Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. S. Lewis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. S. Lewis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lutego 2011

J.R.R. Tolkien i C.S. Lewis


W recenzji Tolkienowskiego Władcy pierścieni napisanej przez Clive’a Staplesa Lewisa na szczególną uwagę zasługuje fragment zawierający oryginalną (bliską zarówno Tolkienowi, jak i autorowi Opowieści z Narnii) wykładnię znaczenia i funkcji literatury fantastycznej. Lewis nazywa „wymyślone stworzenia” z powieści przyjaciela „widzialnymi duszami”, by następnie zadać fundamentalne pytanie o relację między baśnią i mitem a rzeczywistością:

A człowiek w ogólności, Człowiek zmagający się z wszechświatem? Czyż w ogóle go dostrzegamy, jeśli nie zauważymy, że jest niczym bohater baśni? Wartość mitu polega na tym, że czerpie ze wszystkiego, co znamy, przywracając wszystkiemu bogactwo znaczeń, które było ukryte pod „zasłoną znajomego”. […] Umieszczając w micie chleb, złoto, konia, jabłko, drogę, nie wycofujemy się z rzeczywistości, ale odkrywamy ją na nowo.[1]

W książce, której polski przekład właśnie się ukazał, Colin Duriez podjął próbę opisu źródeł wieloletniej przyjaźni łączącej dwóch znakomitych pisarzy, koncentrując się na charakterystycznym dla Tolkiena i Lewisa postrzeganiu zadań dwudziestowiecznej kultury.

Autor Opowieści z Narnii był przekonany, że w wyniku przełomu, jaki dokonał się w wieku XIX, kultura europejska weszła w fazę postchrześcijańską, pozbywając się jednego z najistotniejszych elementów własnej tożsamości. Całe pisarstwo Lewisa wyrasta z pragnienia, by przywrócić czytelnikowi europejskiemu świadomość chrześcijańskich korzeni cywilizacji Zachodu. Zadanie to realizował przede wszystkim w pismach o charakterze apologetycznym.

Bliskość stanowiska Tolkiena i Lewisa staje się najpełniej widoczna w trakcie lektury ich powieści — Hobbita, Władcy pierścieni oraz Póki mamy twarze, książek z cyklu narnijskiego i tzw. trylogii międzyplanetarnej (Z milczącej planety, Perelandra, Ta ohydna siła). Duriez przekonuje, że w opowiadaniu wymyślonych historii, wykorzystujących wzorce strukturalne ulubionych przez obu pisarzy mitów germańskich (a w przypadku Lewisa — odwołujących się także do Ewangelii i dogmatyki chrześcijańskiej), brytyjscy twórcy realizują oryginalną strategię twórczą. Oto dzieło literackie okazuje się instrumentem umożliwiającym „odnowienie spojrzenia na rzeczy, relacje oraz duchowy, fizyczny i moralny wymiar tego świata” (s. 229). Autor Cudów mówił wręcz o oblekaniu „religijnych wierzeń” w formy „symboliczne lub mitopodobne”:

Człowiek wyobraźni jest we mnie starszy, nieustannie aktywny i w tym sensie głęboko zakorzeniony niż pisarz religijny czy krytyk. To on sprawił, że po raz pierwszy spróbowałem (z miernym sukcesem?) być poetą. […] To on po moim nawróceniu zachęcił mnie do przedstawienia moich religijnych wierzeń w symbolicznych lub mitopodobnych formach. I to on, oczywiście, […] doprowadził mnie do napisania serii opowieści z Narnii przeznaczonych dla dzieci, nie pytając czego pragną dzieci, by te pragnienia spełnić (co nie było zamierzone), lecz po prostu dlatego, że baśń była gatunkiem najwłaściwszym dla tego, co chciałem powiedzieć. (s. 225)

Podobnie — co przekonująco udowadnia Duriez — rolę baśni i mitu postrzegał Tolkien, który w jednym ze swoich esejów stwierdzał, że dzieło literackie w rodzaju Władcy pierścieni może stać się źródłem nadzwyczajnej czytelniczej „radości”, odsyłającej do rzeczywistości zarówno pozaliterackiej, jak i pozaziemskiej, nadprzyrodzonej: „obecność smutku i upadku jest niezbędna dla radości ocalenia, przeczącego (w obliczu tak wielu dowodów) końcowej, powszechnej klęsce. Łaska ta [jaką zostaje obdarowany bohater powieści] jest więc swego rodzaju evangelium, oferującym ulotny przebłysk radości, owej radości, która czeka poza murami tego świata, równie przeszywającej co żal” (s. 227).

Książka Tolkien i C.S. Lewis. Historia niezwykłej przyjaźni jest interesującym studium traktującym o kryptoreligijnym charakterze twórczości autorów Hobbita i Podróży „Wędrowca do świtu”, odwołującym się do obszernej literatury przedmiotu, niedostępnej w języku polskim, i przynoszącym bogactwo szczegółów biograficznych. Jakże wiele mówi o Lewisie cytowany przez Durieza fragment listu Tolkiena do syna! Pisarz kpi tu z dziennikarza „The Daily Telegraph”, który nazywa autora Listów starego diabła do młodego „ascetycznym panem”: „Pytam się Ciebie! Podczas bardzo krótkiego posiedzenia, jakie odbyliśmy dziś rano, rozprawił się [Lewis] z trzema kuflami i powiedział, że zaczyna się »ograniczać w Wielkim Poście«” (s. 231).

Dobrze, że książka Durieza została przetłumaczona na język polski, zapełnia bowiem jedną z istotnych luk wydawniczych na naszym rynku. Mimo wielu walorów tej pracy, najcenniejszą monografią środowiska skupionego wokół Lewisa i Tolkiena, z którą może zapoznać się polski czytelnik, pozostaje książka Humphreya Carpentera Inklingowie.

Miłośnicy twórczości autora Opowieści z Narnii wciąż czekają na przekład fundamentalnej biografii Lewisa, napisanej w latach siedemdziesiątych przez Waltera Hoopera i Rogera Lancelyna Greena. Byłoby znakomicie, gdyby ktoś podjął się także tłumaczenia wspomnień Douglasa Greshama, zatytułowanych Lenten Lands. My Childhood with Joy Davidman and C.S. Lewis. Jeśliby któryś z krajowych wydawców zdecydował się na druk wspomnianych książek, powinien dołożyć wszelkich starań, by ich ostateczny kształt redakcyjny nie budził zastrzeżeń.

Przekład pracy Durieza nie jest doskonały (choć o niebo lepszy niż tłumaczenie wydanej przed pięcioma laty książki Paolo Gulisano C.S. Lewis. Od Narnii do Ewangelii, której zwyczajnie nie dało czytać) — występuje tu pewna ilość uchybień składniowych i  stylistycznych. Finalną korektą tekstu powinien był się zająć ktoś, kto dobrze zna twórczość Lewisa, dzięki czemu byłby zdolny wychwycić wszystkie błędy rzeczowe (w recenzowanej książce natrafiłem np. na niezgodną z prawdą informację, że główną bohaterką powieści Póki mamy twarze jest Rediwal, podczas gdy faktyczna protagonistka nosi imię Orual).



[1] Cyt. za: C. Duriez, Tolkien i C. S. Lewis. Historia niezwykłej przyjaźni, przeł. A. Rudnik, Kraków 2011, s. 234. Wszystkie cytaty pochodzą z książki Durieza; w nawiasie podaję numer strony.

poniedziałek, 29 marca 2010

C. S. Lewis. Żywa łączność (fragment)

Jack i Joy

Najdziwniejsza książka, jaka wyszła spod pióra Lewisa, jest zarazem najbardziej osobistym spośród jego dzieł. Nosi tytuł Smutek i stanowi jedyny w swoim rodzaju pamiętnik żałoby po śmierci ukochanej osoby.
Na początku roku 1950 dotarł do pisarza pierwszy z listów od Joy Gresham, amerykańskiej poetki, powieściopisarki i wielbicielki jego twórczości. Siedem lat później byli już małżeństwem. Ślub odbył się w szpitalu, gdzie Joy była poddawana skomplikowanej terapii (wykryto u niej raka w zaawansowanym stadium). Miłość do owej niezwykłej Amerykanki, która przyjechała do Oksfordu z dwoma synami z pierwszego małżeństwa, okazała się największym i najbardziej gwałtownym uczuciem w życiu autora Perelandry. Lata spędzone z Joy (opowiada o nich film Richarda Attenborough Cienista dolina) uznał za najszczęśliwsze. Śmierć żony przyjął jako wielki i niesprawiedliwy cios. Smutek jest próbą zmierzenia się z pytaniami o sens ziemskiego życia i o prawdziwą naturę Boga, zarazem zaś dokumentem szczególnej autoterapii poprzez twórczość. Lewis rozważa fundamentalne zagadnienia egzystencjalne i teologiczne, docierając do najgłębszych pokładów własnej wiary.
Wszystko, co wyżej napisałem, wydaje mi się suche i nazbyt ogólnikowe. Spróbujmy zatem wyrazić te same myśli nieco inaczej: Smutek to brulionowy zapis rozpaczliwego płaczu. Na pierwszy rzut oka mało oryginalny, by nie rzec - niezmiernie nudny. Nie mogę zwalczyć przekonania, że dziś żaden wydawca nie zdecydowałby się na publikację takiej książki. Szczególnie, że Lewis nie chciał przekraczać granicy między intymnym wyznaniem a emocjonalnym ekshibicjonizmem i zdecydował się na wydanie Smutku pod pseudonimem. Wysłał książkę go do jednego z najbardziej szanowanych angielskich domów wydawniczych, Faber&Faber, co oznaczało - ni mniej, ni więcej - zgodę na poddanie swojego najbardziej osobistego dzieła ocenie T. S. Eliota, o którym przez wiele lat wypowiadał się z niezmiernym krytycyzmem (zmieniło się to po spotkaniu w roku 1959 i wspólnej pracy nad edycją psałterza). Smutek ukazał się ostatecznie dzięki temu, że jedna z osób oceniających rozpoznała w autorze Lewisa.
Dlaczego sądzę, że tego rodzaju książka, gdyby powstała dziś, miałaby niewielkie szanse na znalezienie wydawcy? Żyjemy w świecie diametralnie różnym od świata, w którym żył i tworzył autor Smutku. W tamtej odległej epoce (minęło zaledwie pięćdziesiąt lat!) Lewis wyraził pogląd, który nam narzuca się z siłą oczywistości - największy przełom w dziejach Zachodu nastąpił nie między średniowieczem a renesansem, ale między początkiem XIX wieku a współczesnością. To właśnie wtedy kultura Europy poczęła się przekształcać w kulturę postchrześcijańską. Pisarz stanął w pierwszym szeregu obrońców zmierzchającej formacji światopoglądowej, uznającej prymat sfery religijnej nad czynnikami socjalnym i historycznym - w wykładzie inauguracyjnym na Uniwersytecie w Cambridge zwracał się do słuchaczy z następującym przesłaniem: "Mówiąc nie tylko w swoim, ale w imieniu wszystkich przedstawicieli dawnej kultury Zachodu, których możecie spotkać, zachęcam was, abyście wykorzystywali nas, dopóki możecie. Nie znajdziecie więcej takich dinozaurów". Współczesność goni za nowością, jest to pogoń szaleńcza i niepowstrzymana (dlatego mieszkańcowi Europy przełomu tysiącleci Lewis jawi się jako antykwaryczny, muzealny eksponat) - sam pisarz musiał to dostrzegać z niezwykłą wyrazistością, skoro Srewtape'owi, "staremu diabłu" ze swojej słynnej książki, włożył w usta następującą przemowę: "Otóż, podobnie jak ma to miejsce z przyjemnością jedzenia, którą wyolbrzymiamy, by doprowadzić do obżarstwa, tak samo czynimy z naturalną przyjemnością zmiany, którą wypaczamy i zmieniamy w nieustanny głód absolutnej nowości. [...] Głód ten cenny jest pod wieloma względami. Przede wszystkim zmniejsza on przyjemność, powiększając równocześnie pragnienie. [...] pragnienie nowości zapowiada zjawienie się chciwości lub uczucia niezadowolenia, nierzadko jednego i drugiego. Po wtóre, im zachłanniejsza jest żądza nowości, tym wcześniej wyczerpie wszystkie dozwolone źródła przyjemności i przejdzie do tych, których Nieprzyjaciel zabrania. Tym sposobem, przez podsycanie pogardy dla rzeczy Starych uczyniliśmy ostatnio na przykład sztukę mniej niebezpieczną dla nas, niż była nią kiedykolwiek przedtem, popychając stale artystów, zarówno 'wysokiej' jak i 'niższej' klasy ku coraz to nowym wykroczeniom rozwiązłości, bezsensu, okrucieństwa i pychy".
Spod powierzchni prostych słów i obrazów wypełniających karty Smutku wyziera prawda cierpienia, szczerość doskonała, rzadko znajdująca ujście w literaturze. Książka ta objawia się nieuprzedzonemu czytelnikowi jako kwintesencja Lewisowego stylu, najdoskonalsza, bo odarta z zasłon i błyskotliwych konceptów, egzemplifikacja charakterystycznego dlań sposobu myślenia o ludzkiej kondycji. Lewis powiada: człowiek zyskuje pełną tożsamość dopiero wtedy, gdy zostanie wszystkiego pozbawiony, z wszystkiego ogołocony, kiedy stanie nagi wobec własnej rozpaczy i wobec Boga (o tym właśnie traktuje najmniej doceniane z jego dzieł, pisana pod czujnym okiem Joy powieść Póki mamy twarze).
W jednym z Listów do nieznajomej przekonuje: "polegamy niemal wyłącznie na rzeczach. Problem nasz jest tak głęboki, że nie zwrócimy się do Niego tak długo, jak długo pozostawi nam cokolwiek, czego moglibyśmy się uchwycić. [...] To dobrze z Jego strony, że zmusza nas do tego". W Smutku wyraża owo przekonanie jeszcze precyzyjniej: "Grający w brydża mówią mi, że trzeba grać o pieniądze, 'inaczej nie traktuje się gry poważnie'. Najwidoczniej tak jest. Twoja odzywka - czy istnieje Bóg, czy go nie ma, czy jest dobrym Bogiem, czy kosmicznym sadystą, czy istnieje życie wieczne, czy nicość - nie może być traktowana poważnie, jeśli nic za tym nie stoi. I nigdy nie stwierdzisz, jak bardzo to było poważne, dopóki licytacja nie wzrośnie bardzo wysoko, do póki nie spostrzeżesz, że nie grasz już o żetony czy sześciopensówki, ale o wszystkie pieniądze, jakie w ogóle posiadasz. Nic innego nie wyrwie człowieka - w każdym razie takiego jak ja - z jego czysto werbalnego rozumowania i czysto imaginacyjnych wierzeń. Musi zostać ogłuszony, dopiero wtedy oprzytomnieje. Tylko męka ukaże mu prawdę. Tylko w udręce sam ją odnajdzie".
Doznanie dojmującej samotności i głębokiej rozpaczy ogołaca nas ze wszystkiego, zdziera wszystkie nasze maski, niweczy całe nasze życiowe aktorstwo. Tylko dusza naga może stanąć oko w oko ze Stwórcą i wypowiedzieć w pełni świadomie owo jedno, nierozerwalnie wiążące obie strony, słowo: credo.

Całość artykułu dostępna w "Toposie" (2009, nr 6)