnie przydarzyło
się coś niezwykłego – Poeta poświęcił mi wiersz.
Chciałbym
być dobrze zrozumiany – wolałbym tu nie mówić o sobie. Pragnę
jedynie podkreślić szczodrość tego niespodziewanego daru. Przede
wszystkim zaś: chcę zrozumieć jego sens, ujrzeć go jako
najistotniejszy fragment, jako zwieńczenie, prowadzonego od kilku
lat, utajonego dialogu z autorem Kinderszenen.
To
prawda – chciałem tej rozmowy, dążyłem do niej. Kiedy pisałem
o Reytanie, gdy interpretowałem tom Pastuszek
Chełmońskiego, nadawałem moim tekstom formę quasi-listu –
zwracałem się bezpośrednio do Profesora Rymkiewicza, zadawałem
pytania, niekiedy także udzielałem odpowiedzi. Zmartwychwstanie
Ossendowskiego z tomu Łączka dedykowałem Poecie. Czy
liczyłem na odpowiedź? Raczej nie. Choć przecie zdawałem sobie
sprawę, że literatura to przestrzeń, w której wszystko jest
możliwe – nawet to, czego nie da się pomyśleć. Ów wiersz z
Końca lata w zdziczałym ogrodzie ważny jest dla mnie
podwójnie – jako znakomita poezja, ale także (a może nawet:
przede wszystkim) jako wielopoziomowa, poważna i głęboka odpowiedź
na kwestie stawiane przeze mnie w tekstach Linia i koło oraz
Piękna jak we śnie (oba weszły do książki Afazja
polska): Gdzie szukać początków Polski współczesnej? Do
jakich źródeł się odwoływać? Kim jesteśmy po komunizmie? Czy
na pogrzebie wielkiego zdrajcy, który w jednym z utworów Końca
lata... porównany został do krawego króla Popiela, godzi się
śpiewać starą pieśń powstańczą: „Śpij, kolego, w ciemnym
grobie, / Niech się Polska przyśni tobie”?
Wreszcie:
Jaka Polska powinna nam się przyśnić? Jaką wznosić nam trzeba po
przebudzeniu?
*
Nad
Łodzią wstaje dzień. Wychodzę z bramy i rozglądam się po
świecie. Po drugiej stronie ulicy tłumy dorosłych śpieszących do
pracy i dzieci wędrujących do szkoły. Jakiś chłopiec z
tornistrem na plecach macha do mnie, daje znaki. Zaczyna biec, a ja
puszczam się za nim w pościg. Pędzimy dwoma chodnikami tej samej
ulicy – on Śródmiejską, ja Więckowskiego. Po jego prawej
stronie przesuwają się sklepiki z szyldami w jidysz, po mojej lewej
migają Żabka, kiosk „Ruchu” i McDonald's. Mijamy Piotrkowską;
on wpada na trotuar Cegielnianej, ja ruszam Jaracza – ale to wciąż
ta sama ulica. Spotykamy się pod numerem 26, pod ciemnym budynkiem
naprzeciwko teatru. Chłopiec ma szarą marynarkę w pepitkę i nie
jest już chłopcem. Na jedno mgnienie obraca ku mnie twarz,
szaroniebieskie oczy patrzą badawczo spod nastroszonych siwych brwi.
Teraz naciska ciężką mosieżną klamkę i drzwi się uchylają.
Czekają na nas. Na podeście stoją woźny Maciaszczyk i pani
Leonia, wychowawczyni z mojej zerówki (ta sama, która poparzyła
się dotkliwie, kiedy dźwigała gar gorącego mleka dla nas,
sześcioletnich nowosądeckich urwisów). Maciaszczyk pracuje miotłą,
wzbijając tumany kurzu. Skrzypią drewniane schody. Poza tym w całym
budynku panuje doskonała cisza. Dociera do mnie, że właśnie
zostałem przyjęty do szkoły, że będę tu pobierał lekcje,
słuchał głosów, których nie wszyscy chcą słuchać.
Szanowny
Panie Profesorze, Drogi Jarosławie – wiem, jak wiele jest do
zrobienia, jak wielu rąk, umysłów i serc potrzeba, by wielka praca
została ukończona. Będę się starał być czynny – obiecuję.
Ja i zastęp innych, godniejszych i gorliwszych ode mnie.
[prwdr.: "GPC" z 16.06.2015]
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























