czwartek, 22 października 2015

Fotorelacja z koncertu na motywach "Łączki"



18 października w Okęckiej Sali Widowiskowej w Warszawie został przedstawiony publiczności koncert poetycko-muzyczny oparty na wierszach z tomu Łączka. Muzykę do wierszy skomponował Mikołaj Hertel. Wystąpili:


Jerzy Zelnik – recytacja

Ewelina Siedlecka-Kosińska – śpiew

Mikołaj Hertel – fortepian

Katarzyna Kamer – wiolonczela

Piotr Rodowicz – kontrabas


Na widowni zasiedli m.in. prof. Krzysztof Szwagrzyk, Grażyna Chojecka (krewna Hieronima Dekutowskiego „Zapory”), Ewa i Jarosław Marek Rymkiewiczowie, Antoni Krauze, prof. Krzysztof Dybciak, Bronisław Wildstein, Wanda Zwinogrodzka, Katarzyna Łaniewska, Hanna Dobrowolska, Agnieszka Czachowska, Piotr Życieński.

Poniżej kilka fotografii dokumentujących przebieg koncertu.
 
 


 
WIĘCEJ FOTOGRAFII PONIŻEJ

czwartek, 15 października 2015

Przejście. O pierwszym pogrzebie Wyklętych






Analizując proces ludzkiego postrzegania czasu, Augustyn z Hippony doszedł do wniosku, że „ani przeszłość, ani przyszłość nie istnieje. I właściwe nie należałoby mówić, że istnieją trzy dziedziny czasu – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Może ściślejsze byłoby takie ujęcie, że istnieją następujące trzy dziedziny czasu: obecność rzeczy minionych, obecność rzeczy teraźniejszych, obecność rzeczy przyszłych”. Swoje rozważania kwitował w następujący sposób: „W ogóle rzadko posługujemy się słowami w sposób zupełnie ścisły, częściej mówimy nieściśle, ale jakoś udaje się nam wyrazić to, co wyrazić chcemy”.


Przybądźcie z nieba


Nie jestem pewien, jak wyrazić to, co chcę wyrazić. U początku stoi myśl, że Bóg widzi wszystkie epizody składające się na ludzką historię jako jedność – poza czasem, poza przeszłością i przyszłością. W takiej jedności doskonałej obecne są również wydarzenia konstytuujące dzieje powązkowskiej Łączki: egzekucje, tajne pochówki, cmentarne śmietnisko, gruba warstwa ziemi i gruzu, nowe groby na powierzchni, ehshumacje i uroczystości pogrzebowe. Dla nas to nie do pojęcia – wszystko otrzymujemy w oderwaniu. Dotyka nas okrucieństwo długich dni, miesięcy i lat bezradnego oczekiwania.

Dzięki rytuałowi pożegnalnemu, dzięki chrześcijańskiemu obrzędowi odprawionemu nad skrzynkami z sosnowego drewna, nad kosteczkami wydobytymi z piachu i gliny – ta fundamentalna różnica na moment zostaje unieważniona. Jakby modlitwy i śpiewy objawiały nam umowność kategorii czasu, jakby kurtyna dzieląca ten świat od tamtego świata uniosła się, a odmienne rzeczywistości weszły ze sobą w związek, przemieszały się. Kiedy żołnierski chór śpiewa słowa pieśni, czyni to zarazem teraz i w godzinie Ich śmierci. Woła dla Nich, prowadzonych na rozstrzelanie, o asystę anielską – i anielska asysta zostaje im przydzielona. Prosi o obecność świętych Pańskich – i święci obcują z konającymi.

Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw, / Mieszkańcy chwały, wszyscy święci Boży; / Z obłoków jasnych zejdźcie, aniołowie, / Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie”. Jest 27 września 2015 roku, kilka minut po godzinie jedenastej. Na Placu Piłsudskiego w Warszawie zakończyła się właśnie msza żałobna. Głosy żołnierzy szturmują niebo, po którym wolno płyną chmury, podświetlone promieniami wrześniowego słońca. „Wszechmogący Bóg odrodził was z wody i Ducha Świętego na życie wieczne. Niech zatem dopełni dzieła, które rozpoczął na chrzcie swiętym”. Słowa te wypowiada ks. dr Józef Guzdek, biskup polowy Wojska Polskiego.

Każda z trzydziestu pięciu trumienek skropiona będzie wodą święconą, po czym szczątki Niezłomnych przeniesione zostaną do karawanów. Każdy zmarły wywołany będzie po imieniu. Chwila ta ma znaczenie symboliczne – przez dziesięciolecia ich nazwiska i czyny pokryte były milczeniem. Ich szczątki nigdy nie miały zostać odnalezione – ciała wrzucono do dołów śmierci pod osłoną nocy, w miejscu ich pogrzebania urządzony został cmentarny śmietnik, a kiedy go zniwelowano, na powierzchnię kwatery Ł nawieziono grubą warstwę ziemi i gruzu. W latach osiemdziesiątych nad mogiłami Wyklętych wytyczono rząd nowych grobów, w których spoczęły osoby zasłużone w „dziele utrwalania władzy ludowej”. W księdze cmentarnej nie został żaden ślad po zamordowanych. Oficjalne dokumenty wytworzone przez komunistyczne państwo powielały kłamstwo i sankcjonowały zbrodnię.

Dzisiejsza uroczystość w pewnym stopniu cofa i unieważnia tamte wydarzenia, dobywa na światło dzienne to, co miało pozostać w ukryciu.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).




środa, 14 października 2015

Rymkiewiczowski numer "Toposu"



Ukazał się nowy numer dwumiesięcznika literackiego "Topos" (2015, nr 5), poświęcony twórczości Jarosława Marka Rymkiewicza. W numerze m.in.

  • Jarosław Marek Rymkiewicz, niepublikowane fragmenty książki Adam Mickiewicz odjeżdża na żółtym rowerze;
  • wypowiedzi ludzi kultury o twórczości Jubilata (o Rymkiewiczu piszą: Janusz Drzewucki, prof. Maciej Urbanowski, dr Artur Nowaczewski, Zbigniew Fałtynowicz, Włodzimierz Pomierny, dr Mariusz Kalandyk, dr Marta Kwaśnicka, Elżbieta Czerwińska);
  • P. Dakowicz, My jedziemy - to jest wieczne i nie mija;
  • Poeta jest śpiewakiem – ma wyśpiewać życie. Z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem rozmawia Przemysław Dakowicz.

niedziela, 11 października 2015

Piaśnica: dziecko i las (2)



Piaśnica, ekshumacja (1946); kadry z filmu Na szlaku zbrodni


Łaciński rzeczownik pietas, pietatis nazywa „miłość zgodną z powinnością”, to znaczy taką, którą odczuwa się wobec kogoś, kto na miłość zasługuje – przez wzgląd na więzy łączące go z kochającym. Podmiot miłości i jej obiekt pozostają ze sobą w bliskości, a bliskość ta jest w równym stopniu źródłem, co rezultatem kochania. Pietas to także „poczucie obowiązku”, „pobożność”, „uczucia familijne”, „przywiązanie”, „miłość ojczyzny”, „wierność”, „sprawiedliwość” i „łagodność”. Włoska wersja tego słowa – pietá (w języku włoskim jego podstawowe znaczenia to „litość”, „uwielbienie”, „miłosierdzie”) – weszła do kultury jako określenie pewnego szczególnego artystycznego wyobrażenia miłości: pietá to plastyczne, najczęściej rzeźbiarskie, przedstawienie postaci Maryi trzymającej w ramionach zdjęte z krzyża ciało Jezusa Chrystusa. W scenie, jaką tego rodzaju dzieło sztuki ukazuje, znajduje odzwierciedlenie zarówno pierwotne (łacińskie), jak i wtórne (włoskie) znaczenie przywoływanego rzeczownika.

Rachunek cmentarny

Swoją pietę miała także Piaśnica. Zapisując to zdanie, nie myślę jednak o dziele sztuki rzeźbiarskiej czy malarskiej, lecz o „czymś”, co bardzo trudno mi nazwać – dlatego od nazywania, definiowania i opisywania wolałbym się teraz powstrzymać.

Na razie fakty, a raczej: strzępy wspomnień i ślady wydarzeń – by opis, do którego w końcu musimy dobrnąć, okazał się w pełni zrozumiały.

W lasach piaśnickich mordowani byli przedstawiciele polskiej inteligencji, zwożeni tu z okolicznych miejscowości, a także – według wszelkiego prawdopodobieństwa – Żydzi, pacjenci szpitali psychiatrycznych oraz całe rodziny „wrogów III Rzeszy”, m.in. działaczy zdelegalizowanego Związku Polaków w Niemczech, transportowane pociągami do Wejherowa. Nie znamy dokładnej liczby ofiar – wszystkie dane prezentowane w opracowaniach historyków, pozostają danymi szacunkowymi. Uzyskano je mnożąc liczbę ciał odnalezionych w dwóch rozległych jamach grobowych przez liczbę wszystkich zbiorowych mogił odkrytych w okolicach Piaśnicy (wiadomo z całą pewnością, że grobów było więcej – ekipie ekshumacyjnej nie do wszystkich udało się dotrzeć) i konfrontując uzyskany w ten sposób wynik z zeznaniami świadków (szczególnie istotne były tu relacje lęborskich i wejherowskich kolejarzy).

Bernard Brodalski, dróżnik na odcinku Wejherowo-Tyłowo, wspominał: „Postanowiłem liczyć ciężarówki [jadące z Wejherowa w stronę Piaśnicy]. Bałem się cokolwiek zapisywać, bo byłem pod obserwacją. Wziąłem się na sposób. W torbie miałem śniadanie owinięte w papier. Za każdym razem, kiedy mijała mnie buda, odrywałem dyskretnie kawałek papieru i chowałem do kieszeni. W domu przeliczałem te skrawki. Największy transport […] odszedł z więzienia w narodowe Święto Niepodległości 11 listopada 1939 r. – naliczyłem dziesięć ciężarówek. Dwa razy tyle niż zwykle. W jednej budzie przewożono 30-35 osób” (cyt. za: R. Osowicka, Las Piaśnicki. Niemy świadek hitlerowskiej kaźni, Wejherowo 2014). Brodalski twierdził, że łączna ilość samochodów z ludźmi przeznaczonymi do rozstrzelania, jakie wysłano z Wejherowa, to czterysta sztuk. Inny z pracowników kolei obserwujących transporty, Teofil Mudlaff, mówił o pięciuset samochodach i autobusach.

Liczba ostateczna ofiar ludobójstwa piaśnickiego to prawdopodobnie dwanaście-czternaście tysięcy. Jak wiele z nich przywieziono tu z głębi Niemiec? Osiem, może dziesięć tysięcy? Co o nich wiadomo?

Od końca października 1939 roku dwa razy w tygodniu lub częściej do składu relacji Szczecin – Gdańsk dostawiane były wagony z pasażerami o specjalnym statusie. Pracownikom kolei zabroniono się z nimi kontaktować – otrzymali oni jedynie informację, że w owych dodatkowych wagonach przewożone są osoby psychicznie chore. Wagony dołączano następnie do tzw. pociągu szkolnego, kursującego między Lęborkiem a Wejherowem, a po przetransportowaniu ich do stacji docelowej przetaczano je na boczny tor, do którego dostęp był ograniczony. Mimo to kilku kolejarzy zdołało nawiązać kontakt z tajemniczymi podróżnymi, z których część była przekonana, że jadą do domu wypoczynkowego w Piaśnicy. Inni twierdzili, że miejscem ich przeznaczenia jest obóz przesiedleńczy. Wielu utyskiwało z powodu zmęczenia, niektórzy płakali, obawiając się o dalszy los własnych rodzin. Słyszano języki polski, niemiecki, rzadziej czeski lub słowacki. Kolejarze wchodzili także do opróżnionych wagonów – znajdowali tam książeczki i gazety polsko- i niemieckojęzyczne, różańce, modlitewniki, medaliki oraz gry i zabawki pozostawione przez dzieci.
  
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

sobota, 10 października 2015

Piaśnica: dziecko i las (1)


Wejherowo podczas okupacji


W Królu olch Johanna Wolfganga Goethego to dziecko ma kontakt ze światem nadprzyrodzonym, to jemu objawia się tajemnicza postać leśnego władcy, to ono słyszy głos dobiegający z innej rzeczywistości. Dla dorosłego owa rzeczywistość pozostaje niedostępna, dorosły nie może jej dotknąć, ponieważ jego zmysły zamknęły się na to, co niepojęte, jego zdolność postrzegania i rozumienia uległa stępieniu, stłumiły ją lata nauki, zagłuszył zgiełk świata. Mimo tej fundamentalnej różnicy między synem a ojcem, dziecko z ballady nie jest całkowicie bezbronne – zamknięte w ramionach rodzica, może wołać o pomoc, może mówić o wszystkim, czego doświadcza, szukać ratunku przed rozpaczą, jaka je ogarnia. Właśnie temu służy, pozornie nieudana, wymiana zdań między bohaterami utworu Goethego.

Dziecko zadaje pytania, domaga się obrony, podejmuje próbę przełożenia własnego doświadczenia na język dorosłych: „Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok.”; „Ach, tato, tato, słyszysz ten śpiew?”; „Patrz, tato, tato! Nie widzisz? Tam!”. Tłumaczenie Antoniego Libery znakomicie oddaję dynamikę lęku, nadzwyczajną reaktywność chłopca przerażonego nocnym galopem przez puszczę tonącą w mroku. Odpowiedzi ojca są czymś więcej niż tylko zdawkowym uspokajaniem. Ojciec dostrzega skrajną emocję dziecka, próbuje zrozumieć jej przyczynę, pyta, bo chce powstrzymać napór ciemności: „Dlaczego, synku, odwracasz wzrok?”. Kolejne kwestie przezeń wygłaszane oparto na jednym schemacie – jakby były zaklęciami chroniącymi przed ciemnymi mocami. Zbudowane są na przeczeniu, na jednoznacznym stwierdzeniu, że wszystko, co objawia się dziecku, jest złudzeniem, omamem, wytworem rozgorączkowanej wyobraźni: „To tylko mgła. Coś ci się śni.”; „Spokojnie, synku, to wiatru świst.”; „Nie, synku, nie! To żaden znak”. Pytania i odpowiedzi, dialogujące ze sobą okrzyki i szepty, wątpliwości i zapewnienia układają się w jedyny w swoim rodzaju, rozpisany na słowa, rytuał przejścia – z życia do śmierci, z jasności w mrok, z ciepła ojcowskich ramion w chłód grobowego dołu. Wieńczy ów przedśmiertny rytuał ostatnie westchnienie: „Ach, tato, tato! Porywa mnie król! / Ciemnieje mi w oczach, przeszywa ból”. Do końca jest tu utrzymana relacja bliskości – dziecku odchodzącemu z tego świata towarzyszy bliska osoba. Dzięki temu dramat śmierci staje się mniej dotkliwy – jakby był przeżywany wspólnie, jakby ciężar konania dźwigali obaj, syn i ojciec.

Doświadczenie dzieci skonfrontowanych z niemieckim ludobójstwem w Piaśnicy miało odmienny charakter – wrzucone w niepojęty świat dorosłych, którzy z zimną krwią mordują swoich sąsiadów, pozostały w tym świecie osamotnione. Czekał na nie mrok bez dna, niemilknące echo karabinowej salwy, zimny śmiech morderców z Selbstschutzu. Rytuał przejścia nie został odprawiony.


Między sceną a widownią


Historia zmienia się niekiedy w wielkie przedstawienie, w spektakl odgrywany na oczach tych, którzy w nim uczestniczą. Ludzie bywają wtedy zarazem widzami i aktorami, zdolni są objąć kilka planów naraz – zbliżenie (w którym widoczny jest najmniejszy szczegół, ruch ręki, drgnienie powieki, łza spływająca z kącika oczu), plan ogólny (można się tu zorientować w relacjach między postaciami, np. między tym mężczyzną w mundurze, który wygraża pięścią i raz po raz wykrzykuje jedno słowo w języku Goethego i Schillera, a kobietą kurczowo trzymającą w ręku zawiniątko z niemowlęciem) oraz plan totalny (domy rozrzucone wzdłuż drogi, ginącej za wzniesieniem i wynurzającej się nieco dalej, wśród zgniłozielonych łąk listopada; pokryte plandekami samochody zmierzające wolno ku czarnej linii lasu; bure pierzaste chmury sunące po niebie prędzej niż zwykle).

W tej chwili aktorami i widzami są dzieci wychylające się zza balkonowej balustrady na piętrze żółtego domu przy szosie krokowskiej, gdzieś na przedmieściach Wejherowa. Obserwują, wiedząc, że i one są obserwowane, że każdy gwałtowny ruch rejestrują żołnierze z karabinami w dłoniach, siedzący na tyłach wypełnionych ludźmi ciężarówek. Ich ojciec, zastępca wójta Bolesław Kralewski, został aresztowany w pierwszych dniach września. Nie zdjął polskiej flagi powiewającej przy wejściu na ganek, uparł się, że nie zdejmie. Trwał przy swoim postanowieniu nawet wtedy, gdy krzyczeli i grozili. Teraz jego córki co dzień wychodzą na balkon i tkwią tam godzinami, a gdy ciężarówki z więźniami przejeżdżają w pobliżu, chwytają drobnymi rączkami za balustradę i rozwartymi szeroko oczami wpatrują się w czarne maski samochodów, w szpary w plandekach z brezentu o nieokreślonej barwie. Chciałyby krzyczeć: „Ach, tato, tato!”, ale ktoś im powiedział, że krzyk może sprowadzić nieszczęście, że trzeba milczeć, milczeć – zaciskają więc piąstki, trącają się ramionami, teatralnym szeptem wymieniają spostrzeżenia.

Czy sprawcy tego mimowolnego widowiska zdają sobie sprawę z jego charakteru? Kierowca ciężarówki, dwudziestolatek z któregoś ze wschodnich landów III Rzeszy, odrywa wzrok od kierownicy, jego spojrzenie na jedno mgnienie krzyżuje się ze spojrzeniem dzieci. Ich płowe główki jaśnieją w promieniach południa. Z każdego okna, z każdych rozwartych drzwi płonący wzrok tych, których unano za niewolników, za istoty ludzkie podlejszego gatunku, niezasługujące na to, by stanowić o własnym losie. Co się dzieje w głowie chłopaka kierującego samochodem? Czy myśli o ludziach stłoczonych na platformie ciężarówki jedynie jako o ładunku przewożonym z miejsca na miejsce, jako o pewnej liczbie kadłubów, śmiesznie poskręcanych rąk i nóg, które trzeba przetransportować z punktu A do punktu B? Czy ogarnia wyobraźnią jamę w ziemi wydrążoną między drzewami, kilkanaście kilometrów stąd? Zastanawia się, co będzie na obiad? A może chciałby zdjąć nogę z gazu, przekręcić kluczyk w stacyjce, wyskoczyć z kabiny kierowcy i krzyczeć, wyć, tak by wszyscy usłyszeli: „Nie będę brał w tym udziału! Nie chcę być mordercą!”? Raczej nie – odgrania włosy z czoła i przegania irytujące wątpliwości. Wie przecież dobrze: liczy się idea, idea tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej. Oblicza Europy nie zmienia się bezboleśnie. Wielka Sprawa wymaga ofiar.


Za śmiercią na rowerkach


Jeśli kierowca ciężarówki zerknąłby w lusterko po przejechaniu skrzyżowania Adolf-Hitler-Strasse (do niedawna Sobieskiego) i Schönwalderstrasse (Sienkiewicza), ujrzałby w nim kawalkadę dzieciaków na rowerkach, ruszających w ślad za transportem więźniów. Obraz dzięcięcych rowerków mknących szosą krokowską powtarza się w relacjach świadków tamtych wydarzeń. Jak wspomina Elżbieta Kralewska, mali rowerzyści byli w głównej mierze krewnymi więźniów: „Matki wysyłały ich na »trasę śmierci« […], by sprawdzali, dokąd wiozą ich bliskich. Kiedy »budy« wjeżdżały na ul. Sienkiewicza, chłopcy wsiadali na rowery i pędzili za nimi. Odległość z Wejherowa do Piaśnicy wynosi około 10 kilometrów. W połowie drogi hitlerowcy chłopców odganiali. Musieli wracać do miasta” (cyt. za: R. Osowicka, Las Piaśnicki. Niemy świadek hitlerowskiej kaźni, Wejherowo 2014).

Spróbujmy pojąć to, co niepojęte, spróbujmy ujrzeć tę scenę, która nie chce mieścić się w głowie. Drobne palce zaciskające się na kierownicach, poważne twarze malców wpatrzonych w załom ulicy, w miejsce, gdzie zaraz pojawi się maska pierwszego samochodu jadącego od strony budynku gestapo, zamglone oczy, gwałtowne bicie serc pod bluzkami i kurteczkami, ostatnie nawoływania, wieści i plotki przekazywane z ust do ust. Jadą, jadą! Już słyszać ryk motorów! Gdy ciężarówki suną obok, spod opon pryska na rowerzystów błoto ulicy. Jest 11 listopada, święto odzyskania niepodległości. Dzień największej egzekucji został wybrany z premedytacją – niech się dowiedzą, że z Polski, tego bękarta traktatu wersalskiego, nie zostanie kamień na kamieniu, że kto podniesie rękę przeciwko władzy niemieckiej, zostanie uciszony.

Teraz startują rowerki. Kręcą się kółka, wiatr podnosi włosy malcom, a oni pedałują – lewa, prawa, lewa, prawa. Są tam wszyscy, nie tylko chłopcy, ale i dziewczęta, w jasnych letnich sukienkach, w słomkowych kapeluszach – wyrwane z bezpiecznego dzieciństwa i przeniesione w sam środek świata germańskich mitów. Dzieci we władzy nadprzyrodzonych sił, postawione twarzą w twarz ze złowrogimi postaciami z podań i baśni, z trudem pojmujące, że co się dzieje, dzieje się naprawdę. 

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

czwartek, 8 października 2015

"Konstecja Toposu" - antologia poetycka


Ukazała się książka Konstelacja Toposu. Jest to antologia prezentująca bogaty wybór twórczości autorów skupionych wokół dwumiesięcznika "Topos" i tworzących Konfraternię Poetycką 'TOPOI': Artura Nowaczewskiego, Wojciecha Kudyby, Krzysztofa Kuczkowskiego, Wojciecha Kassa, Jarosława Jakubowskiego, Adriana Glenia, Wojciecha Gawłowskiego i Przemysława Dakowicza.


Książka ma objętość 223 stron.
Posłowie napisał wybitny literaturoznawca, prof. dr hab. Jarosław Ławski.
 
 

wtorek, 6 października 2015

Piaśnica: hieroglif pustki (2)





Odnajdywali swoich dzięki charakterystycznym elementom garderoby, koronom zębowym, medalikom, inicjałom wyhaftowanym na bieliźnie. Franciszka Donarskiego, sekretarza starostwa w Wejherowie, udało się zidentyfikować dzięki protezie (utracił prawą nogę jeszcze w trakcie I wojny światowej); w październiku 1946 wciąż można było rozpoznać rysy jego twarzy. Nauczycielki Kazimiera i Stanisława Pankówny miały na sobie gorsety z pracowni Schwarzmanna w Gdańsku. Nadleśniczy wejherowski, inżynier Roman Kuniewski, zwykł nosić w kieszeni munduru srebrną tabakierę z orłem na wieczku. W ekshumacji brał udział jego syn Witold, żołnierz Armii Krajowej, który po latach wspominał (fragmenty relacji zostały zaczerpnięte z książki Reginy Osowickiej Las Piaśnicki. Niemy świadek hitlerowskiej kaźni, Wejherowo 2014): „[Ojciec] Leżał głęboko, pod warstwami innych zwłok, toteż jego ciało było silnie zmumifikowane. Mama zaczęła krzyczeć: Romek, Romuś ukochany. Uklękliśmy z mamą przed jego zwłokami i wyliśmy z bólu”.

Stanisław Biliński, syn zamordowanego adwokata i byłego komisarycznego burmistrza Wejherowa, majora Wojska Polskiego w stanie spoczynku, uznał czas identyfikacji w lesie piaśnickim za najtrudniejszy moment w swoim życiu: „Ten obraz będzie mi towarzyszył do końca [...]. Piękny las, a w nim zrozpaczeni ludzie, którzy w ciałach ułożonych na trawie usiłują rozpoznać swoich bliskich”. Ciało ojca zidentyfikował dzięki książeczce wojskowej i resztkom charakterystycznej marynarki. Stanisław Karwasz, były kierownik szkoły powszechnej w Dobimierzu i wizytator oświatowy, został rozpoznany po spodniach sztruksowych i rolce bandażu, którą żona wręczyła mu w chwili aresztowania – jak duża część ofiar ludobójstwa w Piaśnicy, była członkiem Polskiego Związku Zachodniego, który Niemcy uznali za instytucję wrogą III Rzeszy (przynależność do tej organizacji jesienią 1939 roku równała się wyrokowi śmierci).


Opróżnione groby


Byli tacy, ogromnie wielu takich, którzy nie mogli rozpoznać swoich bliskich (zidentyfikowano jedynie pięćdziesiąt pięć spośród trzystu pięciu ofiar podniesionych z grobów nr 1 i 2) lub ich pośród szczątków nie odnaleźli. Ekshumowane zwłoki badała specjalna komisja sądowo-lekarska, której eksperci zawarli w protokole końcowym następujące wnioski: „Przyczyną zgonu był postrzał z broni palnej, bliżej nie ustalonego kalibru, w czaszkę od tyłu, w okolicę kości potylicznej, względnie od strony przedniej, i to z bliskiej odległości oraz w okolicy klatki piersiowej i jamy brzusznej. W wielu wypadkach przyczyną zgonu było rozłupanie czaszki twardym przedmiotem, którym mogła być stopka karabinu. W obu wypadkach zgon następował gwałtownie, a to wobec zupełnego rozłupania czaszki, pęknięcia kości podstawy czaszki oraz na skutek postrzału serca. Postrzały okolicy jamy brzusznej i klatki piersiowej wywoływały na razie przerwanie tych ośrodków i skrwawienie narządów wewnętrznych, co powodowało czasowe zamroczenie, tak że przyjąć należy, iż zgon następował powolnie na skutek uduszenia w grobie przez zasypanie rannych zwłokami i ziemią. Uszkodzenia kończyn spowodowane są urazami zadanymi twardym narzędziem”.

Czy można zazdrościć rodzinom innych straconych tych krzyków i zawodzeń nad ciałem z rozłupaną czaszką, z przetrąconymi nogami i rękami? Czy to do pomyślenia – przyglądać się z poczuciem niesprawiedliwości i pretensją do losu truchłom dźwiganym drżącymi dłońmi, przenoszonym do sosnowych skrzynek, których dno wyściełano leśnym mchem? Uczestnicy ekshumacji, którzy nie odnaleźli bliskich w dołach z ciałami, musieli dopuścić do siebie myśl, że rozłąka rozpoczęta przed siedmiu laty nigdy się nie zakończy i w świecie po apokalipsie na zawsze pozostaną samotni. O tym, że szczątki ich krewnych spalono, a popiół rozrzucono, zdawały się świadczyć właśnie dokonane odkrycia – dobrze zachowane leśne paleniska i pustka mogił oznaczonych numerami od 3 do 26. „Groby od nr III do VII oraz od X do XXVI włącznie – stwierdzono w protokole z ekshumacji – zawierały z całą pewnością zwłoki ludzkie, które po dłuższym czasie stamtąd usunięto. Przemawia za tym okoliczność, że gleba grobów przesiąknięta jest treścią rozłożonych tkanek organizmu ludzkiego; gleba tych grobów ma charakter raczej konserwujący, zatem rozkład zwłok następował wolno. Groby nr VIII i IX nie zawierały zwłok ludzkich i musiały być po wykopaniu zasypane na powrót”.

Ale czy wielką zbiorową mogiłę da się opróżnić w sposób doskonały? Nie. Oprócz tego, co protokół określa jako „treść rozłożonych tkanek organizmu ludzkiego”, w dołach śmierci, których zawartość wydano na pastwę ognia, znajdowano jeszcze ułomki kości i drobne przedmioty należące do ofiar.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

niedziela, 4 października 2015

Piaśnica: hieroglif pustki (1)


Piaśnica 1939, kopanie grobów (źródło: Wikipedia)


Prawda o zbrodni w Piaśnicy składa się ze szczątków obrazów, ze strzępów słów, ze scen przerwanych, zanim zaczęły się na dobre rozpocząć. Jakby wszystko, co wydarzyło się tam jesienią 1939 roku, zapowiadało naszą współczesność – z jej brakiem hierarchii, fragmentarycznością, aksjologicznym i estetycznym chaosem.

Sprawcy wiele uwagi poświęcili zatarciu śladów własnej działalności, skazując nas, którzy chcemy wiedzieć, na domysły, hipotezy, „wersje robocze”. Wszystko, co można dziś uczynić, to oglądać każdy szczątek, każdy fragment, każdy detal – pod mikroskopem pamięci.


Gazety i ciała


W październiku 1946 roku przeprowadzono w lasach piaśnickich ekshumację. Z trzydziestu odnalezionych wtedy zbiorowych mogił zbadano dwadzieścia sześć. Informacje o pracach identyfikacyjnych pojawiały się w lokalnej prasie. Towarzyszyły im doniesienia o przygotywanym przez polskich śledczych procesie byłego gauleitera Gdańska, Alberta Forstera.

Na pierwszej stronie „Dziennika Bałtyckiego” z 12 października ukazał się artykuł Piaśnica – potworne dzieło Forstera. Jego autor pisał: „Nazwa cichej miejscowości powiatu morskiego, leżącej w odległości około 10 km na północ od Wejherowa, stała się w okresie okupacji synonimem grozy dla przebywających na wybrzeżu Polaków. W listopadzie 1939 r. rozeszła się bowiem wiadomość, powtarzana z ust do ust, że w lasach Piaśnicy rozstrzeliwują Niemcy zakładników – Polaków z Wejherowa, Gdyni i innych okolic Wybrzeża. Mieszkańcy Wejherowa często widywali samochody ciężarowe, załadowane ludźmi, wiezionymi pod eskortą żandarmerii lub członków SS w kierunku Piaśnicy. Od tej chwili ginął ślad po wszystkich aresztowanych w Wejherowie Polakach. Żonom, kołatającym o wiadomości o losie aresztowanych mężów, władze niemieckie groziły represjami, przekazując jedynie w najlepszym wypadku przedmioty, należace do aresztowanych, bez jakiejkolwiek bliższej informacji o nich samych. Uporczywie powtarzały się wieści, że w lasach Piaśnicy Niemcy dokonywują masowych zbrodni na Polakach”.

W piątym dniu ekshumacji informowano o odkryciu 27 zbiorowych grobów, z których dwa rozkopano, wydobywając z nich szczątki ofiar. Szacowano, że każda z mogił kryje w swoim wnętrzu od stu pięćdziesięciu do dwustu ciał. Podawano także dane pierwszych zidentyfikowanych – m.in. Lucjana Borysławskiego, przed wojną dyrektora Banku Rolnego w Gdyni.


Identyfikacje


W kolejnym tekście tego samego autora, podpisanego inicjałami „eo”, znalazły się informacje bardziej szczegółowe, uzyskane w wyniku przekopania dziesięciu z dwudziestu siedmiu odkrytych dotąd miejsc egzekucji i tajnego pochówku. Okazało się, że jedynie w dwóch pierwszych grobach znajdowały się szczątki ludzkie, które dało się identyfikować – w pozostałych ośmiu odnaleziono zaledwie „resztki kości, zęby, pierścionki, różańce itp.”. Dla członków komisji badającej zbrodnię w lasach pod Wejherowem stało się jasne, że większość leśnych mogił została przez Niemców otwarta, a ciała ofiar wyjęto z nich i spalono. „W wyniku dotychczasowej ekhumacji 113 zwłok, wydobytych z jednego z grobów nienaruszonych, stwierdzono, że wśród ofiar znajdują się wojskowi, duchowni, kobiety i młodzi chłopcy. Identyfikacja zwłok jest prawie niemożliwa, gdyż około 90 proc. zwłok posiada czaszki rozbite kolbami karabinów; poza tym na żadnej z ofiar nie pozostało wierzchniego odzienia (marynarki), ani obuwia. Zwłoki leżą w mogiłach o wymiarze 4 na 6 m, poukładane nieregularnie na głębokości 2-3 metrów. Ofiary ginęłu pod gradem kul karabinów maszynowych, trafiane głównie w tułów. Z układu zwłok można wywnioskować, że oprawcy zakopywali ludzi jeszcze żywych, niektórych dobijano kolbami”.

Trzy dni później, 16 października 1946 roku, pojawiło się w „Dzienniku Bałtyckim” urzędowe wezwanie skierowanie do rodzin potencjalnych ofiar piaśnickiej zbrodni: „W czwartek o godz. 9 sprzed lokalu PZZ [w Gdyni] wyjedzie specjalny autobus, który zabierze członków rodzin pomordowanych do Piaśnicy, by wśród ekshumowanych zwłok mogły poszukać swoich najbliższych. Polski Związek Zachodni wzywa wszystkie zainteresowane osoby do natychmiastowego porozumienia się ze swoim biurem, gdyż w najbliższych dniach odbędzie się manifestacyjny pogrzeb wszystkich ofiar […] gdyńskich pomordowanych w Piaśnicy”. Wezwaniu towarzyszyła krótka nota informacyjna, z której wynikało, że część rodzin uczestniczy już w oględzinach (podano nazwiska kolejnych czterech zidentyfikowanych ofiar). Po raz kolejny pojawiło się też doniesienie o paleniu zwłok – w pobliżu miejsca straceń odnaleziono dwa paleniska.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

środa, 30 września 2015

Maria Woś o "Afazji polskiej"


Aby odsłuchać felieton prezentowany na stronach Radia Wrocław,
należy kliknąć w poniższy obrazek.


http://www.prw.pl/articles/view/45480/Przeciwko-afazji

poniedziałek, 28 września 2015

Piaśnica - pod mikroskopem pamięci



Las piaśnicki, ciała ofiar (źródło: Wikipedia)


Bohaterami ballady Erlkönig Johanna Wolfganga Goethego są ojciec i syn, przemierzający konno ciemną przestrzeń lasu. Cytuję przekład Antoniego Libery: „Zapada już noc i wicher dmie. / Kto o tej porze na koniu mknie? / Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna; / To ojciec z synkiem do domu gna”. Dziecko słyszy dobiegający spomiędzy drzew głos nadprzyrodzonej, fantastycznej istoty – Króla Olszyn. Czuciu i wierze syna ojciec przeciwstawia racjonalne argumenty, świadectwo zmysłów: „– Dlaczego, synku, odwracasz wzrok? / – Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok. / Król olch mnie wabi, korona mu lśni. / – To tylko mgła. Coś ci się śni. […] // – Ach, tato, tato! Słyszysz ten śpiew? / To znów król olch, to znów jego zew. / – Spokojnie, synku, to wiatru świst. / To szelest liści lub ptaków gwizd. […] // – Patrz, tato, tato! Nie widzisz? Tam! / To córki króla. Znak dają nam. / – Nie, synku, nie! To żaden znak. / To próchno się sypie i świeci tak”. Nocna wędrówka kończy się tragicznie. Wyimaginowana lub rzeczywista groźba władcy lasu zostaje spełniona – kiedy za ścianą drzew ukazują się światła domostwa, dziecko jest już martwe.

Fragment zamiast całości
Dlaczego opowieść o ludobójstwie dokonanym przez Niemców w okolicach wsi Wielka Piaśnica i Mała Piaśnica zaczynam od przypomnienia wiersza Goethego? Czynię tak z kilku powodów. Teraz powiedzmy jedynie o pierwszym z nich, być może najważniejszym.

Czy nie jest tak, że historia, szczególnie gdy oglądamy ją z dużego dystansu czasowego, jawi się nam jako materia niewiele mająca wspólnego z realnością? Czy najbardziej krwawe wydarzenia i najokrutniejsze zbrodnie nie przybierają w naszej wyobraźni kształtów widmowych, nie zamieniają się w trudną do objęcia i zrozumienia mieszaninę mitu i baśni? Żywi ludzie tracą swoją konkretność, ich twarze pozbywają się wyrazistości, głosy brzmią niewyraźnie i głucho. Z całej skomplikowanej tkanki życia pozostaje gruba czarna kreska, jakby niewprawny rysownik kilkoma ruchami węgla usiłował oddać, niemożliwą do powtórzenia, wielość szczegółów jakiejś rodzajowej sceny lub wielobarwnego pejzażu. Z odległości siedemdziesięciu kilku lat trudno odróżnić ofiary od sprawców – ludzkie postaci roztapiają się we mgle, nikną w ciemności. Na jęk umierających, na śmiech morderców nakładają się gwizd ptaków, szelest liści, świst wiatru wśród gałęzi.

Co pozostaje? Trzymać się konkretów – epizodów utrwalonych przez ludzką pamięć lub zatrzymanych w bezdusznym obiektywie fotograficznego aparatu.

Prawda o zbrodni w Piaśnicy składa się ze szczątków obrazów, ze strzępów słów, ze scen przerwanych, zanim zaczęły się na dobre rozpocząć. Jakby wszystko, co wydarzyło się tam jesienią 1939 roku, zapowiadało naszą współczesność – z jej brakiem hierarchii, fragmentarycznością, aksjologicznym i estetycznym chaosem.

Sprawcy wiele uwagi poświęcili zatarciu śladów własnej działalności, skazując nas, którzy chcemy wiedzieć, na domysły, hipotezy, „wersje robocze”. Wszystko, co można dziś uczynić, to oglądać każdy szczątek, każdy fragment, każdy detal – pod mikroskopem pamięci. Właśnie temu ma służyć niniejszy tekst.

Najpierw jednak kilka podstawowych informacji.
Zagłada elit
Ludobójstwo dokonane w lasach piaśnickich było jednym z etapów skomplikowanego procesu społeczno-politycznego kulminującego z chwilą dojścia do władzy w Niemczech NSDAP i Adolfa Hitlera. Nowe władze wybrane przez Niemców otwarcie mówiły o potrzebie zrewidowania postanowień traktatu wersalskiego i kwestionowały kształt granic międzypaństwowych przyjętych po I wojnie światowej. Dążyły do patriotyczno-ideologicznej aktywizacji tych obywateli Polski, którzy przyznawali się do niemieckich korzeni i utrzymywali łączność z krajem swoich przodków. Chodziło o to, by – w perspektywie szykowanej przez Hitlera ofensywy – wyzyskać ów ludzki potencjał do realizacji podstawowego celu: przyłączenia do Rzeszy ziem „utraconych” po 1918 roku na rzecz państwa polskiego. W drugiej połowie lat trzydziestych terenem szczególnej aktywności propagandowej hitlerowców stało się Pomorze Gdańskie – o zakresie i skali tych działań świadczy masowe zaangażowanie obywateli polskich niemieckiego pochodzenia w akcję eksterminacyjną podjętą po wkroczeniu wojsk agresora na teren II Rzeczypospolitej.

W trakcie miesięcy poprzedzających wybuch wojny opracowano w Berlinie tzw. Sonderfahndungsbuch Polen, księgę zawierającą wykaz nazwisk tych Polaków, których charakteryzowano jako reprezentantów narodowej elity i krzewicieli polskości. Ich fizyczna eliminacja została uznana za jeden z warunków prędkiego objęcia władzy nad terenami zajętymi przez Wehrmacht. Ta jedyna w swoim rodzaju lista proskrypcyjna nigdy by nie powstała, gdyby nie pomoc tysięcy informatorów rekrutujących się spośród przedstawicieli mniejszości niemieckiej w Polsce. To oni – we wrześniu 1939 zasilający szeregi Selbstschutzu, organizacji paralimilitarnej ściśle współpracującej z niemiecką policją i SS – dostarczyli centralnym urzędom hitlerowskim obszernych informacji dotyczących społeczno-politycznej działalności swoich polskich sąsiadów, a także danych osobowych i adresowych oraz wszystkich szczegółów umożliwiających sprawne ujęcie „wrogów Rzeszy”. Jesienią i zimą roku 1939 wielu z dotychczasowych tajnych współpracowników hitlerowskich służb brało czynny udział w aresztowaniach, a nawet w egzekucjach dokonywanych na więźniach. Wyjątkowym zapałem w owym, realizowanym z najwyższą sprawnością i żelazną konsekwencją, morderczym procederze wykazała się niemieckojęzyczna ludność Pomorza.

Zagłada polskich „warstw kierowniczych” objęła około pięćdziesięciu tysięcy osób (nowsze źródła podają liczbę o dziesięć tysięcy wyższą) zamieszkujących przedwojenne województwo pomorskie. Były one masowo rozstrzeliwane w wielu miejscach. Największą liczbę ofiar pochłonęły egzekucje w okolicach obu Piaśnic, Mniszka i Szpęgawska. Szacunkowe dane mówią o dwunastu tysiącach (a nawet: czternastu tysiącach) zamordowanych w Piaśnicy, dziesięciu tysiącach w Mniszku i siedmiu tysiącach w Lesie Szpęgawskim.

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

piątek, 25 września 2015

Spotkanie autorskie w Domu Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym


Serdecznie zapraszam!


Jubileusz J. M. Rymkiewicza (Poznań-Kórnik, 21 IX 2015)


Wręczenie Jubilatowi specjalnego numeru
"Toposu" (fot. A. Karczmarczyk)
Wręczenie Jubilatowi specjalnego numeru
"Toposu" (fot. A. Karczmarczyk)

Program konferencji naukowej
w Bibliotece Raczyńskich

środa, 16 września 2015

Śmierć generała (2)



Sowieci w Grodnie

Grodno opuścili 18 września między czternastą a piętnastą. Samochody generała i jego sztabowców przemierzały tę samą trasę, którą pół godziny wcześniej pokonał konwój ciężarówek wypełnionych funkcjonariuszami policji, żandarmerii i grodzieńskimi urzędnikami. Zgodnie z dyspozycjami, w najbliższym czasie wszyscy mieli przekroczyć granicę polsko-litewską. Część ewakuowanych osób znalazła nocleg w Sopoćkiniach.

Nieoceniony Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, wydany pod koniec XIX wieku, dostarcza kilku cennych informacji o tej miejscowości: „Sopoćkinie, os. miejska i dobra, pow. augustowski, gm. Wołowiczowce, par. Teolin, odl. 60 w. od Augustowa, leży od 4 w. od kanału augustowskiego, w kotlinie błotnistej, między dwoma wyniosłościami, przy szosie z Sejn do Grodna (o 21 w.), posiada kościół par. kat. (w os. Teolin), cerkiew mur., sąd gm. okr. III, urz. gm., st. poczt., olejarnię, 173 dm. (drewn.), 2457 mk. [mieszkańców]. […] Ludność trudni się wyrobem kaszy. Na obszarze dóbr przy osadzie jest huta szklana, tartak, fryszerka i młyn wodny”. Pół wieku później miasteczko, siedziba wiejskiej gminy Wołoczowiczowce, musiało mieć więcej ludności i budynków. W przewodniku Grodno i okolice – Jeziora augustowskie – Suwalszczyzna, wydanym w roku 1934, Sopoćkiniom poświęcono jedynie dwa zdania: „m-ko w powiecie augustowskim z niezmiernie cennym zabytkiem budownictwa drzewnego, a mianowicie bożnicą z XVII w. Dojazd z Grodna autobusem”.

W drugiej połowie września 1939 roku nikt nie myślał o oglądaniu synagogi i cerkwi w Sopoćkiniach. Nie kursowały już autobusy z Grodna. Być może do kościoła parafialnego w Teolinie raz czy drugi zajrzał generał Olszyna-Wilczyński – bo właśnie tam, w osadzie położonej na obrzeżach Sopoćkiń zatrzymał się generalski buick. Generał i jego żona zajęli pomieszczenie w miejscowej szkole, w której – jakby na przekór wzbierającej fali wojennej – wciąż prowadzono lekcje. Alfreda Wilczyńska zapamiętała serdeczność miejscowych nauczycielek: „urządziły kuchnię dla wojska i po bardzo niskich cenach wydawały śniadania, obiady i kolacje oficerom i żołnierzom”.

Te kilka dni między 18 a 22 września był to dla Wilczyńskiego, jego żony i kilku najbliższych oficerów jakiś upiorny antrakt – przestrzeń między światem uporządkowanym i zrozumiałym a czymś niepojętym, pozbawionym struktury i kształtu. Wobec takiej ciemności człowiek staje bezbronny, w naturalnym odruchu odwraca się do niej plecami. Kurczowo trzyma się tego, co mu pozostało – żołnierskich rytuałów, rytmu odpraw, coraz rzadziej dochodzących wiadomości z frontu. Ale meldunki przestają mieć znaczenie – zbyt szybko się dezaktualizują. Rozkazy padają w próżnię. To, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością, osuwa się spod stóp.

Waldemar Jaskulski, biograf Olszyny-Wilczyńskiego, przytacza argumenty mające dowodzić, że o psychicznym załamaniu generała nie mogło być mowy – miał się on stosunkowo dobrze orientować w sytuacji polskich wojsk i zapewne jakoś uczestniczył w ustalaniu planu dalszych działań; wiedział, na przykład, o pomyśle sformowania w rejonie Sejn nowej dywizji z rozproszonych, naprędce ewakuowanych oddziałów.


Tak się złożyło”


Z Sopoćkin-Teolina mieli wyjechać wczesnym wieczorem 21 września. Gdyby to uczynili, zapewne kilkanaście godzin później nie natknęliby się na sowieckie czołgi i generał nie zostałby zamordowany – siedziałby w swoim buicku, kierowca raz po raz naciskałby klakson, ale tłum uciekinierów nie chciałby się rozstąpić, Olszyna-Wilczyński otworzyłby drzwi pojazdu i przez chwilę szedłby obok, patrząc we wschodnią stronę, skąd wstawałoby słońce, zdjąłby czapkę i wierzchem dłoni przetarłby czoło, lekki poranny powiew uniósłby dwa kosmyki siwiejących włosów, generał westchnąłby i wrócił do samochodu. A potem byłyby kolejne granice, rozpacz bezczynności gdzieś w zachodniej Europie, na sam koniec anonimowa praca w którejś z brytyjskich fabryk, głodowa emerytura i coraz bardziej męczące spotkania kombatantów.

Nie wyjechali. O osiemnastej, zgodnie z umową, Alfreda Wilczyńska wsiadła do auta i przez pół godziny czekała na męża. Musiało się jej dłużyć to czekanie, ale w ostatnich dniach przeszła przyśpieszony kurs milczenia i cierpliwości. Kiedy generał podszedł do buicka i rzucił krótkie „dziś tu jeszcze nocujemy”, opadł ją lęk. „Zdrętwiałam, ale bez słowa wysiadłam i poszłam do pokoju. To był nie tylko mój mąż, to był przede wszystkim oficer, generał, dla [którego] życie osobiste nie istniało. I sądzę, że gdybym wtedy powiedziała choć jedno słowo, byłby mnie znienawidził, co byłoby dla mnie tysiąc razy gorsze od śmierci. Byłam zupełnie zrezygnowana. Widziałam, że sprawa jest już przesądzona. Na temat przejścia na Litwę nie mówiliśmy już zupełnie. Ja siedziałam bez ruchu i bez słowa. Mąż zamknął się w drugim pokoju i tylko od czasu do czasu wychodził do oficerów lub przyjmował meldunki. Późnym wieczorem przyszedł się położyć i powiedział mi, że jutro rano jedziemy dalej, lecz powiedział to z taką goryczą, że serce we mnie zamarło. Rozumiałam jego ból i walkę wewnętrzną, lecz wiedziałam także, że sprawa jest przegrana; chciałam go ocalić, powiedziałam, że gdy wpadnie w ręce wroga – zamordują go na pewno”.

Spali w ubraniach, by rano móc bez zwłoki ruszyć w dalszą drogę.

Nikt z uczestników tamtych wydarzeń ani historyków badających okoliczności śmierci Olszyny-Wilczyńskiego nie potrafił wyjaśnić, jak to się stało, że generał nie został obudzony, kiedy pod Sopoćkinie podeszły nieprzyjacielskie wojska. Przez całą noc przez miasteczko przejeżdżały ciężarówki i samochody osobowe, jednostki konne i zmotoryzowane. Śpiących w teolińskiej szkole powszechnej nie wyrwała ze snu kanonada moździeży i ckm-ów, które zagrały na widok Sowietów. Czy miejsce to było na tyle oddalone od linii ognia, że nie dochodziły tam odgłosy walki? Nie potrafię tego ocenić. W każdym razie tuż po piątej zaczęła się ewakuacja resztek polskich oddziałów. Przed kwaterą generała – to również całkowicie niezrozumiałe – nie stał żaden wartownik. Dopiero około szóstej trzydzieści do drzwi Wilczyńskich zastukał adiutant. Generałowa wspominała: „w pięć minut, może nawet mniej, [...] wsiadaliśmy do samochodu. Wychodząc […] zdziwiłam się, że nie ma już ani jednego samochodu […]. Oglądając się niespokojnie dookoła zapytałam męża, czy znów jedziedziemy tylko sami, na co mąż odpowiedział mi krótko, że »tak się złożyło«”.

Bezpośredni uczestnicy wydarzeń nagłych i niespodziewanych mają skłonność do postrzegania wszystkiego jako „dzieła przypadku”. Kiedy Olszyna-Wilczyński mówi: „tak się złożyło”, pokrywa tymi słowami własne zaskoczenie i rozczarowanie, zarazem zaś interpretuje obrót wydarzeń jako wynik pewnego splotu okoliczności, splotu w mniejszym lub większym stopniu przypadkowego. Stwierdzenie „tak się złożyło” dałoby się jednak odczytać inaczej – jako odpowiednik fatalistycznego „widać tak musiało być”, „to było nieuniknione”.

My, którzy odtwarzamy i interpretujemy rzeczy dokonane, bliżsi jesteśmy tej drugiej myśli – skoro się wypełniło, odmienne rozwiązanie nie wchodziło w grę, było nie do pomyślenia. Coś lub ktoś – imaginujemy sobie – wszystko to ukartował, rozpisał na role i wyreżyserował. Byt ów, niejako naturalnie, postrzegamy jako byt ironiczny.

Wielki Inscenizator pociąga za sznurki i śmieje się w kułak. Jego chichot wywraca drzewa, niszczy domy, a ludzi przemienia w bezwładne kukły zalegające pobocza przelotowych szos.


W rękach bolszewików


Niezależnie od tego, jak działa nasza wyobraźnia, niezależnie od tego, jaką interpretacyjną siatkę narzucamy na zaistniałe w czasie i przestrzeni fakty, mają one również konkretnych ludzkich reżyserów. Zanim jezcze polityka zdąży przemienić się w historię, decyzje o dalekosiężnych skutkach podejmują żywi ludzie. U źródeł owych decyzji stoją konkretne motywacje i plany.

Finał życia generała brygady Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego pragnąłbym ujrzeć właśnie tak – jako sekwencję wydarzeń zainscenizowaną i odegraną z zachowaniem żelaznych zasad polityczno-historycznej logiki, jako przewidziane następstwo tej a nie innej przyczyny, jako rezultat działania intencjonalnego, nakierowanego na osiągnięcie ściśle określonego celu.

22 września 1939 roku o szóstej trzydzieści sprzed szkoły powszechnej w Sopoćkiniach-Teolinie rusza samochód wiozący wysokich rangą polskich oficerów. Wjeżdża w mleczne światło poranka, w pustkę ewakuowanego nadgranicznego miasteczka. Koła grzęzną w błocie rozmokłej drogi. Prawdopodobnie nad powierzchnią ziemi unoszą się strzępy mgły – wniosek taki wyciągam z następującego fragmentu relacji Alfredy Wilczyńskiej: „Jechaliśmy może pięć minut, gdy zamajaczyły przed nami czołgi sowieckie” (czasownik zamajaczyć” znaczy „ukazać się, zarysować się mgliście, niewyraźnie”). Pasażerowie długiego, mało zwrotnego buicka dostrzegają Rosjan zbyt późno, nie ma już jak zawrócić, ucieczka jest niemożliwa: „Zanim szofer zdążył przełożyć biegi obskoczyli nas żołnierze sowieccy z granatmi ręcznymi i karabinami gotowymi do strzału z okrzykiem »stój, wylezaj, a to ubjem na miestie«. Opierać się, czy wyjść – rezultat ten sam, bo wszystko stało się tak błyskawicznie, że obrona z samochodu była zupełnie niemożliwa. Pierwszy wysiadł kapitan, za nim ja, a w końcu mąż, szofer i pomocnik. Zostaliśmy otoczeni od razu. Przed każdym z nas stał jeden bandyta z granatem przy twarzy, a drugi z wycelowanym karabinem, zaś dwaj komisarze poczęli nas rewidować, przede wszystkim mnie, potem kapitana [adiutanta] i męża. Zabrali nam wszystko: ubranie, pieniądze, wszelkie drobiazgi, a nawet zepsutą zapalniczkę kapitana”.

Wilczyńska zdążyła jeszcze pożegnać się z mężem, po czym została odprowadzona do pobliskiej stodoły. Kilka minut później, w ciszy, jaka zapadła po karabinowej salwie, otwarły się drzwi i do rąk generałowej trafiła walizka męża obwiązana jego generalskim akselbantem. Kobieta chciała wydostać się z zamknięcia, ale została powstrzymana przez inne osoby uwięzione w budynku. Wkrótce na zewnątrz rozgorzała walka, w pobliżu padały pociski – to jakiś zabłąkany oddział polski ostrzeliwał pozycje wroga.

Kiedy Wilczyńskiej udało się wreszcie opuścić stodołę, po sowieckich czołgach nie było śladu: „Wybiegłam […] mimo protestów i gróźb, i już z daleka zobaczyłam dwie ciemne plamy na polu pod krzakami. Biegłam szybko przez mokradła, a za mną wybiegł jeden z mężczyzn ze stodoły. Wiedziałam już, że tam leży mój mąż i jego adiutant, lecz miałam […] nadzieję, że może jeszcze żyją, może są tylko ranni. Niestety, widok, który ukazał się moim oczom, była tak okropny, że nie miałam sił iść dalej. W oczach mi wszystko tańczyło. W tym momencie mężczyzna, który szedł za mną, chciał mnie zawrócić, a pozostali wołali z daleka, żeby nie zbliżać się do leżących, bo bolszewicy mogą nas za to rozstrzelać. To mi dało siły i energię do opanowania nerwów. Nie, nie, krzyknęłam – ja go muszę zobaczyć, muszę podejść blisko, bo go tak nie zostawię tutaj! Wyrwawszy się z rąk trzymającego mnie pobiegłam naprzód, lecz siły znowu mnie opuściły. Nie mogłam znieść tego widoku”.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Śmierć generała (1)

gen. J. Olszyna-Wilczyński (źródło: Wikipedia)


Zbryzgana krwią rogatywka generała brygady Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego miała być publicznie pokazywana w Grodnie we wrześniu 1939 roku. W przypisie do trzeciego rozdziału wspomnień Grażyny Lipińskiej znalazłem trudną do zweryfikowania informację o „mitingu”, na który Sowieci spędzić mieli ludność okupowanego miasta, by powiadomić ją o śmierci dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Grodno”.

Tak to musiało wyglądać w czasach wojen plemiennych – agresor, chcąc ostatecznie zdławić opór przeciwnika, triumfalnie unosi w górę święty totem tubylców, potrząsa nim, wreszcie rzuca na ziemię i depce. W ten sposób dopełnia się dzieło symbolicznego poniżenia pokonanych. Z gardeł nieokrzesanych wojowników dobywa się tryumfalny ryk, który przechodzi w szczekliwy rechot, by zakończyć się gremialnym śpiewem – hymnem zwycięstwa. Likwidatorzy dawnego porządku, prawodawcy nowego świata wirują wokół ogniska. Totem ląduje na stosie, liżą go języki ognia. Ludność tubylcza rozchodzi się w ciszy, rozpływa w nocnym mroku, powraca do swoich niewolniczych zatrudnień.


Akselbant czy postronek?


O czapce generalskiej nie ma ani słowa w relacji żony generała. Alfreda Olszyna-Wilczyńska, która towarzyszyła mężowi w drodze ku granicy polsko-litewskiej, wspomina jedynie o walizce i sznurze generalskim. Jest tu jeszcze mowa o „rzeczach” dowódcy SGO „Grodno” i o jakimś pudełku papierosów: „półprzytomna chwyciłam walizkę, zaczęłam ją rozwiązywać i przerzucać rzeczy męża, które pomieszane były z rzeczami adiutanta. Na pudełku od papierosów i neseserze męża były krwawe plamy”. Walizkę czy neseser przyniósł do stodoły, w której zamknięto generałową (dołączyła do kilkunastu jeńców spędzonych tu, zanim buick Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego wyjechał z Sopoćkiń), jeden z sowieckich sołdatów. Bagaż był związany sznurem generalskim.

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy to sam generał przewiązał walizkę sznurem, czy uczynił to rosyjski czołgista. Kwestia do rozstrzygnięcia: czy Olszyna-Wilczyński mógł podróżować w mundurze galowym (chyba jedynie do takiego stroju zakładano ozdobne sznury)? Jeśli tak, Sowieci musieliby mu zedrzeć sznur, aby związać neseser. Ale po co by mieli wiązać? Może walizka otworzyła się, a „rzeczy” wysypały ze środka (podczas pośpiesznego wkładania ich z powrotem pudełko papierosów mogło wpaść w kałużę krwi rosnącą wokół generalskiej głowy). Do pomyślenia jest również odmienny przebieg wydarzeń. Walizka rzucona na ziemię otwiera się, wysypują się z niej ubrania (wśród nich srebrzysty sznur) i inne przedmioty. Sołdat chwyta pudełko papierosów, ma zakrwawioną rękę, tą ręką wyjmuje sigarety dla siebie i kolegi (po ciężkiej robocie dobrze jest zaciągnąć się dobrym tytoniem), zapala, wkłada pudełko do walizki, próbuje ją zamknąć, ale nienajlepiej mu to idzie, chwyta więc sznur i wiąże.

Akselbanty (z języka niemieckiego: taśmy naramienne) zaczęto nosić w wojsku polskim jeszcze w wieku siedemnastym. Szybko stały się znakami wysokiej szarży. W II Rzeczypospolitej akselbant generalski składał się z dwóch srebrnych „warkoczy” i, jak podaje wydany w PRL-u Leksykon wiedzy wojskowej, był traktowany jako „odznaka gotowości do spełnienia rozkazu”.

W rękach bolszewickich sznur generalski Olszyny-Wilczyńskiego zmienił się w zwykły powróz, w postronek do wiązania betów. W owej semantycznej przemianie ujawniał się wojenny zamysł Stalina, odsłaniał się sowiecki projekt „nowej” Polski, w której to, co „pańskie”, „burżuazyjne” i „reakcyjne”, zostaje unieważnione i zastąpione tym, co „rewolucyjne”, „ludowe” i „postępowe”.

Generał bez armii


Jak się trafia do świata sowieckiego? Świat sowiecki przychodzi nieproszony. Jednego dnia go nie ma, drugiego jest. Niczym fala powodziowa lub trąba powietrzna, po przejściu których krajobraz niby pozostaje ten sam, ale niemal wszystko się w nim zmienia. Odwracają się znaki, porzucają swoje znaczenia. Ludzie zbędni znikają, na ich miejsce przychodzą inni. Zapewniają, że teraz będzie lepiej, że u nich „wsiego mnogo”, że ten tutaj kraj zamieni się rychło w ziemię sprawiedliwości, w krainę mlekiem i miodem płynącą. Nie możesz im nie wierzyć, bo wyparujesz, wsiąkniesz w czarnoziem lub glinę, jak wyparował i wsiąkł były polski generał Józef Konstanty Olszyna-Wilczyński. (Znikanie takie dokonuje się również w sferze symbolicznej – po ludziach zapada głuche milczenie, np. w ważnej pracy Wojsko Polskie 1939–1945, wydanej w Warszawie pięć lat przed Okrągłym Stołem, brak informacji na temat Zgrupowania „Grodno”, którego dowódcą był właśnie Olszyna-Wilczyński).

Zanim ta nowa rzeczywistość zapanuje niepodzielnie, fundamenty dotychczasowego porządku zostają unieważnione. Tysiące ludzi, również żołnierze, podoficerowie i dowódcy, zmieniają miejsca pobytu, poszukując zasady organizującej, czegoś, czego można by się uchwycić, co potwierdziłoby ważność ich funkcji i zasadność działań, jakie podjęli. Żądają rozkazów, domagają się jednoznacznych wytycznych. Jeśli słyszą coś, co nie zgadza się z ich osobistym oglądem spraw, próbują protestować – dyskutują, perswadują, podają argumenty.

7 września Olszyna-Wilczyński otrzymał rozkaz podporządkowania Zgrupowania „Grodno” generałowi Młotowi-Fijałkowskiemu, dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew” – ale do Fijałkowskiego rozporządzenie Śmigłego-Rydza nie dotarło. Następnego dnia do Grodna telefonował pułkownik Józef Jaklicz, drugi zastępca szefa Sztabu Głównego polskiej armii. Przekazał m.in. rozkaz ewakuacji wojska w kierunku południowym: „1) Wszystkie władze administracyjne na wschód od linii Grodna, a więc na całej Wileńszczyźnie, pozostają na miejscu. Pan generał z całą swoją grupą »Grodno«, pułkiem KOP broniącym Puszczy Augustowskiej i garnizonem Osowiec wycofa się w ogólnym kierunku na Brześć... Proszę pana generała o zrobienie wszystkiego co możliwe, aby uchwycić łączność z gen. Młotem i łącznie z nim przeprowadzić tę akcję odwrotową... […] Pan marszałek zdecydował dodatkowo, że władze aministracyjne z Grodna mogą się wycofać łącznie z panem generałem”. Olszyna-Wilczyński był zaskoczony, nie spodziewał się takiego kierunku ewakuacji, informował, że oddziałom przezeń dowodzonym brak taborów i kuchni polowych. Kiedy tego samego dnia w godzinach popołudniowych rozmawiał z podpułkownikiem Tadeuszem Tabaczyńskim najdelikatniej jak to możliwe skomentował decyzję Naczelnego Wodza dotyczącą odcinków obrony „Augustów” i „Osowiec”: „tak – to smutne” – miał powiedzieć. O siedemnastej ponownie telefonował Jaklicz – odwrót powinien zostać przeprowadzony nie pieszo, ale przy użyciu składów kolejowych. Rozpoczęto ewakuację. 9 września zmieniono jednak decyzję – planowany „zwrot zaczepny” gen. Młota-Fijałkowskiego miał otrzymać wsparcie odcinków „Osowiec” i „Wizna”. Z oddziałami tymi nie było już komunikacji, trwał załadunek części wojska do składów kolejowych. Niespójne okazały się rozkazy dotyczące dowodzenia. Rozkaz o wyjeździe Olszyny-Wilczyńskiego razem z ewakuowanymi jednostkami cofnięto – generał miał pozostać w Grodnie.

11 września polecenie ewakuacji wszystkich większych oddziałów wydano ponownie. Olszyna-Wilczyński nie chciał się na to zgodzić, zażądał osobistej rozmowy ze Śmigłym-Rydzem. Marszałek rozwiał jego wątpliwości: „Panie generale, rozkaz, który Pana tak zadziwił, musi być przez Pana jak najszybciej wykonany. Wymaga tego ogólna sytuacja strategiczna, której Pan nie zna. […] Wszystkie oddziały z Grodna przedstawiające wartość bojową, organizacyjną lub uzbrojeniową, jak również i całę uzbrojenie i zapasy amunicji i umundurowania mają być odtransportowane. Zgrupowanie »Augustów« i zgrupowanie »Osowiec«, jeżeli tylko możliwe, winno być odtransportowane”. Olszyna-Wilczyński wraz ze swoim sztabem powinien pozostać na miejscu. Po zakończeniu załadunku ma się zameldować u generała Franciszka Kleeberga w Pińsku, gdzie zostaną mu przekazane kolejne decyzje Naczelnego Wodza.

Głównodowodzący Okręgu Korpusu „Grodno” stawał się w ten sposób wodzem bez wojska.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).