Fragment tekstu z cyklu Cokolwiek daléj publikowanego na łamach miesięcznika "Twórczość".
![]() |
| Na tarasie w Milanówku, lipiec 2020 |
Nie desperuj!
[...] Właśnie teraz – w tym dniu, który nigdy się nie powtórzy, upływającym mi niespełna dwa tysiące kilometrów od linii frontu rosyjskiej wojny w Ukrainie, na odludziu pośrodku Wyżyny Czesko-Morawskiej – czytam zdania zapisane, w bardzo podobnym otoczeniu, przed niemal czterdziestu laty. Pan Mareczek siedzi na ławeczce przed pensjonatem pani Anieli w Gawrychrudzie, jest sierpniowy pogodny wieczór, po jeziorze, za szesnastoma (lub osiemnastoma) topolami posadzonymi przez ojca pani Anieli, suną kajaki, łagodne światło pada na karty atlasu historycznego leżącego na kolanach pana Mareczka, na mapę ukazującą przebieg Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Zielone i czerwone plamy ma mapie skłaniają pana Mareczka do snucia refleksji nad wpływem procesów dziejowych na losy jednostek – zastanawia się nad tym, kim byłby dzisiaj (tzn. w roku 1983), gdyby wszystko potoczyło się inaczej i Sowieci przeszliby po trupie białej Polski dalej, na Zachód: „Przecież nie siedziałbym na tej ławeczce i nie oglądałbym sobie tych map, myśląc przy tym to, co myślę? Pewnie w ogóle bym się nie urodził, bo moi rodzice pojechaliby do łagru i to zanim się jeszcze poznali. Tu więc, o tu właśnie, gdzie te czerwone kółka nad Wieprzem oznaczają początek ofensywy Piłsudskiego na północ, początek tego wspaniałego manewru, który uratował wtedy Polskę, jest miejsce, w którym – gdy o mnie chodzi – historia spotyka się z metafizyką, a gościńce, po których chodzą wielkie armie, przecinają się z dróżką, po której ja sobie w moim życiu idę”.









