czwartek, 16 marca 2017

"Topos": rozmowa o książce "Ćwiczenia duchowne. Poematy"


W najnowszym numerze dwumiesięcznika literackiego "Topos" m.in. rozmowa z Barbarą Schabowską (2. Program Polskiego Radia) o książce Ćwiczenia duchowne. Poematy (wyd. "Sic!", Warszawa 2016).
Poniżej fragment rozmowy.


 



Serce, które milczy.
O tomie Ćwiczenia duchowne. Poematy rozmawiają Barbara Schabowska i Przemysław Dakowicz


BARBARA SCHABOWSKA: Czytam Pana poematy razem z esejami z tomu Obcowanie, tak jakby były jakimś poetyckim dopowiedzeniem wcześniej rozważanych myśli. Czym są dla Pana Ćwiczenia duchowne?

PRZEMYSŁAW DAKOWICZ: Ćwiczenia duchowne są książką – choć może raczej należałoby powiedzieć „książeczką”, bo to przecież niespełna osiemdziesiąt stron – zbierającą część dłuższych tekstów pisanych w ostatnich latach. Książeczką niezwykle istotną dla mnie, daje ona bowiem najpełniejszy, najbardziej pogłębiony wgląd w to, co myślę o świecie, o człowieku. Wiem, że to wielkie słowa. O sobie w świecie – może tak należałoby określić ogólnie zakres tematyczny Ćwiczeń duchownych. Traktuję je jako wgląd we własną świadomość, a od wielu lat wydaje mi się, że podstawową funkcją literatury jest zdawanie sprawy ze świadomości człowieka w czasie, w jakim przyszło mu żyć.

To jest rola niemal psychoterapeutyczna...

Domyślam się, że odwołuje się Pani do programowego tekstu z tomu Obcowanie – do notatek, które zatytułowałem Nowoczesność schizofreniczna. Rzeczywiście, pisałem o tym, że literatura, tak jak ją postrzegam, w swoich najpoważniejszych wytworach powinna się zajmować zagadnieniami identycznymi lub bliźniaczo podobnymi do tych, którymi zajmują się, z jednej strony, psychoterapia i psychiatria, a z drugiej strony – religia. To jest specyficzny, właściwy dla naszych czasów węzeł zagadnień.

Wiele w Ćwiczeniach duchownych kontrastów, różnych nastrojów. Bo, na przykład, obok wizyty w IKEI, mlaskania nad zupą, życia na kredyt, obok czynności codziennych pojawiają się, jak je Pan nazywa - „świadomości somatyczne”, „rzeczy cudowne”, które „dzieją się w ludzkim umyśle”, których „nie rozumieją zdrowi”. Już czytając eseje Obcowania, miałam wrażenie, że tak właśnie widzi Pan świat, że jest Pan spadkobiercą romantycznego poglądu, zgodnie z którym poeta ma kontakt z tym, co jest wyżej – niedostępne dla zwykłych śmiertelników.

Nie jestem pewien, czy tylko poeta. Sądzę, że jest to doświadczenie każdego człowieka, tylko nie wszyscy z nas mają tę łaskę, dzięki której potrafią owo doświadczenie wyrazić. Ja tę łaskę – bo tak postrzegam umiejętność pisania, która została mi dana, zdolność oddawania papierowi tego, co uważam za najistotniejsze – staram się wyzyskiwać, pamiętając o tych wysokich funkcjach literatury. Czy jest to przywołanie romantycznych wizji literatury, właściwego romantykom sposobu postrzegania aktu poetyckiego – nie jestem pewien. Chętniej odwoływałbym się do tego wszystkiego, co związane jest z chrześcijańskimi podłożem kultury śródziemnomorskiej. Choć, oczywiście, romantyzm w swoich najcelniejszych dokonaniach był, do pewnego stopnia, przerabianiem tej lekcji chrześcijaństwa, ale już na innym poziomie – na poziomie świadomości przepuszczonej przez oświecenie. Uwaga ta dotyczy przede wszystkim romantyzmu polskiego, w jego fazie popowstaniowej – dzieł w rodzaju Mickiewiczowskich liryków rzymsko-drezdeńskich, trzeciej części Dziadów, Zdań i uwag, późnych dramatów Słowackiego i, oczywiście, Norwida, najgłębiej chrześcijańskiego z naszych romantyków.

Z jednej strony jest w Pana książce obawa, że „zostanie z nas tylko gnój” - to parafraza fragmentu poematu Majster z Niemiec; z drugiej – przekonanie, że wybawić nas mogą właśnie „rzeczy cudowne”. Ale tych się ruszać boimy. To są często teksty o jakimś lęku współczesnego człowieka...

Niewątpliwie tak. Tutaj bardzo ważną dla mnie lekturą jest Pojęcie lęku, którego autor, Kierkegaard, odnosi się do zagadnienia grzechu. A zatem ten zespół zagadnień, które różnymi pojęciami można by traktować. Jeśli odwołujemy się do sfery religii, przywołujemy pojęcie grzechu, jeśli do sfery psychologii – mówimy o lęku.

Postacią Kierkegaarda facynuje się Pan od dawna. Jest on obecny także w innych Pana tomach, jako patron, gdzieś obok Pascala. Mówił Pan o pojęciu grzechu, ale ja myślę też o ironii, bo akurat w tomie Ćwiczenia duchowne jest taki cytat pełen goryczy, który każe inaczej spojrzeć na figurę współczesnego ironisty, figurę bardzo atrakcyjną retorycznie. Tymczasem Kierkegaard przypomina nam, że ironia bywa wyrazem rozgoryczenia.

Cytat z pracy Duńczyka O pojęciu ironii umieściłem na wstępie poematu Climacus i sobowtóry. Brzmi on następująco: „Ironia nie jest sama w sobie tak niewrażliwa i odarta z łagodniejszych uczuć, już raczej jest rozgoryczeniem, że i ten drugi dysponuje czymś, na co sama ma ochotę”. A zatem ironia jako wyraz tęsknoty za czymś, czego się nie posiada. Kierkegaard poświęcił zagadnieniu ironii całą dysertację naukową. Jeśli miałbym tu powiedzieć o rzeczach najbardziej podstawowych, musiałbym – podobnie jak Kierkegaard – odwołać się do Sokratesa, czyli tego myśliciela greckiego, który całą kulturę śródziemnomorską nauczył myślenia ufundowanego na ironii. Nie jest to jednak postawa, która by nazbyt często ujawniała się we współczesnej kulturze, nie jest to ironia gorzka, czyli coś, co gryzie, aby zagryźć. Sokrates posługiwał się ironią po to, by jego rozmówca mógł razem z nim dotrzeć do prawdy, urodzić prawdę. Sztuka majeutyczna Sokratesa temu właśnie służyła – rodzeniu prawdy, dochodzeniu do niej, dopracowywaniu się pełnej świadomości. Staram się ironię stosować w ten sam sposób. Cel jest prosty – zależy mi na tym, by osoba podejmująca trud lektury Ćwiczeń duchownych, mogła dotrzeć do miejsca, do którego chcę ją doprowadzić, by uzyskała wgląd w świadomość manifestującą się w tych tekstach. W tej świadomości czytelnik ma się przejrzeć, musi zostać z nią skonfrontowany, musi stanąć przed koniecznością udzielenia odpowiedzi na pytanie o to, kim on sam jest i jaki jest. Gnothi seauton! To naczelna funkcja Ćwiczeń. Poznaj samego siebie.

Pozostańmy jeszcze przy poemacie inspirowanym myślą Kierkegaarda. Skrywa się Pan za postacią Vigiliusa Lodziensisa. Kto to jest?

No, tak... (śmiech) Trzeba by tu otworzyć wielką dysputę o roli pseudonimów w twórczości Kierkegaarda. Jak wiadomo, autor Albo-Albo w zasadzie nie publikował książek pod własnym nazwiskiem, lecz – doprowadzając do skrajności literacką sztuczkę, polegającą na tym, że się przedstawia własne dzieło jako dzieło cudze – wypuszczał na świat rozliczne książki, które ze sobą dyskutowały, rozmawiały, kłóciły się, których wymyśleni autorzy, ukształtowani w głowie Kiekegaarda, wypowiadali własne poglądy. Owi pisarze pseudonimowi toczą spór, którego rezultatem – według zamierzeń Kierkegaardowskich – ma być dotarcie do prawdy niejednoznacznej. Nie da się jej wypowiedzieć w prostym komunikacie, ona powstaje poprzez nieustanne zmaganie się stanowisk. Ta postawa Kierkegaarda, jego praktyka pisarska, jest mi bardzo bliska. Dlatego że, jak sądzę, nie da się we współczesnym otoczeniu kulturowym, nie da się we współczesnej literaturze, a szczególnie w poezji, mówić rzeczy, na powiedzeniu których mi zależało, w sposób jednoznaczny i prosty. Trzeba nakłaniać odbiorcę do procesualnego, rozłożonego na raty, odkrywania znaczeń. Stąd dążenie do osiągnięcie efektu polifoniczności. W Ćwiczeniach duchownych przemawia ogromna liczba głosów. Budując ów kontrolowany chaos komunikacyjny, chciałem postawić czytelnika przed koniecznością poszukiwania podmiotu, który by scalał wszystko, co w tych poematach przemawia. Słowem – projektowany odbiorca ma podjąć aktywność zmierzającą do zrekonstruowania pokładów świadomości jakiejś realnie istniejącej persony, która się kryje za tymi tekstami. Ważną wskazówką w procesie odkrywania podmiotu scalającego jest postać Vigiliusa – to do pewnego stopnia alter ego autora poematów, po części zaś autonomiczny, intencjonalnie konstruowany bohater. Vigilius Lodziensis, „stróż nocny niedosypiający w Polsce, czyli nigdzie”, jest chyba – teraz próbuję to jakoś racjonalizować, samemu sobie objaśniać, pisząc nie miałem o tym pojęcia – kimś przywodzącym na myśl Tejrezjasza z Eliotowskiej Ziemi jałowej. To ktoś/coś więcej (i zarazem ktoś/coś mniej) niż tekstowy byt, który teoria literatury nazywa „podmiotem czynności twórczych”. Ową nadwyżkę (i ów niedomiar) rozumiem następująco: Vigiliusa więcej łączy ze mną żywym niż ze mną obmyślającym i zapisującym poematy. Vigilius jest w większym stopniu reprezentantem Dakowicza niż autora Ćwiczeń duchownych. Nazwałbym go najchętniej posłańcem realności pozatekstowej działającym w rzeczywistości tekstu. Ale czy istnieje rzeczywistość tekstu? Nie, nie istnieje. Mówię to wbrew obowiązującym metodologiom literaturoznawczym, które tekst czynią jedynym bóstwem filologa. Istnieje tylko rzeczywistość życia, którą współczesna kultura niestrudzenie i uparcie podaje w wątpliwość. Vigilius i ja, my obaj stajemy po stronie życia – jeśli trzeba, także przeciw literaturze, metodologiom, uroszczeniom pysznego umysłu, przeciwko wszystkim błyskotliwym koncepcjom unieważniającym realność, sprowadzającym ją do gry symulakrów. Nie byłbym jednak do końca szczery, gdybym nie przyznał, że kiedy to Pani mówię, jakiś głos dochodzący z głębi mojego własnego tekstu drwi ze mnie, powtarza mi, że układam dramat. Staram się nie słuchać tego głosu, traktuję go jako urojenie humanistyki, która już dawno oderwała się od człowieka, która z człowiekiem nie chce mieć nic wspólnego, którą interesuje jedynie zabawa w chowanego z samą sobą.

W poemacie Ćwiczony pisze Pan: „Uważaj na nogi, mówię, uważaj na nogi. / W głowie mi szumi, nie mogę złapać pionu. / Zdaje ci się, mówi głos w mojej głowie, / buty wchodzą w asfalt jak w masło, utykam / między płytami chodnika, słyszę ich cichą / muzykę: dalej, dalej, przodem do przodu, / zapadam się po kostki, po kolana, chcę wołać / z głębokości: ludzie, pochłoną nas chodniki, / przykryje fala żwiru, ale oni przechodzą / pośpiesznie, każdy słucha własnego / zestwau głośnomówiącego. Trzymasz mnie / za rękę, twoje słowa proszą: nie zapadaj się, / idź z nami, nie zostawiaj nas. Wierz mi, / chcę tylko byśmy otworzyli oczy. / Są rzeczy, na które trzeba wreszcie / otworzyć oczy”. No, właśnie – może wcale nie da się otworzyć oczu, bo choroba pozytywnego myślenia czy jakiegoś tresowania ciała, zamiast „ćwiczeń duchownych”, bo pozorna wolność i, finalnie, perspektywa gnoju lub formaliny (o tym też pisze Pan w ostatnim poemacie), to wszystko powoduje, że powieki są zbyt ciężkie, byśmy mogli otworzyć oczy?

Mówi Pani o ćwiczeniach w sensie fizycznym i w sensie duchowym. To chyba dobry moment, żebym wreszcie przeczytał fragment wstępu do Ejercicios espirituales Ignacego Loyoli: „Pod tą nazwą »ćwiczenia duchowne« rozumiemy każdy rachunek sumienia, rozmyślanie, kontemplację, modlitwę ustną i myślną oraz wszystkie inne czynności duchowe, stosownie do tego, co niżej powiemy. Bo jak przechadzanie się, chodzenie i bieganie to ćwiczenia cielesne, tak ćwiczenia duchowne to przygotowanie i usposobienie duszy po to, żeby się pozbyć nieuporządkowanych przywiązań. A gdy się ich już pozbędziemy – żeby szukać woli Bożej i odnajdywać ją w ułożeniu własnego życia tak, by zbawić duszę”. To jest tak: starałem się zrobić wszystko, by odniesienia do Ignacego Loyoli nie były oczywiste, dostrzegalne na pierwszy rzut. Ale nie do końca jest to możliwe, jeśli nadaje się książeczce tytuł identyczny z tytułem bardzo znanego i istotnego dla kultury europejskiej dzieła św. Ignacego. Pewne miejsca wspólne dostrzegłem dopiero po napisaniu poematów i skomponowaniu takiej czteroczęściowej całości. Wyszło wtedy na jaw, że cel mojego pisania, wyrastający z poszukiwań duchowych, jest częściowo zbieżny z zamysłem przyświecającym autorowi Ejercicios espirituales – chodzi przede wszystkim o rozeznanie się we własnym wnętrzu, o specyficzny, na sposób poetycki odprawiony rachunek sumienia kultury w początkach dwudziestego pierwszego stulecia. O pytanie, jaka jest ta kultura, w ramach której funkcjonujemy, jak nas ona programuje, w jaki sposób wpływa na nasze myślenie i postrzeganie świata.
Gdybym miał jakoś spuentować powyższy wywód, rzekłbym, że moje Ćwiczenia duchowne składają się z dwóch warstw. Pierwsza z nich jest warstwą literacką, zespołem pytań i odpowiedzi (może lepiej: prób odpowiedzi), które wynikają z rozmyślań na temat miejsca literatury w tym momencie cywilizacyjnym, w którym się znajdujemy. Druga warstwa to warstwa duchowa, czy też – posłużę się jednym ze słów rugowanych z języka humanistyki, słowem wzbudzającym uśmiech na twarzach literaturoznawców przeszkolonych strukturalistycznie, poststrukturalistycznie i dekonstrukcjonistycznie – warstwa problemów metafizycznych. Tę drugą warstwę – to chyba oczywiste? – traktuję jako zasadniczą, ale ona nie mogłaby się ujawnić, gdyby nie sfera języka, sfera obrazowo-pojęciowa.

I tutaj, poza Loyolą, Pan daje wskazówki swoim czytelnikom. Bo pojawiają się słowa „prawda jako owoc mozołu” i „dwa sposoby liczenia szczebelków”, i jest jeszcze ten list z Malagi o „wodach rozkoszy wewnętrznych”. To jest jakiś trop...

Tak, dziękuję, że Pani o tym wspomniała, bo to rzeczy pierwszej ważności i bez zauważenia ich w zasadzie chyba nie da się dotrzeć do tego, do czego chciałbym, byśmy w tej książce wspólnie dotarli – czytelnik i ja. Po pierwsze, słynny tekst rozważań św. Bernarda z Clairvaux o stopniach pokory i pychy, tekst odnoszący się do jakości ludzkiego życia, życia duchowego oczywiście, z kapitalnym obrazem drabiny, po której człowiek się wspina albo po której schodzi. Pozwolę sobie zacytować fragment: „Ustawiona drabina to nasze życie na świecie, które Pan podnosi ku niebu, gdy serce stanie się pokorne. Dwoma bocznymi żerdziami tej drabiny są, jak sądzimy, nasze ciało i dusza, a wzywająca nas łaska Boża umieściła w nich różne szczeble pokory i karności zakonnej, po których do góry wstępujemy”. Po tej drabinie Bernardowej można kroczyć ku górze, ale można także zapadać się w pychę, oddalając się od ostatecznego celu, jakim jest znalezienie się na szczycie drabiny, czyli w miejscu graniczącym z niebem, w miejscu, gdzie dostępuje się zbawienia i zaznaje wiecznej szczęśliwości. To jest ten pierwszy kontekst. A drugi kontekst to list świętego Jana od Krzyża do karmelitanek bosych z Beas, wysłany z Malagi w listopadzie 1586 roku, a więc przed trzystu trzydziestu laty. Fragment chętnie bym przeczytał. O, jest:
Sądzicie może – pisze św. Jan – że skoro tak długo nie odzywam się do was, to was utraciłem z oczu i ani patrzę z jak wielką łatwością możecie się uświęcać i z jaką słodką pociechą i pewnością możecie czynić postępy w radowaniu się Oblubieńcem Ukochanym? Otóż, gdy przybędę tam, wówczas ujrzycie, że nie zapomniałem o was i zobyczymy wspólnie skarby wasze, zebrane w czystej miłości i drogę przebytą do życia wiekuistego i »kroki piękne«, jakieście uczyniły w Jezusie Chrystusie, którego rozkoszą i koroną są oblubienice. Korona to kosztowna i nie godzi się tarzać jej na drogach świata, ale winna być niesiona rękoma aniołów i serafinów, aby ją ze czcią złożyli na głowę Pana.
Gdy serce czołga się w niskościach ziemi, spada korona i każda nędza nią pomiata. Lecz skoro człowiek podnosi serce do rzeczy wyższych, jak mówi Dawid, wówczas Bóg jest wywyższony koroną tego wzniosłego serca Jego oblubienicy, którą Go ukoronują w dniu radości serca Jego i w której On znajdzie swe rozkosze przebywając z synami człowieczymi.
Te wody rozkoszy wewnętrznych nie wytryskują z ziemi. Kto chce je znaleźć, musi ku niebu otwierać usta swych pragnień, wolne od wszelkich innych pokarmów. Musi mieć usta pożądań nie ściśnione ani wypełnione kęsem innych upodobań, ale próżne i otwarte w stronę Tego, który mówi: »Rozszerz usta twoje, a napełnię je«.
Tak więc kto szuka upodobania w jakiejś rzeczy, ten nie jest już na tyle ogołocony, żeby go Bóg mógł napełnić swymi niewysłowionymi rozkoszami. I jak przychodzi do Boga, tak odchodzi, gdyż ręce ma obciążone i nie może przyjąć tego, co mu Bóg dawał. Niech nas Bóg uwolni od nieszczęsnych ciężarów, które nas pozbawiają tak słodkiej i miłej wolności”.
Owe dwa teksty, jeden napisany przez Jana od Krzyża, drugi przez Bernarda z Clairvaux, wchodzą – w postaci aluzji literackich, kryptocytatów – w ostatnie partie poematu Wyrzygnąć. Poemat ten wyposażyłem jeszcze w podtytuł: Traktat o całości. Oczywiście, to podtytuł ironiczny, bo, jak nas usiłuje przekonać współczesna kultura, nie jesteśmy już w stanie dotrzeć do „całości”, „całość” od początku była urojeniem.

Św. Jan od Krzyża i św. Bernard z Clairvaux pokazują, że Pańskie Ćwiczenia duchowne to nie jest wchodzenie po tych szczebelkach w celu samodoskonalenia, prawda? To Pan jakby zupełnie przekreśla, pokazując codzienność, np. spacer, grę w śnieżki, a jednocześnie – no, właśnie – tę obawę, która budzi nas w nocy, że „nie będziemy zbawieni”.

Odpowiedź na to pytanie wydaje mi się szczególnie skomplikowana. Bo ja bym bardzo nie chciał, aby Pani rozpoznanie dało się uznać za ostateczne. Zależałoby mi na czymś przeciwnym – żeby widzieć poszczególne poematy, przede wszystkim Wyrzygnąć, Climacusa i sobowtóry oraz Ćwiczonego jako wypowiedzi o charakterze, by tak rzec, kryptokonfesyjnym i kryptoreligijnym. Właśnie jako świadectwo zmagań, bardzo poważnych i bardzo męczących zapasów z kulturą postchrześcijańską o... No, właśnie – o co? Chyba o duszę, o własną duszę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz