piątek, 25 września 2015

Spotkanie autorskie w Domu Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym


Serdecznie zapraszam!


Jubileusz J. M. Rymkiewicza (Poznań-Kórnik, 21 IX 2015)


Wręczenie Jubilatowi specjalnego numeru
"Toposu" (fot. A. Karczmarczyk)
Wręczenie Jubilatowi specjalnego numeru
"Toposu" (fot. A. Karczmarczyk)

Program konferencji naukowej
w Bibliotece Raczyńskich

środa, 16 września 2015

Śmierć generała (2)



Sowieci w Grodnie

Grodno opuścili 18 września między czternastą a piętnastą. Samochody generała i jego sztabowców przemierzały tę samą trasę, którą pół godziny wcześniej pokonał konwój ciężarówek wypełnionych funkcjonariuszami policji, żandarmerii i grodzieńskimi urzędnikami. Zgodnie z dyspozycjami, w najbliższym czasie wszyscy mieli przekroczyć granicę polsko-litewską. Część ewakuowanych osób znalazła nocleg w Sopoćkiniach.

Nieoceniony Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, wydany pod koniec XIX wieku, dostarcza kilku cennych informacji o tej miejscowości: „Sopoćkinie, os. miejska i dobra, pow. augustowski, gm. Wołowiczowce, par. Teolin, odl. 60 w. od Augustowa, leży od 4 w. od kanału augustowskiego, w kotlinie błotnistej, między dwoma wyniosłościami, przy szosie z Sejn do Grodna (o 21 w.), posiada kościół par. kat. (w os. Teolin), cerkiew mur., sąd gm. okr. III, urz. gm., st. poczt., olejarnię, 173 dm. (drewn.), 2457 mk. [mieszkańców]. […] Ludność trudni się wyrobem kaszy. Na obszarze dóbr przy osadzie jest huta szklana, tartak, fryszerka i młyn wodny”. Pół wieku później miasteczko, siedziba wiejskiej gminy Wołoczowiczowce, musiało mieć więcej ludności i budynków. W przewodniku Grodno i okolice – Jeziora augustowskie – Suwalszczyzna, wydanym w roku 1934, Sopoćkiniom poświęcono jedynie dwa zdania: „m-ko w powiecie augustowskim z niezmiernie cennym zabytkiem budownictwa drzewnego, a mianowicie bożnicą z XVII w. Dojazd z Grodna autobusem”.

W drugiej połowie września 1939 roku nikt nie myślał o oglądaniu synagogi i cerkwi w Sopoćkiniach. Nie kursowały już autobusy z Grodna. Być może do kościoła parafialnego w Teolinie raz czy drugi zajrzał generał Olszyna-Wilczyński – bo właśnie tam, w osadzie położonej na obrzeżach Sopoćkiń zatrzymał się generalski buick. Generał i jego żona zajęli pomieszczenie w miejscowej szkole, w której – jakby na przekór wzbierającej fali wojennej – wciąż prowadzono lekcje. Alfreda Wilczyńska zapamiętała serdeczność miejscowych nauczycielek: „urządziły kuchnię dla wojska i po bardzo niskich cenach wydawały śniadania, obiady i kolacje oficerom i żołnierzom”.

Te kilka dni między 18 a 22 września był to dla Wilczyńskiego, jego żony i kilku najbliższych oficerów jakiś upiorny antrakt – przestrzeń między światem uporządkowanym i zrozumiałym a czymś niepojętym, pozbawionym struktury i kształtu. Wobec takiej ciemności człowiek staje bezbronny, w naturalnym odruchu odwraca się do niej plecami. Kurczowo trzyma się tego, co mu pozostało – żołnierskich rytuałów, rytmu odpraw, coraz rzadziej dochodzących wiadomości z frontu. Ale meldunki przestają mieć znaczenie – zbyt szybko się dezaktualizują. Rozkazy padają w próżnię. To, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością, osuwa się spod stóp.

Waldemar Jaskulski, biograf Olszyny-Wilczyńskiego, przytacza argumenty mające dowodzić, że o psychicznym załamaniu generała nie mogło być mowy – miał się on stosunkowo dobrze orientować w sytuacji polskich wojsk i zapewne jakoś uczestniczył w ustalaniu planu dalszych działań; wiedział, na przykład, o pomyśle sformowania w rejonie Sejn nowej dywizji z rozproszonych, naprędce ewakuowanych oddziałów.


„Tak się złożyło”


Z Sopoćkin-Teolina mieli wyjechać wczesnym wieczorem 21 września. Gdyby to uczynili, zapewne kilkanaście godzin później nie natknęliby się na sowieckie czołgi i generał nie zostałby zamordowany – siedziałby w swoim buicku, kierowca raz po raz naciskałby klakson, ale tłum uciekinierów nie chciałby się rozstąpić, Olszyna-Wilczyński otworzyłby drzwi pojazdu i przez chwilę szedłby obok, patrząc we wschodnią stronę, skąd wstawałoby słońce, zdjąłby czapkę i wierzchem dłoni przetarłby czoło, lekki poranny powiew uniósłby dwa kosmyki siwiejących włosów, generał westchnąłby i wrócił do samochodu. A potem byłyby kolejne granice, rozpacz bezczynności gdzieś w zachodniej Europie, na sam koniec anonimowa praca w którejś z brytyjskich fabryk, głodowa emerytura i coraz bardziej męczące spotkania kombatantów.

Nie wyjechali. O osiemnastej, zgodnie z umową, Alfreda Wilczyńska wsiadła do auta i przez pół godziny czekała na męża. Musiało się jej dłużyć to czekanie, ale w ostatnich dniach przeszła przyśpieszony kurs milczenia i cierpliwości. Kiedy generał podszedł do buicka i rzucił krótkie „dziś tu jeszcze nocujemy”, opadł ją lęk. „Zdrętwiałam, ale bez słowa wysiadłam i poszłam do pokoju. To był nie tylko mój mąż, to był przede wszystkim oficer, generał, dla [którego] życie osobiste nie istniało. I sądzę, że gdybym wtedy powiedziała choć jedno słowo, byłby mnie znienawidził, co byłoby dla mnie tysiąc razy gorsze od śmierci. Byłam zupełnie zrezygnowana. Widziałam, że sprawa jest już przesądzona. Na temat przejścia na Litwę nie mówiliśmy już zupełnie. Ja siedziałam bez ruchu i bez słowa. Mąż zamknął się w drugim pokoju i tylko od czasu do czasu wychodził do oficerów lub przyjmował meldunki. Późnym wieczorem przyszedł się położyć i powiedział mi, że jutro rano jedziemy dalej, lecz powiedział to z taką goryczą, że serce we mnie zamarło. Rozumiałam jego ból i walkę wewnętrzną, lecz wiedziałam także, że sprawa jest przegrana; chciałam go ocalić, powiedziałam, że gdy wpadnie w ręce wroga – zamordują go na pewno”.

Spali w ubraniach, by rano móc bez zwłoki ruszyć w dalszą drogę.

Nikt z uczestników tamtych wydarzeń ani historyków badających okoliczności śmierci Olszyny-Wilczyńskiego nie potrafił wyjaśnić, jak to się stało, że generał nie został obudzony, kiedy pod Sopoćkinie podeszły nieprzyjacielskie wojska. Przez całą noc przez miasteczko przejeżdżały ciężarówki i samochody osobowe, jednostki konne i zmotoryzowane. Śpiących w teolińskiej szkole powszechnej nie wyrwała ze snu kanonada moździeży i ckm-ów, które zagrały na widok Sowietów. Czy miejsce to było na tyle oddalone od linii ognia, że nie dochodziły tam odgłosy walki? Nie potrafię tego ocenić. W każdym razie tuż po piątej zaczęła się ewakuacja resztek polskich oddziałów. Przed kwaterą generała – to również całkowicie niezrozumiałe – nie stał żaden wartownik. Dopiero około szóstej trzydzieści do drzwi Wilczyńskich zastukał adiutant. Generałowa wspominała: „w pięć minut, może nawet mniej, [...] wsiadaliśmy do samochodu. Wychodząc […] zdziwiłam się, że nie ma już ani jednego samochodu […]. Oglądając się niespokojnie dookoła zapytałam męża, czy znów jedziedziemy tylko sami, na co mąż odpowiedział mi krótko, że »tak się złożyło«”.

Bezpośredni uczestnicy wydarzeń nagłych i niespodziewanych mają skłonność do postrzegania wszystkiego jako „dzieła przypadku”. Kiedy Olszyna-Wilczyński mówi: „tak się złożyło”, pokrywa tymi słowami własne zaskoczenie i rozczarowanie, zarazem zaś interpretuje obrót wydarzeń jako wynik pewnego splotu okoliczności, splotu w mniejszym lub większym stopniu przypadkowego. Stwierdzenie „tak się złożyło” dałoby się jednak odczytać inaczej – jako odpowiednik fatalistycznego „widać tak musiało być”, „to było nieuniknione”.

My, którzy odtwarzamy i interpretujemy rzeczy dokonane, bliżsi jesteśmy tej drugiej myśli – skoro się wypełniło, odmienne rozwiązanie nie wchodziło w grę, było nie do pomyślenia. Coś lub ktoś – imaginujemy sobie – wszystko to ukartował, rozpisał na role i wyreżyserował. Byt ów, niejako naturalnie, postrzegamy jako byt ironiczny.

Wielki Inscenizator pociąga za sznurki i śmieje się w kułak. Jego chichot wywraca drzewa, niszczy domy, a ludzi przemienia w bezwładne kukły zalegające pobocza przelotowych szos.


W rękach bolszewików


Niezależnie od tego, jak działa nasza wyobraźnia, niezależnie od tego, jaką interpretacyjną siatkę narzucamy na zaistniałe w czasie i przestrzeni fakty, mają one również konkretnych ludzkich reżyserów. Zanim jezcze polityka zdąży przemienić się w historię, decyzje o dalekosiężnych skutkach podejmują żywi ludzie. U źródeł owych decyzji stoją konkretne motywacje i plany.

Finał życia generała brygady Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego pragnąłbym ujrzeć właśnie tak – jako sekwencję wydarzeń zainscenizowaną i odegraną z zachowaniem żelaznych zasad polityczno-historycznej logiki, jako przewidziane następstwo tej a nie innej przyczyny, jako rezultat działania intencjonalnego, nakierowanego na osiągnięcie ściśle określonego celu.

22 września 1939 roku o szóstej trzydzieści sprzed szkoły powszechnej w Sopoćkiniach-Teolinie rusza samochód wiozący wysokich rangą polskich oficerów. Wjeżdża w mleczne światło poranka, w pustkę ewakuowanego nadgranicznego miasteczka. Koła grzęzną w błocie rozmokłej drogi. Prawdopodobnie nad powierzchnią ziemi unoszą się strzępy mgły – wniosek taki wyciągam z następującego fragmentu relacji Alfredy Wilczyńskiej: „Jechaliśmy może pięć minut, gdy zamajaczyły przed nami czołgi sowieckie” (czasownik zamajaczyć” znaczy „ukazać się, zarysować się mgliście, niewyraźnie”). Pasażerowie długiego, mało zwrotnego buicka dostrzegają Rosjan zbyt późno, nie ma już jak zawrócić, ucieczka jest niemożliwa: „Zanim szofer zdążył przełożyć biegi obskoczyli nas żołnierze sowieccy z granatmi ręcznymi i karabinami gotowymi do strzału z okrzykiem »stój, wylezaj, a to ubjem na miestie«. Opierać się, czy wyjść – rezultat ten sam, bo wszystko stało się tak błyskawicznie, że obrona z samochodu była zupełnie niemożliwa. Pierwszy wysiadł kapitan, za nim ja, a w końcu mąż, szofer i pomocnik. Zostaliśmy otoczeni od razu. Przed każdym z nas stał jeden bandyta z granatem przy twarzy, a drugi z wycelowanym karabinem, zaś dwaj komisarze poczęli nas rewidować, przede wszystkim mnie, potem kapitana [adiutanta] i męża. Zabrali nam wszystko: ubranie, pieniądze, wszelkie drobiazgi, a nawet zepsutą zapalniczkę kapitana”.

Wilczyńska zdążyła jeszcze pożegnać się z mężem, po czym została odprowadzona do pobliskiej stodoły. Kilka minut później, w ciszy, jaka zapadła po karabinowej salwie, otwarły się drzwi i do rąk generałowej trafiła walizka męża obwiązana jego generalskim akselbantem. Kobieta chciała wydostać się z zamknięcia, ale została powstrzymana przez inne osoby uwięzione w budynku. Wkrótce na zewnątrz rozgorzała walka, w pobliżu padały pociski – to jakiś zabłąkany oddział polski ostrzeliwał pozycje wroga.

Kiedy Wilczyńskiej udało się wreszcie opuścić stodołę, po sowieckich czołgach nie było śladu: „Wybiegłam […] mimo protestów i gróźb, i już z daleka zobaczyłam dwie ciemne plamy na polu pod krzakami. Biegłam szybko przez mokradła, a za mną wybiegł jeden z mężczyzn ze stodoły. Wiedziałam już, że tam leży mój mąż i jego adiutant, lecz miałam […] nadzieję, że może jeszcze żyją, może są tylko ranni. Niestety, widok, który ukazał się moim oczom, była tak okropny, że nie miałam sił iść dalej. W oczach mi wszystko tańczyło. W tym momencie mężczyzna, który szedł za mną, chciał mnie zawrócić, a pozostali wołali z daleka, żeby nie zbliżać się do leżących, bo bolszewicy mogą nas za to rozstrzelać. To mi dało siły i energię do opanowania nerwów. Nie, nie, krzyknęłam – ja go muszę zobaczyć, muszę podejść blisko, bo go tak nie zostawię tutaj! Wyrwawszy się z rąk trzymającego mnie pobiegłam naprzód, lecz siły znowu mnie opuściły. Nie mogłam znieść tego widoku”.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Śmierć generała (1)

gen. J. Olszyna-Wilczyński (źródło: Wikipedia)


Zbryzgana krwią rogatywka generała brygady Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego miała być publicznie pokazywana w Grodnie we wrześniu 1939 roku. W przypisie do trzeciego rozdziału wspomnień Grażyny Lipińskiej znalazłem trudną do zweryfikowania informację o „mitingu”, na który Sowieci spędzić mieli ludność okupowanego miasta, by powiadomić ją o śmierci dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Grodno”.

Tak to musiało wyglądać w czasach wojen plemiennych – agresor, chcąc ostatecznie zdławić opór przeciwnika, triumfalnie unosi w górę święty totem tubylców, potrząsa nim, wreszcie rzuca na ziemię i depce. W ten sposób dopełnia się dzieło symbolicznego poniżenia pokonanych. Z gardeł nieokrzesanych wojowników dobywa się tryumfalny ryk, który przechodzi w szczekliwy rechot, by zakończyć się gremialnym śpiewem – hymnem zwycięstwa. Likwidatorzy dawnego porządku, prawodawcy nowego świata wirują wokół ogniska. Totem ląduje na stosie, liżą go języki ognia. Ludność tubylcza rozchodzi się w ciszy, rozpływa w nocnym mroku, powraca do swoich niewolniczych zatrudnień.


Akselbant czy postronek?


O czapce generalskiej nie ma ani słowa w relacji żony generała. Alfreda Olszyna-Wilczyńska, która towarzyszyła mężowi w drodze ku granicy polsko-litewskiej, wspomina jedynie o walizce i sznurze generalskim. Jest tu jeszcze mowa o „rzeczach” dowódcy SGO „Grodno” i o jakimś pudełku papierosów: „półprzytomna chwyciłam walizkę, zaczęłam ją rozwiązywać i przerzucać rzeczy męża, które pomieszane były z rzeczami adiutanta. Na pudełku od papierosów i neseserze męża były krwawe plamy”. Walizkę czy neseser przyniósł do stodoły, w której zamknięto generałową (dołączyła do kilkunastu jeńców spędzonych tu, zanim buick Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego wyjechał z Sopoćkiń), jeden z sowieckich sołdatów. Bagaż był związany sznurem generalskim.

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy to sam generał przewiązał walizkę sznurem, czy uczynił to rosyjski czołgista. Kwestia do rozstrzygnięcia: czy Olszyna-Wilczyński mógł podróżować w mundurze galowym (chyba jedynie do takiego stroju zakładano ozdobne sznury)? Jeśli tak, Sowieci musieliby mu zedrzeć sznur, aby związać neseser. Ale po co by mieli wiązać? Może walizka otworzyła się, a „rzeczy” wysypały ze środka (podczas pośpiesznego wkładania ich z powrotem pudełko papierosów mogło wpaść w kałużę krwi rosnącą wokół generalskiej głowy). Do pomyślenia jest również odmienny przebieg wydarzeń. Walizka rzucona na ziemię otwiera się, wysypują się z niej ubrania (wśród nich srebrzysty sznur) i inne przedmioty. Sołdat chwyta pudełko papierosów, ma zakrwawioną rękę, tą ręką wyjmuje sigarety dla siebie i kolegi (po ciężkiej robocie dobrze jest zaciągnąć się dobrym tytoniem), zapala, wkłada pudełko do walizki, próbuje ją zamknąć, ale nienajlepiej mu to idzie, chwyta więc sznur i wiąże.

Akselbanty (z języka niemieckiego: taśmy naramienne) zaczęto nosić w wojsku polskim jeszcze w wieku siedemnastym. Szybko stały się znakami wysokiej szarży. W II Rzeczypospolitej akselbant generalski składał się z dwóch srebrnych „warkoczy” i, jak podaje wydany w PRL-u Leksykon wiedzy wojskowej, był traktowany jako „odznaka gotowości do spełnienia rozkazu”.

W rękach bolszewickich sznur generalski Olszyny-Wilczyńskiego zmienił się w zwykły powróz, w postronek do wiązania betów. W owej semantycznej przemianie ujawniał się wojenny zamysł Stalina, odsłaniał się sowiecki projekt „nowej” Polski, w której to, co „pańskie”, „burżuazyjne” i „reakcyjne”, zostaje unieważnione i zastąpione tym, co „rewolucyjne”, „ludowe” i „postępowe”.

Generał bez armii


Jak się trafia do świata sowieckiego? Świat sowiecki przychodzi nieproszony. Jednego dnia go nie ma, drugiego jest. Niczym fala powodziowa lub trąba powietrzna, po przejściu których krajobraz niby pozostaje ten sam, ale niemal wszystko się w nim zmienia. Odwracają się znaki, porzucają swoje znaczenia. Ludzie zbędni znikają, na ich miejsce przychodzą inni. Zapewniają, że teraz będzie lepiej, że u nich „wsiego mnogo”, że ten tutaj kraj zamieni się rychło w ziemię sprawiedliwości, w krainę mlekiem i miodem płynącą. Nie możesz im nie wierzyć, bo wyparujesz, wsiąkniesz w czarnoziem lub glinę, jak wyparował i wsiąkł były polski generał Józef Konstanty Olszyna-Wilczyński. (Znikanie takie dokonuje się również w sferze symbolicznej – po ludziach zapada głuche milczenie, np. w ważnej pracy Wojsko Polskie 1939–1945, wydanej w Warszawie pięć lat przed Okrągłym Stołem, brak informacji na temat Zgrupowania „Grodno”, którego dowódcą był właśnie Olszyna-Wilczyński).

Zanim ta nowa rzeczywistość zapanuje niepodzielnie, fundamenty dotychczasowego porządku zostają unieważnione. Tysiące ludzi, również żołnierze, podoficerowie i dowódcy, zmieniają miejsca pobytu, poszukując zasady organizującej, czegoś, czego można by się uchwycić, co potwierdziłoby ważność ich funkcji i zasadność działań, jakie podjęli. Żądają rozkazów, domagają się jednoznacznych wytycznych. Jeśli słyszą coś, co nie zgadza się z ich osobistym oglądem spraw, próbują protestować – dyskutują, perswadują, podają argumenty.

7 września Olszyna-Wilczyński otrzymał rozkaz podporządkowania Zgrupowania „Grodno” generałowi Młotowi-Fijałkowskiemu, dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew” – ale do Fijałkowskiego rozporządzenie Śmigłego-Rydza nie dotarło. Następnego dnia do Grodna telefonował pułkownik Józef Jaklicz, drugi zastępca szefa Sztabu Głównego polskiej armii. Przekazał m.in. rozkaz ewakuacji wojska w kierunku południowym: „1) Wszystkie władze administracyjne na wschód od linii Grodna, a więc na całej Wileńszczyźnie, pozostają na miejscu. Pan generał z całą swoją grupą »Grodno«, pułkiem KOP broniącym Puszczy Augustowskiej i garnizonem Osowiec wycofa się w ogólnym kierunku na Brześć... Proszę pana generała o zrobienie wszystkiego co możliwe, aby uchwycić łączność z gen. Młotem i łącznie z nim przeprowadzić tę akcję odwrotową... […] Pan marszałek zdecydował dodatkowo, że władze aministracyjne z Grodna mogą się wycofać łącznie z panem generałem”. Olszyna-Wilczyński był zaskoczony, nie spodziewał się takiego kierunku ewakuacji, informował, że oddziałom przezeń dowodzonym brak taborów i kuchni polowych. Kiedy tego samego dnia w godzinach popołudniowych rozmawiał z podpułkownikiem Tadeuszem Tabaczyńskim najdelikatniej jak to możliwe skomentował decyzję Naczelnego Wodza dotyczącą odcinków obrony „Augustów” i „Osowiec”: „tak – to smutne” – miał powiedzieć. O siedemnastej ponownie telefonował Jaklicz – odwrót powinien zostać przeprowadzony nie pieszo, ale przy użyciu składów kolejowych. Rozpoczęto ewakuację. 9 września zmieniono jednak decyzję – planowany „zwrot zaczepny” gen. Młota-Fijałkowskiego miał otrzymać wsparcie odcinków „Osowiec” i „Wizna”. Z oddziałami tymi nie było już komunikacji, trwał załadunek części wojska do składów kolejowych. Niespójne okazały się rozkazy dotyczące dowodzenia. Rozkaz o wyjeździe Olszyny-Wilczyńskiego razem z ewakuowanymi jednostkami cofnięto – generał miał pozostać w Grodnie.

11 września polecenie ewakuacji wszystkich większych oddziałów wydano ponownie. Olszyna-Wilczyński nie chciał się na to zgodzić, zażądał osobistej rozmowy ze Śmigłym-Rydzem. Marszałek rozwiał jego wątpliwości: „Panie generale, rozkaz, który Pana tak zadziwił, musi być przez Pana jak najszybciej wykonany. Wymaga tego ogólna sytuacja strategiczna, której Pan nie zna. […] Wszystkie oddziały z Grodna przedstawiające wartość bojową, organizacyjną lub uzbrojeniową, jak również i całę uzbrojenie i zapasy amunicji i umundurowania mają być odtransportowane. Zgrupowanie »Augustów« i zgrupowanie »Osowiec«, jeżeli tylko możliwe, winno być odtransportowane”. Olszyna-Wilczyński wraz ze swoim sztabem powinien pozostać na miejscu. Po zakończeniu załadunku ma się zameldować u generała Franciszka Kleeberga w Pińsku, gdzie zostaną mu przekazane kolejne decyzje Naczelnego Wodza.

Głównodowodzący Okręgu Korpusu „Grodno” stawał się w ten sposób wodzem bez wojska.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

wtorek, 11 sierpnia 2015

Grodno 1939: Krzyże i smoki (2)



Zastanawiam się, jak to wygląda technicznie, to znaczy: co i jak należy uczynić, by – solidnie, porządnie, bez ryzyka, że się osunie czy spadnie – przymocować ludzkie ciało do przedniej części czołgu. Nie może się przecież osunąć, nie może wpaść pod koła, nie może zostać zmiażdżone przez gąsienice, bo wtedy nie spełniłoby swojej podstawowej funkcji – nie mogłoby dłużej służyć jako tarcza. Dla tych w środku, dla sowieckich czołgistów, którzy przyjechali tu oswobodzić swoich uciskanych braci, którzy przywieźli ze sobą postęp, oświecenie i cywilizację, ciało Tadka Jasińskiego, wychowanka Zakładu Dobroczynności w Grodnie, jest bezcenne – obiecuje im, że przetrwają, że z grodzieńskiej opresji wyjdą cało, że szaleńczy rajd ulicami obcego miasta zakończy się dla nich względnie dobrze. Bez tego ciała trudniej im będzie realizować cywilizacyjną misję. To dlatego wymachują rękami, wrzeszczą i straszą brauningiem, kiedy sanitariuszki zdejmują więzy z trzynastoletnich rąk.
Via crucis
Do jakiego czołgu przywiązano chłopca? Nie jestem pewien, które modele sowieckich maszych wjechały w ulice miasta nad Niemnem. Bez wątpienia operowano dwoma rodzajami pojazdu oznaczonego symbolem BT – mniejszym BT-5 i większym BT-7. Wniosek taki można wysnuć ze wspomnień dowódcy 6. Korpusu Kawalerii Grupy Konno-Zmechanizowanej, komdiwa Andrieja Iwanowicza Jeremienki, który samodzielnie prowadził atak jednostek pancernych i dwukrotnie musiał przesiadać się z pojazdu do pojazdu (najpierw BT-5, następnie BT-7). „Przeciwnik – wspominał Jeremienko – podpalał nasze czołgi, oblewał je z domów gorącą cieczą, […] polewał nas ołowiem”.

BT-5 i BT-7, zwane przez Rosjan „betjuszkami”, były to czołgi z grupy „lekkich”. Niezbyt wielkie i zapewne bardziej zwrotne niż pozostałe modele używane przez Armię Czerwoną, nadawały się do operowania w ciasnych uliczkach atakowanych miast. Oglądam fotografie „betjuszek”, zadając sobie pytanie, czy do czoła pojazdu dałoby się przywiązać człowieka. Jaki może być wzrost trzynastolatka? Sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt centymetrów. Jeśli nogi mają wisieć (z relacji Grażyny Lipińskiej wynika, że nie trzeba ich było uwalniać z więzów), dłonie powinny być przywiązane dość wysoko. Lipińska wspomina o „rozkrzyżowanym ciele”, musimy więc wyobrazić sobie Tomasza Jasińskiego z rękami wyciągniętymi w bok, niemal pod kątem prostym w stosunku do reszty ciała (taka pozycja rąk i prosto wiszące nogi musiały wywołać skojarzenie z krzyżowaniem).

Ale do czego krasnoarmiejcy mieliby przymocować dłonie chłopca? Może były tam jakieś haki, jakieś metalowe elementy wystające z przedniej ściany? Bo lufa armatki ulokowanej na wieżyczce strzelniczej raczej się do tego nie nadawała – straciliby wtedy możliwość sterowania działem, zmieniania jego pozycji. Zresztą, nie byłoby wtedy mowy o „rozkrzyżowaniu” – ta ewentualność zatem odpada. Podpowiedź znajduję na jednej z fotografii, na której widać wyraźnie, że zewnętrzne wyposażenie części „betjuszek” wzbogacono o duże żeliwne listwy, z których wystawało coś w rodzaju kolców (zapewne do forsowania barykad i innych przeszkód mechanicznych). Owe „kolce” w jeszcze większym stopniu upodabniały przód BT-5 i BT-7 do smoczego łba.

Jest jeszcze jedna ewentualność. W relacjach dotyczących sowieckiego marszu na Grodno pojawia się informacja o czołgach ciężkich T-28. A jeśli to z takim czołgiem zetknęły się grodzieńskie nauczycielki-sanitariuszki? Ten model, większy i cięższy, chyba nieco lepiej nadawał się do „rozkrzyżowania” na jego przedniej ścianie ludzkiego ciała. Kłopot w tym, że aby przywiązać chłopca, trzeba by zamknąć klapę, przez którą obserwowano teren w bezpośredniej bliskości czołgu.

Wątpliwości nie rozstrzygniemy. Wszystko, co da się uczynić, sprowadza się do próby objęcia słowem wydarzenia, które z pewnością miało miejsce, do opisania momentu krępowania trzynastolatka. Butelka z benzyną i naftą roztrzaskuje się na żeliwnej ścianie, czołg zatrzymuje się, z jego wnętrza wyskakują umorusani tankiści, krzyczą, potrząsają zmartwiałym ze strachu trzynastoletnim ciałem (Lipińska napisze: „bili, chcieli zabić”). O chłopcu, który rzucił butelkę – jeśli tylko chcą doprowadzić do końca to, co zamyślili – muszą myśleć jak o dorosłym. Wroga ludu, burżuazyjnego terrorystę, obrońcę pańskiej Polski należy przykładnie ukarać.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Grodno 1939: Krzyże i smoki (1)


Grodno w roku 1938
Niewiele o nim wiemy. Trzynastolatek, półsierota, wychowywany w jednym z grodzieńskich Zakładów Dobroczynności, syn służącej Zofii Jasińskiej. Jak wielu jego rówieśników, poszedł na sowieckie czołgi. Rzucił w metalową konstrukcję butelką z mieszanką nafty i benzyny, ale zapomniał podpalić lont. Zawartość nie wybuchła, czołg nie stanął w płomieniach.

Butelka uderza w wieżyczkę czołgu, rozpryskuje się szkło, oleista ciecz spływa po skośnej żeliwnej ściance. Teraz jest ostatnia chwila na ucieczkę. Dwaj koledzy szarpią trzynastolatka za rękaw, krzyczą, ale ich krzyk zostaje zagłuszony przez zgrzyt hamulców. Sowiecka maszyna zatrzymuje się, unosi się klapa włazu – z otworu wyłania się głowa, potem ramiona i ręce. Trzynastolatek stoi w bramie jak słup soli. Został sam. Sam w świecie dorosłych. Ich twarze czerwone, białe zęby błyskające raz po raz, kiedy gardła strzelają słowami, niezrozumiałymi, gwałtownymi. Siarczysty policzek przywraca go rzeczywistości. Teraz, kiedy te obce ramiona wloką go w stronę stalowego kolosa, czuje zapach potu, ich potu, a także smak własnej krwi.


Wieczny bieg


21 września Danuta Bukowińska, kierowniczka internatu Zespołu Szkół Zawodowych, i Grażyna Lipińska, nauczycielka, błądzą ulicami miasta. Napisałem „błądzą”, bo czy pod gradem kul, wśród detonacji i wybuchów, da się zachować porządek marszruty? Ucieka się przed pociskami, wbiega do otwartych bram, przemyka pod murami, przykuca za węgłem. Kobiety roznoszą amunicję i materiały opatrunkowe. Kiedy natrafią na rannego, rozkładają nosze i z jęczącym ładunkiem wycofują się w stronę szpitala. Bez opieki nie pozostawiają nawet sowieckich żołnierzy. Lipińska: „Niedaleko koszar trafia nam się znowu ciężko ranny, tryskający krwią bolszewik. Po drugiej stronie ulicy jest gmach Kasy Chorych, punkt opatrunkowy, lekarze, ale nie sposób przejść, tak silnie jest ostrzeliwana. Wystarczy wychylić się trochę, a z obu stron leci deszcz kul bolszewickich. Zatrzymują nas dwaj sierżanci: – Przecież dla zdychającego bolszewika nie będą panie narażały życia? [...] Kiedy uparci sierżanci ofiarują się sami zanieść rannego, dzieje się rzecz najgłupsza: wszyscy czworo chwytamy nosze i schyleni, potykając się przebiegamy ulicę. Dwa pociski, wyrzucone z dział czołgowych, rozpryskują się już za nami. – Pudło – woła starszy sierżant w stronę bolszewików, a oddając doktorowi rannego opowiada z humorem o głupim uporze kobiet. Lekarz, Żyd, nie przejmuje się na razie rannym bolszewikiem, zapatrzony w młodych podoficerów zapytuje, czy nie potrzeba im czego, ładuje im kieszenie papierosami, szczęka mu drga, płacze nad nimi, a może za nimi”.

Po południu w perspektywie jednej z ulic ukazuje się sowiecki czołg. Trzeba się wycofać, bo zaraz strzelec obsługujący karabin maszynowy pociągnie za spust i kule będą siec bez litości po wszystkim, co się rusza. Ale Grażyna Lipińska dostrzega z przodu czołgu „jasną plamę”. Nie jest pewna, czy dobrze widzi, lecz po chwili nie ma już wątpliwości: do maszyny przywiązano żywego człowieka... Teraz jest skok i długi bieg – jakby na przekór obrotom historii, wojnie i śmierci – bieg kobiety, która nie chce się zgodzić na nowy porządek świata, która każdym zgięciem kolana, każdym wymachem ramion protestuje przeciwko tej niepojętej teraźniejszości, zaprojektowanej w zacisznych gabinetach dyktatorów. Nie pozwalam! – krzyczą ręce i nogi w ruchu. Tak nie można! – mówi grymas jej twarzy, na której osiadają drobinki pyłu z potrzaskanych kamienic. Jest w tym straceńczym biegu epicki rozmach – jakby zwykła nauczycielka z Grodna zmieniła się na chwilę w postać z Homerowej Iliady. Ten pęd unieważnia wyroki historii – miną dziesięciolecia, w proch rozpadną się imperia, dumne miasta popadną w ruinę, odmienią się pokolenia, a ona wciąż będzie biegła.

„Nie zważam na Dankę – relacjonuje Lipińska – nie słyszę jej krzyku. Śmiercionośna maszyna toczy się naprzód, a ja stępiała na wszystko lecę prosto na nią. Przeraźliwy zgrzyt... czołg staje tuż przede mną. Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk. Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie”.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

czwartek, 30 lipca 2015

Spotkanie autorskie w Starym Sączu


Serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie, zamykające VI Międzynarodowe Interdyscyplinarne Seminarium Naukowe 'Idee - Człowiek - Filozofia'. Temat tegorocznego spotkania naukowców brzmi następująco: Kryzys w kulturze, polityce i ekonomii.

Wieczór autorski rozpocznie się 30 lipca (piątek) o g. 20:00.
Miejsce: Stary Sącz, Dom Pielgrzyma 'Opoka'.

Pełny program Seminarium TUTAJ.


piątek, 24 lipca 2015

Wacław Holewiński o "Afazji polskiej"


Na łamach tygodnika "Gazeta Polska" ukazała się recenzja tomu Afazja polska, napisana przez Wacława Holewińskiego, powieściopisarza i dramaturga, laureata Nagrody Literackiej im. J. Mackiewicza.

Z tekstem można się zapoznać TUTAJ.

czwartek, 16 lipca 2015

Wiersze w amerykańskiej antologii


Nakładem Uniwersytetu Indiana w Bloomington (w ramach serii wydawniczej „Slavica”) ukazała się dwujęzyczna antologia współczesnej poezji polskiej City of Memory, a w niej kilka utworów z tomów Albo-Albo i Teoria wiersza polskiego: Mój prapradziadek Jan, Moje babcie, Przebudzenie, Słowacki. Słowo i czyn, Syndrom Ismeny.

W książce prezentowane są wiersze następujących poetów: Marcin Baran, Wojciech Bonowicz, Przemysław Dakowicz, Mariusz Grzebalski, Krzysztof Jaworski, Marzanna Kielar, Krzysztof Koehler, Wojciech Kudyba, Jarosław Mikołajewski, Andrzej Niewiadomski, Jacek Podsiadło, Jan Polkowski, Tomasz Różycki, Marcin Sendecki, Andrzej Sosnowski, Dariusz Suska, Artur Szlosarek, janusz Szuber, Marcin Świetlicki, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Wojciech Wencel.

 
Autorem wyboru wierszy oraz przekładu jest prof. Michael J. Mikoś.

 
Więcej informacji o książce TUTAJ.
 

poniedziałek, 13 lipca 2015

Jarosław Marek Rymkiewicz kończy 80 lat


W którym momencie Duch Literatury Polskiej zaczął bacznie przypatrywać się Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi? Czy już tam, w Łodzi, gdy dziesięciolatek z tornistrem na plecach maszerował ulicą Śródmiejską w stronę szkoły TPD? A może kilka lat później, kiedy jasnowłosy nastolatek zapisał się na Uniwersytet Łódzki, by zgłębiać tajniki wersyfikacji i strofiki? Czy zwrócił uwagę na jego poetycki debiut – tomik „Konwencje”? Przyjrzał mu się uważniej po ukazaniu się programowej książki „Czym jest klasycyzm”? Nie potrafię udzielić odpowiedzi na te pytania, ale wiem jedno: jeśli istnieje jakiś ponadjednostkowy byt opiekujący się naszą kulturą, powinien obserwować Poetę co najmniej od wczesnych lat osiemdziesiątych, kiedy powstawały wiersze z tomów „Ulica Mandelsztama” i „Mogiła Ordona” oraz „Rozmowy polskie latem roku 1983”. Chociaż nie – już wtedy Duch ten prowadzić musiał rękę Jarosława Marka Rymkiewicza, już wtedy podpowiadał Mu, jak łączyć dwie naczelne linie Jego twórczości – egzystencjalno-metafizyczną i historiozoficzno-polityczną.

Autor „Reytana” stał się na przełomie wieków XX i XXI gwarantem ciągłości kultury polskiej, a zarazem wytrwałym i pokornym nosicielem polskiego losu. Ten, który przez lata stronił od uniwersyteckiej dydaktyki, niejako wbrew sobie przedzierzgnął się w nauczyciela nas wszystkich – wciągając nas, kroczących jego tropem, w perypatetyczną dysputę o wadze tradycji i o doniosłości Sprawy Polskiej.

Na tej stromej ścieżce do indywidualnego i zbiorowego samopoznania (gnothi seauton) życzymy Ci, Mistrzu Jarosławie, wielu sił i tej, tak u Ciebie niezwykłej, młodości ducha, z której wszyscy czerpiemy. Plurimos annos!
http://niezalezna.pl/68898-80-urodziny-wieszcza-poeta-ktory-obudzil-sumienia

wtorek, 7 lipca 2015

Świecznik w głowie


Grodno, rok 1939
„Chodźmy bronić cmentarza – umarli przyjmą nas potem życzliwie do siebie”.

Zdanie, które powraca. Zdanie domagające się zrozumienia, zadające pytania, wołające o odpowiedź. Wynotowane z tomu wspomnień z lat II wojny światowej. Fragment relacji z obrony Grodna we wrześniu 1939 roku.

Trzy, cztery dni po wejściu Sowietów w granice II Rzeczypospolitej. Nauczycielki miejscowego Zespołu Szkół Zawodowych, przedzierzgnięte w pielęgniarki, przeszukują miasto w poszukiwaniu rannych, przenoszą ich do szpitali i punktów ambulatoryjnych. Grażyna Lipińska (Jeśli zapomnę o nich..., Paryż 1988): „Za Nowym Zamkiem spotykamy grupę mężczyzn z karabinami. Pytają, gdzie jest najgoręcej. – Chyba od strony cmentarza – odpowiadamy. – Chodźmy bronić cmentarza – śmieją się – umarli przyjmą nas potem życzliwie do siebie. Zabierają od nas naboje, opatrunki, butelki z benzyną i pomykają dalej”.


Dwa światy


Nad Łodzią wielkie słońce lipca. Przez otwarte okno wchodzą głosy miasta – szum samochodów, pisk hamulców (to autobus zatrzymał się obok naszej bramy), trzaśnięcie drzwi od klatki schodowej i głos dziecka, malca z pierwszego piętra, którego ojciec odwozi do żłobka czy przedszkola, strzępy rozmowy z oficyny po drugiej stronie podwórza, w tle nawoływanie ptaków, nielicznych w tej części Śródmieścia. Życie w miarę uporządkowane, ze swoimi porannymi i wieczornymi rytuałami, ze swoją spokojną monotonią.

Jak przymierzyć je do życia ludzi z tamtego Grodna, tamtej Warszawy, tamtych Wilna i Lwowa? Czy istnieją punkty styczne? A może łączność między nimi a nami to jedynie uroszczenie umysłu, gra rozgorączkowanej wyobraźni? Gdzie oni są? Czy chcą od nas czegoś, czegoś się od nas domagają? I kto komu jest potrzebny – my im czy oni nam?

Gdyby zastosować kryterium racjonalności, należałoby uznać, że ci, co przeminęli, trwają jedynie dzięki naszemu wspomnieniu, że to my, żywi, udzielamy im życia. Czy jest tak, jak w jednym z piękniejszych fragmentów Pieśni Wajdeloty z Mickiewiczowskiego Konrada Wallenroda?

Często przeszłości głosu nie dosłyszę!
Lecz dotąd iskry młodego zapału
Tlą w głębi piersi, nieraz ogień wzniecą,
Duszę ożywią i pamięć oświecą.
Pamięć naówczas, jak lampa z kryształu,
Ubrana pędzlem w malowne obrazy,
Chociaż ją zaćmi pył i liczne skazy,
Jeżeli świecznik postawisz w jej serce,
Jeszcze świeżością barwy znęci oczy,
Jeszcze na ścianach pałacu roztoczy
Kraśne, acz nieco przyćmione obrazy.


Metafora organizująca cały przewód myślowy (wzniecanie ognia, oświecanie pamięci) jest tu, jak zazwyczaj u Mickiewicza, konkretna i precyzyjna – aby ożywić przeszłość, przywrócić jej istnienie, postawić trzeba w centrum pamięci, przyrównanej do „lampy z kryształu”, płonący „świecznik”. Zastanawiające, że niemal identyczny obraz pojawia się w rozprawie O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym Maurycego Mochnackiego, który stwierdza, że pamięć zbiorową przyrównać można do nici „wiążącej […] pojęcia, […] całe szeregi rozumowań i wszystkie imaginacji obrazy” oraz do „żarzącego się świecznika w głowie naszej”. Jeśli ów „świecznik rozumu” zgaśnie, „rozum dostaje zawrotu i jest na kształt okrętu bez żeglarza wśród burzy. Działanie jego wątleje, nareszcie niemoc z ochromieniem przywodzą go ku obłąkaniu”.

Zbiorowość – uczą nas romantyczni pisarze – wpadnie w obłęd, ulegnie wewnętrznej dezintegracji, oszaleje, gdy pozbawi się ją pamięci, odetnie od jej własnej przeszłości.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

sobota, 4 lipca 2015

"Literatura na trzeźwo" z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem


Pierwsza część rozmowy nagranej w Milanówku przed dwoma tygodniami.
Program można obejrzeć TUTAJ.


http://telewizjarepublika.pl/Literatura-na-trzezwo-odc-91-201415-jaroslaw-marek-rymkiewicz,video,1785.html#.VZgWWtoVjmQ

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Wiersze w radiowej Jedynce

 
http://player.polskieradio.pl/-1

Miło mi poinformować, że przez najbliższe siedem dni na antenie pierwszego programu Polskiego Radia prezentowane będą wiersze z tomów Boże klauny, Łączka, Teoria wiersza polskiego (być może także: Place zabaw ostatecznych). Emisja kolejnych wierszy od poniedziałku do niedzieli około g. 20:50.

Z ramówką Polskiego Radia można się zapoznać TUTAJ.

Audycji będzie można wysłuchać TUTAJ.


 


 

piątek, 19 czerwca 2015

O "Końcu lata w zdziczałym ogrodzie" Jarosława Marka Rymkiewicza



Koniec lata, początek rozmowy
 


W roku 2005, podczas dyskusji panelowej wieńczącej zorganizowaną przez IBL konferencję naukową poświęconą autorowi Pana Tadeusza, Jarosław Marek Rymkiewicz mówił o utworach literackich, że „należą one do życia, są jego rozproszonymi fragmentami, a zatem mogą być i są tylko tym, czym jest życie – jak w życiu, wszystko w nich jest zmianą i ruchem, upływem i przypływem krwi, jej krążeniem, ciemnym pulsowaniem, i jak w życiu, nie ma w nich nic stałego i wiecznego – nie ma w nich nawet kawałeczka, nawet ułamka, nawet odrobiny wieczności. Ciemne fragmenty życia, należące do życia i odłączające się od życia, ich ciemne pulsowanie – to są właśnie dzieła literackie”.

Zastanawiałem się, czy (i jak) słowa Poety można by odnieść do jego najnowszego tomu wierszy, do znakomitego Końca lata w zdziczałym ogrodzie. Bo że wiersze te należą do życia, że z indywidualną, konkretną ludzką egzystencją, z egzystencją Rymkiewiczowską, łączy je ścisły, nierozerwalny związek, nie ulega wątpliwości. Są jednak przecież czymś więcej – próbą zmierzenia się z pełnią, lirycznym zamachem na całość, swoistym poetyckim traktatem o istnieniu i literaturze.

(...)

W krótkim artykule prasowym nie da się przedstawić całego bogactwa tematów, języków i środków wyrazu, jakimi posłużył się Poeta. Jedyne, co można uczynić, to wskazać podstawowe elementy, sporządzić suchy rejestr tego, co składa się na wielką Rozmowę odbywającą się w tych wierszach. Koniec lata w zdziczałym ogrodzie jest wszystkim po trosze – rozprawą historiozoficzną, lirycznym studium tradycji polskiego wiersza, traktatem de rerum natura, unieważniającym czas dialogiem z wielkimi poprzednikami (Mallarmé, Staff, Lechoń, Iwaszkiewicz, Tetmajer, Naborowski i in.), zbiorem gier i zabaw literackich, cyklem trenicznym, a nawet – tak sądzę – swoistym, rozpisanym na niewielkie cząstki, polifonicznym (tropy muzyczne: Händel, Schumann, Karłowicz, Debussy, Puccini, ) i (auto)ironicznym poematem dygresyjnym. Uważny czytelnik wychwyci tu aluzje do najsłynniejszych zbiorów lirycznych w naszej poezji – do Trenów Jana Kochanowskiego (Śniła mi się moja babka Irena) i Sonetów krymskich Mickiewicza (Okręt), odnajdzie liczne wątki z mistycznej literatury polskiego romantyzmu (ze szczególnie uprzywilejowaną postacią i twórczością Juliusza Słowackiego), z mitologii greckiej i prasłowiańskiej, ale także z popularnej literatury dziecięcej (Konopnicka, bracia Grimm).

Wszystko to w tonacji słodko-gorzkiej, bo patos łamany jest żartem, a niejedno liryczne scherzo kończy się inicjalnymi taktami funebralnego marsza (vide niezwykła – ironiczna czy elegijna? – Śmierć Koszałka Opałka). Mamy bowiem do czynienia z poezją semantycznej migotliwości, poezją najwyższych lotów – jakby Stary Mistrz w przypływie dobrego humoru postanowił ukazać każdą z możliwości swego warsztatu. Co prawda, Rymkiewiczowski ogród wierszy zostaje przez samego Poetę nazwany „zdziczałym”, ale chodzi o „dzikość” rodem z ogrodu angielskiego, tzn. nieporządek markowany, nieład pozorny, bo planowy.Wybór oktostychu jako formy równoznaczny jest wszakże z wykonaniem gestu elementarnego porządkowania.


W szkole polskiej poezji

Jest w nowym tomie Jarosława Marka Rymkiewicza miejsce dla piszącego te słowa – wyjątkowe. Miejsce, w którym Sędziwy Poeta podejmuje rozmowę z poetą o dwa pokolenia młodszym. Jako historyk literatury stwierdzić mogę, że w kulturze to gest rzadki, gest nietypowy. Mistrzowie poetyckiego rzemiosła zazwyczaj strzegą zazdrośnie swojej uprzywilejowanej pozycji, a na młodość uwijającą się w warsztatach wiersza spoglądają z wyżyn własnego doświadczenia. Uśmiechają się ironicznie. Czasem miotają gromy. Mnie przydarzyło się coś niezwykłego – Poeta poświęcił mi wiersz.

Chciałbym być dobrze zrozumiany – wolałbym tu nie mówić o sobie. Pragnę jedynie podkreślić szczodrość tego niespodziewanego daru. Przede wszystkim zaś: chcę zrozumieć jego sens, ujrzeć go jako najistotniejszy fragment, jako zwieńczenie, prowadzonego od kilku lat, utajonego dialogu z autorem Kinderszenen.

To prawda – chciałem tej rozmowy, dążyłem do niej. Kiedy pisałem o Reytanie, gdy interpretowałem tom Pastuszek Chełmońskiego, nadawałem moim tekstom formę quasi-listu – zwracałem się bezpośrednio do Profesora Rymkiewicza, zadawałem pytania, niekiedy także udzielałem odpowiedzi. Zmartwychwstanie Ossendowskiego z tomu Łączka dedykowałem Poecie. Czy liczyłem na odpowiedź? Raczej nie. Choć przecie zdawałem sobie sprawę, że literatura to przestrzeń, w której wszystko jest możliwe – nawet to, czego nie da się pomyśleć. Ów wiersz z Końca lata w zdziczałym ogrodzie ważny jest dla mnie podwójnie – jako znakomita poezja, ale także (a może nawet: przede wszystkim) jako wielopoziomowa, poważna i głęboka odpowiedź na kwestie stawiane przeze mnie w tekstach Linia i koło oraz Piękna jak we śnie (oba weszły do książki Afazja polska): Gdzie szukać początków Polski współczesnej? Do jakich źródeł się odwoływać? Kim jesteśmy po komunizmie? Czy na pogrzebie wielkiego zdrajcy, który w jednym z utworów Końca lata... porównany został do krawego króla Popiela, godzi się śpiewać starą pieśń powstańczą: „Śpij, kolego, w ciemnym grobie, / Niech się Polska przyśni tobie”?

Wreszcie: Jaka Polska powinna nam się przyśnić? Jaką wznosić nam trzeba po przebudzeniu?

*

Nad Łodzią wstaje dzień. Wychodzę z bramy i rozglądam się po świecie. Po drugiej stronie ulicy tłumy dorosłych śpieszących do pracy i dzieci wędrujących do szkoły. Jakiś chłopiec z tornistrem na plecach macha do mnie, daje znaki. Zaczyna biec, a ja puszczam się za nim w pościg. Pędzimy dwoma chodnikami tej samej ulicy – on Śródmiejską, ja Więckowskiego. Po jego prawej stronie przesuwają się sklepiki z szyldami w jidysz, po mojej lewej migają Żabka, kiosk „Ruchu” i McDonald's. Mijamy Piotrkowską; on wpada na trotuar Cegielnianej, ja ruszam Jaracza – ale to wciąż ta sama ulica. Spotykamy się pod numerem 26, pod ciemnym budynkiem naprzeciwko teatru. Chłopiec ma szarą marynarkę w pepitkę i nie jest już chłopcem. Na jedno mgnienie obraca ku mnie twarz, szaroniebieskie oczy patrzą badawczo spod nastroszonych siwych brwi. Teraz naciska ciężką mosieżną klamkę i drzwi się uchylają. Czekają na nas. Na podeście stoją woźny Maciaszczyk i pani Leonia, wychowawczyni z mojej zerówki (ta sama, która poparzyła się dotkliwie, kiedy dźwigała gar gorącego mleka dla nas, sześcioletnich nowosądeckich urwisów). Maciaszczyk pracuje miotłą, wzbijając tumany kurzu. Skrzypią drewniane schody. Poza tym w całym budynku panuje doskonała cisza. Dociera do mnie, że właśnie zostałem przyjęty do szkoły, że będę tu pobierał lekcje, słuchał głosów, których nie wszyscy chcą słuchać.

Szanowny Panie Profesorze, Drogi Jarosławie – wiem, jak wiele jest do zrobienia, jak wielu rąk, umysłów i serc potrzeba, by wielka praca została ukończona. Będę się starał być czynny – obiecuję. Ja i zastęp innych, godniejszych i gorliwszych ode mnie.
 


[prwdr.: "GPC" z 16.06.2015]