sobota, 26 listopada 2011

Różewicz: możliwość milczenia


Recenzja książki Wbrew sobie. Rozmowy z Tadeuszem Różewiczem - napisana na zamówienie Biura Literackiego.


„Za czym tęskni pan najbardziej?” – pyta Halina Murza-Stankiewicz w rozmowie z roku 1973. „Za ciszą” (Wbrew sobie, s. 69) – odpowiada Tadeusz Różewicz. „Po co zabierać głos? […] Gadanie jednak zaciemnia” – dodaje w którymś z kolejnych wywiadów. Tego rodzaju stwierdzeń w publikowanym przez Biuro Literackie tomie rozmów z autorem Niepokoju jest znacznie więcej: „Mówię skrótami, nie jestem publicystą. Dlatego nie lubię udzielać wywiadów” (s. 251); „Widzi pani, u nas się za dużo mówi. […] coraz więcej się mówi, coraz więcej udziela się wywiadów, wszyscy mówią na wszystkie tematy” (s. 174); „Muszę panią uprzedzić, że nie lubię wywiadów. Mogę odpowiadać nie na temat albo wcale nie odpowiadać” (s. 351); „Ja nic nie mogę powiedzieć. […] Po to pisałem, żeby nie mówić” (s. 374); „Naszą rozmowę zaczynam od oświadczenia, że jestem zły, robię to niechętnie i nie wiem, dlaczego” (s. 205). Mówienie bywa dla Różewicza niemal synonimem bezmyślności: „Coraz więcej pisarzy prowadzi bogate życie wewnętrzne, lecz żałosne wewnętrznie. Są to pisarze niemający czasu na myślenie, ponieważ ustawicznie albo występują w telewizji, albo udzielają wywiadów radiowych, piszą do gazet bądź odpowiadają na niezliczone pytania dziennikarzy” (s. 173). Przyznaje, że przyjaźni się z malarzami, ponieważ – w przeciwieństwie do literatów – „nie gadają” (s. 182). Spośród dwustu pięćdziesięciu pytań przedstawionych mu przez Stanisława Beresia przed realizacją programu telewizyjnego żadne „nie wzbudza [jego] zainteresowania, chęci rozmowy” (s. 319), a indagującej go uczennicy i jej kolegom z sąsiadującego z jego domem gimnazjum składa następujące życzenia: „Żeby z dobrym wynikiem zdali do następnej klasy i byli zawsze zdrowi. I żeby nie zawracali mi głowy, bo nie lubię pytań i wywiadów, gdyż ludziom należy zostawić możliwość milczenia…” (s. 411).


W rozmowach zebranych w tomie sporo jest dziennikarskiej powierzchowności. Gdy wymiana zdań rozwija się według znanego mu schematu, Różewicz objawia zniecierpliwienie, popędza rozmówcę, by czym prędzej dobrnąć do końca, ucieka się nawet do reżyserowania dialogu: „Na pewno zapytacie teraz, co piszę?”. A dziennikarze, często źle przygotowani, żonglujący komunałami, zdają się przyjmować z ulgą ową pozorną otwartość. „Właśnie, co na warsztacie?” (s. 62) — dociekają, nie zdając sobie sprawy, że szansa na dobrą rozmowę została właśnie definitywnie zaprzepaszczona. Zresztą, nie zawsze jest to ich wina, niekiedy indagowany uparcie objawia swą niechęć do wynurzeń, a wtedy dialog nieodwołalnie więdnie, zanim jeszcze zdążył się na dobre rozpocząć. 


Czy z kontaktu z tak opornym rozmówcą wyniknąć może jakakolwiek istotna wymiana myśli? Czy Różewicza stać na przekroczenie własnych ograniczeń, na otwarcie się i wejście w taką relację z pytającym, by rozmowa stała się czymś więcej, niżeli tylko chaotycznym zbiorem cedzonych z wysiłkiem ćwierć- i pół-zdań? Okazuje się, że tak. Sam poeta podaje zresztą żartobliwą receptę na udany wywiad: „Autora nie trzeba męczyć, trzeba mu stworzyć aurę… zadawać dobre pytania…” (s. 251). Pytający, któremu uda się przebrnąć przez pole minowe pierwszych zdań i nie polec, może niekiedy osiągnąć umiarkowany sukces. 


Najmniej ważkie i na ogół zaskakująco krótkie bywają rozmowy przeprowadzane na terenie poety — Różewicz broni swojej prywatności konsekwentnie i z uporem, trzymając na dystans natrętów z mikrofonem lub dyktafonem i przepędzając ich przy pierwszej nadarzającej się okazji. Kiedy już uda się autora Głosu Anonima wywabić z jego pracowni i postawić w świetle reflektorów (jak dzieje się to w przeprowadzanej na scenie Teatru Starego rozmowie z wybitnym reżyserem Jerzym Jarockim) lub przydybać w wygodnym fotelu gdzieś w Londynie, może się zdarzyć i tak, że przeszkody nie będą stanowić nawet awaria instalacji elektrycznej z towarzyszącymi jej wybuchami czy konieczność dyskutowania przy świecach (pierwsza rozmowa z Adamem Czerniawskim). Różewicz nie znosi sytuacji sztucznych, dlatego najwartościowsze dialogi prowadzi z osobami, które dobrze zna, w których obecności może się czuć naturalnie, ma bowiem pewność, że zdążyły one poznać jego twórczość wystarczająco gruntownie, by rozmowa niejako automatycznie rozpoczynała się in medias res (Czerniawski, Jarocki, Konstanty Puzyna, Richard Chetwynd, Richard Sokoloski, Jan Różewicz, Mieczysław Orski, Krystyna Czerni). Zdarza się, że także w konwersacji z kimś słabo przygotowanym poeta wypowie kwestię o znaczeniu fundamentalnym, dzieje się to jednak mimochodem, niejako wbrew intencji pytającego.


Wywiady i rozmowy zebrane w tomie Wbrew sobie składają się na niekompletny, fragmentaryczny, lecz mimo to dość, by tak rzec, rozległy portret współczesnego pisarza, uczestnika historii, jednego z protagonistów sporu o kształt poezji XX i XXI wieku. W jaki sposób zawartość książki wzbogaca naszą wiedzę o poecie? Informacje cenne, mogące stanowić przyczynek do istotnych rozpoznań, podzieliłbym na dwie grupy — według porządku literackiego i biograficznego. 


O własnej twórczości autor Niepokoju wypowiada się z wyraźnym ociąganiem, zaznaczając, że wolałby nie „komentować swoich utworów”. „[J]est to dla mnie psychicznie ciężka praca — wyjaśnia. — Wydaje mi się, że moje wiersze, na miarę moich możliwości, są na ogół jasne. One same się komunikują, a nawet same się komentują” (s. 323). Niektórym spośród rozmówców poety udaje się jednak przełamać jego niechęć do odsłaniania tajników warsztatu poetyckiego i formułowania autorskiej interpretacji dzieła. 


Z fragmentów prezentujących spojrzenie Różewicza na literaturę współczesną dałoby się ułożyć dość spójną całość. Po pierwsze zatem, poezja jest tu pojmowana jako lustro dla świadomości. Na poetę nałożony został obowiązek opowiedzenia się po którejś ze stron „sporu światopoglądowego”, bo w mniejszym stopniu idzie o „akcesoria” czy „technikę pisania” (s. 13). „Tu przebiega rzeczywista linia podziału, tu jest platforma, na której zderzają się ze sobą twórcy i krytycy. Tu można przeciwstawić w sposób istotny na przykład: Eliota i Majakowskiego” — stwierdza Różewicz, dowodząc, że krytyka zbyt wiele uwagi poświęca jałowym dyskusjom na temat warsztatu (pendant do owych rozważań z lat 50. stanowią niektóre partie pierwszego dialogu z Miłoszem, w których mowa o „poezji świadomości”). Opinie trzydziestosiedmioletniego autora Równiny wielu poetów młodego i średniego pokolenia powinno dziś czytać po wielekroć, by dobrzeć wbić je sobie do głów. 


Położenie akcentu na „świadomość” nie oznacza, co oczywiste, braku zainteresowania problemami poetyckiej techné. Różewicz wielokrotnie podkreśla, że nowe treści musiał wyrazić środkami dotychczas przez poezję nieużywanymi, inaczej komunikat przeszedłby niezauważony. Bo — nie można o tym zapominać — poezja jest dlań przede wszystkim narzędziem komunikowania się; dlatego niezmiennie ważny pozostaje tu postulat przezroczystości języka: „W poezji treść musi krzyczeć przez formę, w starej — pozostanie niezauważona. […] Moim dążeniem było zawsze osiągnięcie formy przezroczystej. Tak przezroczystej, żeby cała treść, którą chcę wypowiadać, była poprzez nią widoczna” (s. 95). Bodaj najcelniejszą definicję własnego projektu artystycznego, polegającego na maksymalnym ogołoceniu języka poezji z fałszywych piękności, przesłaniających prawdę o współczesności, sformułował Różewicz w dialogu z Witoldem Zalewskim, który to dialog — jak dowiadujemy się z przypisku Jana Stolarczyka — „w rzeczywistości jest rozmową […] z samym sobą” (s. 36; poeta sam wymyślił pytania, na które następnie udzielił odpowiedzi). W tekście tym zostają sobie przeciwstawione dwie strategie pisarskie; pierwsza bywa realizowana poprzez „zakładanie masek i kostiumów”, druga „przez zdejmowanie kostiumów, a nawet zdzieranie skóry” (s. 36). Różewicz nie pozostawia wątpliwości, która z nich jest mu bliższa.


Znajdziemy w książce wiele stwierdzeń zbieżnych z refleksjami zawartymi w nielicznych wypowiedziach programowych Różewicza, np. w poszczególnych partiach Przygotowania do wieczoru autorskiego. Poeta wspomina m.in. o „niechęci do estetyki i umowności, do samej poezji” (s. 10), nazywa siebie „realistą” (s. 23), akcentuje doniosłą rolę poetyckiego „chwytu” („cierpienia nie napisały za mnie książek” — s. 40), analizuje relację między treścią a formą dzieła literackiego („Twórczość to szukanie formy. Jak nie znajduję formy, nie piszę. Treść jest dana. Słowami nie wypełni się rzeczywistości” — s. 251), mówi o niechęci do metafizyki, a także o nieumiejętności myślenia w kategoriach mistycznych („element nieśmiertelnej duszy jest dla mnie w jakiś sposób niejasny, jak gdybym został pozbawiony zdolności do pojmowania mistyki” — s. 148; „Wszelka metafizyka lepiej hoduje się w nocy niż w świetle dnia. Bóg może być wielki w nocy, a w porze dziennej zmniejszyć się tak, że mieści się w talerzu z zupą albo w złym obrazie. […] 90 procent tego, co napisałem, powstało w świetle dziennym, od 10 do 14.30” — s. 133–134), dostrzega związek między sytuacją religii i poezji we współczesnym świecie („Kurczy się Absolut, ludzie mówią o śmierci Boga, dlaczego nie mówić o śmierci poezji? Nieprzypadkowo Ewangelia św. Jana zaczyna się od słów: »Na początku było słowo. A słowo było Bóg«” — s. 317). 


Wśród proponowanych przez Różewicza definicji i charakterystyk poezji szczególnie doniosłe wydały mi się uwagi dotyczące postrzegania twórczości literackiej jako narzędzia zdolnego wskazywać kierunek życiowego działania. Znajduje w nich przedłużenie i rozwinięcie znane z literatury romantyzmu pytanie o granicę między słowem a czynem, pobrzmiewa odległe echo słynnej frazy z Norwidowego Promethidiona. Różewicz mówi o tym, jak podczas wojny szukał „ratunku w książkach”, „żądałem bezpośredniej, fizycznej pomocy, wyciągnięcia z sytuacji, że mnie ma powiedzieć: masz to zrobić, a nie to” — wspomina. I dodaje: „Mogą się te sprawy naiwne wydać, ale one w dużej mierze pozostały podstawą mojego działania jako pisarza”. Literatura: dłoń wyciągnięta przez człowieka do człowieka... „Ponieważ sam zawsze szukałem, prosiłem, żeby mi pomogli [Conrad, Dostojewski i inni autorzy], zaczęło mi się wydawać, że ja też mogę pomagać” (s. 116). Słowa te, jak sądzę, należy odczytywać łącznie z innymi stwierdzeniami padającymi w tej samej rozmowie z Adamem Czerniawskim — poglądem na temat zbliżonej roli poezji i religii („Częściowo może zastępować religię” - s. 114) i przyznaniem się do „poszukiwania […] świętości w człowieku sztuki” (s. 115). 


Zdarzają się w rozmowach z Wbrew sobie passusy, niekiedy zadziwiająco obszerne, gdy w całej pełni ujawnia się, na co dzień skrzętnie skrywany, gawędziarski talent autora Uśmiechów. Iście epicka opowieść skrzy się wtedy od dykteryjek, rozmówca zaś (niekiedy także publiczność) co i rusz wybucha śmiechem. Spośród tych dowcipnych narracji przynajmniej dwie powinny trafić do antologii polskiej anegdoty literackiej. Myślę tu (1) o relacji z pierwszego spotkania z Leopoldem Staffem, przed którym dwudziestokilkuletni debiutant wypija dla kurażu „pół butelki wina, albo nawet dwie trzecie »jabcoka«” (s. 220), po czym w dedykacji na egzemplarzu Niepokoju robi kilka błędów składniowych, oraz (2) o zbiorowym portrecie kandydatów do nagrody Nobla, siedzących w meksykańskim autobusie i obijających się o siebie (część z nich — powiada Różewicz — „zawsze koło października”, kiedy ogłaszany jest werdykt Akademii Szwedzkiej, „zaczyna zapadać na zdrowiu” — s. 330).


W kontekście wspomnianych historii, dzięki którym łatwiej zrozumieć, dlaczego faktycznym debiutem książkowym Różewicza był tomik satyr W łyżce wody, boleśnie i dotkliwie wybrzmiewają zdania z wywiadu przeprowadzonego przez Richarda Chetwynda, stanowiące rodzaj podsumowania drogi życiowej i twórczej poety z Radomska. „[K]iedy byłem adeptem literatury, zdawało mi się, że wkraczam w krainę pełną radości” (s. 197) — zwierza się Różewicz. Tymczasem życie podporządkowane pracy twórczej, skoncentrowane na tropieniu prawdy o człowieku w epoce „płynnej nowoczesności”, okazało się pełne trudów i wyrzeczeń — od czasów Gliwickich, kiedy za unikanie zaangażowania ideologicznego poeta płacił ubóstwem („Dom, rodzinę utrzymywała żona” — s. 293), aż do lat podeszłych, w których przyszło mu pogodzić się ze świadomością, że w los poety-rewelatora, poety-prowincjusza nieodwołalnie wpisane jest przekleństwo samotności, nierozpoznawalności, braku zrozumienia:



Moim niepowodzeniem w pracy, moją klęską było to, że krytycy tego, co chciałem poruszyć jako zagadnienia, nie widzieli. Byli ślepi. Jest to jakiś mój dramat. Gdy czytam teraz w światowej prasie […] o rzeczach, na których trop wpadłem trzydzieści lat temu, to dla mnie za każdym razem jest to moja osobista porażka. I tu niestety prowincja niosła w sobie zarodek tej porażki. Nie było możliwości. (s. 195)



„Uczucie zwiedza bez ironii / Szlaki bite cudzym cierpieniem, / Lecz kto był pierwej tam, wie o niéj, / Że jest - koniecznym bytu cieniem” — pisał Norwid. Kiedy w roku 1980 Czesławowi Miłoszowi przyznano nagrodę Nobla, stało się jasne, że szanse na otrzymanie tego lauru przez drugiego z polskich kandydatów, Tadeusza Różewicza, znacznie zmalały. Rok 2011 ogłoszono Rokiem Miłosza, prześlepiając 90. rocznicę urodzin innego z gigantów poezji dwudziestowiecznej. Różewicz po raz kolejny zniknął w cieniu autora To, którego w jednym ze swoich tekstów nazwał „starszym bratem”. Mogę tu jedynie wyrazić żal, że nie dane nam było celebrować Roku Miłosza i Różewicza. Tym większą wdzięczność jesteśmy więc winni niestrudzonemu Janowi Stolarczykowi za przygotowanie do druku kolejnego ważnego Różewiczowskiego tomu oraz Biuru Literackiemu, które książkę tę zechciało wydać.

czwartek, 17 listopada 2011

Spotkanie autorskie w Tomaszowie Mazowieckim

Serdecznie zapraszam na spotkanie poetyckie w tomaszowskim Ośrodku Kultury "Tkacz". Będę czytał wiersze razem z poetami Robertem Rutkowskim i Robertem Miniakiem.

Termin: 18 listopada (piątek), godz. 17:00
Prowadzenie: Przemysław Owczarek

wtorek, 15 listopada 2011

Spotkanie autorskie w Bydgoszczy


Serdecznie zapraszam na wieczór autorski w bydgoskim "Węgliszku". W ramach cyklu POECI.PL będę czytał wiersze z tomu Place zabaw ostatecznych oraz teksty niedrukowane. 
Spotkanie poprowadzi Jarosław Jakubowski.

Termin spotkania: środa, 16 listopada 2011 r., godz. 18:00.

środa, 2 listopada 2011

Miłosz i Różewicz



Anioł w majtkach Polixeny.   
O Miłoszu i Różewiczu rozmawiają Przemysław Dakowicz i Jan Stolarczyk


Przemysław Dakowicz: Proszę pozwolić, że na wstępie naszej rozmowy zacytuję dwa fragmenty prozy autobiograficznej, jeden autorstwa Tadeusza Różewicza, drugi — Czesława Miłosza. Fragmenty te w zadziwiający sposób ze sobą korespondują. W 1957 roku poeci widywali się w stolicy Francji. Różewicz wspominał po latach: „Spotkałem wtedy w Paryżu poetę Czesława M., spotkaliśmy się trzy razy. On przejrzał na wylot moją martwotę, powiedział w pewnej chwili »patrzę na pana i martwię się o polską poezję… przecież Pana nic nie obchodzi… Pan nie widzi Paryża…« mówił to z troską, ze współczuciem… mówił do mnie jak Starszy Brat. M. nigdy się nie dowie, że był dla mnie Starszym Bratem… to była miłość braterska, jedyna w swoim rodzaju miłość, na którą składają się podziw zazdrość oczekiwanie rywalizacja duma…” Miłosz zapisuje w amerykańskim notatniku (fragment ten przytacza w swojej książce Andrzej Franaszek): „w Polsce mieszka poeta nieznany poza swoim krajem, Tadeusz Różewicz. Ró-że-wicz. Dla mnie wcale nie abstrakcja, jego nos, jego oczy, jego ramię, przeciąga się teraz, płucze zęby czy je śniadanie. I od wielu, wielu lat pomiędzy mną i nim więź szczególna, taka że w różnych okolicznościach zapytuję siebie: a co w tej chwili robi Różewicz, nawet dzieląca nas przestrzeń mało przeszkadza, jakby miłość, choć rozmawiałem z nim nie więcej niż dwa razy”. Wcześniejsza korespondencja obu twórców koncentrowała się na zagadnieniach związanych z warsztatem poetyckim. Na takim tle tym mocniej wybrzmiewają przytoczone słowa — traktujące o relacji, którą można by nazwać głęboko osobistą, intymną, braterską…

Jan Stolarczyk: Dla jasności sprawy czynię zastrzeżenie: nie jestem uczonym filologiem ani znawcą dzieł mistrzów, tylko wydawcą, który musi czytać, a czytając, stara się rozumieć.
Wątek braterstwa… Pierwsza sprawa: dla obu było jasne, że wojna poraziła świadomość, a w jej ruinach legł także język. Szczególnie silnie odczuwał to Różewicz. Według niego w zasadzie pozostał alfabet, słowa określające najprostsze związki międzyludzkie i rzeczy niezbywalne w codzienności. No i ewangeliczne cnoty „wiara, nadzieja, miłość” jako podstawa aksjologiczna. Zaczął się pierwszy dzień stworzenia, bez Boga, w niepewności i poczuciu szczególnej odpowiedzialności za słowo, bo przecież od tych pierwszych poruszeń języka zależeć będzie forma prawdy w nowym świecie. Należy odrzucić stare nawyki, tropy poetyckie i w ogóle wszystko, co tchnie rutyną. Tytuł Niepokój ściśle przylega do wyrażonych w tomie treści. W Pieśniach Adriana Zielińskiego i w Głosach biednych ludzi pojawiają się sygnały zmian − nie tak radykalne. Po latach Miłosz powiedział, że zależało mu na ustanowieniu formy poetyckiej dopuszczającej do głosu świadomość. Dość istotna różnica polega na tym, że Różewicz (pomijając pierwociny przedwojenne) dopiero teraz ustanawiał swój głos, a Miłosz, którego mistrzem był Oskar Miłosz, zdążył urobić rudymenta swojej poetyki, retorykę przed wojną, miał więc swój „garb” literacki. Łączyło ich odczucie, że totalna wojna zmieniła zasadniczo stosunek do języka: uświadomiła, że w jego retorycznych uzwojeniach lęgło się „jajo węża” − zbrodnicze zło. Silne uobecnienie zła u Różewicza wynika właśnie z doświadczenia wojennego, natomiast u Miłosza płynie z zupełnie innej strony ­− z dziecięcej obserwacji przemocy w przyrodzie, dopiero na to tło nakłada się zło wojny przejawione w najwyższej formie i w skali masowej. Druga sprawa to głęboko przeżywana przez obu obecność/nieobecność Boga…

PD: U Różewicza od samego początku, od Ocalonego…

JS: …pytanie o Boga, a w związku z nim − skąd zło. Choć zdaje mi się, że Różewicza gryzie nie tyle istnienie czy nieistnienie Boga, ale skutki tego w ludzkim życiu. Dlatego zapewne nie ma on rozwiniętego zmysłu metafizycznego, ale szczególne wyczulenie etyczne.
Wątek Starszego Brata… Należy tu przypomnieć braterską miłość Tadeusza i Janusza Różewiczów. Ostatni raz widzieli się na Wielkanoc 1943 r. Z powściągliwych opowieści Janusza, oficera wywiadu AK, młodszy brat pojął, w jakim żyje on niebezpieczeństwie. Bał się o niego. Wtedy właśnie umówili się, że gdyby wojna ich pogubiła, przez najbliższe trzy lata po niej, któregoś tam dnia i miesiąca…

PD: …będą na siebie czekać…

JS: …pod pomnikiem Mickiewicza w Paryżu. Te fakty są już dobrze znane. Kiedy w 1957 r. Różewicz przyjechał do Paryża, nie szukał pomnika Mickiewicza… więziła go pamięć o zamordowanym bracie. Zanotował wtedy, że patrzy na to miasto jakby pośmiertnie. I Miłosz współczująco przeniknął jego przygnębienie, co Różewicz ze wzruszeniem odnotował. A przecież nie jest to człowiek skory do objawiania uczuć. Zresztą Miłosz-emigrant w tym czasie sam nie czuł się tęgo. Wieszcz Adam patronował jednak w Paryżu Różewiczowi,  który przypadkowo zamieszkał w małym hoteliku na rue de Seine, gdzie − naprzeciwko − Mickiewicz pracował w 1934 roku nad korektami Pana Tadeusza. Dziwny dość splot sytuacyjny. Dla obydwu poetów spotkanie było poruszające, stan psychiczny obu nazwałbym „otwartą raną”, łączył ich pewien rodzaj braterstwa świadomości, osamotnienia czy poczucia osobności w stosunku do świata. To było ich drugie widzenie.

PD: Różewicz niejako podstawił Miłosza w miejsce Janusza…

JS: Tak, nastąpiło podstawienie. Pojawia się Miłosz, a w tle jest nieobecny Janusz, też poeta. Takie przeżycia zostawiają ślad w psychicznej pamięci. Miłosz był jakby Starszym Bratem, w pewnym stopniu odbiciem jego, Tadeusza, świadomości. Fotografia na okładce pierwszego wydania książki Nasz Starszy Brat, pokazuje szczęśliwego, chłopięcego Tadeusza, przy statecznym, męskim bracie podchorążym. Zdjęcie uchwyciło pełnię radości…

PD: To było też pierwszeństwo Janusza w poezji. Janusz Różewicz drukuje wiersz Modlitwa żołnierza [Żołnierz modlący się] w przedwojennej antologii Frydego i Andrzejewskiego.

JS: Janusz był jego mentorem, wtajemniczał go w tajniki poezji. Zachowała się dedykacja Janusza na Wierszach wybranych Staffa pouczająca, jakie warunki powinna spełniać poezja, aby uznać jej wielkość. I teraz, w mitycznym dla obu Paryżu, spotyka Miłosza.

PD: Ja bym może jeszcze jedno dodał. Mianowicie fakt, że oni obaj − Miłosz i Różewicz −  świadomością górują nad otoczeniem, tzn. każdy z nich czuje się w pewnym sensie jak obcy…

JS: Tak, i są poza układami literackimi. W Paryżu Miłosz żył na uboczu, niepewny przyszłości. Kraj z nim w zasadzie zerwał, a emigracja nie chciała uznać za swego, zresztą on sam nie kwapił się do niej. Różewicz pozostawał poza wszelkimi tzw. układami, mieszkał na prowincji.

PD: Chciałem teraz zaproponować taki wielki skok, z początku — na koniec. Świadomość związku między twórczością Miłosza i twórczością Różewicza przez długie lata w literaturoznawstwie nie istniała. Przyczyn takiego stanu rzeczy było co najmniej kilka, ale przede wszystkim miał na to wpływ fakt, że w kraju Miłosz długo pozostawał poza obiegiem oficjalnym, stąd też w pracach na temat Różewicza nie bardzo można było o Miłoszu wspominać. Tymczasem jeden z ostatnich tomów Różewicza, redagowane przez pana Wyjście, pokazuje, jak intensywny stał się dialog między poetami. Wyjście jest w zasadzie zakamuflowaną odpowiedzią na późną twórczość Miłosza. Czy rzeczywiście tom ten miał pierwotnie nosić tytuł To i owo, czyli w sposób oczywisty odsyłać do Miłoszowskiego To? Parę miesięcy temu rozmawialiśmy o tym we Wrocławiu.

JS: Trzeba przypomnieć jednak, że od czasu Niepokoju (1947) o relacjach twórczych między nimi można mówić dopiero od wiersza poeta emeritus z 1996 r. Poeta emeritus odnosi się tyleż do samego autora, co do Miłosza. Takim samym portretem podwójnym jest chyba taki to mistrz. Współadresata wskazuje wzmianka o Warszawie, aniołach i zwrot „zaciemnia aby wyjaśniać”. Ze strony Różewicza drugim odnośnikiem była Sława drukowana w prasie w 1999 r. W tym zabawnym, autoironicznym poemacie po zapytaniu dziennikarki, jak bohater przyjął wiadomość o nagrodzie Nobla dla Miłosza, padają znaczące słowa… muszę je dokładnie zacytować: „po 50 latach/ zadedykowałem Miłoszowi wiersz/ poeta emeritus// to mu pan przyłożył! panie Tadziu!// nie przyłożyłem tylko poświęciłem”. Różewicz dokładnie wskazuje upływ półwiecza. No i warto zauważyć tu odgłos uproszczonej czy plotkarskiej opinii o „przyłożeniu”. Jakieś jady w „środowisku” wisiały, próbowano poróżnić obu mistrzów. Miłosz w liście z 1998 r. do młodszego kolegi napisał: „Żadnych plotek ani oczernień”.
Początkowo pan Tadeusz zamierzał dać nowemu tomikowi tytuł To i owo, brał też pod uwagę warianty. Zachowały się jego rysunki okładkowe. Autorzy przymierzają różne tytuły do zawartości książki, zanim przyjmą ich zdaniem najlepszy. Ale nie byłby to właściwy tytuł, nazbyt ograniczałby kapitał tomu. Został więc szybko zmieniony na Wyjście. Powiedziałem panu Tadeuszowi, że trochę pożegnalnie to brzmi i dodaliśmy na ostatniej stronie dalszą część tytułu: …i wejście. No i chyba tytuł powinien być taki: Wyjście… i wejście. Taki zapis kilka razy widziałem. W tej anegdocie istotne jest, jak silnie objawił się pierwiastek polemiki, dialogu z To. Najwyraźniej wskazuje on na intensywność i żywotność związku z Miłoszem. Towarzyszyła mu − jak zwykle, kiedy własne rysy rozpoznaje się w kimś innym − aura lekkiego rozdrażnienia. Miłosz miał chyba podobne odczucie.

PD: Niewątpliwie tak, w liście do Neli Micińskiej pisał: „Noszę w sobie całe piekło Różewicza”. W Notach o Różewiczu przyznawał: „Z Różewiczem nie łatwo się uporać, skoro jest on w każdym z nas, łącznie z jego romantyzmem i dwiema utopiami. Przecie całą swoją twórczością idzie śladami Biblii. Rajski ogród i wygnanie po zjedzeniu jabłka z drzewa wiadomości, cierpienia wygnańców, oczekiwanie − przynajmniej końcowej sceny, kiedy nieba się zwiną i nastąpi Sąd. Każdy, kto mówi o nim, boryka się też ze sobą, i właśnie ta cecha jego poetyckiego dzieła, że umie ono przekazywać ważną treść skuteczniej, niż zrobiłby to dyskurs, przesądza o miejscu tego poety w polskiej literaturze”. Miłosz zmagał się z różewiczowską cząstką samego siebie, nieustannie zakładał protest, jakby obawiał się, że „ciemna” strona w nim zwycięży. Podobny problem miał z Beckettem, z Larkinem.
Dialog obu poetów stał się szczególnie intensywny w ostatniej dekadzie minionego wieku. W 1999 r. − po czterdziestu dwóch latach – doszło do spotkania Miłosza i Różewicza. Zorganizowała je Renata Gorczyńska. Później, w roku 2000, wyszło To, w którym są dwa wiersze poświęcone Różewiczowi: Unde malum i Różewicz…

Całość w najnowszym numerze dwumiesięcznika "Topos". 



Jan Stolarczyk - ur. w 1947 r.; redaktor naczelny Wydawnictwa Dolnośląskiego (1987-2007), wydawca wielu serii książek (m.in. A to Polska właśnie, Biblioteka Pisarzy Żydowskich, Poza horyzont), redaktor i wydawca dzieł m.in. A. Falkiewicza, Z. Herberta; od 1988 do dziś redaguje i opracowuje wszystkie nowe książki T. Różewicza (również kolejne tomy Utworów zebranych); redaktor Słojów zadrzewnych i kurator spuścizny pisarskiej T. Karpowicza (przygotowuje edycję jego dzieł zebranych); mieszka we Wrocławiu.

piątek, 21 października 2011

A. Franaszek, "Miłosz. Biografia" - noty o książce (2)

Druga część tekstu opublikowanego w najnowszym, miłoszowskim numerze "Toposu"



4

Franaszkową opowieść o Miłoszu charakteryzuje szeroki epicki oddech. Autorowi udało się go uzyskać dzięki rzadko spotykanej dbałości o szczegół. Przykłady owego błogosławionego „szczególarstwa” można by mnożyć — w detale obfitują zwłaszcza przypisy do książki, zajmujące — bagatela! — bez mała sto pięćdziesiąt stron. By nie psuć przyjemności lektury tym z czytelników, którzy zechcą sięgnąć po biografię autora Szukania ojczyzny, ograniczę się tutaj do trzech przykładów. 

Detal gastronomiczny. W toku narracji nie mogło zabraknąć obszernej rekonstrukcji relacji Miłosz–Herbert. Andrzej Franaszek pieczołowicie odtwarza wydarzenia, ukazując je w porządku chronologicznym (przerwie tę relację we właściwym momencie, by w jednym z ostatnich rozdziałów podjąć wątek i omówić dzieje słynnego konfliktu poetów), pisze o spotkaniach, cytuje listy, wspomina o dedykowaniu Miłoszowi jednego z najwspanialszych wierszy Herberta — Trenu Fortynbrasa, by dość nieoczekiwanie poinformować nas, że wiosną 1959 roku Miłosz zaprosił Herberta na bouillabaisse „do knajpki koło Odeonu”. Natychmiast dodaje też uwagę o „ironii historii: właśnie bouillabaisse będą jedli razem dekadę później na kolacji, po której Herbert obrzuci Miłosza oskarżeniami o wynarodowienie i zdradę” (s. 559). 

Detal historyczny. W roku 1937 Miłosz i Byrski zostali wyrzuceni z wileńskiej rozgłośni radiowej. Franaszek w kilku zdaniach opisuje politykę narodowością pułkownika Ludwika Bociańskiego, ówczesnego wojewody wileńskiego, który walnie przyczynił się do zwolnienia z pracy autora Trzech zim. Ocena działań wojewody wypada krytycznie, autor dodaje tu wszak jeden szczegół, bez którego biografia Miłosza mogłaby się obyć, nie mając jednak prawa pretendować do miana swoistej kroniki czasów i obyczajów (recenzowany tom za tego rodzaju kronikę może uchodzić). „Na moście w Kutach [we wrześniu 1939] — cytuje Franaszek fragment artykułu Dariusza Baliszewskiego — płk Ludwik Bociański postanowił nie dopuścić do hańby, jaką w jego pojęciu była ucieczka naczelnego wodza z pola bitwy. […] stanął przed samochodem Śmigłego, uniemożliwiając dalszą jazdę. […] wyjął z kabury pistolet i strzelił sobie w pierś, mierząc w serce. Po chwilowej konsternacji marszałek rozkazał wrzucić ciało na samochód i ruszać. Już w Rumunii okazało się, że Bociański żyje. Kula przeszła obok serca” (s. 792).

Detal profesjonalno-rodzinny. Kilka miesięcy temu zasłyszałem anegdotę, której bohaterem miał być Czesław Miłosz. Powtórzył mi ją prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich p. Sergiusz Sterna-Wachowiak, któremu całe zdarzenie opowiedział Janusz Odrowąż-Pieniążek. Dykteryjkę tę chowałem w zanadrzu, mając nadzieję, że w trakcie pisania recenzji trafi się sposobność, by ją wyzyskać. Zagaiłbym wtedy zapewne mniej więcej tak: „Wiele niezwykłych historii przedstawił w swojej księdze Andrzej Franaszek, a jednak to i owo zostało jeszcze do opowiedzenia”. W tym miejscu zręcznie wprowadzona zostałaby rzeczona anegdota. Niestety, zdaje się, że nie ma materiałów, do których autor biografii by nie dotarł — na stronie 551. natrafiłem na następujący passus, który polecam uwadze poetów i ich żon: „We wrześniu 1957 roku do Montgeron dotarł Janusz Odrowąż-Pieniążek, później wieloletni dyrektor Muzeum Literatury […]. Miłosz czytał wiersze, spragniony był też warszawskich plotek, tak więc wizyta się przedłużyła i gość spędził noc na kanapie przykryty kożuchem gospodarza. Nazajutrz jednak dalszy ciąg pogwarek przerwała Janka, pytając teatralnie: »Czesław, nie idziesz do pracy?«, a poeta wycofał się do gabinetu”.

5

Nie można mieć wątpliwości, że Franaszkowi udało się dotknąć Miłosza żywego. Sąd ten wypowiadam z radością, do lektury książki przystępowałem bowiem z obawami. Pora na osobiste wyznanie: moja świadomość literacka rodziła się w dużej części pod wpływem autora Światła dziennego. To jego wiersze (mam na myśli szczególnie późne tomy) kształtowały mój poetycki słuch, uczyły postrzegania literatury jako przestrzeni, w której sięga się po najwyższe cele — definiując własne miejsce w świecie, dążąc do wypowiedzenia prawd podstawowych, ważnych nie tylko w granicach zakreślonych przez sztukę, ale w istotny sposób modelujących postrzeganie jednostkowej egzystencji (również w perspektywie tego, co wymyka się językowi, czyli rozumieniu). 

Z kart Franaszkowej księgi wyłania się postać człowieka, który wszystko podporządkował irracjonalnemu wewnętrznemu głosowi, dyktującemu mu kolejne frazy. Wielu powiedziałoby: retoryczny zabieg, nie istnieją „głosy”, poeta stwarza sam siebie, wiersz jest tylko wierszem, czyli konstrukcją językową, ze słów zrodzoną i na słowach się kończącą. Nie zamierzam wdawać się tu w dyskusje z pogranicza językoznawstwa, psychologii twórczości, filozofii i teologii, chcę tylko, by wystarczająco jasno została sformułowana konstatacja dotycząca odmienności Miłosza na tle poezji polskiej (i światowej) drugiej połowy XX i początków XXI wieku. I myślę, że nie jest to tylko kwestia zamknięcia twórczości poety z Szetejń w granicach refleksji literaturoznawczej, sytuującej go w obrębie kultury modernistycznej, ale jedno z zasadniczych pytań, na które musi sobie odpowiedzieć każdy poeta: czy istnieje coś, co wykracza poza świat dotykalny, percypowany czterema zmysłami? czy istnieje coś poza językiem? 

W swoim dziele Miłosz nieustannie wyraża pogląd, że wiara w porządek supranaturalny jest nierozerwalnie spleciona z ludzką kondycją i powinna stanowić niezbywalny składnik tworzonej przez człowieka kultury. Przekonanie tego rodzaju bywa dziś traktowane ironicznie i wielu twórców młodego i średniego pokolenia całkowicie by się z nim nie zgodziło (może raczej: demonstracyjnie okazałoby własną obojętność w tej materii). Miłosz jest wszak pisarzem chrześcijańskim, religijnym, a znaczy to także: przedstawicielem formacji odchodzącej, skazanej na postawę defensywną — dlatego oczekiwanie, że w poezji polskiej uformuje się na nowo „biegun Miłosza”, ocenić należy jako wysoce nierealistyczne. Nie znaczy to jednak, że autor Ziemi Ulro nie będzie patronował niepostrzeżenie kurczącej się garstce tych, którzy zakładają protest przeciwko celom, ku jakim prze współczesna kultura.

6

Andrzej Franaszek woli stawiać pytania niż formułować jednoznaczne tezy. Służy to jednorodności opowieści biograficznej, pozwala także uniknąć wikłania się w spory, które obraz Miłoszowskiej twórczości mogłyby zaciemnić czy zniekształcić. Niebezpieczeństwo utracenia owej obiektywistycznej perspektywy pojawia się tam, gdzie jako jedyny komentarz służą słowa samego poety (wsparte parafrazą lub uogólnieniem sformułowanym przez biografa).

Można się jedynie domyślać, jak trudne było uniknięcie wszystkich pułapek i mielizn. Ze znakomitej większości sytuacji kłopotliwych biograf wyszedł obronną ręką. Zdarza się mu przecie być sceptycznym wobec bohatera książki (np. gdy nie daje wiary w relację Miłosza dotyczącą awantury, jaką rzekomo zrobił Borejszy, kiedy przed wyjazdem poety do Nowego Jorku cofnięto mu paszport — s. 388) oraz zadawać niewygodne pytania (np. kiedy analizuje odnaleziony w archiwum pisarza fragment wiersza zapisany na tej samej kartce, co początek Warsztatu grafiki ludowej — s. 435). Mimo wszystko można jednak odczuwać pewien niedosyt, jeśli idzie o sposób przedstawienia ideowych, politycznych i osobistych wyborów Miłosza tuż po wojnie. Byłoby cenne dla książki, gdyby autor zechciał zobaczyć zagadnienie w nieco szerszej perspektywie — a to dzięki przedstawieniu czytelnikowi większej ilości danych dotyczących okresu przejmowania władzy przez komunistów (również w sferze kultury). Mam świadomość, że pracy Franaszka nie zrobiłoby dobrze, gdyby zamieniła się w studium na temat związków między literaturą a polityką kulturalną Polski Ludowej, sądzę jednak, że nie byłoby rzeczą szczególnie szkodliwą, gdyby źródłem odniesienia dla rozważań o uwikłaniach polskich pisarzy w relacje z władzą (szczególnie w okresie stalinizmu) nie była niemal wyłącznie książka Anny Bikont i Joanny Szczęsnej.

7

Miłosz jako histrion — taki obraz poety wyłania się z kart Franaszkowej księgi. Ma rację Stefan Chwin, kiedy pisze, że „wzmianki o niedobrych rzeczach w życiu Miłosza są uzasadnione, bo oświetlają jego twórczość w miejscach newralgicznych, szczególnie gdy objaśniają poczucie winy i grzeszności, którego liczne świadectwa bez odniesień biograficznych, rozproszone w jego wierszach, brzmią czasem dość retorycznie, a teraz — w świetle rozpoznań Franaszka — nabierają bolesnej konkretności. Trzeba znać »grzechy« Miłosza, jego »namacalne winy«, by naprawdę chwycić to, co w tej poezji istotne”[1]. Od chwili mojego pierwszego zetknięcia z tą twórczością problem przebrań, masek, tracenia i odzyskiwania tożsamości, który jest w niej niezwykle mocno akcentowany, stanowił przedmiot refleksji i niepokoju. Śledztwo biografa wiele wyjaśniło, pokazując, jak głęboko poezja Miłosza jest zrośnięta z jego życiem, jawiącym się jako wędrówka przez kolejne — by posłużyć się formułą z ostatniej książki Michała Głowińskiego — „kręgi obcości”. Miłoszowska niemożność identyfikacji, kondycja wiecznego wygnańca, kogoś, kto sam skazuje się na pozostawanie poza wspólnotą (narodową, kulturową, religijną), to temat, który musi jeszcze zostać rozjaśniony.

8

Praca Franaszka uświadamia, jak wiele materiałów pomocnych w interpretacji twórczości Miłosza wciąż zalega w archiwach. Byłoby dobrze, gdyby jubileuszowe obchody nie przysłoniły nam konieczności prędkiego edytorskiego opracowania i wydania obfitej korespondencji poety (część olbrzymiej pracy już wykonano, by wspomnieć zbiory listów do Giedroycia, Herberta, Oli Watowej i Konstantego A. Jeleńskiego i mający się lada chwila ukazać Portret podwójny Miłosza i Iwaszkiewicza), a także rzeczy tak z pozoru nieistotnych, jak felietony Miłosza dla rozgłośni BBC. Czytelnicy Dzieł zebranych z największą niecierpliwością czekają nie tyle na kolejne wydania tytułów już znanych (i niekiedy kilkakrotnie wznawianych), ile właśnie na owe cenne inedita, z których tak znakomity użytek zrobił autor tomu Miłosz. Biografia.



[1] S. Chwin, Nieczułe dziecko, „Tygodnik Powszechny” 2011, nr 24, s. 37.

środa, 19 października 2011

A. Franaszek, "Miłosz. Biografia" - noty o książce (1)

Pierwsza część tekstu opublikowanego w najnowszym - miłoszowskim - numerze "Toposu".



1

Casus Czesława Miłosza pokazuje, jak przemożny wpływ na życie literackie może wywierać czynna obecność wybitnego poety. Kiedy autor Trzech zim żył, mieliśmy świadomość, że wyrasta ponad nas wszystkich, że jest jak wiekowy dąb, w którego cieniu chronią się pomniejsze drzewa, drzewka i krzaczki. Koncentrował na sobie uwagę, proponował tematy do dyskusji. Nawet kiedy wzbudzał kontrowersje i irytował swoją matuzalemową godnością, jego dzieło zmuszało do refleksji nad kształtem współczesności, stawiało przed oczy tradycję, przynaglało do określenia się wobec przeszłości. Gdy go zabrakło, zdawało się, że w polskiej literaturze powstała wyrwa nie do zasypania. Tymczasem, niemal niezauważalnie, rozpoczął się, zrozumiały i naturalny, proces zapoznawania Miłoszowego dziedzictwa. Trzeba było przyjąć do wiadomości, że w panteonie wielkich postaci dwudziestowiecznej poezji kolejny pomnik zastygł w bezruchu, że nie zejdzie już do nas z cokołu jak Komandor, kamienny gość z dramatu Tirso de Moliny.

A jednak wielu z nas (nawet ci, którzy — jak piszący te słowa — zajmują się literaturą od niedawna) może powtórzyć za Jerzym Illgiem: „jesteśmy niezwykle uprzywilejowanym pokoleniem — jak ci, co kiedyś wspominali kolacje u Mickiewicza, myśmy mieli okazję obcować nie z papierem, nie z książką, lecz z żywym człowiekiem”[1]. Mimo że nigdy nie zetknąłem się z Miłoszem twarzą w twarz, podpisuję się pod zdaniem wypowiedzianym przez redaktora „Znaku”. W biografii czytelniczej moich rówieśników, tzw. roczników siedemdziesiątych, autor Na brzegu rzeki był nie literackim tetrykiem, powtarzającym wciąż te same anegdoty dziadkiem, na którego z lekceważeniem macha się ręką, ale poetyckim Bogiem Ojcem albo — jeśli kto woli — litewskim Perkunem, bóstwem niebios i ognia. W nim się przeglądaliśmy, jego dłoni poszukiwaliśmy, kiedy przyszło nam postawić w poezji pierwsze własne kroki.

W czwartym numerze „Dekady Literackiej” z roku 2009 wydrukowana została rozmowa redakcyjna Jednym kopnięciem strącony w limbo? O recepcji twórczości Czesława Miłosza w latach 2004-2009. Przeczytałem ją wtedy z zainteresowaniem, zastanawiając się, czy słuszne jest przebijające z wypowiedzi dyskutantów przeświadczenie o faktycznej nieobecności Miłosza zarówno w dyskursie historycznoliterackim ostatnich lat, jak i w poetyckich propozycjach młodych twórców. Wszystko wskazuje na to — myślałem — iż rzeczywiście mamy do czynienia ze stanem swoistej recepcyjnej „hibernacji” Miłosza, jego poetycki idiom przestał być bowiem produktywny, a dla wyrażenia własnych pokoleniowych problemów młodzi poeci wybierają inne języki.

Rok Miłosza, celebrowany w stulecie urodzin poety, obfituje w wydarzenia kulturalne, inicjatywy edukacyjne i naukowe, które ową negatywną tendencję mają zatrzymać, po raz kolejny koncentrując uwagę czytelników na dziele autora Rodzinnej Europy. Bo, śmiem twierdzić, im więcej czasu od jego śmierci mija, tym dobitniej uświadamiamy sobie, ile wniósł Miłosz do polskiej refleksji humanistycznej również w ostatnich dziesięcioleciach ubiegłego wieku. Jego twórczość była, by tak rzec, skutecznym antidotum na postmodernistyczne trucizny, uświadamiała, jak doniosła pozostaje rola kulturowego dziedzictwa Europy — z jej chrześcijańskimi korzeniami, których nie zastąpią nawet najbardziej błyskotliwe projekty współczesnych myślicieli. Uczył nas, że poezja jest przestrzenią tajemnicy, w której to, co niewyrażalne domaga się głosu, wierzyliśmy dzięki niemu w możliwość walki o cele najwyższe.

„Kto z nas potrafi podjąć tę pasję?” — pyta w swojej imponującej biografii Miłosza Andrzej Franaszek i dodaje: „Jesteśmy już inni”[2], by następnie zacytować Stefana Chwina, który o poecie z Szetejń pisał: „On należał do epoki utopii i nadziei. My należymy do świata bez utopii, w którym nadzieja przybiera co najwyżej formę dążenia do osiągnięcia odmiennych stanów świadomości. […] Nosił w sobie niezagojoną ranę i piękny ślad tej rany pozostawił w swoich wierszach. Nie był zdolny do groteski, absurdalnego szyderstwa i zwariowanej gry słowami, która dla nas jest czymś tak naturalnym jak powietrze, którym oddychamy”[3]. Czy rzeczywiście „po Miłoszu” jesteśmy inni? Zapewne tak. Książka Franaszka pozwala nam przypomnieć sobie, jacy byliśmy, zanim odszedł, daje także cień wiary w to, że literatura dwudziestego pierwszego stulecia nie jest skazana na karmienie się samą sobą, że w kulturze nie wszystko musi być podporządkowane przemijającym intelektualnym modom.

2

Każda opowieść biograficzna jest konstrukcją do pewnego stopnia sztuczną, której autor usiłuje wprowadzić ład tam, gdzie rządzi życie, czyli chaos. Nie jest w stanie uniknąć wszystkich pułapek, jakie zastawia nań heterogeniczna, wymykająca się schematom i wykoncypowanym przyporządkowaniom materia jednostkowej egzystencji. Franaszek wybrał, jak sądzę, rozwiązanie najszczęśliwsze, bazując na elementarnym szacunku dla bohatera książki (jako człowieka i artysty) — istotnym, by nie rzec: podstawowym, budulcem opowieści stają się tu teksty samego Miłosza (eseje i szkice autobiograficzne, wspomnienia, listy, autokomentarze). Autor biografii pisze:

Czasem nie zgadzam się z Czesławem Miłoszem, jednak bez zamiaru „osądzania” go, mając świadomość, że nic łatwiejszego niż komentować czyjeś decyzje z bezpiecznego dystansu. Zresztą najtrudniejsze wydaje mi się co innego. Łatwo odnaleźć potknięcia, jak jednak oddać geniusz? Ten moment, gdy nad niepewnością, udręką, pokusami zawisa niedosiężna nuta, linia słów? Może nie da się go opisać, można tylko odkrywać na własną rękę. Także dlatego jak najobficiej starałem się cytować utwory Miłosza. (s. 754)

Konsekwencje decyzji podjętej przez badacza są łatwe do przewidzenia: odbiorcy stosunkowo łatwo przychodzi utożsamić się z bohaterem, niekiedy uwiera go jednak niedostatek komentarza (zmuszony jest wtedy do podjęcia osobistego trudu interpretacyjnego).

3

Książka powstawała dziesięć lat. Był to czas wypełniony podróżami w miejsca związane z Miłoszem, rozmów z żyjącymi przyjaciółmi i znajomymi poety, wreszcie — jak wolno się domyślać — mozolnej, wymagającej niezwykłej cierpliwości kwerendy bibliotecznej. Efekty tej pracy są znakomite. Otrzymujemy całość, którą można by nazwać Miłosza portretem wielokrotnym.

Podczas lektury kolejnych partii opowieści Franaszka nieodmiennie brzmiała mi w uszach słynna fraza Jana Błońskiego: „Miłosz jak świat”. Biograf mógł potraktować własne zadanie minimalistycznie, zdecydował się jednak uczynić zamach na całość. Ta sztuka się powiodła. Sądzę, że dzieje miłoszologii będziemy odtąd dzielić na dwa okresy — „przed Franaszkiem” i „po Franaszku”. Autor każdej kolejnej książki o życiu i twórczości poety z Szetejń będzie musiał sięgać do wydanej przez „Znak” biografii i obficie ją cytować.

Ileż tu źródeł dotychczas nieznanych lub nigdy nie cytowanych w pracach poświęconych Miłoszowi! Autobiograficzne szkice poety pozostawione w rękopisie, nieukończone opowiadania i powieść przechowywane w Beinecke Library na Uniwersytecie w Yale, materiały z archiwów Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a w ich liczbie szyfrogramy nadawane ze Stanów Zjednoczonych i Francji, zbiory Instytutu Polskiego i Muzeum im. Gen. Sikorskiego w Londynie, Lietuvos Centrinis Valstybės Archyvas, Archiwum Emigracji, Archiwum Instytutu Literackiego, listy autora Ocalenia do Alberta Einsteina wydobyte z The Albert Einstein Archives at The Hebrew University of Jerusalem, korespondencja rozproszona po archiwach prywatnych (m.in. list Miłosza i Telakowskiej do prezesa „Czytelnika” udostępniony Franaszkowi przez prof. Jerzego W. Borejszę czy kopia listu Różewicza do Miłosza, będąca w posiadaniu Krystyny Czerni, biografki Jerzego Nowosielskiego), artykuły z australijskich „Wiadomości Polskich” i… „Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego”, notatki Franaszka z rozmów z Tomasem Venclovą, Robertem Pinskym, Lillian Vallee, Aleksandrem Schenkerem, Leonardem Nathanem, Miriam Rosenthal Chiaromonte, Agnieszką Byrską-Zaczyk i Krzysztofem Byrskim, Januszem Odrowążem-Pieniążkiem, Ignacym Święcickim i innymi, dzienniki, wspomnienia i listy Dąbrowskiej, Gorczyńskiej, Górskiej-Damięckiej, Gombrowicza, Bobkowskiego, Giedroycia, Lechonia, Stommy, Czapskiego, Vincenza, Jeleńskiego, Andersa, Święcickiego i wielu, wielu innych.

Możemy sobie jedynie wyobrazić emocje biografa, kiedy w teczkach MSZ Polski Ludowej natknął się na szyfrogramy z doniesieniami i opiniami formułowanymi przez ambasadora Winiewicza w przełomowym dla Miłosza roku 1950:

Miłosz dostał od Putramenta list, zapowiadający przeniesienie go do Paryża i zareagował negatywnie. Można spodziewać się, że odmówi przeniesienia się nawet do Paryża, gdyż znajduje się pod wpływem wczesnej ciąży żony i jej nastrojów wojennych. Sugeruję więc jeszcze jedną alternatywę, wezwać go do Warszawy w celu omówienia jego przyszłości i zatrzymania go. Wtedy oczywiście ryzykujemy podniesiony tutaj przez żonę wrzask. (s. 446)

 Będę bardzo ucieszony, gdy z ambasady spadnie ten ciężar »polskiej poezji«. Obawiam się wpływu na te typki dalszej atmosfery wojennej” (s. 447)

Tego rodzaju cennych materiałów jest w książce Franaszka bardzo wiele — znaleźć można wśród nich rzeczy dotychczas zupełnie nieznane, ale także informacje pochodzące ze źródeł ogólnie dostępnych, takich jak zbiory korespondencji redaktorów i współpracowników paryskiej „Kultury” czy wspomnienia i listy pisarzy krajowych i emigracyjnych, których część była już przywoływana w pracach o Miłoszu. Różnica między wcześniejszymi publikacjami a wydaną przez „Znak” biografią ma wymiar zarówno ilościowy, jak i jakościowy. Przed Franaszkiem nikomu nie udało się zarysować panoramy tak rozległej — sądy Miłosza uzupełniane są i dopełniane komentarzami osób, z którymi się stykał i z którymi korespondował. Dzięki maksymalnemu wzbogaceniu perspektywy (technikę biografa można by porównać do filmu, w którym operuje się kilkoma kamerami, ukazując na przemian plan totalny oraz liczne zbliżenia i obrazy detali) narracja zyskuje na dynamice, staje się polifoniczna i wielowymiarowa. Dzięki temu chętnie poddajemy się złudzeniu uczestnictwa w historii żywej, w dzianiu się danym na poły bezpośrednio, bo równoległym do lekturowego tu i teraz.



[1] J. Illg, wypowiedź w dyskusji Jednym kopnięciem strącony w limbo? O recepcji twórczości Czesława Miłosza w latach 2004-2009, „Dekada Literacka” 2009, nr 4, s. 22.
[2] A. Franaszek, Miłosz. Biografia, Kraków 2011, s. 735.
[3] Tamże.
 

poniedziałek, 17 października 2011

Fotorelacja z Festiwalu Poezji w Sopocie

Fragment wystawy "Miłosz w Sopocie"
Dworek Sierakowskich - redakcja "Toposu"



Wojciech Kudyba i Wojciech Kass
Jarosław Jakubowski i Krzysztof Kuczkowski

Z Janem Stolarczykiem i Krzysztofem Karaskiem
Teatr przy Stole - czytanie sztuki Jarosława Jakubowskiego
K. Karasek i W. Kass


Czytanie wierszy; od lewej: Wacław Tkaczuk, Zbigniew Jankowski
Spotkanie zapowiada dyr. Krzysztof Kuczkowski
Wojciech Gawłowski i Czesław Miłosz

K. Kuczkowski, A. Gleń, Sz. Babuchowski, A. Nowaczewski
Adrian Gleń i Szymon Babuchowski
Laureaci konkursu im. R. M. Rilkego i jurorzy
"Sto lat" dla prof. Edwarda Balcerzana
Krzysztof Karasek
Wojciech Kass i Adrian Gleń
B. Gruszka-Zych, T. Burek, W. Tkaczuk, W. Kudyba
Promocja "Zapisków Maltego Lauridsa Brigge", po prawej tłumacz - P. W. Lorkowski
Irena Jun w spektaklu "Mam tylko siebie do obrony"

wtorek, 11 października 2011

Tadeusz Różewicz i góry



Tekst ukazał się w albumie p. Zbigniewa Kulika Tadeusz Różewicz w Karkonoszach, wydanym przez Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu z okazji 90. urodzin Poety.



                                                                                                                  


               



                                                                                                                                                                                                                pośrednicząc 
                                                                                                                                                                                                               między górą i dołem
                                                                                                                                                                                                               wykonuję od wielu lat 
                                                                                                                                                                                                              
ten zawód
                                                                                                                                                                                                              
do którego zostałem wybrany i 
                                                                                                                                                                                                               powołany
                                                                                                                                                                                                              
„a który nazywa się poezją”

                                                                                                                                                                                                                          T. Różewicz, na obrzeżach poezji


„Jestem człowiekiem, który wychował się z dala od gór i od morza. Znałem góry i morze z nauki w szkole, z kolorowych fotografii, z kina i z opowiadań starszego brata. Dopiero po wojnie, jako dojrzały już człowiek, zobaczyłem morze i góry” — pisał Tadeusz Różewicz we fragmencie wspomnieniowej prozy Pani „Marusia” Kasprowiczowa. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, podczas jednego ze spotkań autorskich w Karpaczu, przedstawił się jako „człowiek równiny”. W jego twórczości, jak najdalszej od reprodukowania wzorców przeszłości, góry nigdy nie były tematem uprzywilejowanym. Z uporem ponawiał natomiast próby nazwania i dotknięcia dwudziestowiecznej świadomości, zdegradowanej i na zawsze odłączonej od źródłowego sensu, spośród pejzaży wybierając co najwyżej te, które — w braku lepszego określenia — można by nazwać pejzażami mentalnymi.

Epokę międzywojenną, kiedy młody Różewicz „zdobywał” „»psią górkę« koło Radomska (25 metrów) i »kocią górę« w sosnowym lasku koło Gabrielowa” (Gawęda o spóźnionej miłości), od momentu, w którym miał się wedrzeć na sam szczyt „skały pięknej Kalijopy”, dzieli wiele lat niestrudzonej pracy, przepędzonych w wypełnionych książkami i papierami pracowniach w Krakowie, Gliwicach i Wrocławiu. Rejestr motywów „górskich” pojawiających się przez te lata w twórczości Poety musi tu być — z konieczności — wyrywkowy i skrótowy.

Autor Równiny niechętnie wyprawiał się w poetyckie górskie rejony. W tradycji literackiej góra to miejsce odosobnienia, twórczej izolacji, wyjście na nią równoważne jest z gestem odsunięcia się od ludzi, usadowienia się powyżej przyziemnych zatrudnień zwykłych „zjadaczy chleba”. Tymczasem tuż po wojnie Różewicz pragnął stworzyć nową poezję, wynaleźć język zdolny nazywać rzeczy najpierwsze oraz rekonstruować ład, porządek i hierarchię w świecie, który wyszedł z formy. W myśl owej koncepcji poeta miał stać się uczestnikiem wspólnoty. Autor Niepokoju, atakowany za nihilizm, pesymizm i formalizm, rzekomo obecne w jego wczesnych utworach, decyduje się porzucić temat okupacyjnej traumy i za pośrednictwem poezji wejść w prostą, serdeczną relację z „szarym człowiekiem”. Między rokiem 1950 a 1954 dokonuje się w nim skomplikowany proces odgradzania się od wojennego brzemienia, podjęte zostają poszukiwania nowej materii dla Różewiczowskiego wiersza. Efekty tej pracy stają się widoczne najpełniej w tomie Srebrny kłos, który — nie będąc wolnym od ech przeszłości — przepełniony jest (zdawałoby się, nadzwyczajną u Różewicza) zagarniającą wszystko akceptacją. 

Najdobitniejsze potwierdzenie słuszności powyższej tezy stanowi pointujący książkę wiersz Stałem na stoku góry. Poeta jest w tu obserwatorem, który w akcie percypowania rzeczywistości, w dotknięciu życia w całej jego zwykłości zdaje się odnajdywać najbardziej elementarny sens. Ów stan wewnętrzny pozostaje dlań nie całkiem zrozumiały („spoglądałem […] / z łagodnym uśmiechem / z uśmiechem którego nie mogłem wytłumaczyć / sobie sam”), ale jest faktem („Obraz widziany ze stoku góry / otaczał mnie rósł”). Zejście z góry — skąd ogarnia się świat jednym spojrzeniem, pozostając niejako na zewnątrz — w samo centrum codziennej ludzkiej krzątaniny oznacza fundamentalną zgodę na współuczestnictwo: „kiedy zacząłem schodzić / zwiększały się domy i fabryki / rosły drzewa zwierzęta / rośli ludzie / zbliżałem się”.

Wiara góry przenosi. Lata pięćdziesiąte są jedynym okresem, kiedy Tadeusz Różewicz zdaje się wierzyć w możliwość przenoszenia gór z miejsce na miejsce. Powodowany szlachetną naiwnością i „sentymentalizmem”, przed którym w liście z 1949 roku przestrzegał go Czesław Miłosz — na krótki czas ulega wtedy fascynacji komunistyczną utopią. W wierszu Rzeka światła z 1951 roku pisze: „Powiedziała partia / Tu stanie zapora / Z wiosną / przyszli młodzi / rozkopali ziemię / przenieśli góry / zaskoczyli bystrą wodę / Między lasy zielone / pod niebo wysokie / cisną jezioro ogromne”. Tę fascynację już wkrótce będzie oceniał z całą surowością: „Zasłona młodości / z błyskawic i chmur / ze szklanych gór / zamków na lodzie / z tańczących czerwonych serc / z płonących głów // odkrycie świata // złamane serca / miedziane czoła / zdeptany honor / cuchnące bagno” (Zasłony z tomu Poemat otwarty), a o „przenoszeniu gór” napisze z sarkazmem w Kryształowym wnętrzu brudnego człowieka, wierszu stanowiącym reakcję na odwilżową woltę Adama Ważyka i jemu podobnych partyjnych „ustawiaczy”: „oto on prawdziwy / przenosi góry / nie kopie dołków / pod innymi / oto on drugi / krzak ognisty / sokół nasz”. Utwór ów, z finałem zawierającym mistrzowską parafrazę Mickiewiczowskiego liryku lozańskiego Gdy tu mój trup…, zakończy Poeta ironicznym dystychem: „za siedmioma górami / za siedmioma rzekami”.

Wątek „górski” łączy się w twórczości Różewicza z jednym z naczelnych jej tematów, jakim jest definitywny koniec wiar i religii, śmierć Boga, człowieka i poezji. Wojna zmiotła dawny świat, gdzie „las był lasem / Bóg Bogiem / Diabeł Diabłem / jabłko jabłkiem / łąka łąką / góra górą” (Acheron w samo południe). Sfera metafizyki została nam odjęta, dlatego góra nie może już uchodzić za miejsce spotkania ze Stwórcą, za przestrzeń, w której dokonuje się cud teofanii — Tabor staje norą: „ten którego / szukałem na górze / czeka na dole // w norze przemienienie” (Przesypywanie z tomu Opowiadanie traumatyczne). Miejsce świętych gór zajmują „góry słów” (Komentarz do Spojrzeń z tomu Formy), „góry śmieci” (dramat Stara kobieta wysiaduje) i „góry mięsa” (O tej samej porze z tomu Nic w płaszczu Prospera). Człowieka „pustego” i „martwego”  „nie dotkną […] języki ognia”, ze snu nie zbudzi go „porcelanowy / przeźroczysty dzwoneczek / ani huk przenoszonych / z miejsca na miejsce / gór” (O tej samej porze, z tomu Zielona róża).

Na pytanie Stawrogina: „Jest powiedziane, że wiara góry przenosi. Gdy wierzysz, a każesz górze, aby się ruszyła, to się ruszy… przepraszam, że plączę. A jednak zaciekawia mnie: czy ojciec ruszy z miejsca górę?” (ten fragment Biesów Dostojewskiego został przytoczony w poemacie Spadanie), Poeta odpowiada w późnym wierszu dlaczego piszę?: „Czasem góry zasłaniają / To / co jest za górami / trzeba więc przesunąć góry / ale ja nie mam potrzebnych / środków technicznych / ani siły / ani wiary / która przenosi góry / więc nie zobaczysz Tego / nigdy / wiem o tym / i dlatego / piszę”.

W poezji Tadeusza Różewicza góry występują wszakże nie tylko na prawach metafory. Ten, który pisze o sobie: „Pierwszy raz / zobaczyłem góry / w dwudziestym szóstym / roku życia // Nie śmiałem się / nie krzyczałem / w ich obliczu / mówiłem szeptem” (Złote góry z tomu Poemat otwarty), nie raz przemierzał górskie krajobrazy, a ślady owych wędrówek rozsiane są w wierszach i poematach: Stary Kirkut w Lesku (Góry Słonne), Et in Arcadia ego (Wezuwiusz), Gawęda o poetach (fragment) (Niedźwiedzia Góra, którą Poeta zdobywa, „aby się wesprzeć post-romantycznie na Ajudahu-Skale”), nożyk profesora (Pogórze Śląskie — „góry chmury” „poety Jawienia”, czyli późniejszego papieża Jana Pawła II). 

„Przeszedłem przez / ogień powietrze wojnę // przez lasy nad Wartą i Pilicą / przez Kraków Gliwice Wrocław / przez siedem gór i siedem rzek / i tak wędrując po matce ziemi […] / doszedłem do Gór Olbrzymich” — pisze Różewicz w Gawędzie o spóźnionej miłości, by w jednym z publicznych przemówień dodać, że chodzi o miłość „do Karkonoszy, do krajobrazów, do roślin”. Wśród późnych utworów autora Niepokoju grupa wierszy „karkonoskich” zajmuje miejsce szczególne, ujawnia się w nich bowiem — dotąd skrzętnie skrywana i nie przedostająca się do poezji — fascynacja „człowieka równiny” bujną górską przyrodą, wielością jej form, barw i kształtów.