wtorek, 27 maja 2014

Wziernik Bociańskiego








[artykuł z cyklu Afazja polska]



Zwłoki wrzucono do samochodu. Słowo „zwłoki” nie jest tu może najodpowiedniejsze. Lepiej byłoby powiedzieć: ciało. Dlaczego? Ponieważ Bociański nie był całkiem martwy. Żył, ale wtedy, w środku nocy z 17 na 18 września 1939 roku, na moście w Kutach, nikt nie miał czasu tego sprawdzać. Pułkownik strzelił do siebie, myśleli więc, że wiozą zwłoki, że to, co im towarzyszy, ten ich niechciany a przeraźliwy towarzysz podróży, to trup.
Sceny tej nie sposób sobie wyobrazić inaczej: wrzucali ciało do środka w pośpiechu i pomieszaniu. Pozwolić, by sprawa się rozniosła, by dowiedział o niej ktoś spoza grona osób poruszających się samochodem naczelnego wodza — to byłoby propagandowo bardzo szkodliwe. Niewykluczone wszakże, że wszystkich ich krzywdzę, że nikt nie miał wtedy czasu i ochoty myśleć o propagandzie i wizerunku. Zareagowali automatycznie — strzelił, padł, wybiegli więc i podnieśli ciało, jeden chwycił je za nogi, drugi ujął je pod pachy, ktoś trzeci musiał otworzyć bagażnik. Głuchy, stłumiony odgłos rozległ się, kiedy układali je w bagażniku. Domyślam się, że nie bagażnik chciał się zamknąć, trzeba było, w ciemności, jakoś zmienić ułożenie ciała — zgiąć mu nogi w kolanach, oprzeć plecami o boczną wewnętrzną ścianę samochodu. Wreszcie udało się. Trzaśnięcie drzwi, trzykrotne (bagażnik i para przednia, od strony szofera i strony pasażera) albo pięciokrotne (bagażnik, para przednia i para tylna, więc także drzwi od strony marszałka Śmigłego-Rydza i towarzyszącej mu osoby).

Cisza po burzy

Czy świadkowie chcieli ukryć tamto niespodziewane zdarzenie? Czy prawda o czynie zdesperowanego oficera miała zostać przykryta milczeniem doskonałym? Dość rzec, że w żadnym z pisanych świadectw tamtego czasu nie znajdziemy nawet wzmianki na temat samobójczego strzału Bociańskiego.
Premier Składkowski przekroczył granicę wcześniej niż Śmigły, ale był z wodzem w stałym kontakcie. W jego notatkach jest tylko tyle: „Zaraz po przejeździe mostu Marszałek w towarzystwie attaché rumuńskiego kieruje się na rumuńską komorę celną, będącą paręset kroków od mostu”. Z dwudziestu słów wynika, że Składkowski albo nic nie wiedział o zatrzymaniu kolumny samochodów i dramatycznej wymianie zdań zakończonej strzałem, albo postanowił na ten temat milczeć. Najmniejszą wiedzą dotyczącą demonstracji Bociańskiego nie dysponuje Józef Jaklicz — wieczorem 17 września rozmawiał przed zajazdem w Kutach z generałem Sikorskim, kiedy przejechał obok „krótki orszak wozów”. Rozpoznał samochód Rydza „po specjalnym dźwięku syreny wozu, który go stale eskortował. Marszałek zdążał na most na Czeremoszu”. Eugeniusz Kwiatkowski notuje wiadomości z drugiej ręki: „Około północy zajechał na most w Kutach samochód premiera Składkowskiego. Zbliżył się wyższy urzędnik rumuński celem powitania. Pan premier miał powiedzieć: »Ja tu nic nie znaczę. Proszę przyjąć naczelnego wodza, który podjeżdża następnym samochodem«. Wysiadł marszałek Śmigły i oddał broń”.
Adiutant marszałka, major Jerzy Krzeczkowski, poświęcił przejazdowi przez most dwa zdania swoich wspomnień: „Nie będę opisywać tragicznych chwil przekraczania granicy rumuńskiej. Opisały je i jeszcze opisać mogą pióra lepsze od mojego”. Zastanawiająca jest ta adiutancka lakoniczność. Czy jednak człowiek będący tak blisko Śmigłego, mógł napisać choćby słowo więcej, jeśli na moście w Kutach pułkownik Bociański rzeczywiście próbował powstrzymać naczelnego wodza przed opuszczeniem kraju? Dramatyzm takiej sceny, jej symboliczna wymowa unieważniałyby wszystkie racjonalne tłumaczenia. Głównodowodzący opuszczający pole walki i jeden z jego podwładnych, który na hańbę dezercji nie może się zgodzić — toż to para bohaterów doskonale różnych: czerń przeciwstawiona bieli, tchórzostwo skonfrontowane z bohaterstwem, przeniewierstwo kapitulujące w obliczu wierności. (Chciałbym być dobrze zrozumiany — nie twierdzę, że marszałek był tchórzem i przeniewiercą; świadectwa z września 1939 roku i dalsze koleje życia Śmigłego-Rydza, jego ucieczka z Rumunii i powrót do Polski, po śmierć, nie dają asumptu do tak ciężkich oskarżeń. Mam na myśli jedynie to, że szczegółowa relacja z wydarzeń owej wrześniowej nocy, uwzględniająca desperacki czyn Bociańskiego, ukazałaby „ewakuację” w zdecydowanie negatywnym świetle, pozbawiając obraz półcieni i unieważniając wszelkie racjonalne argumenty.)

Honor hetmana

Prawdę o nocy z 17 na 18 września 1939 poznaliśmy kilkadziesiąt lat później — dzięki Dariuszowi Baliszewskiemu, który próbował dowiedzieć się czegoś od świadków tamtych wydarzeń.
Starosta kaliski, pułkownik Stanisław Soboniewski, nadzorował przejazd samochodów przez most w Kutach. Po latach relacjonował tamte wydarzenia w programie Rewizja nadzwyczajna. Kiedy otrzymał informację o zbliżaniu się kolumny naczelnego wodza, był pewien, że zaszła pomyłka. „Czy pan oszalał — zrugał policjanta przybyłego z wiadomością. — Każę pana oddać pod sąd wojenny za sianie paniki. To się nie może zdarzyć. Hetman nigdy nie opuszcza swoich wojsk!”. Co prawda, wspomnienie nic nie mówi o Bociańskim, daje jednak wgląd w postrzeganie tamtej decyzji Śmigłego-Rydza przez osoby niezwiązane z jego sztabem. Takiej ewentualności, że głównodowodzący wyjedzie z kraju, pozostawiając wojsko własnemu losowi, nikt, oprócz tzw. czynników najwyższych, nie brał pod uwagę.
Do demonstracji Ludwika Bociańskiego zdaje się odnosić relacja podporucznika Józefa Borkowskiego, który miał być świadkiem zatrzymania kolumny samochodów naczelnego wodza i jego świty. Według jego opinii, pojazdy stały u wjazdu na most przez pięć do dziesięciu minut. Jacyś ludzie w mundurach gwałtownie gestykulowali, następnie rozległy się strzały. Żołnierze mieli załadować na samochód ciężarowy dwa ciała (czyje było drugie ciało, nie wiadomo; czy był to człowiek postrzelony przez eskortę naczelnego wodza, czy też kolejny samobójca — trudno rozstrzygnąć).
Najpełniejszy opis pochodzi jednak od krewnej Bociańskiego, Elżbiety Błockiej — daję go tu za artykułem Dariusza Baliszewskiego pt. Most honoru: „Teraz — być może niezgodnie z regulaminem, ale w zgodzie z własnym sumieniem — stanął przed samochodem Śmigłego, uniemożliwiając dalszą jazdę. Śmigły wysiadł i zapytał, o co chodzi. — Chodzi o honor wojska — miał powiedzieć płk Bociański. Nikt nie słyszał ich dalszej rozmowy prowadzonej przyciszonymi głosami. Faktem jest, że w pewnym momencie Śmigły ręką odsunął na bok Bociańskiego. Ten wyjął z kabury pistolet i strzelił sobie w pierś, mierząc w serce. Po chwilowej konsternacji marszałek rozkazał wrzucić ciało na samochód i ruszać. Już w Rumunii okazało się, że Bociański żyje. Kula przeszła obok serca. Następne pół roku miał spędzić w szpitalach i nikomu poza najbliższą rodziną nie przekazać relacji o tym zdarzeniu”.



Pełny tekst w książce Afazja polska (wyd. "Sic!", Warszawa 2015) 

http://www.ceneo.pl/Historia_i_literatura_faktu;szukaj-afazja+polska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz