sobota, 29 marca 2014
poniedziałek, 24 marca 2014
Pod trupią główką
[Artykuł z cyklu Afazja polska]
Rozpylają ciemne światło. Żarówki u
powały, pomalowane na czarno. W każdym baraku takie same, prószące mrok na
ciała w szeregach, spoczywające na ułożonych równo siennikach. Ciemność osiada
na głowach, korpusach i kończynach, przeciska się przez szpary w deskach, stuka
w okna, za którymi noc panuje jeszcze
niepodzielnie (niebawem skapituluje, zaskoczy ją Blitzkrieg świtu). Wstawać! Wstawać — krzyczą żarówki, czarne
trupie główki umieszczone w belkowaniu bloków 45 i 46 w obozie koncentracyjnym
Sachsenhausen, dokąd przywieziono z Wrocławia grupę krakowskich profesorów.
„Budzono nas rano o wpół do szóstej
przez zaświecenie świateł — wspominał Jan Gwiazdomorski z Wydziału Prawa UJ. —
Te »światła« to były bardzo słabe lampki elektryczne, w dodatku zamalowane
czarną farbą. W Sachsenhausen obowiązywało oczywiście zaciemnienie. Tymczasem
rolety na okna, zresztą zrobione z koców, były tylko w izbach dziennych, w
umywalni i w ustępie; nie było ich natomiast w sypialniach. Lampy w sypialniach
były tak słabe dlatego, aby mogły się świecić wieczorem i rano, pomimo że rolet
w oknach nie było”.
Zaciemnienie
Zaciemnienie obowiązywało na wszystkich
terenach, które znalazły się pod władztwem Adolfa Hitlera i tysiącletniej
Rzeszy Niemieckiej. Zaciemnienie całkowite i definitywne, ciemność, którą
niosły na tereny Rzeczypospolitej — a w
latach czterdziestych jeszcze dalej, na Wschód — oddziały w czarnych hełmach,
którą rozpylały trupie główki z otoków esesmańskich czapek. Mrok ten nigdzie nie
był jednak tak głęboki, jak w obozach koncentracyjnych i w obozach zagłady,
organizowanych przez niemieckie władze zarówno w Niemczech, jak i w państwach
okupowanych.
Stanisław Urbańczyk, wybitny
językoznawca, dał w swojej książce Uniwersytet
za kolczastym drutem następujący opis sachsenhauseńskiej scenerii: „Tuż za
murem rósł wysoki sosnowy las. Czarny kolor sosen i jęczący ich szum pogłębiały
przygnębiający ogólny nastrój obozu. Sosny nie pozwalały oku wybiec nigdzie
dalej; gdzie nie spojrzało wszędzie czarne ulice, czarne baraki i czarne
wierzchołki drzew”. Obrazy te współbrzmią z opisem pozostawionym przez Jana
Gwiazdomorskiego: „Wszystkie ścieżki w obozie i plac apelowy wysypane są pyłem
węglowym czy żużlem. Wskutek tego cały obóz spowity jest w tumanach brudnego
kurzu, który podnosi się za każdym krokiem. Zwarty oddział więźniów
maszerujących w obozie wlecze za sobą brunatny obłok niczym samochód na źle
utrzymanej szosie. Ścieżki nie są profilowane, stanowią zwykłe płaszczyzny.
Wskutek tego już po małym deszczu jest w obozie nieopisane błoto”.
Pył węglowy, żużel, brunatny obłok.
Czerń ścieżek, czarne ściany baraków, jęk czarnych sosen okalających
koncentracyjny obóz. Sceneria iście piekielna. Nie dziw, że we wspomnieniach
pozostawionych przez tych, którzy przeżyli, powracać będą skojarzenia z
Dantejskim Inferno.
Przez ciemność tamtego czasu, przez mrok
Sachsenhausen musimy się teraz przebić, by ujrzeć choćby kilka epizodów wstępnej
fazy życia obozowego — tak jak widzieli je przybysze z Krakowa.
Pełny tekst w książce Afazja polska (wyd. "Sic!", Warszawa 2015)
Pełny tekst w książce Afazja polska (wyd. "Sic!", Warszawa 2015)
sobota, 22 marca 2014
"Łączka" - Nagroda im. ks. J. Twardowskiego
Miło mi poinformować, że kapituła Nagrody im. ks. Jana Twardowskiego uznała Łączkę (wyd. "Arcana", Kraków 2013) za najlepszy tom poetycki roku 2013. Ze źródeł nieoficjalnych wiem, że decyzja jury była jednogłośna.
Pozostałe nominowane książki:
1. Adam Waga, Chromając, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013;
2. Teresa Tomsia, Co było, co jest, Biblioteka Telgte, Poznań 2013;
3. Bogdan Jaremin, Tam i tu, Biblioteka „Toposu”, Sopot 2013;
4. Mirosław Dzień, Linia, Biblioteka „Toposu”, Sopot 2013;
5. Piotr Mitzner, i po kropce, Dom Wydawniczy tchu, Warszawa 2013;
6. Grzegorz Łatuszyński, Własną drogą, OW Agawa, Warszawa 2013.
Więcej informacji TUTAJ.
niedziela, 16 marca 2014
Ciemności kryją ziemię
[artykuł z cyklu Afazja polska]
Kaplica katolicka w więzieniu na
Montelupich. Ołtarz nakryty obrusem, otwarty mszał, kropidło zanurzone w misie
z wodą święconą. Przy ścianach podłużne drewniane ławki. Naprzeciwko ołtarza,
pod krótszą ze ścian, konfesjonał, nieco dalej stół. Podłoga brudna, zakurzona,
podobnie jak okienne kraty. Okien nie można uchylać, chyba że chce się być
zastrzelonym. W kaplicy 50-60 osób stojących, siedzących, przestępujących z
nogi na nogę lub maszerujących. Wzrastający zaduch, zapach potu, dym z
papierosów. Dwie-trzy godziny temu jeden z mężczyzn kupił kilka paczek tytoniu
macedońskiego. Palacze ślinią bibułki, częstują się skrętami. Palą dużo. Nerwy,
strach i niepewność robią swoje.
Sztuka punktualności
Jest 6 listopada. Dopiero pod wieczór strażnicy
pozwalają wyjść do toalet. Później i to będzie zabronione — Niemcy postawią u
stóp ołtarza ogromne wiadro na urynę i kał. Pot, dym, smród z prowizorycznego
ustępu. Noc spędzą pokładłszy się, gdzie się da – na ławkach, na podłodze. Adam
Krzyżanowski, sześćdziesięciosześcioletni kierownik Katedry Ekonomii
Politycznej i Skarbowości będzie spał w konfesjonale. Sześćdziesięciu mężczyzn
– to zaledwie część zatrzymanych, pozostali zamknięci są w innych
pomieszczeniach. Profesorowie Uniwersytetu i trzy osoby przypadkowe — niejaki
Jachimowicz, syn krakowskiego dentysty, aresztowany, kiedy wracał z lekcji
muzyki, nauczyciel gimnazjalny Stanisław Majcher oraz Zygmunt Starachowicz,
absolwent prawa, który chciał załatwić w dziekanacie ostatnie formalności
związane z uzyskaniem dyplomu. Ten ostatni nieco później, po powrocie z obozu w
Dachau, spisał swoje wspomnienia z pierwszych dni uwięzienia. Z tych wspomnień
teraz korzystam.
„Ja byłem jak najlepszej myśli —
relacjonuje Starachowicz — nęciła mnie nowość sytuacji, tym bardziej że
przypuszczałem, że wobec nas zastosują taki sam »dowcip zwycięzców«, jaki, jak
słyszałem, zastosowano raz względem ludzi pchających się w ogonku, a mianowicie
wywieziono ich autami poza miasto i tam puszczono, stracili miejsce w ogonku,
stracili szanse nabycia chleba czy też mleka, ale na drugi raz będą pamiętali,
żeby się nie pchać. Myślałem więc, że i nas wywiozą gdzieś na Bielany i puszczą
piechotą do domu. Martwiłem się jedynie tym, że nie będę punktualny — przecież
umówiłem się na wpół do pierwszej. Moje skrupuły punktualnego człowieka szybko
się rozwiały, tak jak od tej chwili rozwiewać się miało wszystko to, co sam lub
wspólnie z innymi wymyśliłem, wszelkie nadzieje, rachuby czy rozumowania mające
jako taką logikę”.
piątek, 14 marca 2014
Marek Rapnicki o "Łączce"
Z-łączeni
W tomiku Place zabaw ostatecznych
(Sopot, 2011), zaraz na początku, znajduje się wiersz pt. Łazarz, pisany
w Wielki Piątek 2010 roku, ledwie tydzień przed katastrofą smoleńską. Autor nie
mógł wiedzieć… ale jednak opowiada o zmartwychwstaniu człowieka, właśnie wtedy,
na progu wiosny:
dlaczego wszyscy zostawili go w
spokoju
jak gdyby dopiero po wskrzeszeniu
umarł na dobre
zapadł się pod ziemię
czy za jego sprawą chwała Pańska
nie miała zajaśnieć wśród ludzi
czy nie powinien stać się apostołem
dobrej nowiny obnosić ciało
martwe ciało
i mówić dotknijcie to już gniło
(…)
*
Przed dwoma może laty przykuło moją
uwagę zdjęcie z wykopalisk na Powązkach: w wykopie młoda dziewczyna w kucki, w
kusym podkoszulku, trzyma w dłoniach osłoniętych gumowymi rękawicami, czaszkę
mężczyzny. W prawej dłoni pędzelek archeologa, w oczach – nieledwie czułość.
Zacząłem pisać wiersz…
Gdyby to ode mnie zależało, książka,
którą właśnie wydały ARCANA, miałaby taką właśnie okładkę. Bo tomik Łączka
jest o tej dziewczynie, symbolu miłości i pamięci. Jest o ludziach, co nie
zgodzili się na śmierć bohaterów, którzy zakatowani lub rozstrzelani przez
rodzimych komunistycznych siepaczy, ubrani nierzadko w niemieckie mundury,
wrzuceni bezładnie do dołu, przysypani wapnem, pozbawieni krzyża i tabliczki,
przygnieceni późniejszymi pomnikami swoich oprawców – bezimienni – zamieszkiwali
ciszę. Aż do chwili, kiedy nowa ekipa niezłomnych, zespół archeologów,
studentów, patomorfologów i wolontariuszy pod wodzą prof. Krzysztofa Szwagrzyka
z wrocławskiego IPN-u, rozpoczęła w 2012 roku wykopaliska w części Cmentarza
Powązkowskiego zwanej Łączką. I oto stała się przed naszymi zdumionymi oczami
ruchoma, rozpisana na tygodnie żmudnych badań w głębokich wykopach –
współczesna p i e t à! Szczątki młodych mężczyzn, wiernych Ojczyźnie bardziej
niż czemukolwiek innemu, zamęczonych przez bandytów w mundurach Imperium Zła,
złączone ze sobą we wspólnym dole śmierci, jak kości mamutów, zmiecionych przez
polodowcową powódź, powoli zaczęły oglądać światło dnia w czułych palcach
młodych badaczy. Do dnia ogłoszenia wyników badań genetycznych (drugą listę
nazwisk ujawniono w szczęśliwym dniu 22 sierpnia 2013) nie znaliśmy nazwisk.
W książce padają nazwiska. Ocalonych
i ocalających. Ale jaką formę przyjąć, aby opowiedzieć o zmartwychwstaniu
poprzez upór oraz pamięć, nie popadając w histerię ani patos, na ogół zgubne
dla literatury? Przemysław Dakowicz wychodzi zwycięsko z batalii o formę dla
tego naszego (bo przecież nie tylko autorskiego) triumfalnego lamentu. Wychodzi
zwycięsko dzięki kilku czynnikom. Pierwszym z nich jest znakomita aparatura
historiozoficzna, która pozwala rzucić polską hekatombę na szersze tło i ukazać
ją w kontrze do portretu sprawców morderstw z lat 1948–1955, ale także tych, co
„byli odwróceni” (np. Miłosz i Andrzejewski). Szeroki kontekst historyczny
umożliwia, zwłaszcza młodemu czytelnikowi, zrozumienie, na jakich fundamentach
zbudowano „nową Polskę”. Na fundamentach zdrady, kłamstwa, szyderstwa i
przemocy. Czynnik drugi stanowi zdolność do użycia języka beznamiętnego, niemal
kostycznego (kiedy się wszystko gotuje) i ściszonego (kiedy wszystko w nas
wyje); w ten sposób niektóre utwory przypominają wiersze Zbigniewa Herberta,
rzadziej Jarosława Marka Rymkiewicza (otwierające tomik Światło). Dykcja poety ewoluuje raz zbliżając się do psalmu, kiedy
indziej do wiejskiej przyśpiewki. Pachnie ziemią. Sczerniałą koszulą, którą
obejmuje korzeń. Książka otwiera się jak album, przechowywany dotychczas na
strychu.
O kim ta książka? O kilku słynnych na
równi z Grotem-Roweckim i Stanisławem Maczkiem oraz kilkunastu, których
zapomniane pseudonimy poznajemy wspólnie po identyfikacji. Łącznie: mniej
więcej jeden procent straconych! Wśród nich żołnierz-symbol i żołnierz-legenda,
niepisany hetman polny koronny Żołnierzy Wyklętych z mojej rodzinnej
Lubelszczyzny (jakże lubię ludzi z rocznika mojej Mamy!): mjr Hieronim
Dekutowski, ps. Zapora, rodem z Dzikowa pod Tarnobrzegiem, cichociemny. Nie
chciejmy wiedzieć, jakie miał śledztwo, a potem śmierć. Tak jak w wielu innych
przypadkach, zaczęło się od pocałunku zdrady.
Defilada cieni i szkieletów ma
miejsce po dziesięcioleciach i nie dziwi przywołanie postaci Waleriana
Łukasińskiego, który w lochu spędził… czterdzieści sześć lat. A kto uznałby, że
opisane horrendum odeszło w przeszłość, niech przeczyta, umieszczone w tomiku w
ramach „formy bardziej pojemnej” trzy części prozy Droga. Jakże znajomo brzmią hasła radosnego pochodu, a najbardziej
„Wybierz przyszłość”. Groteska? Nie do końca, jeśli zważyć, że temat wykopalisk
ciał Żołnierzy Wyklętych podjęty został po bez mała dwudziestu latach „wolnej
Polski”. Nasza abnegacja, brak zainteresowania szły w sukurs stalinowskim
metodom naprawiania człowieka i historii.
Autor jawi się w Łączce jako niezłomny strażnik najświętszych prochów. Jest w tej
roli wzruszający i wiarygodny. Zapowiada powrót podziemnej armii. Powrót
pomiędzy nasze żebra. To my, właściciele naszych niepołamanych żeber i naszych
niepodciętych strachem gardeł mamy wilczy… obowiązek unieść przesłanie
odkopanej Łączki. Dorysować Freskowi Tysiąclecia brakujące sceny. Nie –
wymyślone, lecz udokumentowane przez zespół Krzysztofa Szwagrzyka. Poecie wolno
wiele, poecie wolno prawie wszystko; melduje więc autorowi wykopalisk o
powrocie „rozdrobnionych ciał”:
(…)
Wyjawione.
Odliczone.
Obecne.
(Powrót)
Czekając na szkielety gen. Fieldorfa
„Nila” i rotmistrza Pileckiego czytajmy elegię Przemysława Dakowicza. Archeolog
oddaje ciała, poeta zwraca głos!
*
Książkę Dakowicza umieszczam na półce
obok starszego o trzy lata De profundis
Wojciecha Wencla. Pasują do siebie kolorem. Formatem.
Marek Rapnicki
[prwdr.: "Teologia Polityczna Co Miesiąc", nr 56]
fot. Jadwiga Rapnicka |
Marek
Rapnicki – ur. 28 XII 1955 r. w Lublinie; z wykształcenia
archeolog (UMCS) i animator kultury (UW); poeta, publicysta,
podróżnik; debiutował w roku 1979 w KUL-owskich „Spotkaniach”.
Od 1980 w Raciborzu.
Opublikował
m.in. Ość
(1990), Pieśń
winnego (1991),
Terytorium powiernicze
(2006) [wszystkie tomy – Wydawnictwo „Miniatura”, Kraków] i
ostatnio dwujęzyczny tom polsko-czeski Barabasz
i inne wiersze
(Krnov, 2013) oraz książkę o Wiecznym Mieście Późna
miłość. Rzym według Marka
(Wydawnictwo „Kasper”, Kraków 2013).
Wieloletni
dyrektor Raciborskiego Domu Kultury. W 2003 roku prowadził
całoroczny interdyscyplinarny polsko-czeski projekt pod patronatem
Czesława Miłosza PROWINCJA – MATECZNIK SŁOWA, zakończony
dwiema publikacjami w jego redakcji U
źródeł sensu. Leśmian – Hrabal – Schulz
(materiały z sesji popularno-naukowej) oraz Od
slova ke slovu
(dwujęzyczna antologia poezji).
Od
2005 roku redaguje półrocznik literacko-kulturalny „Almanach
Prowincjonalny”, którego 19. numer ukaże się w kwietniu.
Dni
parzyste spędza w Smoleńsku, a nieparzyste na warszawskiej Łączce.
czwartek, 13 marca 2014
Spotkanie autorskie w Stacji Nowa Gdynia
Serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie, podczas którego będę czytał wiersze z książek Teoria wiersza polskiego i Łączka. Poprowadzi je Piotr Grobliński.
CZAS: 15 marca 2014 (sobota), g. 12:00
MIEJSCE: Stacja Nowa Gdynia, ul. Sosnowa 1, na granicy Łodzi i Zgierza
JAK I CZYM DOJECHAĆ:
- tramwajami linii 16, 46 - należy wysiąść na przystanku Chełmy w Zgierzu (jeden przystanek za Helenówkiem).
- tramwajami linii 11, 16A - należy wysiąść na Helenówku i przejść ścieżką przez las.
Mapa dojazdu TUTAJ.
Etykiety:
Łączka,
spotkania autorskie,
Teoria wiersza polskiego
poniedziałek, 10 marca 2014
Film ze spotkania z udziałem prof. Krzysztofa Szwagrzyka - "Łączka". Dialog literatury z historią
Film dokumentujący spotkanie "Łączka". Dialog literatury z historią, które odbyło się w łódzkim oddziale IPN 5 marca 2014. Autorem nagrania jest p. Arkadiusz Nowakowski ze stowarzyszenia 'Solidarni2010'.
Etykiety:
Krzysztof Szwagrzyk,
Łączka,
spotkania autorskie
sobota, 8 marca 2014
Polisa na życie
[artykuł z cyklu Afazja polska]
Życie jest największą wartością. Nie mamy
niczego, co byłoby cenniejsze. Dlatego należy je chronić, uprawiać sport, dbać
o formę fizyczną i psychiczną. Zdrowie, zdrowie i jeszcze raz zdrowie — powiada
doktor Bruno Müller, starszy specjalista od ubezpieczeń, i rekomendując polisę
na preferencyjnych warunkach, poprawia okulary w srebrnych oprawkach.
Człowiek od ubezpieczeń
Badawcze spojrzenie stalowoszarych oczu. Twarz
doktora Müllera rozjaśnia wystudiowany uśmiech.
Życie jest pełne niespodzianek. Zdarzają się w
nim upadki i wzloty, wolty doprawdy najzupełniej fantastyczne — ktoś, kto stał
na szczycie drabiny, nagle ląduje u jej podnóża, żebrak staje się księciem,
książę żebrakiem. Proszę mi wierzyć, wiem, co mówię, niejedno przeżyłem.
Jest druga połowa lat 50. Brigitte Bardot, Marilyn Monroe, Grace Kelly. Mężczyźni
wolą blondynki. Blondynki wykupują polisy.
Ubezpieczenie jest wyrazem społecznej
solidarności. Człowiek w potrzebie nie może zostać sam. Dlatego już w starożytności
uczestnicy karawan przewożących towary ze Wschodu umawiali się, że solidarnie
poniosą koszty strat. Kiedy padał wielbłąd, jego właściciel nie musiał się
martwić — mógł kupić nowe zwierzę dzięki zbiórce, którą urządzali towarzysze
wyprawy. Tak, tak, polisy nie są wynalazkiem współczesności, nie wymyślono ich
po to, by wyciągać od ludzi ostatni grosz, ale po to, byśmy nie musieli patrzeć
w przyszłość z obawą.
Doktor Müller jest przekonujący. Mruży oczy i
podtyka ci pod nos papiery. Podpisz i po sprawie. Życie jest największą
wartością.
Pełny tekst w książce Afazja polska (wyd. "Sic!", Warszawa 2015)
Subskrybuj:
Posty (Atom)