Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoleńsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoleńsk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 września 2012

Wiersz napisany w związku z powtórnym pogrzebem Anny Walentynowicz




                                                      Syndrom Ismeny

                                                  Pamięci Anny Walentynowicz

                                                     Nie widzieć. Nie czuć. Nie przekraczać miary.
                                                     Zniknąć w kulisach. Nie wchodzić w dyskusje.
                                                     Przemykać skrajem. Z daleka od zgiełku,
                                                     unosząc z sobą cichociemne: nie wiem.
                                                     Krok mieć miarowy, twarz pogodną. Trzymać
                                                     w ryzach emocje. Zająć się konkretem,
                                                     myć okna.

                                                     Ismena uchodzi ze sceny.
                                                     Wchłania ją szary tłum.

                                                     Żyje.


                                                                               20.09.2012




środa, 6 kwietnia 2011

Obchody rocznicy tragedii smoleńskiej w Toronto


Piosenka o guzikach


ach papierki po cukierkach ach torebki lakierki
w lepkim błocie dzwoniące porzucone komórki
ciche książki bez oczu i apaszki od szyi
oderwane podmuchem i od koszul guziki
moje białe guziczki ach guziki guziki
w ciemną ziemię schodzące kiedy milkną ich  krzyki
pod całunem popiołu guzik gada z guzikiem
sokiem ziemi przeżarty mosiądz szepce z plastikiem
lecz co mówią nie słyszę miłość tak krzyczy durna
gdy o drzewa smoleńskie czarna tłucze się trumna
w trumnie ciało spalone twarz jak jabłko obita
i ta jedna na światło odemknięte powieka
czy na pewno to brat nasz ten sam co się po świecie
wczoraj z nami kołatał czy to on poznajecie
może matka to nasza choć jej rysy zmiażdżone
w kupę gnoju śmieciska i żelastwa rzucone
powiedz matko co robić kto ja jestem twarz czyja
patrzy z lustra i o jaką się prawdę dobija
szczątki twe tkwiące w błocie ciało poćwiartowane
członki precz odrzucone niechaj jątrzą tę ranę
ona czoło mi pali z tyłu czaszki uwiera
mgła nadciąga mrok spada śmiechu dół się otwiera
w który lecą papierki i guziki guziki
w ciemną ziemię schodzące kiedy milkną ich krzyki
pod całunem popiołu guzik gada z guzikiem
sokiem ziemi przeżarty mosiądz szepce z plastikiem

26 kwietnia 2010

[pierwodruk: "Topos" 2010, nr 2-3]

sobota, 17 lipca 2010

Zapominamy.




Piosenka o guzikach

ach papierki po cukierkach ach torebki lakierki
w lepkim błocie dzwoniące porzucone komórki
ciche książki bez oczu i apaszki od szyi
oderwane podmuchem i od koszul guziki
moje białe guziczki ach guziki guziki
w ciemną ziemię schodzące kiedy milkną ich krzyki
pod całunem popiołu guzik gada z guzikiem
sokiem ziemi przeżarty mosiądz szepce z plastikiem
lecz co mówią nie słyszę miłość tak krzyczy durna
gdy o drzewa smoleńskie czarna tłucze się trumna
w trumnie ciało spalone twarz jak jabłko obita
i ta jedna na światło odemknięte powieka
czy na pewno to brat nasz ten sam co się po świecie
wczoraj z nami kołatał czy to on poznajecie
może matka to nasza choć jej rysy zmiażdżone
w kupę gnoju śmieciska i żelastwa rzucone
powiedz matko co robić kto ja jestem twarz czyja
patrzy z lustra i o jaką się prawdę dobija
szczątki twe tkwiące w błocie ciało poćwiartowane
członki precz odrzucone niechaj jątrzą tę ranę
ona czoło mi pali z tyłu czaszki uwiera
mgła nadciąga mrok spada śmiechu dół się otwiera
w który lecą papierki i guziki guziki
w ciemną ziemię schodzące kiedy milkną ich krzyki
pod całunem popiołu guzik gada z guzikiem
sokiem ziemi przeżarty mosiądz szepce z plastikiem

26 kwietnia 2010


Wiersz ukaże się w kolejnym numerze "Toposu" (w EMPiK-ach pod koniec lipca).

wtorek, 20 kwietnia 2010

Norwid i żałoba narodowa


Na obrady jury konkursu poetyckiego im. Cypriana Norwida przyszło nam się wybierać w czasie wyjątkowym. Od sześciu dni trwała żałoba narodowa, rzesze warsza-wiaków przesuwały się w milczeniu przed Pałacem Prezydenckim, programy telewizyjne i radiowe wypełniały relacje o smoleńskiej katastrofie. Chyba wszyscy mieliśmy wrażenie, że oto stoimy w jednym z węzłowych punktów życia narodu, że odtąd zawsze będziemy patrzeć na najnowszą historię Polski jako na całość dwudzielną, składającą się z tego, co wydarzyło się przed powtórną tragedią katyńską - i po niej.
Kiedy wysiadłem z pociągu Łódź-Warszawa, była godzina dziewiąta rano, 17 kwietnia 2010, sobota. W pruszkowskiej Bibliotece im. Henryka Sienkiewicza mieliśmy się spotkać o dwunastej, pomyślałem więc, że nic nie stoi na przeszkodzie, bym wybrał się na Krakowskie Przedmieście. Maszerowałem przez ciche ulice stolicy, mijałem nielicznych przechodniów. Im bardziej zbliżałem się do Nowego Światu, tym więcej ludzi spotykałem. Niemal wszyscy szli w tym samym kierunku. W okolicach Pałacu Staszica urywała się kolejka tych, którzy od wielu godzin czekali na możliwość złożenia ostatniego hołdu zmarłym tragicznie Marii i Lechowi Kaczyńskim. Przyglądałem się wszystkiemu z mocnym wewnętrznym przekonaniem, iż uczestniczę w chwili wyjątkowej, o której po wielu latach będę opowiadał wnukom. Szczęśliwie nie zabrałem ze sobą aparatu fotograficznego, mogłem cały zanurzyć się w gęstym nurcie czasu, co stanął w miejscu. Miałem głębokie poczucie, że wszyscy, którzyśmy się tam znaleźli, trwamy w nadzwyczajnym przyjaznym współobjęciu i że zarazem jakaś trudna do zdefiniowania i opisania siła obejmuje nas wszystkich z zewnątrz, czyni nas jednością w odmiennościach, zespala i unosi ponad nasze biedy i niedostatki.
Od kilku dni prześladowało mnie pytanie, co miałby nam do powiedzenia Norwid, ten przenikliwy analityk i interpretator narodowej rzeczywistości, gdyby znalazł się pośród nas. Czy umacniałby nas w bólu? Przestrzegał i napominał? A może ukazywałby nam nasze małości i wady, byśmy je w tym szczególnym momencie jeszcze wyraźniej dostrzegli? Wertowałem w myśli kolejne tomy jego dzieł i od czasu do czasu natrafiałem na sformułowania i sądy niemal idealnie przystające do bolesnej teraźniejszości.
Myśl pierwsza. Historia się nie skończyła. To tylko nam wydawało się, że możemy funkcjonować poza jej obrębem, że już nas nie dotyczy, że możemy odłożyć ją do lamusa, narodowego pamiątek kościoła. Norwid odezwał się do mnie słowami wiersza Socjalizm:

1
Ludzie, choć kształtem ras napiętnowani,
Z wykrzywianymi różną mową wargi,
Głoszą: że oto źli już i wybrani,
Że już hosanna tylko, albo skargi...
- Że Pyton-stary zrzucon do otchłani:
Grosz? - że symbolem już; harmonią?... - targi!

2
Och! nie skończona jeszcze Dziejów praca -
Jak bryły w górę ciągnięcie ramieniem;
Umknij - a już ci znów na piersi wraca,
Przysiądź - a głowę zetrze ci brzemieniem...
- O! nie skończona jeszcze Dziejów praca,
Nie-prze-palony jeszcze glob, Sumieniem!

Myśl druga, (zbyt?) gorzka. Jesteśmy zdolni do jedności, objawiamy swoją lepszą twarz jedynie w chwilach zagrożenia, tragedii, umiemy celebrować cierpienie, ale wciąż nie potrafimy budować: "Wszystko, co patriotyzmu i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie i wielmożne jest w narodzie tym, iż zaiste kapelusz zdejmam przed ulicznikiem warszawskim - ale - ale wszystko to, czego nie od patriotyzmu, czego nie od narodowego, ale od społecznego uczucia wymaga się, to jest tak początkujące, małe i prawie nikczemne, że strach wspominać o tym!" (list Norwida do Michaliny z Dziekońskich Zaleskiej, listopad 1862).
Myśl trzecia, wywołana niesnaskami związanymi z pochówkiem Pary Prezydenckiej. Czyżbyśmy nadal - jako naród i społeczeństwo - nie potrafili wyprawić "pogrzebu historycznego za dojrzeniem sumienia czasów" (list Norwida do Józefa Bohdana Zaleskiego, styczeń 1856)? Czyżby nas wciąż nie było stać na jedność w obliczu trumien? Czyżbyśmy byli trwale niezdolni "sylabizować interes własnej godności" (list Norwida do Teofila Lenartowicza, styczeń 1856) - również wobec tych wszystkich, którzy w dniach tragedii ze współczuciem nam się przyglądają?
Nie chodzi tu wcale o to, by porzucić wszelkie różnice, spory, by raz na zawsze zakończyć dialog i we wszystkim się zgadzać. Autor Harmonii uczy przecież:

I nerwów gra, i współ-zachwycenie,
I tożsamość humoru -
Łączą ludzi bez sporu:
Lecz bez walki nie łączy sumienie!

*

Uczestnictwo w - by powtórzyć ukute w mediach sformułowanie - "narodowych rekolekcjach" wielu z nas, czytelników literatury wieku XIX, uzmysłowiło, jak zadziwiająco aktualne jest przesłanie Cypriana Norwida, jak bardzo produktywny mógłby być proponowany przez wielkiego poetę i myśliciela idiom poetycki, model intelektualnego, uważnego i krytycznego uczestniczenia piszących w życiu zbiorowości.
W poezji po roku 1989 wzór Norwidowski wydaje się jednak wzorem martwym, dziedzictwo autora Rzeczy o wolności słowa jawi się jako nieproduktywne. Zapewne wynika to po części z nieznajomości jego dzieła, po części zaś z trudu, jaki czytelnik współczesny musi sobie zadać, by Norwida zrozumieć. "Norwidowskie" wiersze napisane na konkurs stanowią na ogół mechaniczne przetworzenie fraz z najsłynniejszych, znajdujących się w kanonie szkolnym, utworów dziewiętnastowiecznego twórcy. Słusznie zauważa autor jednego z tekstów, których nie nagrodziliśmy:

Ogłoszono konkurs
wierszy o poecie.
I przyznajcie szczerze
mało o Nim wiecie.

Dopóki Norwid nie stanie się na powrót poetą czytanym, dopóki nawiązania do jego twórczości będą oparte na nadesłanym na pruszkowski konkurs ironicznym Przepisie na wiersz o Norwidzie: "Koniecznie potrzebne: konkurs i tomik poezji bohatera. / Ilustrowane dzieje literatury polskiej, możesz zastąpić wikipedią.pl. / Kartka i ołówek. / Krótkie rozpoznanie bohatera (strona 56). / Zdjęcie. / Pamiętaj obraz lepiej trafia do odbiorcy. / Na stronie 58 rysunki. / Pasja Chrystusa dla odbiorców religijnych. / Rzeźba dla miłośników modnego 3D. / Teraz przypieprz. / Dużo smutku, samotności, tęsknoty i biedy", dopóty dzieło autora Vade-mecum pozostanie martwym i zimnym pomnikiem przeszłości.
Na szczęście, w konkursowych zestawach było także nieco wierszy dobrych, pozwalających sądzić, że czas obecności Norwida nie minął bezpowrotnie. Najlepsze z nich zostaną zaprezentowane w tomie pokonkursowym.
-------------
Tekst ukaże się jako posłowie do zbioru wierszy nagrodzonych w VIII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. C. K. Norwida


niedziela, 11 kwietnia 2010

Oddali życie za Polskę. Requiescant in pace!

I rzekli: "Brata poznajcie waszego!
Czy ten sam, który wczora się po świecie
Kołatał z wami? - Czy go poznajecie?"

J. Słowacki, Pogrzeb kapitana Meyznera



Jeszcze kilka dni temu ktoś, kto rozmyślałby nad współczesnością Polski, mógłby dojść do wniosku, że żyjemy w epoce posthistorycznej. W zasadzie zostały zniwelowane zagrożenia międzynarodowe - znaleźliśmy się w strukturach Unii Europejskiej i NATO, utrzymujemy poprawne relacje z sąsiadami, byt państwowy jest niezagrożony. A historia? Historia może być dla nas co najwyżej jak pocztówka wysłana z odległej przeszłości, przeszłości, która nie ma prawa się powtórzyć. Wydawało się, że żywotne problemy XXI-wiecznej Polski ograniczają się do zagadnień budżetowo-podatkowych, że polityka nie będzie już niczym innym, jak tylko sztuką sprawnego zarządzania ogromną korporacją, jaką powinno (?) być nowoczesne państwo.
Tak myśleliśmy do soboty 10 kwietnia 2010. Tego dnia historia powróciła, wraz ze śmiercią, bólem oraz myślą o przeklętym i świętym posłannictwie cierpienia, które niewidzialna dłoń Opatrzności po raz kolejny nakłada na Ten Kraj w sercu Europy. Ku zdumieniu wielu z nas w jednej krótkiej chwili (i zapewne na krótko) został reaktywowany romantyczny paradygmat myślenia o dziejach Polski.
Bo historia nie umarła. Upomniała się o swoje prawa.
Wiele powiedziano i napisano o bolesnej wymowie i niezwykłej symbolice katastrofy smoleńskiej. Podkreślano przede wszystkim zadziwiającą analogię między ludobójstwem sprzed siedemdziesięciu lat i upadkiem prezydenckiego samolotu, mówiono o "drugim Katyniu". Ale w żadnym komentarzu nie natrafiłem na myśl, która przyszła mi do głowy w pierwszych godzinach powszechnej żałoby: katastrofa smoleńska jest "nowym Katyniem" również dlatego, że stanowi nieprzewidzianą i tragiczną konsekwencję tamtego rozkazu Stalina. Gdyby przed siedmioma dekadami Sowiety nie zdecydowały o wymordowaniu 20 tysięcy najlepszych polskich inteligentów, nie byłoby najmniejszego powodu, by maszyna TU-154 - z Prezydentem RP, najwyższymi dowódcami wszystkich polskich formacji wojskowych, znakomitymi parlamentarzystami, prezesami Instytutu Pamięci Narodowej i Narodowego Banku Polskiego oraz osobami ze stowarzyszeń katyńskich - lądowała na wojskowym lotnisku w smoleńskim lesie. Gdyby Stalin nie postanowił stworzyć "nowej Polski" na zgliszczach "starej", na trupach najlepszych synów II RP, gdyby szczęśliwym zrządzeniem losu wszyscy oficerowie polscy wzięci do niewoli w 1939, na mocy układu Sikorski-Majski trafili do armii Andersa, nie byłoby nigdy żadnych obchodów masakry katyńskiej. Wszyscy, którzy zginęli przed dwoma dniami, wykonywaliby nadal swoje obowiązki. Prawdopodobne, że Prezydent Lech Kaczyński ponownie zostałby przez jedną z zagranicznych gazet porównany do ziemniaka, a samozwańczy Stańczyk III RP pytałby nadal o "małpki" lub zadawał inne, równie błyskotliwe pytania. Media relacjonowałyby bezstronnie.
Wszyscy myślelibyśmy, że mamy przed sobą prawdziwy obraz rzeczywistości.
Proszę mi wybaczyć patetyczne, może nie całkiem stosowne, porównanie. Przyglądając się rzeczywistości społeczno-politycznej znajdujemy się zazwyczaj w sytuacji pilota TU-154. Widoczność waha się między osiemdziesięcioma a dwustoma metrami. Zwykłe pyskówki bierzemy za poważne debaty, śmiejemy się z żałosnych i głupich żartów, rzeczy drobne nazywamy wielkimi i na odwrót. Niekiedy jednak, bardzo rzadko, przychodzi moment, kiedy mgła się podnosi, a wtedy nagle dostrzegamy pasy startowe, linię lasu, czyste niebo, skomplikowaną linię dróg przecinających okoliczne pola. W oddali majaczy linia horyzontu. Wszystkie zdarzenia możemy ujrzeć we właściwym świetle. Coś takiego stało się po śmierci wielu członków polskiej elity politycznej, wojskowej i społecznej w Smoleńsku. Pojęliśmy nagle, że na sprawy, które widzieliśmy dotychczas w krzywym zwierciadle, możemy spojrzeć zwyczajnie, ze zwyczajnym krytycyzmem lub zwyczajną aprobatą.
Wiele osób porównywało pierwsze godziny po katastrofie do snu, z którego chcielibyśmy się przebudzić i odkryć, że to, co się nam śniło, nie było prawdą. Pozwólcie Państwo, że powiem coś wbrew temu. Nie budźmy się z tego snu, schrońmy się w jego wnętrzu, gdzie wszystko widać wyraźniej, gdzie wszystko jest bliższe prawdy o nas samych i o innych, gdzie jesteśmy lepsi i szlachetniejsi. Pielęgnujmy ów sen, troszczmy się o to, co nam przynosi. Bo - głęboko w to wierzę - ma on własną logikę i sens głębszy niż moglibyśmy przypuszczać.
W środku tego śnienia spoczywa ciało, którego rysów nie możemy rozpoznać, ciało, które trzeba zidentyfikować. Patrząc w jego twarz, w twarz Polski, każdy i każda z nas musi sobie zadać fundamentalne pytania: kim jestem? kim będę? kim powinienem (powinnam) być? Dopiero kiedy rzeczywiście poznamy samych siebie, kiedy zdobędziemy świadomość własnego prawdziwego jestestwa i dokonamy pełnej identyfikacji tego, czym dziś powinna stać się polskość, będziemy zdolni zmienić w sobie to, co powinno ulec zmianie, będziemy w stanie wyciągnąć naukę z podwójnej lekcji katyńskiej.
Ci, którzy zginęli w Smoleńsku, pozostaną w naszych sercach. Pozostanie w nich Lech Kaczyński, który nigdy nie będzie już "byłym prezydentem", ale Prezydentem Zawsze Urzędującym.