niedziela, 23 sierpnia 2015
wtorek, 11 sierpnia 2015
Grodno 1939: Krzyże i smoki (2)
Zastanawiam
się, jak to wygląda technicznie, to znaczy: co i jak należy
uczynić, by – solidnie, porządnie, bez ryzyka, że się osunie
czy spadnie – przymocować ludzkie ciało do przedniej części
czołgu. Nie może się przecież osunąć, nie może wpaść pod
koła, nie może zostać zmiażdżone przez gąsienice, bo wtedy nie
spełniłoby swojej podstawowej funkcji – nie mogłoby dłużej
służyć jako tarcza. Dla tych w środku, dla sowieckich czołgistów,
którzy przyjechali tu oswobodzić swoich uciskanych braci, którzy
przywieźli ze sobą postęp, oświecenie i cywilizację, ciało
Tadka Jasińskiego, wychowanka Zakładu Dobroczynności w Grodnie,
jest bezcenne – obiecuje im, że przetrwają, że z grodzieńskiej
opresji wyjdą cało, że szaleńczy rajd ulicami obcego miasta
zakończy się dla nich względnie dobrze. Bez tego ciała trudniej
im będzie realizować cywilizacyjną misję. To dlatego wymachują
rękami, wrzeszczą i straszą brauningiem, kiedy sanitariuszki
zdejmują więzy z trzynastoletnich rąk.
Via
crucis
Do
jakiego czołgu przywiązano chłopca? Nie jestem pewien, które
modele sowieckich maszych wjechały w ulice miasta nad Niemnem. Bez
wątpienia operowano dwoma rodzajami pojazdu oznaczonego symbolem BT
– mniejszym BT-5 i większym BT-7. Wniosek taki można wysnuć ze
wspomnień dowódcy 6. Korpusu Kawalerii Grupy Konno-Zmechanizowanej,
komdiwa Andrieja Iwanowicza Jeremienki, który samodzielnie prowadził
atak jednostek pancernych i dwukrotnie musiał przesiadać się z
pojazdu do pojazdu (najpierw BT-5, następnie BT-7). „Przeciwnik –
wspominał Jeremienko – podpalał nasze czołgi, oblewał je z
domów gorącą cieczą, […] polewał nas ołowiem”.
BT-5
i BT-7, zwane przez Rosjan „betjuszkami”, były to czołgi z
grupy „lekkich”. Niezbyt wielkie i zapewne bardziej zwrotne niż
pozostałe modele używane przez Armię Czerwoną, nadawały się do
operowania w ciasnych uliczkach atakowanych miast. Oglądam
fotografie „betjuszek”, zadając sobie pytanie, czy do czoła
pojazdu dałoby się przywiązać człowieka. Jaki może być wzrost
trzynastolatka? Sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt
centymetrów. Jeśli nogi mają wisieć (z relacji Grażyny
Lipińskiej wynika, że nie trzeba ich było uwalniać z więzów),
dłonie powinny być przywiązane dość wysoko. Lipińska wspomina o
„rozkrzyżowanym ciele”, musimy więc wyobrazić sobie Tomasza
Jasińskiego z rękami wyciągniętymi w bok, niemal pod kątem
prostym w stosunku do reszty ciała (taka pozycja rąk i prosto
wiszące nogi musiały wywołać skojarzenie z krzyżowaniem).
Ale
do czego krasnoarmiejcy mieliby przymocować dłonie chłopca? Może
były tam jakieś haki, jakieś metalowe elementy wystające z
przedniej ściany? Bo lufa armatki ulokowanej na wieżyczce
strzelniczej raczej się do tego nie nadawała – straciliby wtedy
możliwość sterowania działem, zmieniania jego pozycji. Zresztą,
nie byłoby wtedy mowy o „rozkrzyżowaniu” – ta ewentualność
zatem odpada. Podpowiedź znajduję na jednej z fotografii, na której
widać wyraźnie, że zewnętrzne wyposażenie części „betjuszek”
wzbogacono o duże żeliwne listwy, z których wystawało coś w
rodzaju kolców (zapewne do forsowania barykad i innych przeszkód
mechanicznych). Owe „kolce” w jeszcze większym stopniu
upodabniały przód BT-5 i BT-7 do smoczego łba.
Jest
jeszcze jedna ewentualność. W relacjach dotyczących sowieckiego
marszu na Grodno pojawia się informacja o czołgach ciężkich T-28.
A jeśli to z takim czołgiem zetknęły się grodzieńskie
nauczycielki-sanitariuszki? Ten model, większy i cięższy, chyba
nieco lepiej nadawał się do „rozkrzyżowania” na jego przedniej
ścianie ludzkiego ciała. Kłopot w tym, że aby przywiązać
chłopca, trzeba by zamknąć klapę, przez którą obserwowano teren
w bezpośredniej bliskości czołgu.
Wątpliwości
nie rozstrzygniemy. Wszystko, co da się uczynić, sprowadza się do
próby objęcia słowem wydarzenia, które z pewnością miało
miejsce, do opisania momentu krępowania trzynastolatka. Butelka z
benzyną i naftą roztrzaskuje się na żeliwnej ścianie, czołg
zatrzymuje się, z jego wnętrza wyskakują umorusani tankiści,
krzyczą, potrząsają zmartwiałym ze strachu trzynastoletnim ciałem
(Lipińska napisze: „bili, chcieli zabić”). O chłopcu, który
rzucił butelkę – jeśli tylko chcą doprowadzić do końca to, co
zamyślili – muszą myśleć jak o dorosłym. Wroga ludu,
burżuazyjnego terrorystę, obrońcę pańskiej Polski należy
przykładnie ukarać.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Etykiety:
Afazja polska 2,
Grodno 1939,
historia
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Grodno 1939: Krzyże i smoki (1)
![]() |
Grodno w roku 1938 |
Niewiele
o nim wiemy. Trzynastolatek, półsierota, wychowywany w jednym z
grodzieńskich Zakładów Dobroczynności, syn służącej Zofii
Jasińskiej. Jak wielu jego rówieśników, poszedł na sowieckie
czołgi. Rzucił w metalową konstrukcję butelką z mieszanką nafty
i benzyny, ale zapomniał podpalić lont. Zawartość nie wybuchła,
czołg nie stanął w płomieniach.
Butelka
uderza w wieżyczkę czołgu, rozpryskuje się szkło, oleista ciecz
spływa po skośnej żeliwnej ściance. Teraz jest ostatnia chwila na
ucieczkę. Dwaj koledzy szarpią trzynastolatka za rękaw, krzyczą,
ale ich krzyk zostaje zagłuszony przez zgrzyt hamulców. Sowiecka
maszyna zatrzymuje się, unosi się klapa włazu – z otworu wyłania
się głowa, potem ramiona i ręce. Trzynastolatek stoi w bramie jak
słup soli. Został sam. Sam w świecie dorosłych. Ich twarze
czerwone, białe zęby błyskające raz po raz, kiedy gardła
strzelają słowami, niezrozumiałymi, gwałtownymi. Siarczysty
policzek przywraca go rzeczywistości. Teraz, kiedy te obce ramiona
wloką go w stronę stalowego kolosa, czuje zapach potu, ich potu, a
także smak własnej krwi.
Wieczny
bieg
21
września Danuta Bukowińska, kierowniczka internatu Zespołu Szkół
Zawodowych, i Grażyna Lipińska, nauczycielka, błądzą ulicami
miasta. Napisałem „błądzą”, bo czy pod gradem kul, wśród
detonacji i wybuchów, da się zachować porządek marszruty? Ucieka
się przed pociskami, wbiega do otwartych bram, przemyka pod murami,
przykuca za węgłem. Kobiety roznoszą amunicję i materiały
opatrunkowe. Kiedy natrafią na rannego, rozkładają nosze i z
jęczącym ładunkiem wycofują się w stronę szpitala. Bez opieki
nie pozostawiają nawet sowieckich żołnierzy. Lipińska: „Niedaleko
koszar trafia nam się znowu ciężko ranny, tryskający krwią
bolszewik. Po drugiej stronie ulicy jest gmach Kasy Chorych, punkt
opatrunkowy, lekarze, ale nie sposób przejść, tak silnie jest
ostrzeliwana. Wystarczy wychylić się trochę, a z obu stron leci
deszcz kul bolszewickich. Zatrzymują nas dwaj sierżanci: –
Przecież dla zdychającego bolszewika nie będą panie narażały
życia? [...] Kiedy uparci sierżanci ofiarują się sami zanieść
rannego, dzieje się rzecz najgłupsza: wszyscy czworo chwytamy nosze
i schyleni, potykając się przebiegamy ulicę. Dwa pociski,
wyrzucone z dział czołgowych, rozpryskują się już za nami. –
Pudło – woła starszy sierżant w stronę bolszewików, a oddając
doktorowi rannego opowiada z humorem o głupim uporze kobiet. Lekarz,
Żyd, nie przejmuje się na razie rannym bolszewikiem, zapatrzony w
młodych podoficerów zapytuje, czy nie potrzeba im czego, ładuje im
kieszenie papierosami, szczęka mu drga, płacze nad nimi, a może za
nimi”.
Po
południu w perspektywie jednej z ulic ukazuje się sowiecki czołg.
Trzeba się wycofać, bo zaraz strzelec obsługujący karabin
maszynowy pociągnie za spust i kule będą siec bez litości po
wszystkim, co się rusza. Ale Grażyna Lipińska dostrzega z przodu
czołgu „jasną plamę”. Nie jest pewna, czy dobrze widzi, lecz
po chwili nie ma już wątpliwości: do maszyny przywiązano żywego
człowieka... Teraz jest skok i długi bieg – jakby na przekór
obrotom historii, wojnie i śmierci – bieg kobiety, która nie chce
się zgodzić na nowy porządek świata, która każdym zgięciem
kolana, każdym wymachem ramion protestuje przeciwko tej niepojętej
teraźniejszości, zaprojektowanej w zacisznych gabinetach
dyktatorów. Nie pozwalam! – krzyczą ręce i nogi w ruchu. Tak nie
można! – mówi grymas jej twarzy, na której osiadają drobinki
pyłu z potrzaskanych kamienic. Jest w tym straceńczym biegu epicki
rozmach – jakby zwykła nauczycielka z Grodna zmieniła się na
chwilę w postać z Homerowej Iliady.
Ten pęd unieważnia wyroki historii – miną dziesięciolecia, w
proch rozpadną się imperia, dumne miasta popadną w ruinę,
odmienią się pokolenia, a ona wciąż będzie biegła.
„Nie
zważam na Dankę – relacjonuje Lipińska – nie słyszę jej
krzyku. Śmiercionośna maszyna toczy się naprzód, a ja stępiała
na wszystko lecę prosto na nią. Przeraźliwy zgrzyt... czołg staje
tuż przede mną. Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk.
Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie”.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).
Etykiety:
Afazja polska 2,
Grodno 1939,
historia
Subskrybuj:
Posty (Atom)