Tekst recenzji można przeczytać, klikając w poniższy obrazek.
wtorek, 21 maja 2013
Recenzja "Teorii wiersza polskiego" w tygodniku "Do Rzeczy"
Tekst recenzji można przeczytać, klikając w poniższy obrazek.
piątek, 17 maja 2013
Robert Tekieli o "Teorii wiersza polskiego"
Na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" ukazała się recenzja Teorii wiersza polskiego. Jej autorem jest Robert Tekieli. Poniżej jej tekst.
Krótką rozmowę o Teorii będzie można obejrzeć w niedzielnym programie Mateusza Matyszkowicza Literatura na trzeźwo w Telewizji Republika (emisja o g. 13:45 i 22:30).
Atrament i krew
Nowy tom poetycki Teoria wiersza polskiego Przemysława Dakowicza jest książką zbędną. Jednak troska o zbędne, piękne przedmioty jest miarą naszego humanizmu. Określa miarę naszego człowieczeństwa.
Na okładce zdjęcie z członkami Komisji Technicznej PCK wykonane w Lesie Katyńskim w kwietniu 1943 r. Wiersze Dakowicza są bowiem osadzone w realnej historii naszego kraju. Musimy być narodem nieszczęśliwym do głębi, skoro poezja musi traktować o kwestii alkoholu endogennego. Musimy być chorym narodem, skoro rozmowa poety z Mickiewiczem, Słowackim, Norwidem, Herbertem, dotyka nas sarkazmem: „Zabijcie poetę, narodzi się nowy. I co z tego”. Książki są papierowe.
Przemysław Dakowicz jest poetą, krytykiem literackim, historykiem literatury, adiunktem w Katedrze Literatury i Tradycji Romantyzmu Uniwersytetu Łódzkiego. Jego władza nad poetyckim słowem jest bezdyskusyjna. Tom składający się z gatunkowo drastycznie różnorodnych wierszy jest właściwie poematem. Poematem o bezsilności poezji. Doskonałą konstrukcją. Katedrą z liter. Opowieścią o skuteczności zabijania pamięci, która przypomina zapomniane.
Poeta zabiera nas do świata, „gdzie bagnetu nie odróżnisz od języka ognia”, gdzie „tympanony płyną w niebo”, gdzie posągi „mierzą do siebie krowimi plackami”. I niczemu się nie dziwmy, bo „jesteśmy Popaprańcy Boży w drodze do Domu, którego Nie Ma”. Łubianka, kazamaty NKWD, proces szesnastu, trup podmiotem lirycznym – taka jest ta poezja. A jaki jest piszący ją poeta? „Poeta zapomina, myli daty i fakty, miesza skutek z przyczyną, nadrabia miną i garniturem”. Cóż, teoria wiersza polskiego jest prosta, wynika z pragmatyki przemocy i krwi.
Robert Tekieli
Robert Tekieli - ur. w 1961; współzałożyciel i redaktor naczelny "bruLionu"; były członek Rady Programowej TVP (1998-2005), przez pewien czas jej przewodniczący; pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego tygodnika "Ozon"; obecnie publicysta "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie"; ostatnio wydał książki Zmanipuluję cię kochanie oraz Egzorcyzmy i opętania.
wtorek, 14 maja 2013
Łączka
![]() | |
żródło: ipn.gov.pl |
W
poniedziałek 13 maja rozpoczęła się druga tura prac ekshumacyjnych na
Wojskowym Cmentarzu Powązkowskim. W tajnych dołach kwatery "Ł", pod
"oficjalnymi" grobowcami na powierzchni, spoczywają ciała bohaterów
antykomunistycznego ruchu oporu z lat 40. i 50. Dobywamy ich szczątki,
by odbudować własną pamięć i tożsamość.
Poniżej znajdzie czytelnik wiersz z cyklu Łączka, opublikowany w najnowszym numerze krakowskich "Arcanów".
Hortus conclusus
Ja, Vigilius Lodziensis, stróż nocny
niedosypiający w Polsce, czyli nigdzie,
w bezsennym zwidzie szarawej
godziny, kiedy zmierzch głowy
zdejmuje gipsowym aniołom, w ogród
wstąpiłem i przemierzając puste ścieżki,
szukałem dla siebie kwatery. Żywe,
rozgłośne jest ciało miasta, lecz intra
muros tylko cisza z tobą gadać będzie.
Krokiem bieżałem śpiesznym, bo wieczór
wchodził i znikał, zapadał się widzialny
świat. Śnieg skrzypiał mi pod butem,
mróz skubał kości, myśl w te się układała
słowa: gdzież ci kwatery? gdzie domu,
posłania, leża, barłogu? tu cisza bieli,
szmery mroku, tu pusty sklep, licha spelunka
ze stalaktytem mrozu u szarej powały,
u czarnego sufitu, pod drżącym niebem
Północy, pod zimną ścianą Wschodu.
Mimo to szedłem, krokiem szedłem żwawym
tam, gdzie kolumny, stelle, architrawy
pod czapą śniegu rosną z nagiej ziemi,
tam biegłem, śpiesząc zwodzonymi
mosty, kobiercami kwiatów zgniłych,
niewidzialnych, których korzenie, snem
zmorzone, pod ziemią rosły, tam, w ziemi,
się grzały, byłem niesiony, w śnieg
się zapadałem, bo noc zapadła, mało co
widziałem, lecz droga moja tak mi była
znana, że z zawiązanym okiem trafiłbym
po zmroku, gdyby za rękę ktoś mnie
powiódł w ciszy. Taka to podróż była
niesłychana, taka pielgrzymka, nocna
eskapada pod senną chmurą, w zaspach,
w zapomnieniu, wędrówka blada, z biodrem
przetrąconym, z kością skubiącą, z szczękającą
szczęką, z zębem spróchniałym, ze zwichniętą
ręką, z nogą złamaną, wleczoną po lodzie,
w ciemnościach, w ciszy, o głodzie i chłodzie,
bez przewodnika, z astrolabium żalu, z solą
w krwawym oku. A przecie szedłem
w całunowej bieli, w wieczornym kirze,
z lampką pamiętania w kwaterę brata
mego, w moje własne leże, w pielesze
zimne, zmarzlinami skute, w dół śmiechu,
w dom ten bezdomny, w zapomnienia ściany.
Biegnąc pytałem: czyli brat twój cały?
czy ci się brata krzyki nie zwidziały,
czy ci się jęki nie śniły w ogrodzie,
gdy słońce grzało, gdy nad łąką leśną
motyl polatał i kwiat woń rozsiewał?
czy żyjesz jeszcze, czy wchodzisz
do grobu? Lecz dążyłem dalej, pewien,
że wołano, a mnie być przyszło stróżem brata mego.
A brata miałem, bracia, szalonego, brata,
co życie postawił na szali i życie przegrał,
ale je ocalił, a będąc martwy żył i wołał
gromko, bym bieżał, pędził, szukał go
po zmroku, wstrząsany łkaniem, z solą
w krwawym oku. Sam głowę chciałem
złożyć gdzieś pod krzakiem, na zimnej płycie,
w glinie, pośród liści, gdzie jeż samotnik
wydeptuje ścieżki, gdzie kret tunele
w czarnej kopie ziemi, zając w korzenie
stuka i wiewiórka w szeleście mieszka,
stale będąc w ruchu. Szedłem przez ogród,
a nie mogłem znaleźć domostwa brata i własnej
kwatery. I wydał mi się ogród labiryntem
(mosty zwodzone i zwodzeni stróże),
chodziłem w kółko, miałem coś z błędnikiem,
ziemia nade mną zamknęła się z hukiem
i głos przemówił: mieszkamy tu w dole,
w powietrzu znajdziesz nas, znajdziesz
i w wodzie, w ogniu, w pogoni wiatru,
w drzew skrzypieniu, mieszkamy nigdzie,
nasz barłóg w ciemności, szumią nasze kości
w poszyciu leśnym, z łąką dobrą w zgodzie
żyjemy tu, warstwa na warstwie. Biegłem,
śpieszyłem, brnąłem w kopne śniegi, w błędne aleje,
w ścieżki rozwidlone, w ciemność, zbyt ciemną
dla poszukiwaczy, przez powalone pnie, błotne
kałuże, przestrzenie ciasne, okna blindowane,
w krzyki i płacze, w podzwanianie kluczy,
w judaszu srebrnym w krwawe oko nocy,
w ziemiste ciała, w zatrzaśniętą bramę
i w miasta żywą, rozjątrzoną ranę.
luty 2013
niedziela, 12 maja 2013
O literaturze polskiej w wieku dwudziestym pierwszym (2)
[Odpowiedź na ankietę "Arcanów"]
część pierwsza => czytaj
część pierwsza => czytaj
Kiedy
zastanawiam się nad skalą manipulatorskich zabiegów, jakim poddana
została świadomość Polaków w minionym stuleciu, przychodzi mi na
myśl reprezentatywny przykład komunistycznego fałszu,
reprezentatywny, bo wcale nie nadzwyczajny, po prostu wpisujący się
w wieloletnią strategię powielania nieprawdy, wykrzywiania obrazu
świata. Jest to zarazem exemplum swoistego kolportażu
kłamstwa, które rozchodzi się coraz szerszymi kręgami,
obejmuje i zagarnia wszystko i wszystkich. Myślę o fragmencie
tekstu interpretującego powieść Popiół i diament,
zawartego w używanej niegdyś przez nauczycieli polonistów
książeczce Jana Detko z serii „Biblioteka Analiz Literackich”.
Książeczki tego rodzaju stanowiły przez całe dziesięciolecia
niezbędną pomoc w prowadzeniu lekcji języka polskiego w szkołach
ponadpodstawowych, narzucały jednorodny obraz rzeczywistości
historycznej, wyznaczały czytelne podziały, dopomagały młodym
ludziom w opowiedzeniu się po „właściwej” stronie. Oto
rzeczony fragment:
Po wyzwoleniu rozszerzają się wpływy PPR. Natomiast
obóz burżuazyjno-obszarniczy znajduje się w odwrocie. Rozmachowi
programu PKWN, olbrzymiej, twórczej, pozytywnej pracy obozu
demokratycznego potrafił on przeciwstawić jedynie bezpłodną
negację i bandycki terror. Był to obóz bankrutów, który
rozsadzały narastające wciąż sprzeczności wewnętrzne, a przede
wszystkim potęgujące się stopniowo dążenie podstawowej masy
członków organizacji podziemnych do wyjścia z konspiracji i
włączenia się do odbudowy kraju.
Obóz reakcji jednoczyła nienawiść do władzy
ludowej, do ugrupowań postępowych. Walcząc przeciwko nim już w
okresie okupacji, reakcja kontynuuje swoją działalność także po
wyzwoleniu wschodnich ziem polskich. Ani na chwilę nie rezygnuje ze
zdobycia władzy. Sabotuje i bojkotuje zarządzenia władzy ludowej,
stara się przeszkodzić stabilizacji i normalizacji życia
politycznego i gospodarczego.
[…] Na wielu terenach nastąpiła koncentracja
reakcyjnych oddziałów zbrojnych, mnożyły się zamachy na
działaczy i aktywistów PPR, oficerów politycznych Wojska Polskiego
i pracowników administracji państwowej. W miastach zaczęły
działać organizacje terrorystyczne. […]
Przypomnieliśmy tutaj nieco historii, gdyż utwór
Andrzejewskiego tak mocno jest w niej osadzony, że bez tej
konfrontacji nasza późniejsza analiza nie byłaby w pełni jasna.
Ileż
kłamstw w czterech krótkich akapitach! Nie będę ich jednak
wymieniał i poddawał analizie. Na coś innego chciałbym zwrócić
uwagę. W umyśle dziecka interpretującego utwór Andrzejewskiego
fałsz produkowany i kolportowany przez komunistów miał strukturę
wielopiętrową. Popiół i diament zawierał skrajnie
wykrzywioną wizję rzeczywistości pierwszych miesięcy powojennych
(zresztą, wiele wskazuje na to, że do napisania książki skłonił
Andrzejewskiego sam Jakub Berman; być może dostarczono pisarzowi
także konkretnych informacji pochodzących z materiałów
operacyjnych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego). Owo kłamstwo
źródłowe potwierdzone zostało następnie autorytetem akademickim,
zyskało sankcję profesjonalną — nauczyciel mógł mniemać, że
badawcza rzetelność stanowi tu gwarancję prawdziwości sądów na
temat polityki i historii. Zresztą, nawet jeśli myślał inaczej,
musiał zważać na własne słowa. Komunikat trafiający do ucznia
był więc sygnowany trzykrotnie (Andrzejewski, Detko, polonista).
„Terroryści — powtarzał uczeń przygotowujący się do matury —
rozmach programu PKWN”. I tak przez czterdzieści lat z okładem,
bo Popiół i diament znajdował się w wykazie lektur jeszcze
po roku 1989.
Ile
przez cały czas trwania Polski Ludowej takich powieści, takich
potwierdzonych autorytetem Akademii interpretacji, takich nauczycieli
i uczniów powtarzających i reprodukujących, niekiedy w najlepszej
wierze, założycielskie kłamstwo komunistów? Jak wiele pokładów
tego wszechobecnego fałszu w naszych myślowych przyzwyczajeniach, w
kreowanym przez lata obrazie świata?
Powojenna
literatura polska była literaturą afatyczną.
Przypominała człowieka, który w wyniku traumatycznych przeżyć
utracił możność artykułowania dźwięków. Powojenna literatura
polska (myślę tu, oczywiście, o twórczości krajowej wydawanej w
obiegu oficjalnym) milczała o sprawach najważniejszych dla bytu
wspólnotowego. W pewnym stopniu pozostała taka do dziś, bo
określenie „poeta patriotyczny”, podobnie jak określenie „poeta
katolicki”, jest powszechnie odbierane jako sygnał podrzędności,
staroświeckości i artystycznej wtórności. Z kimś takim się nie
dyskutuje, wzrusza się ramionami. Kurtyna milczenia, jaką w latach
czterdziestych ubiegłego wieku spuszczono na tragedię Polaków, ma
pozostać na swoim miejscu, aż ostatni uczestnicy tamtych wydarzeń,
ostatni żyjący świadkowie zabiorą do grobu swoje niespisane
historie.
Z
komunizmu wychodziliśmy jako ludzie bez właściwości, niepomni
własnych początków, wytrzebieni, z wdzięcznością przyjmujący
reglamentowaną wolność. Ktoś zadbał o wytworzenie mechanizmów
mających chronić status quo przed krytyczną analizą.
Wmówiono ludziom, że istnieje określona grupa predestynowana do
interpretacji faktów, postaw, wydarzeń politycznych i
historycznych. Pozostali mogą co najwyżej kolportować
interpretacje wytworzone w owym nieformalnym centrum. Na poziomie
literatury i nauki, w tym nauki o literaturze, funkcjonuje to
identycznie jak w publicystyce: nikt, kto bezpośrednio nie
uczestniczył w wydarzeniach, które poddaje opisowi, nie ma prawa
oceniać postaw ludzkich, procesów społeczno-politycznych, wyborów
ideowych i moralnych etc. Jako trzydziestopięciolatek zajmujący się
życiem literackim w Polsce Ludowej mogę co najwyżej prezentować
fakty (jeśli dobiorę je „niewłaściwie”, spotka mnie krytyka).
Niedopuszczalne jest „ferowanie wyroków”. Dlaczego? Ponieważ —
tak mówią, tak krzyczą — nie uczestniczyłem, a to oznacza: nie
rozumiem, nie jestem w stanie pojąć mnogości uwarunkowań. Dlatego
każdy element oceny, jaki pojawi się w moim tekście, jest
automatycznie kwalifikowany jako przejaw „mentalności
prokuratorskiej”. Nie mam prawa być prokuratorem, nie mam prawa
rozliczać i poddawać ocenie. Ale ja nie chcę być prokuratorem.
Chcę sobie (i innym nierozumiejącym) wytłumaczyć, na czym to
wszystko polegało. Nie tylko nie mogę zrezygnować z wysiłku
interpretacji, ja muszę interpretować, by prawidłowo rozpoznawać
własne miejsce w historii. Inaczej stanę się jedynie obiektem
manipulacji, ktoś inny będzie decydował, co dla mnie dobre.
Napisałem
wyżej, że wstąpienie do Unii Europejskiej to początek drugiego z
procesów dewastujących współczesną polską kulturę. Dlaczego
tak sądzę? Unia oferuje nam wyrazisty projekt tzw. nowoczesności,
na przyjęcie której nie jesteśmy po prostu gotowi. Największe
liberalne dziwactwa Unii są u nas traktowane niczym prawda
objawiona. Prawdziwym Europejczykiem można być, jak myślę,
jedynie wtedy, kiedy szanuje się własne korzenie, kiedy dysponuje
się twardą tożsamością, kiedy wykonało się pracę zakończoną
„uznaniem siebie w swoim jestestwie”. Tymczasem my, nie
odzyskawszy samoświadomości, nie nawiązawszy pełnego kontaktu ze
źródłami, od których odciął nas komunizm, ochoczo
przyklasnęliśmy kolejnemu biegowi w świetlaną przyszłość, bez
oglądania się wstecz. Unijna uniformizacja (prawna, budżetowa,
kulturowa) przyczynia się de facto do konserwacji
nieszczęsnego stanu postkomunistycznej przejściowości. Konstatacja
ta odnosi się, jak mniemam, również do zjawisk z zakresu
literatury.
Zadanie
odbudowania polskiej literatury narodowej jest, być może, zadaniem
niewykonalnym. Dlaczego? Ponieważ ponowczesność, w której żyjemy,
nie sprzyja twardym tożsamościom. Jej obsesją jest otwarcie,
wolność od zobowiązań, brak zakorzenienia. Czy w takim świecie o
nieostrych konturach, świecie labilnym i
płynnym, możliwe jest zrekonstruowanie i ocalenie polskiego
“genotypu” kulturowego? Nie potrafię odpowiedzieć na to
pytanie. Z pewnością działalność zmierzająca do odtworzenia i
przedstawienia w kulturze tego, co czyni nasze doświadczenie
historyczne unikalnym, spotka się z nieprzychylnymi reakcjami.
Trzeba nam zrozumieć, że całkowite zamknięcie się na adwersarzy,
uczyni naszą aktywność przeciwskuteczną. Nie chodzi o postawę
kapitulacyjną, nie chodzi o to, że literatura narodowa powinna stać
się częścią postmodernistycznej kultury chaosu — nie da się
przecież prowadzić dialogu z kimś, kto bełkoce. Myślę, że mamy
jednak obowiązek poszukiwania języka, który trafiłby nie tylko do
przekonanych, ale także do tych, którzy wahają się, mają
wątpliwości. Jeśli „polska literatura
narodowa” ma się odrodzić, musi stać się atrakcyjna i
nowoczesna. Pisarz, który chce ją współtworzyć, powinien zdać
sobie sprawę z ograniczeń i pułapek, jakie nań czekają. Nie
wolno mu bezrefleksyjnie powielać tradycyjnych sposobów
wysłowienia, musi zdobyć się na wysiłek umieszczenia treści
wspólnotowych w kontekście współczesnym; nie może być
literackim etnografem, musi dążyć ku nowym lądom, nie zapominając
przy tym, skąd idzie, gdzie jest jego początek. Tylko w ten sposób
uda się wykonać zadanie z pozoru niewykonalne: połączyć
przeszłość z teraźniejszością i przyszłością, związać ze
sobą dwa końce owej „nici przypomnienia i
związku”, o której pisał Mochnacki.
Żyjemy
w czasach archeologicznych. Poznawanie dwudziestowiecznej
historii Polski przypomina dziś pracę archeologa. Kto chce znać
prawdę, musi ją wydrzeć spod ziemi, spod zwałów trwającej
czterdzieści pięć lat roboty propagandowej, przykrawającej
rzeczywistość zgodnie z wymogami sowieckiej propagandy. Tak wielu
umarło, nie pozostawiając świadectwa, z kneblem goryczy w gardle.
Żyjemy
w epoce identyfikacji. Nie sądzę, by było przypadkiem, że
od czasu tragedii smoleńskiej wciąż mówimy o identyfikacjach,
badaniach DNA i potwierdzaniu tożsamości. Myślę, że głęboki
potencjał symboliczny związany jest z faktem semantycznego
nakładania się na siebie tamtych smoleńskich ekshumacji,
identyfikacji i powtórnych pochówków oraz badań archeologicznych
prowadzonych na kwaterze „Ł” Cmentarza Powązkowskiego w
Warszawie, gdzie spoczywają najwięksi bohaterowie
antykomunistycznego podziemia. Dobywamy ich ciała z ziemi, oglądamy
i badamy ich doczesne szczątki, by po raz wtóry nadać im imiona,
ale także po to, by zrekonstruować własną pamięć i tożsamość.
W ciszy dokonuje się zrastanie tego, co zostało złamane i
rozczłonkowane (w cytowanym fragmencie rozmowy z Torańską Jakub
Berman mówił właśnie o „łamaniu”).
W
wierszu Piosenka o guzikach, napisanym tuż po 10 kwietnia
2010, nawiązywałem — czego nie zauważono — do znakomitego
Pogrzebu kapitana Meyznera Juliusza Słowackiego. W utworze
tym autor Beniowskiego przedstawia, między innymi, scenę
identyfikacji ciała dawnego powstańca listopadowego. Przywołując
utwór romantyczny, chciałem symbolicznie połączyć krwawą nić
teraźniejszości z bliźniaczą nicią minionego czasu, pokazać, że
nie żyjemy w próżni, jaka została po „końcu historii” (bo
historia w naszej części Europy nigdy się nie skończy). Pisałem:
„w trumnie ciało spalone twarz jak jabłko obita / i ta jedna na
światło odemknięte powieka / czy na pewno to brat nasz ten sam co
się po świecie / wczoraj z nami kołatał czy to on poznajecie /
może matka to nasza choć jej rysy zmiażdżone / w kupę gnoju
śmieciska i żelastwa rzucone / powiedz matko co robić kto ja
jestem twarz czyja / patrzy z lustra i o jaką się prawdę dobija”.
Literatura
narodowa, jeśli ma zaistnieć i nie być jedynie przedmiotem kpin i
przemilczeń, nie może ograniczać się do mechanicznego ponawiania
gestów znanych z epoki romantyzmu, nie może jedynie reprodukować
dawnej tyrtejskości i ulegać martyrologicznej egzaltacji. Nie
odrzucam tych arcyistotnych elementów tradycji, podkreślam tylko,
że w dawne, spetryfikowane struktury semantyczne musimy tchnąć
nową treść, nowe życie. Trud wspólnotowej samoidentyfikacji to
procedura bolesna, wymagająca pokory i cierpliwości.
Zadanie
stojące przed nami widzę jako wielką konieczność
opowiadania, realizowanego jako zadośćuczynienie za
dziesięciolecia milczenia, które trwało nad polską historią.
Musimy opowiedzieć sobie naszą własną historię, musimy stanąć
wobec niej wyzbyci przebrań i masek. Trzeba zmierzyć się z bólem
i traumą, nie zapominając o sprawach trudnych, o rachunku sumienia.
Literatura zaczęła się od opowiadania, od narracji. Jedną z
największych luk w polskiej kulturze dwudziestowiecznej jest
niedostatek epiki, która uczciwie, bez przemilczeń i manipulacji,
przedstawiłaby unikalność i zarazem uniwersalność naszych
dwudziestowiecznych losów. Potrzeba nam powieści-syntez, narracji,
które zdolne byłyby zawładnąć wyobraźnią zbiorową i uczynić
nasze doświadczenie zrozumiałym dla odbiorcy obcego. Praca ta winna
zresztą obejmować nie tylko sferę kultury wysokiej. Powinniśmy
zadbać o wprowadzenie bezimiennych i zapomnianych bohaterów
polskiej historii dwudziestowiecznej do literatury popularnej, do
filmu. Opowiedzieć znaczy przywrócić pamięci. Opowiedzieć znaczy
zrozumieć, również samego siebie i relację między jednostką a
zbiorowością.
Fundamentalną
pracę musi wykonać poezja. Także tutaj palącą potrzebą jest
stworzenie oryginalnego języka łączącego tradycję i
nowoczesność, zdolnego wyrazić prawdę w sposób zarazem
precyzyjny, atrakcyjny i adekwatny (chodzi mi również o adekwację
językową, uwzględniającą specyfikę ponowoczesnej percepcji —
wieloogniskowej, wielowektorowej, labilnej).
Powinniśmy
działać z gorącym sercem, chłodnym umysłem i chirurgiczną
precyzją. Tylko wtedy będziemy się mogli cieszyć trwałymi
rezultatami naszej artystycznej aktywności. Tylko wtedy stworzymy
szansę zrekonstruowania narodowej wspólnoty i odzyskania utraconej
tożsamości.
O literaturze polskiej w wieku dwudziestym pierwszym (1)
[Odpowiedź na ankietę "Arcanów"; pierwodruk: "Arcana", nr 110]
Część druga => czytaj
„Literatura
wyciągnieniem jest na jaśnią myśli narodu. W niej, że tak rzekę,
czujemy się jak po tętnie” — pisał Maurycy Mochnacki w
rozprawie O
literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym.
Konstatacje wybitnego krytyka romantycznego uczynić chciałbym kanwą
niniejszych rozważań. Argumenty i wnioski Mochnackiego brzmią dziś
zaskakująco aktualnie, choć — mogłoby się zdawać — żyjemy w
diametralnie odmiennej rzeczywistości: Polska odzyskała byt
państwowy, a twórcy korzystać mogą z pełnej swobody wypowiedzi.
Jak
definiował Mochnacki naród? „[N]ie
jest to zbiór ludzi zamieszkałych na przestrzeni określonej
pewnymi granicami. Ale raczej istotą narodu: jest to zbiór
wszystkich jego wyobrażeń, wszystkich pojęć i uczuć
odpowiadających religii, instytucjom politycznym, prawodawstwu,
obyczajom, a nawet będących w ścisłym związku z położeniem
geograficznym, klimatem i innymi warunkami empirycznego bytu”. O
conditione
sine
qua non
trwałości istnienia narodowego pisał tak: „Że
jedne narody giną i śladu po sobie nie zostawując, drugich pamięć
przechowuje się w dziejach, skądże to pochodzi? — Co sprawuje tę
tak ważną różnicę? Oto że ostatnie za dni swoich przyszły ku
uznaniu siebie w masie swych myśli i wyobrażeń, a jestestwo
pierwszych zasadzało się jedynie na zmiennych, przemijających
warunkach bytu, to jest na pewnej liczbie indywiduów, które
mieszkając w przestrzeni określonej pewnymi granicami, nigdy samych
siebie w jestestwie swoim nie uznały; uznania tego świadectw ani
piśmiennym dostatkiem, ani w dziełach sztuki potomności nie
przekazały, a tym samym żadnej reprezentacji czy to w moralnym, czy
umysłowym, czy estetycznym świecie mieć nie mogły. Takie zbiory
indywiduów są na kształt cząstek materii, zostających między
sobą w słabym związku mechanicznym, który środki mechaniczne
łątwo rozrywają i niszczą”.
Naród
nie istnieje, jeśli nie ma świadomości własnej odrębności —
powiada Mochacki. I niewątpliwie ma rację. Współczesna literatura
narodowa powinna dążyć do stworzenia nowoczesnej świadomości. Na
początku XXI stulecia każdy Polak winien mieć
możność przejrzenia się w rodzimej literaturze jak w lustrze.
Uwaga ta dotyczy także zbiorowości — społeczność żyjąca we
wspólnych granicach, posługująca się tym samym językiem, powinna
tworzyć wspólnotę. Postulat wspólnotowości
pozostanie jednak niezrealizowany, jeśli
jednostki składające się na zbiorowość będą pozbawione
łączności ze swoją historią i tradycją.
Dziewiętnastowieczny
pisarz nazywa literaturę „sumnieniem narodu”.
Rolę „współczesnej literatury narodowej”
widziałbym właśnie w ten sposób — ma ona wypełniać zadania
moralne: uświadamiać człowiekowi współczesnemu, że zajmuje
miejsce w żywej strukturze, jaką jest naród, że nałożono nań
określone powinności
(bo nie jest on monadą, nie żyje jedynie sam dla siebie), że coś
jest winien zarówno tym, którzy byli tu przed nim, jak i tym,
którzy przyjdą po nim. Nie znaczy to jednak, że literatura
pierwszej połowy XXI w. powinna stanowić proste powtórzenie
doświadczeń, form i sposobów wyrażania właściwych dla
literatury romantyzmu i epok wcześniejszych. Istnieje potrzeba
stworzenia nowego języka, adekwatnego wobec doświadczenia
nowoczesności, nie porzucającego jednak związku z tym, co w
przeszłości najcenniejsze, a co stać się może budulcem
teraźniejszości.
Po
roku 1989 niewiele wytworzyliśmy wartości
literackich, które mogłyby konkurować z najwybitniejszymi dziełami
poprzedników. Nieistotność, jednorazowość, amorficzność
literatury najnowszej jest faktem, nie znaczy to jednak, by rodzima
produkcja literacka szczególnie odbijała od tego, co dzieje się na
Zachodzie. Żyjemy w czasach, w których wszechobecność informacji,
multiplikowanie się komunikatów oraz nakładanie się na siebie i
wzajemne znoszenie odmiennych porządków estetycznych, ideowych i
aksjologicznych przyczynia się do wytworzenia semantycznego chaosu.
Pisarz tonie w nim podobnie jak wszyscy „kosumenci
kultury”. Świat współczesny żywi się bezładną mieszaniną
wartości i antywartości. Trwa w nim nieustanne pochłanianie i
zwracanie. W zaprogramowanej, nieprzerwanie rozszerzającej się
(rozszerzanej) i przepoczwarzającej (przepoczwarzanej) „płynnej
rzeczywistości” rządzi prawo równoczesności i
równowartościowości. Chaos semantyczny i aksjologiczny sprzyja
myleniu wartości prawdziwych i pozornych, znikają góra i dół,
prawo i lewo. Uczestnicy procesu historycznoliterackiego (twórca i
odbiorca) tracą rozeznanie — błahe nazywają istotnym, istone
uznają za błahe.
Tymczasem
kultura pozostaje domeną długich przebiegów czasowych. Prawdziwa
wartość dzieła krzepnie, zostaje trwale przyswojona, staje się
widoczna dopiero w perspektywie dziesięcioleci. Dlatego trudno
wyrokować, które z fenomenów tworzących dzisiejsze piśmiennictwo
zakorzenią się w kulturze. Mamy prawo podejrzewać, że będzie ich
niewiele. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że pod koniec wieku
XXI kanon literatury polskiej niewiele będzie miał wspólnego z
obecnie obowiązującymi hierarchiami.
Skąd
bierze się miałkość literatury przełomu wieków? Jej
przyczyna tkwi, jak sądzę, w nałożeniu się na siebie dwóch
procesów o charakterze dewastacyjnym, jakim podlegała i podlega
nasza kultura. Korzenie pierwszego z nich sięgają II wojny
światowej. Realizował się on najpierw w skoordynowanej akcji
niszczenia zasobów (materialnych, kulturowych, ludzkich) okupowanego
kraju przez Niemców i Sowietów, a przypieczętowany został
półwieczem rządów komunistycznych. Drugi z procesów
dewastacyjnych — paradoksalnie — pozostaje w ścisłym związku
z otwarciem się Polski na Europę, z niekontrolowanym, bezładnym i
pośpiesznym dostrajaniem się do standardów obowiązujących na
Zachodzie.
Dla
polskiej literatury wojna oznaczała hekatombę.
Życie straciło wielu pisarzy starszego, średniego i — przede
wszystkim — młodego pokolenia. Hans Frank, niemiecki Generalny
Gubernator, mówiąc o Polakach miał stwierdzić, że
„Pigmeje nie mają kultury”, a „murzyni nie piszą książek”.
Polityka niszczenia kultury i nauki polskiej, oznaczająca m.in.
fizyczną likwidację części kadry profesorskiej, była realizowana
bezwzględnie przez sześć lat okupacji. Narodowi „niewolników”
pozostawiono biblioteki pełne tanich kryminałów, za posiadanie
książki umieszczonej na liście prohibitów groziła kara śmierci.
Na ziemiach zagarniętych przez Sowiety wprowadzano „kulturę
radziecką”, surowo rozprawiając się z pisarzami „burżuazyjnymi”.
W polskojęzycznym „Czerwonym Sztandarze”, wydawanym na terenie
tzw. Zachodniej Ukrainy, drukowano teksty tak haniebne, jak wiersz
Leona Pasternaka, zawierający następującą strofę o ataku
ZSRS na Polskę: „A jednak podejmij kalendarz zdeptany, / część
kart jego będziesz sławił w pieśniach, / gdy padła granica,
padły więzień bramy, / w ten dzień zwycięstwa, siedemnasty
września”. Determinacja nowych władców, chcących całkowicie
odmienić mechanizmy zbiorowego myślenia, była tak wielka, że
kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Polski, wydobyto z grobu ciało
Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego, autora antysowieckiej powieści
biograficznej Lenin, by upewnić się, że nie żyje. Nie
sposób nie traktować tej sceny jako symbolicznej — w istotę
komunistycznego projektu „cywilizacyjnego” wpisane było bowiem
definitywne przekształcenie kultury krajów okupowanych, aż do
całkowitego „uśmiercenia” obowiązujących dotychczas
mechanizmów jej tworzenia.
Rewolucyjny
zamysł Sowietów i ich lokalnych namiestników wyłuszczył w
rozmowie z Teresą Torańską Jakub Berman, odpowiadający w
pierwszych latach powojennych za kulturę i… organa bezpieczeństwa.
Stwierdził on, że chodziło o stworzenie „całkiem nowej Polski w
kształcie i strukturze, zupełnie niepodobnej do tej, jaka była
kiedykolwiek w historii. O to szła walka. Polska przecież istniała
tysiąc lat, przez ten tysiąc lat nagromadziło się w niej szereg
pojęć, kompleksów, poglądów, przeświadczeń i wiar. I nagle
przychodzą nowi ludzie, wszystko jedno skąd — stąd czy z Moskwy
— i przewracają cały kraj do góry nogami, by ukształtować go
na zupełnie inną modłę. Przesuwają Polskę na zachodzie, cofają
na wschodzie, zamiast jagiellońskiej tworzą piastowską, zmieniają
poprzednie kryteria ocen, kwestionują i krytykują dotychczasowe
poglądy”. Według Bermana, nieważne były „racje”, ale „nurt
rewolucyjny, który z reguły łamie stare nawyki, stare racje,
kształty, struktury i mity, bardzo niekiedy głęboko tkwiące w
mentalności. Po to, by zbudować nowe. […] to wymagało ogromnego,
jak mówią Rosjanie, łamania, to była walka”.
W
przywoływanej rozprawie o literaturze Maurycy Mochnacki podkreślał
fundamentalne dla istnienia wspólnoty narodowej znaczenie ciągłości
„uobecniania się samemu sobie”. Koncepcja komunistów opierała
się na założeniu przeciwnym — chodziło właśnie o zerwanie
ciągłości, o zakończenie dotychczasowego procesu kulturotwórczego
i stworzenie nowego wzorca, nowego mechanizmu, zdolnego wytwarzać
treści konstytuujące świadomość „społeczeństwa
socjalistycznego”. Oznaczało to m.in. formatowanie kultury.
Tworzono nowy kanon „narodowy”, usuwając z niego wszystkie
dzieła nieprawomyślne, tzn. niezgodne z linią ideologiczną PPR, a
następnie PZPR. Czyniono to na rozmaite sposoby — przeczesując i
dekompletując księgozbiory biblioteczne, formułując zgodne z
koncepcją partii długoletnie plany wydawnicze, zaostrzając
działania cenzorskie, a nawet reglamentując papier i ograniczając
dostęp do prędko znacjonalizowanych drukarń. W ten sposób pełnej
kontroli poddano całą polską przeszłość i teraźniejszość
literacką, a także — sic! — zaplanowano dzisiejszą
zapaść kultury i tożsamości polskiej. Równolegle do działań
„regulacyjnych” w obrębie literatury trwała fizyczna likwidacja
dotychczasowej elity intelektualnej. Morderstwa popełnione w latach
czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku przez
funkcjonariuszy NKWD, UB, KBW to dalszy ciąg zbrodniczego procederu
rozpoczętego hitlerowską Intelligenzaktion i sowieckim ludobójstwem
w Katyniu. W taki sposób tworzono Bermanowską „całkiem nową
Polskę”. W pewnym stopniu w tej właśnie Polsce Bieruta, Bermana,
Jaruzelskiego i Kiszczaka dwumiesięcznik „Arcana” rozpisał
ankietę poświęconą „literaturze narodowej”.
Jednym
z mitów pookrągłostołowych jest przekonanie, pielęgnowane wśród
inteligencji, że odrzucając komunizm, społeczeństwo polskie
automatycznie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki,
uwolniło się od balastu PRL. W rzeczywistości żyjemy w kolejnej w
naszych dziejach „międzyepoce”, w czasie, kiedy gwałtownie
ścierają się racje, światopoglądy i idee. Nie dysponujemy
wglądem w przyszłość, nie wiemy, jaki kształt przybierze polska
tożsamość za lat dwadzieścia, pięćdziesiąt czy sto. Jedno
powinniśmy wiedzieć — od wyniku trwającego właśnie
fundamentalnego starcia odmiennych systemów wartości zależy
kształt przyszłej kultury.
Czytelnikowi
wyglądającemu możliwie prędkiego roztopienia się „polskości,
czyli nienormalności” w europejskim żywiole godne lekceważącego
machnięcia ręką wyda się zapewne moje przekonanie o
zastanawiającej aktualności takiej oto konstatacji Maurycego
Mochnackiego: „Zacząć potrzeba od historii. […] historia polska
nie co innego być może, tylko nauką służącą narodowej pamięci.
Pamięć jest [to] niezmiernie ważna władza umysłu ludzkiego.
Wyobrazić by ją sobie można jako nić wiążącą nie tylko
poszczególne pojęcia, ale całe szeregi rozumowań i wszystkie
imaginacji obrazy. Nić przypomnienia i związku, żarzący się
świecznik w głowie naszej! Wiele rzeczy zapominamy w nieprzebranym
mnóstwie myśli, w rwistym toku wyobrażeń; ale skoro owa nić
wnętrznego przypomnienia, nić wnętrznego związku rozerwie się na
dwoje, tak że tego, co było, przypomnieć sobie nie możemy, skoro
ów wewnętrzny świecznik rozumu nie ściemnieje, ale całkiem
zgaśnie, natenczas sam rozum dostaje zawrotu i jest na kształt
okrętu bez żeglarza wśród burzy. Działanie jego wątleje,
nareszcie niemoc z ochromieniem przywodzą go ku obłąkaniu.
Człowiek taki jest jako obłąkany, mówi od rzeczy, wszystko bierze
i czyni opacznie; cudzego potrzebuje dozoru, żeby sam na swoją
szkodę nie zarabiał. Wszystko na nim wytarguje, kto chce i co chce
sprawi, a liczne kłopoty władną jego niestatkiem. Tak bywa i z
narodem. W umyśle jego jest także pamięć, którą stracić może.
Może zgubić nić przypomnienia i przyjść ku obłąkaniu. W umyśle
narodu może także ściemnieć i zgasnąć wewnętrzny świecznik.
Cóż się wówczas dzieje? Oto cienie przeszłości tułają się
bez czci i pożałowania. Nikt nawet nie wie, gdzie są groby
wielkich ludzi, a wiara, cnota i nadzieja odlatują w inne czasy.
Piękność, sztuka i poezja nie mają żadnego powabu. Umiejętność
służy tylko wygodzie i potrzebom, a nie istnej prawdzie. Literatura
stroi się kradzionymi wdziękami i cudzą wzbogaca, a raczej ubożeje
iścizną. Jednym słowem: w takim umyśle jest obłąkanie. Biada
ludziom, którzy ku tej przychodzą niepamięci! Straciwszy sprzed
oczu obraz przeszłych czasów, zarówno i tego nie postrzegają, co
się koło nich dzieje. Samych siebie nie znają; są tylko
przedmiotem rozumienia i znawstwa dla drugich”.
Żaden
ze współczesnych twórców nie scharakteryzowałby przenikliwiej
osobliwego stanu utraty tożsamości historycznej i kulturowej, jaki
stał się udziałem Polaków w wieku XX. W rozważania Mochnackiego
wpisana została przestroga: czuwajcie nad własnym dziedzictwem,
pielęgnujcie je i twórczo rozwijajcie, w przeciwnym wypadku
popadniecie bowiem w stan niby-życia, utracicie zdolność
rozpoznawania, kim jesteście i po co jesteście. „Nić
przypomnienia i związku” komuniści przecięli z pełną
premedytacją, chcąc stworzyć człowieka nowego, wolnego od
wielowiekowych przywiązań i powinności. Przecięli ją
wystarczająco skutecznie, byśmy — jako wspólnota losu, języka i
kultury — zdążyli się pogubić. Rzeczownik „obłęd”, którym
posługuje się dziewiętnastowieczny krytyk, pochodzi wszak z tej
samej rodziny wyrazów co czasownik „błądzić” i przymiotnik
„błędny”.
Część druga => czytaj
Subskrybuj:
Posty (Atom)