wtorek, 25 maja 2010

Nowy, beckettowski numer "Toposu"



Lada chwila do EMPiK-ów trafi nowy numer dwumiesięcznika literackiego "Topos", poświęcony twórczości autora Końcówki. Państwa życzliwej uwadze polecam szczególnie zbiór tekstów beckettowskich , kolejną odsłonę Notesu Wojciecha Kassa oraz szkic Wojciecha Kudyby o poezji Jana Kaspra. W numerze znalazły się także dwa artykuły mojego autorstwa - pierwszy z nich traktuje o katastrofie smoleńskiej, w drugim przyglądam się "metafizycznemu" obliczu Tadeusza Różewicza. Zapraszam do lektury.

piątek, 14 maja 2010

Różewicz - poeta bezreligijny?



Niniejsze uwagi stanowią postscriptum do szkicu Różewicz i Bonhoeffer. Na marginesie wiersza "nauka chodzenia", w: P. Dakowicz, Helikon i okolice. Notatki o poezji współczesnej, Sopot 2008.

Nie ma dziś wątpliwości, że twórczość Różewicza wyrasta z wyartykułowanego w wieku dziewiętnastym (Nietzsche, Dostojewski) i potwierdzonego w kolejnym stuleciu przekonania o załamaniu cywilizacji chrześcijańskiej. Egzysten-cjalne doświadczenie autora Niepokoju postawiło go wobec konieczności zmierzenia się z zagadnieniem "dorosłości" człowieka współczesnego - pojmowanej jako świadomość "odejścia" Boga. Na drodze do zrozumienia rzeczywistości, która została pozbawiona sankcji religijnej i metafizycznej, poeta spotkał protestanckiego teologa, teoretyka chrześcijaństwa bezreligijnego, Dietricha Bonhoeffera.

Dlaczego wracam do Bonhoeffera? Czynię to, ponieważ w refleksji różewiczologicznej pojawiła się ostatnio wypowiedź niezwykle istotna, głęboka i wiele wnosząca do naszego rozumienia Różewicza, której autor niemal całkowitym milczeniem pomija Bonhoefferowską teologię (nie mogę nie dodać: mimo to wydobywa z tej poezji i właściwie opisuje większość problemów, które można by analizować przy pomocy aparatu pojęciowego autora Widerstand und Ergebung). Myślę o poświęconym Różewiczowi rozdziale książki Michała Januszkiewicza Horyzonty nihilizmu. Gombrowicz, Borowski, Różewicz (Poznań 2009). Podobnie dzieje się w inspirującej rozprawie Dariusza Szczukowskiego Tadeusz Różewicz wobec niewyrażalnego, traktującej m.in. o religijnych dylematach poety. Szczukowski wspomina co prawda o Bonhoefferze, widzi twórczość Różewicza w kontekście myśli niemieckiego teologa, ale ów kluczowy - według mnie - problem, kwituje kilkoma gładkimi zdaniami i przytoczeniami z wiersza nauka chodzenia.

Jako zręczne prześliźnięcie się nad wątkiem bonhoefferowskim traktuję stwierdzenie Szczukowskiego, iż "postać niemieckiego pastora - odnowiciela myśli teologicznej, próbującego dokonać aktu sekularyzacji chrześcijaństwa i zradykalizowanej refleksji nad symboliką religijną - fascynuje przede wszystkim Różewicza aktywną walką z nazizmem, która skończyła się dla Bonhoeffera tragicznie". Sądzę, że jest wręcz przeciwnie - fascynacja antyhitlerowską działalnością autora Nachfolge, odnalezienie w porządku biograficznym elementu, który czyni Bonhoeffera kimś bliskim Różewiczowi, to jedynie wstęp do właściwego przyswojenia jego refleksji teologicznej. Poeta mógł pomyśleć: "Ten człowiek przeżył to, co ja, i podobnie opisał własne doświadczenie".

W przypadku książki Januszkiewicza sprawa wygląda nieco inaczej. Za niezwykle cenne poznawczo, poszerzające pole widzenia i twórcze uznaję odwołanie do teorii Gianniego Vattimo. Poznański badacz twierdzi, że w poezji Różewicza dochodzi do pogodzenia "sprawy powrotu religii" z "kwestią śmierci Boga i zjawiskiem sekularyzacji", a jako istotny punkt odniesienia wskazuje filozofię autora Końca nowoczesności. Według włoskiego myśliciela, zjawisko sekularyzacji stanowi sam rdzeń chrześcijaństwa. "Człowiek - konkluduje Januszkiewicz - pozbawiony obecności, wędruje odtąd jedynie po śladach i śladach śladów". Z wnioskiem tym nie sposób się nie zgodzić (szczególnie, że stanowi on podstawę błyskotliwego opisu Różewiczowskiej "hermeneutyki śladu"), obraz interpretowanej twórczości byłby jednak pełniejszy, gdyby uwzględniono w nim obecność kontekstu bonhoefferowskiego.

Luterański pastor, jeden z przywódców antyfaszystowskiej Bekennende Kirche, przeszedł do historii teologii przede wszystkim jako autor słynnych listów do Eberharda Bethgego, przemycanych z berlińskiego więzienia Tegel. W listach tych dokonał analizy naczelnych problemów wiary w połowie XX wieku i sformułował ideę chrześcijaństwa bezreligijnego. W przełomowym liście z 30 kwietnia 1944 roku pisał:

Minął już czas, w którym można było wszystkim ludziom powiedzieć słowami - teologicznymi czy pobożnymi - jak też czas "życia wewnętrznego" i sumienia, a to znaczy w ogóle czas religii. Idziemy naprzeciw czasom w pełni bezreligijnym; ludzie, będąc takimi, jak są teraz, po prostu już nie mogą być religijni. Także ci, którzy się z całą szczerością określają jako "religijni", nie praktykują w żadnym sensie. [...] "Chrześcijaństwo" zawsze było pewną formą religii (być może formą prawdziwą). Jeżeli jednak któregoś dnia się okaże, że tego a priori wcale nie ma, lecz było tylko historycznie uwarunkowaną i przemijającą formą ekspresji człowieka, jeżeli zatem ludzie rzeczywiście staną się radykalnie bezreligijni - a uważam, że to już w mniejszym lub większym stopniu jest faktem (na czym polega np. to, że obecna wojna, w odróżnieniu od wszystkich dotychczasowych, nie wywołuje "religijnych" reakcji?) - co oznaczać to będzie dla chrześcijaństwa? Całemu naszemu dotychczasowemu "chrześcijaństwu" odjęty zostanie fundament i jeszcze tylko znajdzie się gdzie niegdzie "ostatni rycerz" lub kilka osób nieporadnych intelektualnie, których będziemy mogli nazwać "religijnymi". Czy to ci mają być "wybranymi"? Czy mamy, z gorliwością i oburzeniem lub bezradnie, opierać się właśnie na tej wątpliwej jakości grupie ludzi, by sprzedać im nasz towar? Czy też powinniśmy dopadać jakichś paru nieszczęśliwych, w godzinach ich słabości, by ich religijnie, że tak powiem, zgwałcić? Jeżeli zaś nie chcemy tego wszystkiego, jeśli ostatecznie musimy osądzić także zachodnią postać chrześcijaństwa jako stopień prowadzący do pełnej areligijności, to jaka sytuacja powstaje wobec tego dla nas, dla Kościoła? W jaki sposób Chrystus może być Panem także bezreligijnych? Jeśli religia jest tylko szatą chrześcijaństwa - a i ta szata w różnych czasach różnie wygląda - to czym jest bezreligijne chrześcijaństwo?

Przytoczyłem tak obszerny fragment listu, ponieważ zawarte są w nim - w formie zalążkowej - najważniejsze elementy Bonhoefferowskiego projektu chrześcijaństwa bezreligijnego. Tezy te można by ująć w następujący sposób: 1. formuła religii jako "szaty" chrześcijaństwa wyczerpała się; 2. człowiek współczesny jest człowiekiem bezreligijnym; 3. "religijni" mogą być dziś jedynie ludzie nie rozumiejący istoty wiary; 4. konieczna jest zmiana formuły Kościoła; 5. Chrystus, Bóg-Człowiek stoi w centrum rzeczywistości bezreligijnej. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż - po pierwsze - Bonhoeffer zdaje sobie sprawę z "roboczego" charakteru własnych spostrzeżeń, po drugie - nie rozstrzyga pewnych zagadnień (Kościół w świecie bezreligijnym, Chrystus poza religią, nowe chrześcijaństwo), a jedynie formułuje problemy do namysłu i dyskusji. Część spośród swoich intuicji rozwinie w listach późniejszych.

Według teorii Bonhoeffera, dopiero porzucenie religii i przejście chrześcijaństwa w nową fazę rozwoju pozwala na usytuowanie Chrystusa w sercu ludzkiego świata. Zbawiciel przestaje być "przedmiotem religii", staje się Osobą zanurzoną w rzeczywistości ziemskiej, realnie w niej egzystującą. Religijność wieków minionych tworzyła nieprzekraczalną granicę między światem ludzkim a światem boskim - tym, co wykracza poza przyrodzone zdolności pojmowania, zajmowała się tradycyjna metafizyka (ta sama, którą jednoznacznie odrzuca Różewicz). Bonhoeffer interpretuje dwudziestowieczne chrześcijaństwo jako epokę wtargnięcia Boga w świat przyrodzony, w życie człowieka współczesnego. Można by to wyrazić jeszcze ściślej - świadomość chrześcijanina dojrzała do tego, by dostrzec Boga wśród najzwyczajniejszych elementów codzienności. Chrystus nie jest kimś obcym, dalekim, ukrytym:

To, co mówimy o ludzkich granicach, stoi dla mnie w ogóle pod znakiem zapytania. [...] Wydaje mi się zawsze, że w ten sposób wydzielamy Bogu ze strachem miejsce nazbyt małe. Chciałbym mówić o Bogu nie na granicy, lecz w samym centrum, nie w chwilach słabości, lecz siły, nie wobec śmierci i winy, lecz wobec życia i dobra ludzkiego. Na granicach, wydaje mi się, lepiej jest milczeć i nierozwiązywalne pozostawić nie rozwiązane. Wiara w zmartwychwstanie nie jest "rozwiązaniem" problemu śmierci! "Tamten świat" Boga nie jest światem naszych możliwości poznawczych. Transcendencja teoriopoznawcza nie ma nic wspólnego z transcendencją Boga. To w środku naszego życia Bóg jest zaświatowy. Kościół nie tam stoi, gdzie ludzka moc zawodzi, nie na granicach, lecz w środku wsi.

Eberhardowi Bethgemu Bonhoeffer doradza lekturę kilku wersetów z Księgi Przysłów, które traktuje jako "zaporę wobec kazdej pobożnością maskowanej ucieczki". Przytoczmy owe trzy urywki w kolejności sugerowanej przez autora listu (dla lepszego zrozumienia kontekstu, podaję dodatkowo werset 10):

Dokąd nawini mają kochać naiwność
szydercy pragnąć szyderstwa?
a niemądrzy pogardzać poznaniem? (Prz 1, 22)

[Kiedy cię synu, zwodzą występni, nie gódź się, choćby rzekli:]
"Pójdź z nami, czyhajmy na krew, zaczajmy się bez powodu na niewinnych.
Wchłoniemy ich żywych jak Szeol, zdrowych - jak schodzących do grobu [...]" (Prz 1, 10-12)

Religia jawi się tu jako konsekwentne opowiadanie się za naiwnością, odrzucanie prawdy, niezgoda na poznanie. Kto trwa w postawie zachowawczej, nie zgadza się, według Bonhoeffera, na przyjęcie pełni wiary, na chrześcijańską dojrzałość.
O "dorosłości" świata wypowie się Bonhoeffer obszerniej w liście z 8 czerwca 1944 roku. Stwierdzi tam m.in., że od trzynastego wieku trwa proces mający na celu uzyskanie przez człowieka pełnej autonomii, uwolnienie się od "hipotezy roboczej: Bóg". We wszystkich dziedzinach swojej aktywności ludzkość próbuje radzić sobie bez Boga i odkrywa, że jest to możliwe. Bóg jest "wypychany" z rzeczywistości, "traci grunt pod nogami". Kościół usiłuje się bronić przed takim obrotem spraw, stawiając człowiekowi "pytania ostateczne". Bonhoeffer zastanawia się, co uczynią hierarchowie, kiedy okaże się, że pytania te są już nieaktualne lub da się na nie odpowiedzieć bez odwoływania się do tego, co transcendentne. Reakcję Kościoła na obumieranie religijności uznaje za "bezsensowny", "nieprzyzwoity" i "niechrześcijański" "atak [...] na dojrzałość świata", przypominający próbę "cofnięcia kogoś, kto jest już dorosłym człowiekiem, z powrotem w okres dojrzewania".
Na czym polega dorosłość człowieka bezreligijnego tłumaczy autor Nachfolge w innym liście, pisanym 16 lipca 1944 roku:

Nie możemy być uczciwi, nie uznając, że żyć nam przyszło w świecie etsi Deus non daretur. Właśnie to uznajemy, pod wzrokiem Boga - to on nas do tego zmusza. Tak więc fakt, że staliśmy się dorośli, prowadzi do wyznania przed Bogiem, zgodnie z prawdą, jaka jest nasza sytuacja. Bóg daje nam przez to do zrozumienia, że mamy żyć jak ludzie, którzy dają sobie w życiu radę bez Niego. Ten sam Bóg, który jest z nami, to przecież Bóg, który nas opuszcza. (Eloi, Eloi lama sabatchani...) Ten sam Bóg, co każe nam żyć w świecie bez "hipotezy boga", jest Tym, przed którego obliczem stoimy zawsze. To z nim, to pod jego wzrokiem żyjemy żyjąc bez Boga. Nasz Bóg daje się wypchnąć ze świata aż na krzyż, jest w świecie bezsilny i słaby, i tak właśnie, tylko tak jest z nami i nam pomaga. On wziął naszą słabość i przyjął na siebie nasze choroby. U Mateusza (8, 17) jest więc całkiem wyraźnie.

Rdzeniem człowieczeństwa jest według Bonhoeffera doświadczenie świeckości, bezreligijności świata (czy nie to właśnie ma na myśli Różewicz, kiedy pisze w Złowionym: wyskakiwanie na powierzchnię i przebywanie w obcym żywiole w powietrzu a właściwie w niebie jest wyskokiem. Nie można płynąć w bogu. To jest kłamstwo ale być może ci co płyną w bogu są szczęśliwi"?). Bóg wchodzi w ludzki świat, by dzielić z człowiekiem jego opuszczenie. Człowiek musi z kolei podjąć krzyż, musi cierpieć ze Zbawicielem, doznając tego samego opuszczenia i samotności, z którą mierzył się tuż przed śmiercią sam Chrystus: "nie wolno mu próbować ukrywać jakoś czy tuszować religijnie tej bezbożności. Musi żyć 'po świecku' i w tym właśnie dzieli cierpienie Boga". Kondycja ludzka zyskuje wymiar kenotyczny. Jeśli Bóg uniżył i ogołocił siebie (por. Flp 2, 5-11), przymując ludzką naturę - zadaniem człowieka jest stawić czoło własnemu ogołoceniu. "Być chrześcijaninem znaczy być człowiekiem" - powiada niemiecki teolog. Można by dodać jeszcze: być człowiekiem to być w pełni świadomym własnego uczestnictwa w Chrystusowej kenosis.
Różewiczowskie zmaganie z problemem wiary widziałbym właśnie jako niezwykle głębokie i dramatyczne przeżywanie ludzkiego wymiary kenozy (poeta woli pisać o "śmierci człowieka", jako jednym z następstw "śmierci Boga"; czy Chrystus nie pozwolił Łazarzowi umrzeć, zanim wywiódł go z grobu?), z wciąż odżywającą tęsknotą za stanem adolescencji, z pragnieniem powrotu do naturalnej, harmonijnej i zapośredniczonej w świecie relacji z Bogiem dzieciństwa.
Autor Czerwonej rękawiczki charakteryzuje siebie jako "człowieka, który nie wierzy w Boga, ale jest człowiekiem... wierzącym? Jest człowiekiem, który pragnie wiary" (Kartki wydarte z "dziennika gliwickiego"). Porównując własną postawę z postawą innych, sięga po Chrystusowe słowa o "poszczeniu w ukryciu". O swoich znajomych powiada: "skłonni są dużo mówić o tym, że poszczą. [...] wyniszczają swe twarze dla oka ludzkiego, robią tak, ponieważ nie wierzą w Boga", o sobie: "Przez wszystkie lata niewiary pragnę wiary. Dążę do wiary. Muszę pościć w ukryciu. Dążę do tego". Nieco wcześniej zaś: "Ja nie wierzę. Współcześni ludzie nie wierzą. Oni myślą, że wierzą [...]" (Kartki wydarte...). Sądzę, że owej deklaracji niewiary nie trzeba traktować dosłownie - Różewicz odkrywa tu raczej zasadniczą różnicę między wiarą definiowaną przy pomocy pojęć tradycyjnej teologii a wiarą-niewiarą człowieka współczesnego, między chrześcijaństwem religijnym a chrześcijaństwem bezreligijnym. A może jeszcze inaczej? Może jest to próba deskrypcji pewnego stanu przejściowego między dawnym i nowym chrześcijaństwem? Nadejście takiej fazy pośredniej przewiduje Bonhoeffer w Myślach na dzień chrztu D. W. R. [Dietricha Wilhelma Rudigera Bethge, syna adresata listów z Tegel]:

Nim urośniesz, postać Kościoła będzie bardzo zmieniona. Przetop nie skończył się jeszcze i wszelkie próby skierowania tego procesu przedwcześnie ku nowym formom potęgi organizacyjnej odwlekłyby tylko oczyszczenie i nawrót na dobre drogi. Nie jest naszą rzeczą przepowiadać, kiedy przyjdzie dzień - lecz ten dzień przyjdzie, w którym znów ludzie zostaną powołani do wymawiania słowa Boga, do wymawiania Go tak, że świat będzie się od tego zmieniał i odnawiał. Będzie to język nowy, może całkiem niereligijny, lecz wyzwalający i odkupiający, tak jak mowa Jezusa, która przerażała ludzi, lecz podbijała ich też swą mocą. [...] Tymczasem jednak chrześcijaństwo będzie sprawą cichą i ukrytą. Będą jednak ludzie, którzy się modlą, czynią sprawiedliwość i czekają na czas Boga.">

*

Nie chcę twierdzić, że od czasu lektury Widerstand und Ergebung Tadeusz Różewicz całkowicie przemodelował swoje postrzeganie spraw wiary. Chętnie myślę jednak, że dokonał się przełom zasadniczy - wydają się o tym świadczyć niektóre wiersze z tomu Wyjście: [*** Dostojewski mówił...], [*** od kiedy ten mały...], co zobaczył Akwinata, nauka chodzenia.
Pytam także: "Czy Bonhoeffer nie przyszedł za późno?". Bo fakt, że jego teologiczne intuicje zadziwiająco ściśle przylegają do rozpoznań Różewicza, wskazując drogę wyjścia ku czemuś, na co czekało się całe życie, może już nic nie znaczyć, jeśli wołanie ocalonego (?) ucichło pod milczącym (?) i pustym (?) niebem:

Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności



[Fragment eseju Druga noga poety (czyli o czym milczy Tadeusz Różewicz), który ukaże się w najbliższym numerze "Toposu"]

czwartek, 6 maja 2010

Wojciech Kass, 41


Z radością pragnę zarekomendować Państwu wydany kilka dni temu zbiór wierszy Wojciecha Kassa 41. Utwory, które znalazły się w tomie, znałem wcześniej, ale dopiero lektura książki opublikowanej przez "Iskry" uświadomiła mi - po raz kolejny - rangę tej poezji. Kass należy do twórców chadzających własnymi, odrębnymi ścieżkami, nie tęskniących do salonów i światła jupiterów, stroniących od rozgłosu. Jest dla mnie wielką zagadką, dlaczego poezja tej miary pozostaje nieobecna w dyskursie historycznoliterackim, podczas gdy po wielekroć omawia się słabe książki drugorzędnych autorów. Żywię wielką nadzieję, że najnowszy tomik prańskiego poety będzie stanowił w tym względzie swoistą cezurę. Tym bardziej, że krytyka literacka już dawno zdała sobie sprawę, że Kassa warto czytać - z uznaniem pisali o nim m.in. Krzysztof Karasek, Julian Kornhauser, Leszek Szaruga, Adriana Szymańska, Piotr Szewc i Zbigniew Chojnowski.
41 jest tomem kontynuacji i nowego otwarcia. Szeroki oddech wiersza zastąpiły tu frazy krótsze, bardziej zwarte i - paradoksalnie - obciążone większym ładunkiem liryzmu. Prawdziwa liryka to we współczesnej poezji niezwykła rzadkość. Autor Gwiazdy głóg jest mistrzem liryki - niezmąconej brudami świata, wysokiej, godnej i świadomej własnej wartości.

Więcej o książce Kassa:
O tomie 41. Odsłona pierwsza
O tomie 41. Odsłona druga
O tomie 41. Odsłona trzecia
Audycja o 41 w radiowej Jedynce

piątek, 30 kwietnia 2010

Druga noga Różewicza


Podczas utrwalonej w filmie Lambrosa Ziotasa pogawędki z Eugeniuszem Getem-Stankiewiczem Tadeusz Różewicz stwierdza: "No, wie pan, jesteśmy... artyści, metafizykami z natury chyba... A przynajmniej na jedną nogę, no... Jedna noga to realistyczna, druga - metafizyczna. Niektórzy mają trzecią nogę, mistyczną... jeszcze, skrzydła".
Autor Wyjścia lubi wieloznaczności, jest mistrzem w myleniu tropów, dlatego wypowiedzi podobne do cytowanej trudno interpretować. Czy Różewicz mówi poważnie? Czy jedna z jego dwóch nóg rzeczywiście jest nogą "metafizyczną"? Kiedy zadaję sobie to pytanie, widzę wyraźnie, że od chwili, kiedy lektura Różewiczowskiej poezji stałą się dla mnie jednym z najważniejszych doświadczeń czytelniczych, staram się dostrzec i opisać właśnie ową "drugą nogę". Ale poeta wciąż odwraca się bokiem, uparcie prezentując nogę "realistyczną". "Metafizyczna" ukrywa się za nią, czasem mignie przed oczami palec lub pięta, czasem na moment ukaże się łydka, by zaraz zniknąć, jakby jej nigdy nie było. Drugiej nogi trzeba było się domyślać, wpatrując się w pierwszą, by z mapy muskułów, ścięgien i żył "wyczytać" negatyw tej, która pozostaje w cieniu.
Różewicz nie lubi się odkrywać, niechętnie udostępnia publiczności dokumenty związane z jego własnym życiem prywatnym. W tece redakcyjnej "Kresów" przez kilka lat zalegała korespondencja z Pawłem Mayewskim, poeta miał bowiem wątpliwości, czy powinna ukazać się w druku. Tym większym rarytasem musi się wydać ogromny tom listów autora Niepokoju oraz Zofii i Jerzego Nowosielskich (wzbogacony dwiema rozmowami - z Krystyną Czerni i z Nowosielskim, przemówieniem wygłoszonym przez Różewicza we wrocławskiej ASP i zbiorem wierszy napisanych dla znakomitego malarza i jego żony), wydany przez Wydawnictwo Literackie.
Czytałem tę książkę z nadzieją, że znajdę w niej Różewicza "prawdziwego", szczerego, zdolnego do wypowiedzenia prawd zasadniczych, bez wdziewania janusowej maski - listy do Nowosielskich, obejmujące lata 1963-2002, nie były wszak pisane z myślą o ich publikacji. Czy po ich lekturze rozumiem poetę lepiej? I tak, i nie. Tak, bo jednak zostałem dopuszczony do pewnej bliskości, wtajemniczony w niektóre wątpliwości i rozterki ich autora. Nie, bo to, co między wielkim poetą i wielkim malarzem najistotniejsze, pozostało rysującym się w oddali horyzontem - zasadnicze rozmowy odbyły się "poza kadrem", w mieszkaniach na Narzymskiego, Glinianej i Januszowickiej, w Krakowie i Wrocławiu. W listach rozlegają się tylko ich echa. Czytanie Różewicza po raz kolejny tropieniem śladów, łowieniem odgłosów dochodzących zza ściany, wsłuchiwaniem się w zanikające echo.

Wstęp do eseju, który ukaże się w najnowszym numerze "Toposu" (2010, nr 1). Zachęcam do lektury sopockiego dwumiesięcznika, który dostępny jest w salonach EMPiK.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Norwid i żałoba narodowa


Na obrady jury konkursu poetyckiego im. Cypriana Norwida przyszło nam się wybierać w czasie wyjątkowym. Od sześciu dni trwała żałoba narodowa, rzesze warsza-wiaków przesuwały się w milczeniu przed Pałacem Prezydenckim, programy telewizyjne i radiowe wypełniały relacje o smoleńskiej katastrofie. Chyba wszyscy mieliśmy wrażenie, że oto stoimy w jednym z węzłowych punktów życia narodu, że odtąd zawsze będziemy patrzeć na najnowszą historię Polski jako na całość dwudzielną, składającą się z tego, co wydarzyło się przed powtórną tragedią katyńską - i po niej.
Kiedy wysiadłem z pociągu Łódź-Warszawa, była godzina dziewiąta rano, 17 kwietnia 2010, sobota. W pruszkowskiej Bibliotece im. Henryka Sienkiewicza mieliśmy się spotkać o dwunastej, pomyślałem więc, że nic nie stoi na przeszkodzie, bym wybrał się na Krakowskie Przedmieście. Maszerowałem przez ciche ulice stolicy, mijałem nielicznych przechodniów. Im bardziej zbliżałem się do Nowego Światu, tym więcej ludzi spotykałem. Niemal wszyscy szli w tym samym kierunku. W okolicach Pałacu Staszica urywała się kolejka tych, którzy od wielu godzin czekali na możliwość złożenia ostatniego hołdu zmarłym tragicznie Marii i Lechowi Kaczyńskim. Przyglądałem się wszystkiemu z mocnym wewnętrznym przekonaniem, iż uczestniczę w chwili wyjątkowej, o której po wielu latach będę opowiadał wnukom. Szczęśliwie nie zabrałem ze sobą aparatu fotograficznego, mogłem cały zanurzyć się w gęstym nurcie czasu, co stanął w miejscu. Miałem głębokie poczucie, że wszyscy, którzyśmy się tam znaleźli, trwamy w nadzwyczajnym przyjaznym współobjęciu i że zarazem jakaś trudna do zdefiniowania i opisania siła obejmuje nas wszystkich z zewnątrz, czyni nas jednością w odmiennościach, zespala i unosi ponad nasze biedy i niedostatki.
Od kilku dni prześladowało mnie pytanie, co miałby nam do powiedzenia Norwid, ten przenikliwy analityk i interpretator narodowej rzeczywistości, gdyby znalazł się pośród nas. Czy umacniałby nas w bólu? Przestrzegał i napominał? A może ukazywałby nam nasze małości i wady, byśmy je w tym szczególnym momencie jeszcze wyraźniej dostrzegli? Wertowałem w myśli kolejne tomy jego dzieł i od czasu do czasu natrafiałem na sformułowania i sądy niemal idealnie przystające do bolesnej teraźniejszości.
Myśl pierwsza. Historia się nie skończyła. To tylko nam wydawało się, że możemy funkcjonować poza jej obrębem, że już nas nie dotyczy, że możemy odłożyć ją do lamusa, narodowego pamiątek kościoła. Norwid odezwał się do mnie słowami wiersza Socjalizm:

1
Ludzie, choć kształtem ras napiętnowani,
Z wykrzywianymi różną mową wargi,
Głoszą: że oto źli już i wybrani,
Że już hosanna tylko, albo skargi...
- Że Pyton-stary zrzucon do otchłani:
Grosz? - że symbolem już; harmonią?... - targi!

2
Och! nie skończona jeszcze Dziejów praca -
Jak bryły w górę ciągnięcie ramieniem;
Umknij - a już ci znów na piersi wraca,
Przysiądź - a głowę zetrze ci brzemieniem...
- O! nie skończona jeszcze Dziejów praca,
Nie-prze-palony jeszcze glob, Sumieniem!

Myśl druga, (zbyt?) gorzka. Jesteśmy zdolni do jedności, objawiamy swoją lepszą twarz jedynie w chwilach zagrożenia, tragedii, umiemy celebrować cierpienie, ale wciąż nie potrafimy budować: "Wszystko, co patriotyzmu i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie i wielmożne jest w narodzie tym, iż zaiste kapelusz zdejmam przed ulicznikiem warszawskim - ale - ale wszystko to, czego nie od patriotyzmu, czego nie od narodowego, ale od społecznego uczucia wymaga się, to jest tak początkujące, małe i prawie nikczemne, że strach wspominać o tym!" (list Norwida do Michaliny z Dziekońskich Zaleskiej, listopad 1862).
Myśl trzecia, wywołana niesnaskami związanymi z pochówkiem Pary Prezydenckiej. Czyżbyśmy nadal - jako naród i społeczeństwo - nie potrafili wyprawić "pogrzebu historycznego za dojrzeniem sumienia czasów" (list Norwida do Józefa Bohdana Zaleskiego, styczeń 1856)? Czyżby nas wciąż nie było stać na jedność w obliczu trumien? Czyżbyśmy byli trwale niezdolni "sylabizować interes własnej godności" (list Norwida do Teofila Lenartowicza, styczeń 1856) - również wobec tych wszystkich, którzy w dniach tragedii ze współczuciem nam się przyglądają?
Nie chodzi tu wcale o to, by porzucić wszelkie różnice, spory, by raz na zawsze zakończyć dialog i we wszystkim się zgadzać. Autor Harmonii uczy przecież:

I nerwów gra, i współ-zachwycenie,
I tożsamość humoru -
Łączą ludzi bez sporu:
Lecz bez walki nie łączy sumienie!

*

Uczestnictwo w - by powtórzyć ukute w mediach sformułowanie - "narodowych rekolekcjach" wielu z nas, czytelników literatury wieku XIX, uzmysłowiło, jak zadziwiająco aktualne jest przesłanie Cypriana Norwida, jak bardzo produktywny mógłby być proponowany przez wielkiego poetę i myśliciela idiom poetycki, model intelektualnego, uważnego i krytycznego uczestniczenia piszących w życiu zbiorowości.
W poezji po roku 1989 wzór Norwidowski wydaje się jednak wzorem martwym, dziedzictwo autora Rzeczy o wolności słowa jawi się jako nieproduktywne. Zapewne wynika to po części z nieznajomości jego dzieła, po części zaś z trudu, jaki czytelnik współczesny musi sobie zadać, by Norwida zrozumieć. "Norwidowskie" wiersze napisane na konkurs stanowią na ogół mechaniczne przetworzenie fraz z najsłynniejszych, znajdujących się w kanonie szkolnym, utworów dziewiętnastowiecznego twórcy. Słusznie zauważa autor jednego z tekstów, których nie nagrodziliśmy:

Ogłoszono konkurs
wierszy o poecie.
I przyznajcie szczerze
mało o Nim wiecie.

Dopóki Norwid nie stanie się na powrót poetą czytanym, dopóki nawiązania do jego twórczości będą oparte na nadesłanym na pruszkowski konkurs ironicznym Przepisie na wiersz o Norwidzie: "Koniecznie potrzebne: konkurs i tomik poezji bohatera. / Ilustrowane dzieje literatury polskiej, możesz zastąpić wikipedią.pl. / Kartka i ołówek. / Krótkie rozpoznanie bohatera (strona 56). / Zdjęcie. / Pamiętaj obraz lepiej trafia do odbiorcy. / Na stronie 58 rysunki. / Pasja Chrystusa dla odbiorców religijnych. / Rzeźba dla miłośników modnego 3D. / Teraz przypieprz. / Dużo smutku, samotności, tęsknoty i biedy", dopóty dzieło autora Vade-mecum pozostanie martwym i zimnym pomnikiem przeszłości.
Na szczęście, w konkursowych zestawach było także nieco wierszy dobrych, pozwalających sądzić, że czas obecności Norwida nie minął bezpowrotnie. Najlepsze z nich zostaną zaprezentowane w tomie pokonkursowym.
-------------
Tekst ukaże się jako posłowie do zbioru wierszy nagrodzonych w VIII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. C. K. Norwida


niedziela, 11 kwietnia 2010

Oddali życie za Polskę. Requiescant in pace!

I rzekli: "Brata poznajcie waszego!
Czy ten sam, który wczora się po świecie
Kołatał z wami? - Czy go poznajecie?"

J. Słowacki, Pogrzeb kapitana Meyznera



Jeszcze kilka dni temu ktoś, kto rozmyślałby nad współczesnością Polski, mógłby dojść do wniosku, że żyjemy w epoce posthistorycznej. W zasadzie zostały zniwelowane zagrożenia międzynarodowe - znaleźliśmy się w strukturach Unii Europejskiej i NATO, utrzymujemy poprawne relacje z sąsiadami, byt państwowy jest niezagrożony. A historia? Historia może być dla nas co najwyżej jak pocztówka wysłana z odległej przeszłości, przeszłości, która nie ma prawa się powtórzyć. Wydawało się, że żywotne problemy XXI-wiecznej Polski ograniczają się do zagadnień budżetowo-podatkowych, że polityka nie będzie już niczym innym, jak tylko sztuką sprawnego zarządzania ogromną korporacją, jaką powinno (?) być nowoczesne państwo.
Tak myśleliśmy do soboty 10 kwietnia 2010. Tego dnia historia powróciła, wraz ze śmiercią, bólem oraz myślą o przeklętym i świętym posłannictwie cierpienia, które niewidzialna dłoń Opatrzności po raz kolejny nakłada na Ten Kraj w sercu Europy. Ku zdumieniu wielu z nas w jednej krótkiej chwili (i zapewne na krótko) został reaktywowany romantyczny paradygmat myślenia o dziejach Polski.
Bo historia nie umarła. Upomniała się o swoje prawa.
Wiele powiedziano i napisano o bolesnej wymowie i niezwykłej symbolice katastrofy smoleńskiej. Podkreślano przede wszystkim zadziwiającą analogię między ludobójstwem sprzed siedemdziesięciu lat i upadkiem prezydenckiego samolotu, mówiono o "drugim Katyniu". Ale w żadnym komentarzu nie natrafiłem na myśl, która przyszła mi do głowy w pierwszych godzinach powszechnej żałoby: katastrofa smoleńska jest "nowym Katyniem" również dlatego, że stanowi nieprzewidzianą i tragiczną konsekwencję tamtego rozkazu Stalina. Gdyby przed siedmioma dekadami Sowiety nie zdecydowały o wymordowaniu 20 tysięcy najlepszych polskich inteligentów, nie byłoby najmniejszego powodu, by maszyna TU-154 - z Prezydentem RP, najwyższymi dowódcami wszystkich polskich formacji wojskowych, znakomitymi parlamentarzystami, prezesami Instytutu Pamięci Narodowej i Narodowego Banku Polskiego oraz osobami ze stowarzyszeń katyńskich - lądowała na wojskowym lotnisku w smoleńskim lesie. Gdyby Stalin nie postanowił stworzyć "nowej Polski" na zgliszczach "starej", na trupach najlepszych synów II RP, gdyby szczęśliwym zrządzeniem losu wszyscy oficerowie polscy wzięci do niewoli w 1939, na mocy układu Sikorski-Majski trafili do armii Andersa, nie byłoby nigdy żadnych obchodów masakry katyńskiej. Wszyscy, którzy zginęli przed dwoma dniami, wykonywaliby nadal swoje obowiązki. Prawdopodobne, że Prezydent Lech Kaczyński ponownie zostałby przez jedną z zagranicznych gazet porównany do ziemniaka, a samozwańczy Stańczyk III RP pytałby nadal o "małpki" lub zadawał inne, równie błyskotliwe pytania. Media relacjonowałyby bezstronnie.
Wszyscy myślelibyśmy, że mamy przed sobą prawdziwy obraz rzeczywistości.
Proszę mi wybaczyć patetyczne, może nie całkiem stosowne, porównanie. Przyglądając się rzeczywistości społeczno-politycznej znajdujemy się zazwyczaj w sytuacji pilota TU-154. Widoczność waha się między osiemdziesięcioma a dwustoma metrami. Zwykłe pyskówki bierzemy za poważne debaty, śmiejemy się z żałosnych i głupich żartów, rzeczy drobne nazywamy wielkimi i na odwrót. Niekiedy jednak, bardzo rzadko, przychodzi moment, kiedy mgła się podnosi, a wtedy nagle dostrzegamy pasy startowe, linię lasu, czyste niebo, skomplikowaną linię dróg przecinających okoliczne pola. W oddali majaczy linia horyzontu. Wszystkie zdarzenia możemy ujrzeć we właściwym świetle. Coś takiego stało się po śmierci wielu członków polskiej elity politycznej, wojskowej i społecznej w Smoleńsku. Pojęliśmy nagle, że na sprawy, które widzieliśmy dotychczas w krzywym zwierciadle, możemy spojrzeć zwyczajnie, ze zwyczajnym krytycyzmem lub zwyczajną aprobatą.
Wiele osób porównywało pierwsze godziny po katastrofie do snu, z którego chcielibyśmy się przebudzić i odkryć, że to, co się nam śniło, nie było prawdą. Pozwólcie Państwo, że powiem coś wbrew temu. Nie budźmy się z tego snu, schrońmy się w jego wnętrzu, gdzie wszystko widać wyraźniej, gdzie wszystko jest bliższe prawdy o nas samych i o innych, gdzie jesteśmy lepsi i szlachetniejsi. Pielęgnujmy ów sen, troszczmy się o to, co nam przynosi. Bo - głęboko w to wierzę - ma on własną logikę i sens głębszy niż moglibyśmy przypuszczać.
W środku tego śnienia spoczywa ciało, którego rysów nie możemy rozpoznać, ciało, które trzeba zidentyfikować. Patrząc w jego twarz, w twarz Polski, każdy i każda z nas musi sobie zadać fundamentalne pytania: kim jestem? kim będę? kim powinienem (powinnam) być? Dopiero kiedy rzeczywiście poznamy samych siebie, kiedy zdobędziemy świadomość własnego prawdziwego jestestwa i dokonamy pełnej identyfikacji tego, czym dziś powinna stać się polskość, będziemy zdolni zmienić w sobie to, co powinno ulec zmianie, będziemy w stanie wyciągnąć naukę z podwójnej lekcji katyńskiej.
Ci, którzy zginęli w Smoleńsku, pozostaną w naszych sercach. Pozostanie w nich Lech Kaczyński, który nigdy nie będzie już "byłym prezydentem", ale Prezydentem Zawsze Urzędującym.


poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Przybyła o Czerniku


Książka Wiesława Przybyły o Stanisławie Czerniku to błyskotliwa monografia, w której na równych prawach istnieją elementy opowieści biograficznej i rzetelnej rozprawy historyczno-
literackiej. Autor prezentuje przekonujący portret jednego z najważniejszych pisarzy nurtu chłopskiego w polskiej literaturze XX wieku, w istotny sposób wzbogacając stan badań, łącząc rozmaite wątki interpretacyjne, sytuując twórczość Czernika na szerokim tle rodzimej kultury w okresie dwudziestolecia międzywojennego i w latach powojennych.

Ambicją Przybyło było, jak się zdaje, ukazanie autora Przyjaźni z ziemią jako człowieka żywego, bliskiego współczesnemu czytelnikowi, jego twórczości zaś jako ważnego elementu rodzimej tradycji. Zamierzenie to udało się monografiście zrealizować znakomicie - książka stanowi rzadki przykład ponadprzeciętnej sprawności narracyjnej wspartej rozległą erudycją autora , obejmującą zagadnienia natury literackiej, historycznej, społecznej i politycznej. Czytelnik otrzymuje w efekcie "portret wielokrotny" Stanisława Czernika - nauczyciela i pedagoga, "teoretyka oświecenia publicznego", poety i powieściopisarza, propagatora twórczości ludowej, prawodawcy nurtu poetyckiego zwanego autentyzmem i zasłużonego działacza kultury.
Pod piórem Wiesława Przybyły postacie i fakty sprzed kilku dziesięcioleci jawią się jako bliskie i frapujące, odmalowane zostały bowiem z iście epickim rozmachem, zaprezentowane na szerokim tle wydarzeń historycznych (I i II wojna światowa), objaśnione w porządku biograficznym. Książka charakteryzuje się źródłową i metodologiczną rzetelnością, jest dziełem badacza dojrzałego, znakomicie orientującego się w przedmiocie badań i specjalistycznej literaturze, zarazem zaś dbającego o to, by ogromne bogactwo wiadomości biograficznych i literackich przekazywać w sposób niewywołujący znużenia odbiorcy.
U Przybyły - w stopniu, w jakim to tylko możliwe w pracy o charakterze historycznoliteracko-biograficznym - słowa dziwią się sobie. Autor raz po raz zaskakuje czytelnika sposobem zestawiania ze sobą faktów i budowania paralel, badawczą skrupulatnością, która dopełniana bywa na ogół błyskotliwością sprawnego eseisty.
Książka Stanisław Czernik. Człowiek i pisarz może stać się istotnym instrumentem popularyzacji wybitnego, a dziś już na poły zapomnianego twórcy.

Wiesław Przybyła, Stanisław Czernik. Człowiek i pisarz,
Ostrzeszów 2009

wtorek, 30 marca 2010

"Trwaj, chwilo, trwaj" (E. Adamiak i A. Nowak)



Ponieważ poprzedniczka niniejszego bloga - strona internetowa - została zamknięta przed czterema laty, winien jestem Szanownym Czytelnikom kilka informacji dotyczących owego minionego czasu. Zanim więc zacznę umieszczać aktualne posty, przetrząsnę szuflady i podzielę się z Państwem kilkoma tekstami, które już poszły w świat w formie drukowanej lub innej. Na pierwszy ogień wybrałem piosenkę Elżbiety Adamiak Trwaj, chwilo, trwaj, która powstała bodaj w roku 1999, a zatem przed dekadą. Otrzymałem wtedy propozycję napisania pieśni do przedstawienia Teatru 77 pt. Druga podróż po łódzkiej Ziemi Obiecanej. Spektakl został zagrany tylko jeden raz, w miejscu niezwykłym - w zrujnowanej dawnej fabryce Grohmana w Łodzi. Brali w nim udział aktorzy ukraińscy, polscy i izraelscy. Całość reżyserował Zdzisław Hejduk. Tekst piosenki miał być oparty na Fauście Goethego i powstawał wieloetapowo, ponieważ literacki żółtodziób, jakim wtedy byłem, potrzebował na to nieco czasu. Rzecz była konsultowana z Elżbietą Adamiak i Andrzejem Poniedzielskim, który zaproponował nawet dwa wersy (w wersji nieco przeze mnie zmienionej trafiły do ostatniej zwrotki). Utwór wykonywał Wojciech Walasik, grający w spektaklu Mefistofelesa.
Wydawało się, że na tym epizodzie krótki żywot piosenki się zakończy. Na szczęście, Ela Adamiak postanowiła wydać nową płytę, a Trwaj, chwilo, trwaj zostało wybrane na singiel promujący wydawnictwo (wersja radiowa jest krótsza od oryginalnej). Wspaniała muzyka i aranżacja sprawiły, że piosenka wielu osobom "obiła się o uszy". Została wybrana "przebojem jesieni" przez słuchaczy Programu 1 Polskiego Radia, dotarła do piątego miejsca Listy Przebojów "Trójki", dwukrotnie gościła na szczycie listy Radia Złote Przeboje i kilkakrotnie - poznańskiego Radia Merkury.
Płytę Elżbiety Adamiak Zbieram siebie ośmielam się Państwu serdecznie rekomendować. Znalazło się na niej wiele pięknych pieśni, m.in. do wierszy Mandelsztama, Ziemianina, i Harasymowicza.

Trwaj, chwilo, trwaj do wysłuchania tutaj.

poniedziałek, 29 marca 2010

C. S. Lewis. Żywa łączność (fragment)

Jack i Joy

Najdziwniejsza książka, jaka wyszła spod pióra Lewisa, jest zarazem najbardziej osobistym spośród jego dzieł. Nosi tytuł Smutek i stanowi jedyny w swoim rodzaju pamiętnik żałoby po śmierci ukochanej osoby.
Na początku roku 1950 dotarł do pisarza pierwszy z listów od Joy Gresham, amerykańskiej poetki, powieściopisarki i wielbicielki jego twórczości. Siedem lat później byli już małżeństwem. Ślub odbył się w szpitalu, gdzie Joy była poddawana skomplikowanej terapii (wykryto u niej raka w zaawansowanym stadium). Miłość do owej niezwykłej Amerykanki, która przyjechała do Oksfordu z dwoma synami z pierwszego małżeństwa, okazała się największym i najbardziej gwałtownym uczuciem w życiu autora Perelandry. Lata spędzone z Joy (opowiada o nich film Richarda Attenborough Cienista dolina) uznał za najszczęśliwsze. Śmierć żony przyjął jako wielki i niesprawiedliwy cios. Smutek jest próbą zmierzenia się z pytaniami o sens ziemskiego życia i o prawdziwą naturę Boga, zarazem zaś dokumentem szczególnej autoterapii poprzez twórczość. Lewis rozważa fundamentalne zagadnienia egzystencjalne i teologiczne, docierając do najgłębszych pokładów własnej wiary.
Wszystko, co wyżej napisałem, wydaje mi się suche i nazbyt ogólnikowe. Spróbujmy zatem wyrazić te same myśli nieco inaczej: Smutek to brulionowy zapis rozpaczliwego płaczu. Na pierwszy rzut oka mało oryginalny, by nie rzec - niezmiernie nudny. Nie mogę zwalczyć przekonania, że dziś żaden wydawca nie zdecydowałby się na publikację takiej książki. Szczególnie, że Lewis nie chciał przekraczać granicy między intymnym wyznaniem a emocjonalnym ekshibicjonizmem i zdecydował się na wydanie Smutku pod pseudonimem. Wysłał książkę go do jednego z najbardziej szanowanych angielskich domów wydawniczych, Faber&Faber, co oznaczało - ni mniej, ni więcej - zgodę na poddanie swojego najbardziej osobistego dzieła ocenie T. S. Eliota, o którym przez wiele lat wypowiadał się z niezmiernym krytycyzmem (zmieniło się to po spotkaniu w roku 1959 i wspólnej pracy nad edycją psałterza). Smutek ukazał się ostatecznie dzięki temu, że jedna z osób oceniających rozpoznała w autorze Lewisa.
Dlaczego sądzę, że tego rodzaju książka, gdyby powstała dziś, miałaby niewielkie szanse na znalezienie wydawcy? Żyjemy w świecie diametralnie różnym od świata, w którym żył i tworzył autor Smutku. W tamtej odległej epoce (minęło zaledwie pięćdziesiąt lat!) Lewis wyraził pogląd, który nam narzuca się z siłą oczywistości - największy przełom w dziejach Zachodu nastąpił nie między średniowieczem a renesansem, ale między początkiem XIX wieku a współczesnością. To właśnie wtedy kultura Europy poczęła się przekształcać w kulturę postchrześcijańską. Pisarz stanął w pierwszym szeregu obrońców zmierzchającej formacji światopoglądowej, uznającej prymat sfery religijnej nad czynnikami socjalnym i historycznym - w wykładzie inauguracyjnym na Uniwersytecie w Cambridge zwracał się do słuchaczy z następującym przesłaniem: "Mówiąc nie tylko w swoim, ale w imieniu wszystkich przedstawicieli dawnej kultury Zachodu, których możecie spotkać, zachęcam was, abyście wykorzystywali nas, dopóki możecie. Nie znajdziecie więcej takich dinozaurów". Współczesność goni za nowością, jest to pogoń szaleńcza i niepowstrzymana (dlatego mieszkańcowi Europy przełomu tysiącleci Lewis jawi się jako antykwaryczny, muzealny eksponat) - sam pisarz musiał to dostrzegać z niezwykłą wyrazistością, skoro Srewtape'owi, "staremu diabłu" ze swojej słynnej książki, włożył w usta następującą przemowę: "Otóż, podobnie jak ma to miejsce z przyjemnością jedzenia, którą wyolbrzymiamy, by doprowadzić do obżarstwa, tak samo czynimy z naturalną przyjemnością zmiany, którą wypaczamy i zmieniamy w nieustanny głód absolutnej nowości. [...] Głód ten cenny jest pod wieloma względami. Przede wszystkim zmniejsza on przyjemność, powiększając równocześnie pragnienie. [...] pragnienie nowości zapowiada zjawienie się chciwości lub uczucia niezadowolenia, nierzadko jednego i drugiego. Po wtóre, im zachłanniejsza jest żądza nowości, tym wcześniej wyczerpie wszystkie dozwolone źródła przyjemności i przejdzie do tych, których Nieprzyjaciel zabrania. Tym sposobem, przez podsycanie pogardy dla rzeczy Starych uczyniliśmy ostatnio na przykład sztukę mniej niebezpieczną dla nas, niż była nią kiedykolwiek przedtem, popychając stale artystów, zarówno 'wysokiej' jak i 'niższej' klasy ku coraz to nowym wykroczeniom rozwiązłości, bezsensu, okrucieństwa i pychy".
Spod powierzchni prostych słów i obrazów wypełniających karty Smutku wyziera prawda cierpienia, szczerość doskonała, rzadko znajdująca ujście w literaturze. Książka ta objawia się nieuprzedzonemu czytelnikowi jako kwintesencja Lewisowego stylu, najdoskonalsza, bo odarta z zasłon i błyskotliwych konceptów, egzemplifikacja charakterystycznego dlań sposobu myślenia o ludzkiej kondycji. Lewis powiada: człowiek zyskuje pełną tożsamość dopiero wtedy, gdy zostanie wszystkiego pozbawiony, z wszystkiego ogołocony, kiedy stanie nagi wobec własnej rozpaczy i wobec Boga (o tym właśnie traktuje najmniej doceniane z jego dzieł, pisana pod czujnym okiem Joy powieść Póki mamy twarze).
W jednym z Listów do nieznajomej przekonuje: "polegamy niemal wyłącznie na rzeczach. Problem nasz jest tak głęboki, że nie zwrócimy się do Niego tak długo, jak długo pozostawi nam cokolwiek, czego moglibyśmy się uchwycić. [...] To dobrze z Jego strony, że zmusza nas do tego". W Smutku wyraża owo przekonanie jeszcze precyzyjniej: "Grający w brydża mówią mi, że trzeba grać o pieniądze, 'inaczej nie traktuje się gry poważnie'. Najwidoczniej tak jest. Twoja odzywka - czy istnieje Bóg, czy go nie ma, czy jest dobrym Bogiem, czy kosmicznym sadystą, czy istnieje życie wieczne, czy nicość - nie może być traktowana poważnie, jeśli nic za tym nie stoi. I nigdy nie stwierdzisz, jak bardzo to było poważne, dopóki licytacja nie wzrośnie bardzo wysoko, do póki nie spostrzeżesz, że nie grasz już o żetony czy sześciopensówki, ale o wszystkie pieniądze, jakie w ogóle posiadasz. Nic innego nie wyrwie człowieka - w każdym razie takiego jak ja - z jego czysto werbalnego rozumowania i czysto imaginacyjnych wierzeń. Musi zostać ogłuszony, dopiero wtedy oprzytomnieje. Tylko męka ukaże mu prawdę. Tylko w udręce sam ją odnajdzie".
Doznanie dojmującej samotności i głębokiej rozpaczy ogołaca nas ze wszystkiego, zdziera wszystkie nasze maski, niweczy całe nasze życiowe aktorstwo. Tylko dusza naga może stanąć oko w oko ze Stwórcą i wypowiedzieć w pełni świadomie owo jedno, nierozerwalnie wiążące obie strony, słowo: credo.

Całość artykułu dostępna w "Toposie" (2009, nr 6)

Jest nowy "Topos"



Do EMPiK-ów trafił właśnie nowy numer "Toposu". Można w nim znaleźć pierwszy fragment mojego Lekturnika. Teksty z tego cyklu, stanowiącego swoisty pamiętnik czytelniczy, będą się ukazywać w kolejnych numerach sopockiego pisma. Artykuł inaugurujący Lekturnik poświęcony jest postaci Clive'a Staplesa Lewisa, autora Listów starego diabła do młodego i Opowieści z Narnii.
Wraz z "Toposem" można nabyć drugi zbiór wierszy Artura Nowaczewskiego Elegia dla Iana Curtisa. Dawno już nie czytałem poezji rówieśniczej, która tak mocno by mnie poruszyła - autentycznością i szczerością wyznania, odwagą bilansowania "górnej i durnej" młodości, konsekwencją w konstruowaniu własnego języka poetyckiego, powstającego w efekcie przemieszania rejestrów wysokiego z niskim, zestawienia elementów popkultury z istotnymi składnikami europejskiej tradycji literackiej. Książka Nowaczewskiego to ważne dokonanie artystyczne - miejmy nadzieję, że zostanie zauważona przez krytykę.