czwartek, 13 lutego 2014

Afazja polska





W jednej z najsłynniejszych scen drezdeńskich Dziadów, rozgrywającej się w Salonie Warszawskim, młody Polak opowiada historię Cichowskiego. Był on „Żywy, dowcipny, wesół i sławny z urody; / Był duszą towarzystwa; gdzie się tylko zjawił, / Wszystkich opowiadaniem i żartami bawił”. Niedługo po zawarciu związku małżeńskiego Cichowski znikł. Policja znalazła jego płaszcz nad brzegiem Wisły — uznano, że się utopił i oficjalnie zamknięto sprawę. „Dlaczegoż on się zabił? — pytano, badano, / Żałowano, płakano; wreszcie — zapomniano”. Po pewnym czasie do żony Cichowskiego dotarła informacja, że jej męża widziano wśród podsądnych prowadzonych do Belwederu. Na nic zdały się wysiłki, by dowiedzieć się czegokolwiek od rosyjskich władz. Minęły kolejne trzy lata. Na mieście powtarzano plotki o ciężkim śledztwie, jakiemu poddany został więzień. Niebawem jednak „innych wzięto, o innych zaczęli mówić”. Skończyło się podobnie jak poprzednio: „wszyscy zapomnieli”.
Po kilkunastu latach od chwili zaginięcia Cichowski trafił jednak do domu. Powrócił, lecz zupełnie odmieniony — przedwcześnie postarzały, złamany psychicznie, zalękniony. Jego rodzina, przyjaciele i znajomi spodziewali się, że zdradzi im szczegóły swojego uwięzienia, że opowie o metodach, jakich używano, by wyciągnąć z niego wiadomości — ale Cichowski milczał: „Pytany, myśląc zawsze, że jest w swym więzieniu, / Ucieka w głąb pokoju i tam pada w cieniu, / Krzycząc zawsze dwa słowa: »Nic nie wiem, nie powiem«!”.

„Straszliwa powłoka”

Młodzieniec opowiadający historię więźnia stwierdza, że całą przeszłość Cichowskiego dało się wyczytać z jego oczu: „na tym oku była straszliwa powłoka. / Źrenice miał podobne do kawałków szklanych, / Które zostają w oknach więzień kratowanych, / Których barwa jest szara jak tkanka pajęcza, / A które, patrząc z boku, świecą się jak tęcza: / I widać w nich rdzę krwawą, iskry, ciemne plamy, / Ale ich okiem na wskróś przebić nie zdołamy: / Straciły przezroczystość, lecz widać po wierzchu, / Że leżały w wilgoci, w pustkach, w ziemi, w zmierzchu”.
Jeśliby wyobrazić sobie Polskę w ludzkiej postaci, trzeba by dojść do wniosku, że w powojennych dziesięcioleciach prezentowała się jak Cichowski z Mickiewiczowskich Dziadów. Dwa totalitaryzmy — niemiecki i sowiecki — działające planowo i konsekwentnie na rzecz całkowitego przemodelowania wewnętrznej struktury tego zbiorowego organizmu, odniosły sukces. Polska zapadła się w siebie, zamknęła w sobie, pogrążyła w ciemnych i krwawych wspomnieniach, a co najgorsze i najbardziej tragiczne — utraciła wiarę w to, że kiedykolwiek będzie możliwe podniesienie się z upadku, z upodlenia. Wybrała małą stabilizację, tzn. ucieczkę od pamięci, próbę zbudowania nowej świadomości, oddzielonej grubą ścianą od tego, co w polskości nawarstwiało się przez wieki, co w niej źródłowe i pierwsze.
Bogu dzięki, zapaść nie była zupełna — niekiedy odzywały się głosy przeszłości, burzyła się krew, a wtedy ludzie stawali w szeregu, jeden obok drugiego, i próbowali bronić wartości dla nich najistotniejszych. Ale system wiedział, jak sobie radzić, miał gotowe scenariusze pacyfikacji. Najpierw wytrzebił Niezłomnych, wcześniej pozbawiając ich godności, stygmatyzując, nazywając „bandytami” i „faszystami”. Równocześnie trwała intensywna robota na „froncie” kultury (propaganda totalitarna lubuje się w porównaniach i metaforach wojennych)  — niedobitkom dawnych elit wbijano do głowy nowe hasła, ale przede wszystkim naprędce produkowano „nowe elity”, zdolne do niesienia „zdobyczy rewolucji” w świetlaną przyszłość. Kiedy robotnicy Poznania wyszli na ulice, by upomnieć się „o Boga, wolność, prawo i chleb”, wysłano przeciwko nim wojsko i milicję. Podobnie postąpiono z robotnikami Wybrzeża w grudniu 1970. Władza nie miała zamiaru się poddać.
„Solidarność” stanowiła erupcję ducha wolności tak wielką, że realnie zagroziła nie tylko stabilności Polski Ludowej, ale także wewnętrznej spoistości całego bloku wschodniego. Jej wyjątkowość polegała na tym, że wszystkie małe ogniska oporu, grupy konspiratorów dotąd działające w środowiskach lokalnych, na niewielką skalę, a przez to łatwo ulegające infiltracji i dezintegracji, połączyły się w jeden ruch. Taki przeciwnik musi zostać rozbity prędko, zanim zyska realny i trwały wpływ na masy społeczne. Z punktu widzenia komunistów stan wojenny jawił się jako konieczność. Nie rzekoma groźba wejścia Sowietów, ale strach przed utratą władzy motywowały kolejne posunięcia Jaruzelskiego i jego akolitów. Wojnę, jaką sowiecki generał w mundurze z polskimi symbolami narodowymi wydał nam wszystkim, należy ocenić jako jedną z największych zbrodni komunizmu w Polsce. Dlaczego? Bo zdławiła ona w zarodku to, co w nas najlepsze i najwznioślejsze — zdolność do przekraczania ograniczeń jednostkowego egoizmu, wrażliwość na los drugiego, umiejętność budowania wspólnoty losu i doświadczenia (na przekór historycznej prawidłowości, że ten, kto broni elementarnych wartości, zawsze ulegnie w starciu z bezrozumną nagą siłą).
Stan wojenny cofnął polską świadomość w rozwoju. Sprawił, że — jak pacjent, który podnosi się już z łoża boleści, uczy się chodzić, ale nieoczekiwanie zostaje zainfekowany — znaleźliśmy się w kryzysie głębszym niż kiedykolwiek wcześniej.

Ćwiczenia z mówienia

Polska postkomunistyczna przypomina człowieka z afazją, czyli kogoś, kto w wyniku ciężkiej choroby lub traumatycznych doświadczeń utracił zdolność mówienia, kogoś, kto zamknął się w sobie i nie potrafi uwolnić się od tragicznych wspomnień.
Przez długie dziesięciolecia tysiące apostołów kłamstwa pracowało na to, byśmy milczeli, byśmy zapomnieli, skąd przychodzimy. Ze zbiorowej świadomości próbowano na zawsze wyeliminować te jej składniki, które stały w sprzeczności z wizją „nowego człowieka”. O wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej, o losach naszych przodków wypędzonych z Wilna, ze Lwowa i z setek miast, miasteczek i wiosek, które przez stulecia należały do Polski i współkształtowały jej tożsamość, mogliśmy mówić jedynie w czterech ścianach własnych domów, a i to — ściszonym głosem. Nie opowiedzieliśmy sobie i światu historii sowieckiej okupacji — zsyłek, przesiedleń, realizowanej z całą bezwzględnością akcji eliminacji polskich elit intelektualnych i kulturalnych.
Przez przeszło cztery dekady z PRL-u płynęła w świat fałszywa wizja polskiej rzeczywistości, a w wyobraźni Europejczyków gnieździła się wersja naszej historii spreparowana tak, by służyła interesom innych.

niedziela, 2 lutego 2014

Wanda Zwinogrodzka o "Łączce"



Na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" (wyd. z 1.02.2014) ukazał się artykuł pt. Zęby smoka. Jego autorka, Wanda Zwinogrodzka, poświęca wiele uwagi tomikowi Łączka.

Poniżej fragment tekstu.

Całość dostępna jest TUTAJ.



Wanda Zwinogrodzka

Zęby Smoka

W sierpniu ubiegłego roku po tym, jak zidentyfikowano szczątki Hieronima Dekutowskiego „Zapory” i Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, łódzki poeta i literaturoznawca Przemysław Dakowicz napisał: „Bo »Łączka« to Polska. Bo Polska to »Łączka«”.
 
Czyżby?! Nie trzeba być zaraz wielbicielem TVN-u, żeby uznać to utożsamienie za niedorzeczne. Przecież Polska jest znacznie rozleglejsza niż Łączka, tyleż przestrzennie, co czasowo. Polska rozciąga się od Bałtyku po Tatry, historią sięga w głąb na dziesięć stuleci, o wiele dalej niż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. Żyje dniem dzisiejszym, nie cmentarną archeologią. Czym naprawdę jest, w jednym zdaniu nie sposób powiedzieć. Dlaczego miałaby być akurat Łączką?
 
Może dlatego, że to tam, na Łączce, tkwi gordyjski węzeł współczesnej polskiej świadomości, to straszne splątanie bezprzykładnego heroizmu i haniebnej zdrady, zapomniane, wyparte, zalane asfaltem, bo zbyt trudne, aby je pojąć i zaakceptować, ogarnąć myślą, rozważyć w sumieniu?
 
To wtedy, gdy tamtejsze doły zapełniano ciałami bohaterów podziemia, Polska pękła na pół. Nie w czasie wojny, gdy rozszarpali ją dwaj okupanci i nie wskutek Okrągłego Stołu, ani tym bardziej – katastrofy smoleńskiej. Wówczas, gdy jedni Polacy torturowali, mordowali i cichcem, o zmroku, zakopywali innych, gdy rodziny jednych szalały z rozpaczy, tęsknoty i bólu, a inne rodziny nie chciały tego jęku słyszeć, by cieszyć się spokojem w „małym mieszkanku na Mariensztacie” albo co gorsza szydzić z „zaplutych karłów reakcji” – to wtedy właśnie zniszczona została narodowa wspólnota losu. Przez następne siedemdziesiąt lat nie udało się jej odtworzyć. I nadal się nie uda, dopóki nie stawimy czoła prawdzie, zagrzebanej na Łączce. Bo tam właśnie bije ciemne źródło strumienia, który przeciął PRL i III RP. Rozdzielił tych, którzy wylegali na ulice w Czerwcu’56 i Grudniu’70, od tych, którzy strzelali do tłumu. Działaczy Solidarności od popleczników stanu wojennego, „lud smoleński” od „resortowych dzieci”.
 
Dlatego młot pneumatyczny, którym zespół prof. Szwagrzyka rozłupał nawierzchnię powązkowskich alejek, był jak skalpel rozcinający najboleśniejszy wrzód polskiej duszy. Pisał Dakowicz: „Wysiłek podjęty przez ekipę badaczy, której przewodzi profesor Krzysztof Szwagrzyk, ma wymiar nie tylko historyczny, ale także etyczny. Rekonstruujemy nie tylko pamięć i tożsamość, odzyskujemy także zdolność jednoznacznej oceny moralnej »czynów i rozmów« – jeśli nazywamy Stanisława Kasznicę, Hieronima Dekutowskiego, Zygmunta Szendzielarza, Witolda Pileckiego, Łukasza Cieplińskiego i innych bohaterami, to tych, którzy doprowadzili do ich uwięzienia, śmierci i hańbiącego pochówku, musimy uznać za oprawców, przestępców i przeniewierców. Przywracanie tożsamości bezimiennym szczątkom oznacza zatem także zdarcie masek z twarzy tych, którzy przez dziesięciolecia podawali się za patriotów i »zbawców ojczyzny« […]”.


Te przejmujące wiersze wywołują z mroku cienie pomordowanych. Lokują je w potoku czasu, w którym cierpienie „Zapory”, „Odyńca, „Żelaznego” poprzedza kaźń Łukasińskiego, samobójstwo Witkacego, profanacja grobu, w którym pochowany został Ossendowski. Przede wszystkim konfrontują nas z naszą własną zakłamaną świadomością. [...]


Całość w "Gazecie Polskiej Codziennie" z 1.02.2014.



WANDA ZWINOGRODZKA - Absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Do 1990 r. pracowała w macierzystej uczelni, współpracowała jednocześnie z Instytutem Sztuki i Instytutem Badań Literackich PAN.
W 1984 roku zadebiutowała jako publicystka na łamach podziemnej „Arki” (pod pseudonimem „Zofia Krzyżanowska”). W 1990 była współzałożycielką i redaktorką „Tygodnika Literackiego”, w latach 1991-1992 pracowała w redakcji miesięcznika „Dialog”. W 1991 roku stypendystka National Forum Foundation w USA. W latach 1991 – 1993 członek Rady Promocyjnej Fundacji Kultury.
Od 1989 do 1994 była stałą recenzentką teatralną „Gazety Wyborczej”. Jest autorką kilkuset tekstów z rozmaitych dziedzin historii i krytyki kultury (teatr, literatura, film, życie kulturalne i obyczajowe, mity świadomości zbiorowej i fenomeny świadomości potocznej) drukowanych w ciągu kilkudziesięciu lat na łamach różnych czasopism m.in. „Arki”, „Dialogu”, „Pulsu” (Londyn), „Mówią Wieki”, „Pamiętnika Teatralnego”, „Tygodnika Literackiego”, „Gazety Wyborczej”, „Zeszytów Literackich”, „Tygodnia Polskiego” (Londyn), „Teatru”, „Literatury na Świecie”, „Gazety Polskiej Codziennie”, „Uważam Rze”, „Na Poważnie”.
Od 1994 do 2012 r. pracowała w TVP. W latach 2006-2012 była kierownikiem artystycznym Teatru Telewizji, a w latach 2006-2008 także zastępcą dyrektora Agencji Filmowej TVP S.A. ds. artystyczno-literackich. Uruchomiła wówczas nowy cykl emisyjny Teatru Telewizji – „Scenę Faktu”, gdzie pokazywano spektakle dokumentalne będące rekonstrukcją wydarzeń z najnowszej historii Polski, w tym tytuły tak głośne jak Inka 1946, Śmierć rotmistrza Pileckiego, Afera mięsna, Prymas w Komańczy. 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Natalia Tokarczyk o "Łączce"


Na stronach portalu internetowego ARCANA można przeczytać omówienie tomiku Łączka. Jego autorką jest Natalia Tokarczyk.
Z tekstem recenzji można zapoznać się TUTAJ.



sobota, 18 stycznia 2014

Robert Tekieli o "Łączce"


Na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" ukazała się recenzja Łączki. Autorem tekstu jest Robert Tekieli. 
Niżej jego fragment.


Robert Tekieli
Kiedy wstałem, tłukło ołowiem

Ukazał się kolejny tom poezji Przemysława Dakowicza. Jego tytuł Łączka mówi wiele o tematyce tych wierszy, jednak to nie jest okolicznościowa poezja patriotyczna, ale ascetyczna w tonie i wybitna artystycznie twórczość, oddająca sprawiedliwość skrzywdzonym przez historię.

„Schodzą się. Z dziurami w głowach, w klatkach/na serce. Zsuwają ze strychów, z poddaszy./Uchodzą z okrążenia, wymykają się obławie”. Żołnierze Wyklęci. Bohaterowie, „chrząszcz nosił ich na plecach”. „Takich malutkich, wysuszonych, łaknących”. 

Oto bohaterowie wierszy Dakowicza: Hieronim Dekutowski „Zapora”, skazany na siedmiokrotną karę śmierci, Witold Pilecki, jeden z najdzielniejszych żołnierzy czasów nowożytnych, ppor. Antoni Wodyński „Odyniec” – bohaterowie, najodważniejsi spośród naszych przodków. Poezja Dakowicza jest ascetyczna, bo ciężar, który musi unieść, przekracza siły wyobraźni, przekracza siły naszej polskiej wspólnoty. „Skostniałe dłonie, grunt/jak kość, wirują płatki śniegu,/kołaczą w głuche wieko:/hej, jest tam kto?”. Na szczęście zaczynamy jako zbiorowość oddawać im sprawiedliwość. Dopóki jednak w każdym dużym mieście nie staną pomniki Żołnierzy Wyklętych w miejsce zakłamujących historię czterech śpiących, w miejsce Berlingów i Świerczewskich, dopóty pokolenie Solidarności nie będzie mogło spojrzeć sobie w oczy ze spokojem. Zaciągnęliśmy wielki dług. Dzięki Żołnierzom Wyklętym, dzięki powstańcom Warszawy nie byliśmy kolejną sowiecką republiką. Poezja Dakowicza spłaca te nasze zobowiązania pamięci. I Dakowicz robi to w sposób poruszający serca.

[całość w "Gazecie Polskiej Codziennie" z 16 stycznia 2014 r.]



Robert Tekieli - ur. w 1961; współzałożyciel i redaktor naczelny "bruLionu"; były członek Rady Programowej TVP (1998-2005), przez pewien czas jej przewodniczący; pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego tygodnika "Ozon"; obecnie publicysta "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie"; ostatnio wydał książki Zmanipuluję cię kochanie oraz Egzorcyzmy i opętania.

sobota, 11 stycznia 2014

"Łączka" - gdzie kupić książkę


"Łączka" jest już dostępna w kilku sklepach internetowych. 
Poniżej lista księgarń, w których można kupić książkę.
Aby przejść do wybranej księgarni, należy kliknąć w jej logo.

http://www.ksiegarnia.arcana.pl/Przemyslaw-dakowicz-laczka,1406.html#post

http://prus24.pl/bookstore,catalog,ksiazki.html?author=3889

http://www.poczytaj.pl/278173

http://multibook.pl/pl/p/Przemyslaw-Dakowicz-Laczka/3513

http://www.eksiegarnia.pl/Laczka-Dakowiczoptw;s,karta,id,318198

http://ksiegarnia-meritum.pl/index.php?route=product/product&product_id=52&search=dakowicz

wtorek, 7 stycznia 2014

Jan Pospieszalski o "Teorii wiersza polskiego"


W artykule Jana Pospieszalskiego Subiektywne kalendarium kultury 2013, opublikowanym na łamach "Przewodnika Katolickiego" (2014, nr 1), znalazło się kilka zdań na temat książki Teoria wiersza polskiego.

Z całym tekstem można się zapoznać TUTAJ.

sobota, 4 stycznia 2014

Wojciech Wencel o "Łączce"


Na łamach "Gościa Niedzielnego" (2014, nr 1) ukazał się felieton Wojciecha Wencla pt. Hortus conclusus. Rozmyślania nad tomem wierszy "Łączka".

Tekst można przeczytać TUTAJ.

wtorek, 31 grudnia 2013

Piotr Wiktor Lorkowski o "Teorii wiersza polskiego"


Na stronach portalu wNas.pl opublikowana została recenzja Teorii wiersza polskiego. Jej autorem jest trójmiejski krytyk Piotr Wiktor Lorkowski.
Tekst można przeczytać TUTAJ.



wtorek, 24 grudnia 2013

Miejsce dla wędrowca






25 grudnia 1940 r. w polskojęzycznym dzienniku „Czerwony Sztandar”, wydawanym w okupowanym przez Sowietów Lwowie, ukazał się artykuł F. Oleszczuka pt. Boże narodzenie i „święta” zimowe. Można się było z niego dowiedzieć, że „wierzący chrześcijanie obchodzą tak zwane »boże narodzenie«”, mimo iż „nauka ustaliła już dawno, że Chrystus – był postacią zmyśloną, mityczną”. „Zbierając pracujących do kościoła duchowieństwo corocznie otumania ich opowieściami religijnymi […] nakazuje im cierpieć, pokornie znosić ucisk kapitalistyczny” – dowodził autor tekstu i wzywał czytelników do przeciwdziałania: „Obowiązkiem świadomych obywateli naszego kraju jest wyjaśnić tym pracującym, którzy wierzą, jaką szkodę przynoszą święta religijne”.
Polskich mieszkańców „naszego kraju”, czyli południowo-wschodnich ziem II Rzeczypospolitej, zwanych wtedy dla niepoznaki Zachodnią Ukrainą, trudno było jednak przekonać do nowej, czerwonej wiary – uparcie trzymali się zwyczajów wpojonych im przez matki i ojców. Boże Narodzenie było bowiem od wieków, szczególnie zaś od chwili, kiedy Polska utraciła niepodległość, świętem nie tylko religijnym, ale także narodowym. A spośród dni świątecznych bodaj najbogatszym w znaczenia, najbardziej zrytualizowanym i zrośniętym z polskim obyczajem, z narodową symboliką i uczuciowością, był dzień wigilijny. W Wigilię cała Polska – mimo że formalnie nie istniejąca, bo „rozebrana” przez potężnych sąsiadów -  spotykała się przy wspólnym stole. Wygnańcy na jeden wieczór odzyskiwali dom, więźniowie wolność, a wątpiący – wiarę w ukryty sens dramatycznych losów tej zbiorowości, która od dziesięcioleci musiała wciąż na nowo składać historii daninę krwi.


Leży Polska w żłobie

 Józef Czapski tak wspominał Wigilię obchodzoną w grudniu 1939 r. w obozie dla polskich oficerów w Starobielsku: „Nie wiem skąd i nie wiem jak, bo sam wówczas niedawno wyszedłem ze szpitala, podostawali koledzy nawet małe świerczki; każda prycza i każda sala urządzała wigilię. Był nawet opłatek i na nim scena: święta Rodzina, którą skomponował i potrafił z formy zrobionej w sekrecie przed bolszewikami na opłatkach odbić […] polski artysta-redaktor Manteuffel”. Czapski trafił wtedy do baraku, w którym między wysokimi rzędami prycz ustawiono wąski stół, nakryty „prawdziwym obrusem”. Stół zdobiła miniaturowa choinka, a na wieczerzę wigilijną każdego z jej uczestników składała się bułka i trzy małe cukierki.
Po przełamaniu się opłatkiem więźniowie starobielscy (za kilka miesięcy ciała większości z nich powędrują do ziemi) intonują kolędy – „bojcy ani politrucy nawet nie decydują się ingerować i giną na ten jeden wieczór z horyzontu”. Jeden z oficerów deklamuje Redutę Ordona i fragment Pana Tadeusza, inny, porucznik Radoński, nauczyciel gimnazjalny z Warszawy, wygłasza „bożonarodzeniowy” fragment Wyzwolenia Wyspiańskiego, zaczynający się od słów: „O Boże, pokutę przebyłem / i długie lata tułacze; / dziś jestem we własnym domu / i krzyż na progu znaczę. // Krzyż znaczę Boży nie przeto, / bym na się krzyż przyjmował; / lecz byś mnie, Boże, od męki, / od męki krzyża zachował”.
W urywku owym, jak po wielekroć w polskiej kulturze, Golgota rzuca cień na Betlejem, narodziny splatają się z cierpieniem i śmiercią. Konrad z cz. III Mickiewiczowskich Dziadów wygłasza swoją bluźnierczą improwizację nocą z 24 na 25 grudnia. W wigilijny mrok, który niebawem pierzchnie w blasku Narodzenia, rzuca i te słowa: „Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony; / Ciałem połknąłem jej duszę, / Ja i ojczyzna to jedno. / Nazywam się Milijon – bo za milijony / Kocham i cierpię katusze. / Patrzę na ojczyznę biedną, / Jak syn na ojca wplecionego w koło; / Czuję całego cierpienia narodu, / Jak matka czuje w łonie bole swego płodu”. Ksiądz Marek, tytułowy bohater dramatu Słowackiego, poucza wodzów konfederacji barskiej opuszczających Bar, że Polska ma w dziejach doniosłą rolę do spełnienia, ale wpierw musi przejść chrzest krwi, że nie będzie narodzin bez krzyżowej męki: „tu leży polska w żłobie / Lecz Polska, nie tego wieku, / Żywa – nie przez nasze czyny. / Szanuj sen świętéj dzieciny, / Która, gdy oczy otworzy / A uczuje boleść ciała; / Najpierw będzie płakała, / Taka ją ciemność zatrwoży / Z naszych grobów uczyniona, / I brak matczynego łona / Tak ją w żłobeczku rozkwili”.

 
Wigilie wygnańcze, Wigilie więzienne
Między końcem wieku XVIII a czasami nam współczesnymi niemal każde pokolenie Polaków doświadczało goryczy emigracji, wygnania lub uwięzienia. Wigilie na uchodźstwie przyszło spędzać uczestnikom insurekcji kościuszkowskiej i powstańcom listopadowym, żołnierzom-tułaczom obu wojen światowych, wreszcie emigrantom politycznym po 1939 i 1944, a potem – w latach 80. XX stulecia – emigrantom epoki stanu wojennego.
Jako chwilę niemal namacalnego kontaktu z ojczyzną opisywał Wigilię 1942 r., urządzoną na irackiej pustyni, jeden z żołnierzy 5. Kresowej Dywizji Piechoty: „W dolinie spadającej w kierunku rzeki Alwan, która swe wartkie wody niosła do Eufratu, czaił się już zmrok. Na zygzakach gór dogasał dzień, pozostawiając lekki woal różu. Arabowie w pobliskim miasteczku Khanaquin z pewnością przewracali się już na drugi bok, albo czołem bijąc o ziemię odmawiali wieczorne pacierze”. Irackie palmy i pustynny powój spełniały rolę choinek. Zamiast przy stołach, żołnierze usiedli przy szarych kocach rozłożonych wprost na piasku. By siedzącym było wygodniej, wzdłuż koców wykopano prowizoryczne doły. Dopiero odśpiewywane chóralnie tradycyjne kolędy pozwoliły przenieść się myślą z obcych stron w przestrzeń swojską, w atmosferę domowego spokoju i bezpieczeństwa.
Nie każda wygnańcza Wigilia miała oprawę tak uroczystą. Niektórzy spędzali ją w całkowitej samotności – jak polski lotnik walczący w Anglii, Gustaw Radwański, który 23 grudnia 1940 r. notował w swoim dzienniku: „Jutro, zanim zapali się gwiazda wigilijna, wylecę na jej spotkanie. Przebiję chmury, jeśli znajdą się na drodze, aż ujrzę nad sobą błękit czystego nieba. Zostawię na ziemi mój żal i gorycz, całą boleść wspomnień, wszystkie jady wojenne. Obrócę na wschód i tam, na granatowym bezbrzeżu przyszłości, powitam gwiazdę wigilijną”.
Zupełnie inny przebieg miała późniejsza o pięć lat namiastka Wigilii w jednym z obozów pracy w Workucie, gdzie więziony był Władysław Zarzycki, były komendant Garnizonu miasta Wilna. W trakcie przygotowań do procesu „szesnastu” (notabene, jeden ze skazanych w tym procesie, gen. Leopold Okulicki, 24 grudnia 1946 został zamordowany przez NKWD) odmówił on współpracy z sowieckimi śledczymi, za co zapłacił jedenastoletnim pobytem na zesłaniu. W przeddzień Bożego Narodzenia 1945 kilkunastu więźniów polskich z Zarzyckim na czele spotkało się w opuszczonym obozowym baraku. Jednemu z nich udało się przemycić kawałek chleba, którym dzielili się jak opłatkiem. Szeptem odśpiewali dwie kolędy, by następnie potajemnie rozejść się do baraków.
A jak wyglądały Wigilie więźniów Oświęcimia i Dachau, Wigilie przesłuchiwanych we lwowskich Brygidkach i na Zamarstynowie, na Łubiance i w Butyrkach, Wigilie torturowanych na Pawiaku i na zamku lubelskim, Wigilie w setkach katowni Gestapo, NKWD i UB?
Odpowiedzią na owo pytanie jest milczenie. Milczenie głębokie jak sama śmierć.


Świętych obcowanie

W kulturze polskiej, podobnie jak w kulturze innych  ludów słowiańskich, na zawsze splotły się ze sobą Wigilia i „dziady”. Przez wieki wierzono, że właśnie w wigilijny wieczór zmarli nawiedzają swoich bliskich żyjących. Jedno  miejsce przy stole pozostawiano wolne nie tylko dla zbłąkanego wędrowca, dla konspiratora czy powstańca, ale także dla tych wszystkich, którzy przychodzić mieli ze świata duchów, a to znaczy także: z przestrzeni symbolicznej dla całej polskiej wspólnoty. Z kołków i gwoździ wbitych w ściany izb ściągano wiszące na nich przedmioty, by pozostawić miejsce dla dusz. Każdy, kto siadał do stołu, dłonią „omiatał” ławę lub „zdmuchiwał” z niej duszę zmarłego. Jednym z popularnych zwyczajów, które przetrwały aż do I wojny światowej, było wyściełanie podłogi słomą – wierzono, że duszom łatwiej jest stąpać po miękkim.
Wincenty Pol pisał w Pieśni o domu naszym: „I trzy krzesła polskim strojem /Koło stołu stoją próżne, / I z opłatkiem każdy swoim / Idzie do nich spłacać dłużne, / I pokłada na talerzu / Anielskiego chleba kruchy; / Bo w tych krzesłach siedzą duchy, / Co z ojczyzną są w przymierzu. / Bo o dniu tym w sercu wiedzą - / Więc go święcą z nami społem”.
Kto święci ten dzień z nami tu i teraz, w grudniu 2013 roku? Kto siada z nami przy stole? I po co siada, co nam chce powiedzieć? Czy patrzy na nas z aprobatą, czy z wyrzutem? Czego się od nas domaga, jeśli w ogóle na cokolwiek jeszcze liczy?
Dobrze byłoby, gdybyśmy pochylając się nad betlejemskim żłóbkiem, potrafili odpowiedzieć na te fundamentalne pytania. Tylko wtedy staniemy bowiem przed szansą rozpoznania, skąd idziemy, kim jesteśmy i co powinniśmy czynić, by nie utracić łączności z własną przeszłością, by nie zaprzepaścić bezpowrotnie komunii zmarłych i żyjących.

 


[rozszerzona wersja artykułu opublikowanego w "Gazecie Polskiej Codziennie" z 24.12.2013]