środa, 13 lipca 2011

Stefan Żółkiewski i polonistyczna ektoplazma


Fragment książki "Lecz ty spomnisz, wnuku". Recepcja Norwida w latach 1939-1956. Rzecz o ludziach, książkach i historii. Ku przestrodze.


Końcówka lat czterdziestych i pierwsza połowa lat pięćdziesiątych to okres wzmożonej walki komunistycznego aparatu o zdobycie niczym nieograniczonej władzy, obejmującej wszystkie dziedziny życia politycznego, społecznego i kulturalnego. Zgodnie z doktryną Lenina, w procesie przeobrażania świadomości społecznej „rewolucja kulturalna [...] powinna stać się częścią składową, a zarazem warunkiem powodzenia rewolucji politycznej”, jej zadanie polega na otwieraniu „nowych horyzontów duchowego, intelektualnego i artystycznego rozwoju ludzi pracy”[1]. Pod hasłem otwierania i rozwoju ukrywano działania mające doprowadzić do ostatecznej stalinizacji kraju. Wprowadzenie radzieckiego modelu społeczno-politycznego w polskich warunkach nie było jednak możliwe — miało się to okazać dopiero po kilku latach. Wówczas, pod koniec piątej dekady, przystępowano do realizacji założonego wcześniej planu z pełną determinacją, wierząc, iż proces sowietyzacji zakończy się sukcesem.
Od połowy roku 1948 wyjątkowo mocno zaznaczyła się aktywność komunistów, mająca na celu „niszczenie spoistości i tradycji polskiego społeczeństwa”[2]. Dopiero teraz, po uporaniu się z podziemiem i legalną opozycją, zjednoczeniu PPR i PPS oraz zdobyciu pełni władzy mogli oni przystąpić do „bardziej zdecydowanych posunięć na »froncie« kultury, nauki i oświaty”[3]. Lata 1950–1951, które Marta Fik uznaje za najcięższy okres socrealizmu[4], „upływają pod znakiem nasilonych aresztowań, procesów, tortur, wykonywanych ochoczo wyroków śmierci”[5], a działania organów bezpieczeństwa wymierzone są nie tylko w politycznych oponentów nowej władzy i Kościół, ale obejmują również szeregi utworzonej niedawno PZPR. W atmosferze potęgującego się strachu przed aresztowaniami i represjami partyjnym decydentom udaje się w stopniu dotąd niespotykanym zapanować nad środowiskami naukowymi i artystycznymi, przemocą narzucić im własną wizję aktywności kulturalnej narodu[6].
W owym „kneblowaniu” wolności komuniści nie zdołali jednakże osiągnąć „pełnej doskonałości”[7]. Czynna pozostała część środowisk dotychczas otwarcie krytykujących władzę. Wychodził (do marca 1953 roku) „Tygodnik Powszechny”, będący — jak ujął to Zdzisław Łapiński — „zjawiskiem pozasystemowym, a więc niemożliwym” w granicach „kultury” stalinizmu[8]. Właśnie środowiska katolickie pozostały w tym czasie najbardziej „oporne”. Potwierdzenie w rzeczywistości znajdowały obawy Gomułki, którym dał wyraz jeszcze podczas plenum KC PPR w kwietniu 1947 roku. Opisując aktywność „reakcji” stwierdził wtedy, iż nadzieje pokłada ona przede wszystkim

w działalności kleru rzymsko-katolickiego w Polsce i w katolickim duchu narodu polskiego, który to duch, według jej rachuby, ma mu zamknąć drogę postępowego rozwoju, ma go utrzymać w ciemnocie i konserwatyzmie[9].

W dramatycznej rozgrywce między wartościami a „postępowym rozwojem” argumentem lub przedmiotem dyskusji bywała niekiedy twórczość Cypriana Norwida.
W miejscu tym pragnę omówić dwie z ostrych polemik, do jakich doszło po wojnie między „Kuźnicą” a tymi przedstawicielami środowiska naukowego, którzy sprzeciwiali się dominacji światopoglądu marksistowskiego w literaturoznawstwie. Poszczególne wypowiedzi uczestników sporu były drukowane na łamach „Kuźnicy”, „Tygodnika Warszawskiego” i „Tygodnika Powszechnego”. Stanowisko prezentowane przez „Kuźnicę”, zwłaszcza przez jej najaktywniejszego harcownika, Stefana Żółkiewskiego, miało charakter wybitnie ideologiczny i było wyrazem walki o „rewolucję” w polskim życiu kulturalnym. Żółkiewski, w ostatnim roku istnienia PPR kierownik Wydziału Oświaty i Kultury Komitetu Centralnego partii, na zjeździe szczecińskim obwieszczał środowisku literackiemu panowanie socrealizmu, stanowiącego jeden z zasadniczych punktów wypełnianego przez komunistów planu sowietyzacji kraju. Miała ona doprowadzić m.in. do wyzbycia się przez kulturę polską „wszystkich niemal akcentów decydujących przez wieki o jej tożsamości”[10].
Aby w przyszłości Polska mogła zbliżyć się do ideału ustrojowego, społecznego i kulturalnego, jaki stanowił, w przekonaniu jej nowych władców, Związek Radziecki, trzeba było z żelazną konsekwencją zrealizować strategię przebudowy świadomości narodowej. Zakładała ona likwidację ogromnej liczby istniejących instytucji oraz wymianę elit. „Obróbce i manipulacji” miała zostać poddana nauka, szczególnie zaś humanistyka[11]. Ofensywa przeciwko humanistyce akademickiej miała rozbić „ośrodki oporu intelektualnego” oraz zapewnić partii swobodę w kształtowaniu umysłów[12]. Komuniści uważali to za konieczność, gdyż — jak wyjaśniał współtowarzyszom Władysław Gomułka — po wojnie młodzież, zwłaszcza akademicka, wciąż jest wychowywana „według starych, idealistycznych i reakcyjnych koncepcji naukowych”[13]. Wszystko, co w tej dziedzinie nie wyrastało z inspiracji myślą marksistowską, uznano za „naukę burżuazyjną”. Obowiązkiem naukowców-komunistów była walka z „przeżytkami przeszłości”. Humanistyka stawała się oto jednym z najważniejszych odcinków „frontu” ideologicznego:

Walka o postępową polonistykę rozgrywa się na gruncie zagadnień metodologicznych, teoretyczno i historycznoliterackich, dydaktycznych i organizacyjnych, a wreszcie dotyczy samego ideału nauki i naukowca. Walka toczy się o rzeczywiście nowatorskie i naukowe podstawy metodologiczne badań literackich, o literaturoznawstwo marksistowskie.
Walka toczy się zatem o marksistowską rewizję historii literatury polskiej, zarówno jej sądów ogólnych, jak i szczegółowych. Rewizja przy tym — to nie tylko nowa interpretacja, ale to przede wszystkim nowe fakty, a zatem nowa wiedza.
Walka toczy się o powiązanie badań naukowoliterackich z wielkimi zadaniami wychowania człowieka socjalistycznego, z praktycznymi potrzebami nowej, jednolitej szkoły, z potrzebami dydaktycznymi uniwersytetu. Dotyczy to również przebudowy samych metod nauczania literatury, zwłaszcza na szczeblu wyższym.
Walka toczy się o nową organizację zadań polonistycznych, o zwycięstwo zasady zespołowej, planowej i społecznie celowej pracy nad rutyną anarchicznego chałupnictwa. Dotyczy to również planowego i systematycznego kształcenia nowych kadr naukowych.
Walka toczy się wreszcie o naukę związaną z życiem swego kraju, służącą potrzebom narodu, naukę współbudującą socjalizm. Przede wszystkim kierujemy się podstawową wytyczną przyswojenia nowej kulturze socjalistycznego narodu tych wszystkich żywych i cennych tradycji przeszłości, które mogą i powinny współtworzyć kulturę socjalistyczną, ułatwić jej powstawanie. Walka toczy się o naukę o literaturze współtworzącą nową literaturę — towarzysza i pomocnika budowniczych socjalizmu w Polsce. Walka toczy się o kontynuację postępowych dążeń i osiągnięć literaturoznawstwa polskiego i światowego, o nawiązanie jak najściślejszej współpracy naukowej z przodującym marksistowskim literaturoznawstwem radzieckim[14].

Powyższy program „nowoczesnej” polskiej nauki o literaturze wyłożony został przez Stefana Żółkiewskiego przy okazji I Kongresu Nauki Polskiej, który miał się stać manifestacją ideologicznej jedności środowisk akademickich ludowego państwa. Książeczka o Badaniach nad literaturą polską nie musiała długo czekać na publikację (jak nieco później Okruchy poetyckie i dramatyczne Norwida) — rękopis został doręczony przez autora drugiego czerwca, a już dwudziestego szóstego druk ukończono. Trzeba było się śpieszyć — Kongres Nauki Polskiej rozpoczynał się trzy dni później.
Jak łatwo się domyślić, poszczególne punkty scenariusza, który miał doprowadzić do przejęcia kontroli nad uniwersytetami, sformułowano znacznie wcześniej. Ukazanie się publikacji Żółkiewskiego było jedynie sygnałem, iż początkową fazę realizacji komuniści mają już za sobą — teraz następował okres podsumowania i utrwalenia zdobyczy poprzednich lat.
Jakie były owe zdobycze? Przede wszystkim zlikwidowano swobodę wymiany myśli — podstawową cechą życia naukowego miało stać się potwierdzane na każdym kroku przywiązanie do podstawowych treści marksizmu, odnoszenie wszystkich szczegółowych rezultatów badań do nadrzędnej zasady organizującej myślenie. Nauka miała odtąd służyć konserwowaniu i umacnianiu jedynie słusznej wizji rzeczywistości. Na samym początku lat pięćdziesiątych dokonano istotnych zmian w strukturze nauk humanistycznych, przyznając rolę o wiele większą niż dotychczas naukom społecznym. W ten sposób dokonała się znacząca, symboliczna manipulacja w sposobie postrzegania relacji między jednostką a zbiorowością: interes masy został postawiony ponad interesem jednostki[15]. Tak jak w pozostałych sferach aktywności ideologicznej środowisk komunistycznych, przeprowadzono czytelną linię podziału między tym, co „wsteczne”, „reakcyjne”, stworzone przez „burżuazyjny” układ odniesień, a marksistowskie, „postępowe”, mające swoje źródło w socjalistycznym „systemie wartości”. Wszelkie relikty przeszłości musiały być zlikwidowane, miała powstać „nowa nauka”[16]. Nowa, czyli podporządkowana jedynemu właściwemu światopoglądowi, marksiści stwierdzili bowiem, iż dotychczas humanistyka służyła utrwalaniu nie tych wartości, które zasługują na utrwalenie, była zaangażowana w walkę ideologiczną po niewłaściwej stronie, stojąc

na pozycjach reakcyjnych, odegrała rolę społeczną wsteczną, była orężem ideologicznym reakcji, organizacyjnie hamowała rozwój nauki[17].

Proces niszczenia humanistyki dotknął, co oczywiste, także nauki filologiczne. W obrębie historii literatury tropiono wszystko, co stało w niezgodzie z marksistowską wizją rozwoju piśmiennictwa. Zwalczane metody i tendencje opatrywano etykietkami typu „fideizm”, „agnostycyzm”, „idealizm”. W modelu marksistowskim historia literatury miała zastąpić rozważania teoretycznoliterackie — zamiast studiów analitycznych miały powstawać historycznoliterackie syntezy. Procesy rozwojowe literatury umieszczano w kontekście zmian społecznych i interpretowano jako oczywisty rezultat walki klas. Potępiono studia monograficzne jako charakterystyczny element humanistyki burżuazyjnej[18].
W lipcu 1948 roku powołano do istnienia Instytut Badań Literackich, jednostkę badawczą skupiającą „w kolektywnej pracy większość badaczy marksistowskich”[19], która z założenia miała pozostać niezależna od polonistyki akademickiej — by tym skuteczniej spełnić rolę ośrodka propagującego nowe literaturoznawstwo. Utworzenie IBL było realizacją jednego z pomysłów komunistycznej władzy na przejęcie kontroli nad humanistyką. Właściwy „poziom” ideologiczny placówki gwarantował skład osobowy Instytutu, na którego czele stanął jeden z projektantów „reformy” personalnej w polskiej humanistyce, Stefan Żółkiewski.
Za nosiciela wrogich nowemu systemowi idei uznano przedwojenną kadrę profesorską, wśród średniej generacji prowadzono zmasowaną akcję, w wyniku której pozyskano wielu zwolenników nowych koncepcji. Trwała także indoktrynacja najmłodszych środowisk akademickich — spośród osób aspirujących do udziału w życiu naukowym socjalistycznego państwa rekrutowano najbardziej aktywnych propagatorów ideologii marksistowskiej. Mieli się stać „prawdziwymi humanistami walczącymi ze złem, bojownikami socjalizmu”[20]. W czerwcu 1950 roku Adam Ważyk podsumowywał kadrowe zdobycze komunistów, mówiąc o powiększaniu się zastępów „wykwalifikowanych krytyków marksistowskich, którzy mogą współdziałać z rozwojem realizmu socjalistycznego”:

Obok Kierczyńskiej, Kotta, Żółkiewskiego, pozycję marksistowską zajmuje obecnie Kazimierz Wyka. Przybyły nowe wykwalifikowane siły krytyczne — Markiewicz, Janionówna, Drewnowski, Żmigrodzka. Najbardziej ambitna pod względem naukowym młodzież uniwersytecka dąży do opanowania metody marksistowsko-leninowskiej[21].

Na uczelniach trwała wymiana kadr. „Niepewnych” ideologicznie zastępowano „swoimi”. Nierzadko przygotowanie merytoryczne poszczególnych osób było mniej istotne niż ich dyspozycyjność wobec partyjnych patronów[22]. Pod koniec 1946 roku Jerzy Borejsza zapewniał na łamach „Kuźnicy”, że w nowej Polsce przedwojenni profesorowie swobodnie „zaszczepiają młodzieży akademickiej swoją ideologię”[23]. Teraz nadszedł czas, by niektórzy z nich stracili swoje stanowiska. Oprócz dymisji stosowano bardziej wyrafinowane formy represji:

Uruchamiano agresywnych działaczy młodzieżowych do utrudniania lub bojkotu wykładów, kreowano fałszywe opinie, pomówienia. Omijano nazwiska na listach nagród państwowych, ograniczano możliwości działania towarzystw naukowych, narzucano obecność na akademiach, obchodach i sesjach[24].

Rozprawa z — jak to barwnie ujęła Wanda Leopold — „upiorami polonistyki, z wszelkimi wstecznymi tendencjami, które w różnych formach zabagniają jeszcze”[25] polskie literaturoznawstwo, wyraziła się m.in. w atakach środowisk „postępowych”, szczególnie zaś „Kuźnicy”, na te tradycyjne instytucje nauki, które uznano za siedliska „reakcji”. Przedmiotem zmasowanego ataku stały się m.in. Polska Akademia Umiejętności, zlikwidowana przez komunistów w  roku 1951, oraz wydział polonistyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Szczególną aktywność wykazał w tej mierze Stefan Żółkiewski, autor „projektu reformy personalnej” polskiej polonistyki[26]. Symptomatyczne, iż jako pretekstu do żywiołowej i fundamentalnej polemiki ze wskazanymi środowiskami profesorskimi użyto twórczości Cypriana Norwida, ściślej zaś — pojawiających się w druku omówień tejże twórczości.
Pierwsze wystąpienia polemiczne Żółkiewskiego, zawierające krytyczną ocenę niektórych dokonań „starej” polonistyki, pojawiają się tuż po wojnie. Jeden z tekstów z tamtych lat, opublikowany anonimowo wśród Not na ostatniej stronie tygodnika „Kuźnica”, odnosił się do tez referatu Stanisława Jerschiny, przedstawionego podczas posiedzenia Komisji Historii Literatury Polskiej PAU 16 października 1945 roku. Przedmiotem zainteresowania Jerschiny była liryka Norwida. Streszczenie referatu wydrukowano pośród „Sprawozdań PAU”[27] — właśnie ono stało się przedmiotem analizy dokonanej przez Żółkiewskiego.
Cel swojego wystąpienia określa naczelny „Kuźnicy” już w pierwszym zdaniu — nie chodzi o potępienie pojedynczego tekstu historycznoliterackiego, ale o szerszą kampanię przeciwko dokonaniom tradycyjnego literaturoznawstwa. Żółkiewski zaczyna więc od mocnego, jednoznacznego tytułu — Z krainy bełkotu — i stwierdzenia rzekomej oczywistości (w istocie dogmatu „nowej nauki” o literaturze):

Znane jest przysłowiowe niedbalstwo i antynaukowość większości dotychczasowych badań nad procesami twórczości artystycznej[28].

Dalsza część wystąpienia będzie już tylko dowodzeniem słuszności tezy sformułowanej na wstępie. Nie znaczy to w tym wypadku, by wszystkie szczegółowe uwagi Żółkiewskiego były błędne. Traktuje on tekst Jerschiny jako przykład stosowania uproszczonego biografizmu i psychologizmu w procesie interpretacji dzieła literackiego. Metoda Żółkiewskiego polega na przytaczaniu tych zdań i pojedynczych sformułowań, które uznaje za „antynaukowe”. Przyznać trzeba, iż egzempla są na ogół dobrane trafnie:

Panowanie nad środkami ekspresji na przekór wszelkim pokusom poetyczności świadczy o wybitnym intelektualizmie i potędze woli [Norwida][29].

Do najważniejszych cech wspólnych [liryki Norwida] należy refleksyjność; obok niej — uczucie miłości Boga (Prawdy), ojczyzny, człowieka, sztuki i natury oraz nienawiść do szatana (zła), kłamstwa, bezduszności, małości i ciemnoty. Na tle tych dyspozycji mieni się bogata skala momentalnych przeżyć — od uniesienia gniewu czy szlachetnej dumy po tęsknotę za krajem i elegijne wspomnienia[30].

nawet najsilniejsze ekspresje uczuć wyrażają się krótko, jakby wydarte przemocą; gdzie zaś gniew przenika cały utwór, samo ujęcie go w regularne strofy oraz złączenie z refleksją odbiera mu cechy żywiołu. Powodem tego — wstręt do obnażania się[31].

Żółkiewski kpi z „rekordowego osiągnięcia” psychologizmu, stwierdzając: „wtajemniczenie dr. Jerschiny w głębie psychiki Norwida istotnie gwarantuje tej metodzie naukowe sukcesy”. Deklaruje również z sarkazmem: „To odkrycie w naszym poecie »wstrętu do obnażania się« przekonało mnie!” i pyta: „Ale skąd Pan to wie, Panie Doktorze?”. Jednak powodem do postawienia najpoważniejszego zarzutu staje się dokonane przez Jerschinę omówienie Norwidowskiej wersyfikacji.  Krytyk zarzuca literaturoznawcy, iż ten

nie zna klasyfikacji typów wiersza polskiego od sylabicznego do tonicznego. Mówiąc o rytmie posłuży się tak łatwo sprawdzalną charakterystyką: „Rytm Norwida brzmi spokojnie, poważnie”...

Wybór określonych partii tekstu Stanisława Jerschiny i komentarz, jakim je opatrzono, należy uznać za rodzaj manipulacji, w streszczeniu referatu pojawiają się bowiem sformułowania potwierdzające znajomość tej materii — Jerschina pisze m.in. o frekwencji 11- i 9-zgłoskowca, „naśladowaniu metrów klasycznych”, wierszu nieregularnym i wolnym[32].
Choć metodologicznym postulatom Żółkiewskiego nie sposób odmówić słuszności, to ostateczny wniosek wyciągnięty z analizy nie pozostawia złudzeń co do intencji krytyka — atak wymierzony jest w tradycyjną humanistykę akademicką:

W sumie: Panowie Profesorowie — czy nie czas, abyście zainteresowali się sprawą unaukowienia badań literackich? A przynajmniej eliminacją zbyt wyraźnej blagi ze swoich naukowych wydawnictw?

Odpowiedzi na te pytania miał zresztą udzielić sam Stefan Żółkiewski i zastęp jego współpracowników — środowiska akademickie przekonały się wtedy, iż postulat „unaukowienia badań” oznacza po prostu wprowadzenie jako obowiązującej metody marksistowskiej. „Eliminacja blagi” przybrała zaś wymiar praktyczny: „idealistów” i „fideistów” usunięto na jakiś czas z życia naukowego lub skutecznie zamknięto im usta.
W roku 1946 można się było jeszcze łudzić, że będzie inaczej, dlatego Jerschina odpowiadał Żółkiewskiemu ostro i jednoznacznie, nazywając jego wystąpienie „osobistą napaścią”, a jej ton określając jako „urągający wszelkim zasadom dyskusji kulturalnej”[33]. Bodaj najważniejsza część replik Jerschiny to obrona metody genetycznej w badaniach literackich przed uroszczeniami marksizmu — argumentacja dobrze określa istotę konfliktu i celnie obnaża motywacje ideowego przeciwnika:

ilekroć zechcemy dać obraz rozwoju twórczości jakiegoś pisarza, musimy uwzględnić jego życiorys duchowy, nawet w wypadku, gdy zajmiemy stanowisko jednostronnie społeczne: ogniwem pośrednim oddziaływań socjalnych na treść i formę twórczości artystycznej są, czy się nam to podoba, czy nie — koleje przeżyć autora; marksistowski zaś krytyk powinien znać twierdzenie Marksa, że „byt określa sposób myślenia”.

Jerschina odpowiada błyskotliwie na uwagi o „antynaukowości” użytej przezeń terminologii:

Czy zdaniem anonima w ogóle nie należy mówić o treści utworów lirycznych? Czy każde zdanie, w którym są wyrazy Bóg, ojczyzna, człowiek itd. uważa za „nieadekwatne” dla celów naukowych? Zdaje się, że tak, bo załamał ręce nad „pojęciowym wyposażeniem” tej charakterystyki... Ale na to zmartwienie niestety nic mu nie mogę poradzić. Może kiedyś napiszę studium o liryce pisarza-ateisty, materialisty i wolnomyśliciela, a wtedy takich „nieadekwatnych” zdań uda mi się zapewne uniknąć.

Dyskusja Żółkiewskiego i Jerschiny stanowiła jeden z epizodów walki o „nową naukę”, przejaw ideologicznej ofensywy komunistów, która miała doprowadzić do przejęcia kontroli nad uniwersytetami, zwłaszcza zaś nad wydziałami humanistycznymi, uważanymi za bastiony myśli burżuazyjnej.
Identyczny był kontekst innej dyskusji, która rozgorzała w sytuacji znacząco odmiennej — w roku 1949. Pretekstu do wytoczenia dział przeciwko polonistom z Uniwersytetu Jagiellońskiego dostarczyła publikacja Cypriana Norwida „Fortepian Szopena” ze stanowiska twórczości poety odczytany, która ukazała się w związku z setną rocznicą śmierci Fryderyka Chopina[34]. Książka liczyła 284 strony, z czego tekst Norwida zajmował 20. Poza dwiema wersjami Fortepianu Szopena (opracowanymi na podstawie pierwodruku i rękopisu) składały się na nią: wstęp, rozbudowane przypisy i komentarze oraz „analiza rytmu” Norwidowego wiersza, którą dopełniały „tablice wokalne”. Stefan Żółkiewski uznał książkę za wcielenie „wszystkich wad degenerującego się, mieszczańskiego literaturoznawstwa ostatnich kilkudziesięciu lat”[35]. Czytelnik, który po nią sięgnie, dojdzie, zdaniem marksistowskiego krytyka,

do kresu polonistycznej nocy. Zobaczy dziwactwa edytorskiej drobiazgowości. Zobaczy, do czego prowadzi pusty formalizm. Zobaczy wyjarzmiony z wszelkich wędzideł zdrowego sensu polonistyczny mistycyzm. Zobaczy dostojne szaleństwo szukania wpływów i zależności jako sztukę czystą, samą dla siebie. Zobaczy popis uroczystej erudycji: kilometrowe łańcuchy tytułów różnych niemieckich przyczynków jako żywo niezwiązanych z tematem. Zobaczy wreszcie patologiczną pogoń skojarzeń bardziej dalekich niż hermetyczne metafory Peipera, skojarzeń, które wśród filologów noszą nazwę uczonego komentarza[36].

Istotnie, wywody Filipa, szczególnie zaś komentarze do poszczególnych wersów i wyrażeń z wiersza Norwida, stanowią gąszcz trudny do przebycia. Nie sposób jednak uznać wszystkie zawarte tam wnioski za pozbawione sensu i bezwartościowe. Pisze o tym Konrad Górski: „jak słyszałem od doskonałych znawców Norwida i fachowych polonistów — jest tam dużo trafnych uwag i spostrzeżeń obok niewątpliwych błędów metodycznych”[37]. Żółkiewski zarzuca interpretatorowi Norwida piętrzenie poszczególnych elementów komentarza, odwoływanie się do zbyt wielkiej ilości źródeł, niekiedy bardzo odległych od omawianej materii poetyckiej, swoistą atomizację komentarza. Zamiast „koszmarnych skojarzeń, cytat, religianctwa, mesjanizmu, pustej erudycji, formalistycznego gadulstwa, niezdolności do jakiegokolwiek teoretycznego sądu” wolałby widzieć „próbę metodycznego uzasadnienia, gdzie tkwią społeczne i ideologiczne korzenie utworu”[38].
Zarzuty zgromadzone w omówieniu — zgodnie z przyjętą strategią — Żółkiewski kieruje pod adresem całego „niepostępowego” literaturoznawstwa polskiego, zwłaszcza zaś polonistyki UJ („Autor pewno dostał za to w Krakowie doktorat — a może nawet habilitację”[39]). Publikację Filipa uznaje za „jakiś eschatologiczny symbol całkowitego upadku i bezradności mieszczańskiej wiedzy o literaturze”[40].

Zapewne — podsumowuje — książka jest wyjątkową karykaturą. Ale świadczy także o przeciętnym poziomie uniwersyteckiej polonistyki, o jej stagnacji, o błędnych drogach metody. Jest ostatnim sygnałem alarmu. Naszą filologię nowożytną trzeba ratować[41].

Z odpowiedzią na zarzuty redaktora „Kuźnicy” wystąpił Stanisław Pigoń. Wysłał on do Żółkiewskiego list, w którym wyjaśniał, iż Tadeusz Filip „nie był ani nie jest jego uczniem, ani w ogóle uczniem żadnego krakowskiego polonisty, a studia p. Filipa nad Norwidem mają charakter dyletancki”[42]. Ale dla adresata, co można było wnosić z samego tonu jego pierwszej wypowiedzi, nie miało to najmniejszego znaczenia — fakty naginał wszak do wcześniej skonstruowanej tezy. Nie tylko nie opublikował listu Pigonia, ale przypuścił jeszcze ostrzejszy atak:

Wydaje mi się sprawą zupełnie obojętną, że „co do litery” p. Filip nie wywodzi się z krakowskich pracowni polonistycznych. Wywodzi się bowiem z tradycyjnej polonistyki „co do ducha”, a mistycyzm jego wywodzi się właśnie z krakowskiej polonistyki.

Z dokonaniami Filipa zostały tu zestawione „praca Górskiego” i „prace Krakowian”. Charakteryzuje je, zdaniem pierwszego dyrektora IBL, „brak naukowej metody”, „mistycyzm” i pozostałe „śmiertelne grzechy naszej polonistyki”.
Na tak sformułowane zarzuty odpowiedzieli i Stanisław Pigoń, i Konrad Górski. Pierwszy ponownie posłużył się formą listu — tym razem zaadresował go do redakcji „Tygodnika Powszechnego”[43]. Przedstawił w nim w wielkim skrócie ostatnie dokonania filologów polskich z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz stwierdził, że „ducha polonistyki krakowskiej” Żółkiewski „wywołał” nie tak, jak nakazywałaby to „metoda eksperymentalna, ścisła, postępowa, jedynie naukowa etc.” lecz przy użyciu „stolika redakcyjnego”. „Nie dziwota — kończył — iż przywołana takim sposobem ektoplazma przybrała postać poczwarną”[44].
Replika Konrada Górskiego była mistrzowskim wyrazem godności osobistej, dystansu i poczucia humoru. Wspominając o wcześniejszych napaściach „Kuźnicy” stwierdził, iż po tych wstępnych zaczepkach przyszedł widać czas, by „uderzył [...] sam wódz naczelny”[45]. Następnie udowodnił Żółkiewskiemu, iż ten po pierwsze — nie przeczytał artykułu, który krytykuje, po drugie — najzupełniej fałszywie interpretuje termin „nauka”:

uzależnia on naukowość cudzej pracy od spełnienia dwóch warunków: 1) od wyboru określonych zagadnień, rozwiązywanych za pomocą jedynej wskazywanej przez niego metody; 2) od wartościowania zjawisk w oparciu o materializm filozoficzny. Tak więc np. gdybym zamiast wyrazić podziw dla wysiłku moralnego Słowackiego, jaki widnieje w jego ewolucji, powiedział, że ta ewolucja jest świadectwem umysłowej degeneracji poety, to artykuł mój na pewno byłby uznany przez p. Żółkiewskiego za naukowy[46].

Zaproponował, by zamiast tracić energię na publicystykę, Żółkiewski zakasał rękawy i wziął się do pracy wzbogacającej wiedzę o literaturze — choćby przy użyciu preferowanej przezeń metodologii markistowskiej. Na koniec stwierdził zaś, iż będąc jedynie magistrem polonistyki i nie ogłosiwszy żadnej większej pracy o charakterze historyczno- czy teoretycznoliterackim, redaktor „Kuźnicy” nie ma prawa pouczać polonistycznej kadry naukowej[47].
W ten oto sposób wypowiedzi dotyczące poezji Cypriana Norwida stały się pretekstem do dyskusji o metodologii badań literaturoznawczych. Stąd było już bardzo blisko do polityki. Walka z „przeżytkami nauki burżuazyjnej” wkrótce potem osiągnęła swoje apogeum. 1 grudnia 1950 roku Stefan Żółkiewski przesłał na ręce Kazimierza Petrusewicza projekt „reformy personalnej polonistyki”. Wśród składających się nań dokumentów znajdowała się lista pracowników polonistyki z całego kraju. Przy każdym nazwisku odnotowano zaangażowanie (lub brak zaangażowania) danej osoby po stronie „sił postępowych”. Obok nazwiska Stanisława Pigonia widniał dopisek: „65 lat, nie przestawi się, należy go odsunąć od pracy uniwersyteckiej, przy filologicznej pracy edytorskiej będzie cenny”[48]. Konrad Górski od pewnego czasu był już przesunięty „do pracy pozauniwersyteckiej”[49].



[1] B. Fijałkowska, Polityka i twórcy (1948–1959), Warszawa 1985, s. 5.
[2] B. Otwinowska, Wprowadzenie i... dopełnienie, w: Polacy wobec przemocy 1944–1956, red. B. Otwinowska, J. Żaryn, Warszawa 1996, s. 5.
[3] Tamże, s. 12.
[4] M. Fik, Kultura polska 1944–1956, w: Polacy wobec przemocy..., s. 227.
[5] Tamże, s. 229.
[6] Zob. tamże.
[7] Tamże.
[8] Z. Łapiński, hasło „Tygodnik Powszechny”, w: Słownik realizmu socjalistycznego, red. Z. Łapiński, W. Tomasik, Kraków 2004, s. 375.
[9] Cyt. za: K. Kersten, dz. cyt., s. 312.
[10] M. Fik, dz. cyt., s. 243.
[11] P. Hübner, Nauki społeczne i humanistyka — mechanizmy zniewolenia, w: Polacy wobec przemocy..., s. 277.
[12] Tamże.
[13] Cyt. za: K. Kersten, dz. cyt., s. 311.
[14] S. Żółkiewski, Badania nad literaturą polską. Dorobek, stan i potrzeby. Z powodu I. Kongresu Nauki Polskiej, Warszawa 1951.
[15] Zob. P. Hübner, dz. cyt., s. 284–285.
[16] Zob. tamże, s. 287.
[17] Z referatu Adama Schaffa przygotowanego na I Kongres Nauki polskiej. Cyt. za: P. Hübner, dz. cyt., s. 288.
[18] Zob. P. Hübner, dz. cyt., s. 291–292.
[19] W. Leopold, W walce z upiorami polonistyki, „Nowa Kultura” 1950, nr 1, s. 3.
[20] S. Żółkiewski, Dynamika przełomu literackiego, „Nowa Kultura” 1950, nr 1, s. 5.
[21] A. Ważyk, Perspektywy rozwojowe literatury polskiej..., s. 95.
[22] Zob. P. Hübner, dz. cyt., s. 300.
[23] J. Borejsza, Obrachunki na węzłowej stacji, „Kuźnica” 1946, nr 50, s. 1.
[24] P. Hübner, dz. cyt., s. 303.
[25] W. Leopold, dz. cyt., s. 3.
[26] Zob. J. Connelly, T. Suleja, „Projekt reformy personalnej polonistyki uniwersyteckiej” Stefana Żółkiewskiego z 1950 roku, „Arcana” 1997, nr 2, s. 93–99.
[27] S. Jerschina, streszczenie pracy pt. Liryka Norwida, „Sprawozdania PAU” 1945, nr 8, s. 204–207.
[28] S. Żółkiewski, Z krainy bełkotu, „Kuźnica” 1946, nr 21, s. 12.
[29] S. Jerschina, dz. cyt., s. 205.
[30] Tamże.
[31] Tamże, s. 206.
[32] Tamże, s. 207.
[33] S. Jerschina, W odpowiedzi na bełkot, „Tygodnik Warszawski” 1946, nr 27, s. 8.
[34] T. Filip, Cypriana Norwida „Fortepian Szopena” ze stanowiska twórczości poety odczytany. Wydanie krytyczne poematu opatrzone wstępem, przypisami i próbą analizy rytmu, Kraków 1949.
[35] S. Żółkiewski, Nowy słowniczek, „Kuźnica” 1949, nr 14, s. 11.
[36] Tamże.
[37] K. Górski, Rozprawa z Żółkiewskim (nie o Żółkiewskim), „Tygodnik Powszechny” 1949, nr 23,
s. 4.
[38] S. Żółkiewski, dz. cyt., s. 11.
[39] Tamże.
[40] Tamże.
[41] Tamże.
[42] S. Żółkiewski, Jeszcze raz słowniczek, „Kuźnica” 1949, nr 19, s. 16.
[43] List stanowił w zasadzie komentarz do noty w „Tygodniku Powszechnym”, której przedmiotem były właśnie praktyki Stefana Żółkiewskiego (Kor., Duchologia, „Tygodnik Powszechny”  1949, nr 22, s. 12).
[44] S. Pigoń, Jeszcze o „duchu krakowskiej polonistyki”, „Tygodnik Powszechny” 1949, nr 24, s. 6.
[45] K. Górski, dz. cyt., s. 4.
[46] Tamże.
[47] Zob. tamże, s. 5.
[48] S. Żółkiewski, Projekt reformy personalnej polonistyki [zbiór dokumentów], „Arcana” 1997, nr 2, s. 106.
[49] Tamże, s. 112.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz