wtorek, 29 listopada 2016

Nagroda MISTRZ dla Tomasza Burka


Nagrodę Honorową Środowiska 'Topoi' MISTRZ otrzymał Tomasz Burek.
Wręczenie statuetki i dyplomu nastąpiło 12 listopada w warszawskim Klubie Księgarza. Laudację wygłosił dr hab. Adrian Gleń.


fot. Tomasz Mieloch

fot. Tomasz Mieloch

fot. Tomasz Mieloch

niedziela, 27 listopada 2016

Nominacje dla "Afazji polskiej"


Zbiór esejów Afazja polska uzyskał nominacje do Nagrody im. Oskara Haleckiego (przyznawaną za najlepszą książkę historyczną roku - w kategorii książek popularnonaukowych poświęconych historii Polski w XX wieku), Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza i Nagrody Literackiej 'Identitas'.





O tradycji "Dziadów" w kulturze - rozmowa w Polskim Radio 24


W programie Jakuba Moroza, emitowanym na antenie Polskiego Radia 24, udział wzięli dr Mikołaj Mirowski (Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi) oraz dr Przemysław Dakowicz (Katedra Literatury i Tradycji Romantyzmu, Uniwersytet Łódzki).

Audycji można wysłuchać TUTAJ.



poniedziałek, 19 września 2016

Numer "Toposu" poświęcony twórczości Feliksa Netza



W najnowszym „Toposie” (2016, nr 4), poświęconym twórczości śp. Feliksa Netza, m.in. blok korespondencji Netz–Kass i Netz–Dakowicz.
Poniżej dwa wybrane listy z lat 2013-2015; całość w aktualnym numerze sopockiego dwumiesięcznika.











7 sierpnia 2013

Drogi Panie Przemysławie,

Wojtek Kass nie tyle poprosił mnie, co zażądał, abym ten wiersz [Chodasiewicz], który – jak wyczuwam – zrobił na nim mocne wrażenie, przesłał Panu, co czynię z prawdziwą przyjemnością.
Dłoń ściskam!


Feliks Netz




8 sierpnia 2013


Wielce Szanowny i Drogi Panie Feliksie,

wcale mnie nie dziwi, że Wojtek "zażądał"! Poczytuję to sobie za wielki przywilej, że mogłem być jednym z pierwszych czytelników Chodasiewicza. Dziękuję.
Wiersz jest wspaniały, piękny, gorzki jak piołun, ale dotykający prawdy, tej prawdy, która jest mi najbliższa - prawdy indywidualnej egzystencji zderzonej czy zestawionej z piekłem historii pożerającej dziesiątki i setki tysięcy. Jeśli mogę pozwolić sobie na jakąś fragmentaryczną interpretację, powiem tyle: w dyskretny, a jednocześnie całkowicie bezwzględny sposób dał Pan czytelnikowi możliwość wglądu w koszmar XX wieku w naszej części Europy. Ale opisał Pan wszystko jakby z boku, z dystansu, z perspektywy kogoś, kto nie uczestnicząc uczestniczy (więc, szczęśliwie, pozbył się Pan balastu patriotycznego, który, w czystej formie, szkodzi poezji). Szeroki oddech fraz, epickich w istocie, ale poprzez bogactwo szczegółu widzialnego i dotykalnego niejako przenoszących tam właśnie, w głąb katyńskiego dołu. Bo jeśli czaszka Chodasiewicza "jest, skoro mogła być" czaszką katyńską, to i czaszka czytelnika - w jakiś niezrozumiały sposób - staje się czaszką przestrzeloną. Czytając, czuję ten niemiecki ołówek we własnym mózgu. A to jest walne zwycięstwo literatury, która unaocznia, aktualizuje i angażuje!
Pięknie za ten wiersz dziękuję. Dziękuję za dopuszczenie do wspólnictwa. Bardzo bym chciał, by Chodasiewicz mógł prędko ukazać się w "Toposie" - może posłałby Pan go Krzysiowi Kuczkowskiemu?
Łączę niskie ukłony i wyrazy bliskości (ideowej, ludzkiej).
Najserdeczniej -

Przemysław Dakowicz

niedziela, 8 maja 2016

Drugie wydanie "Afazji polskiej", z posłowiem Tomasza Burka


Do księgarń trafiło właśnie drugie, poprawione wydanie Afazji polskiej.
Tom opatrzony został posłowiem dr. Tomasza Burka. Z tekstem można się zapoznać TUTAJ.


wtorek, 22 marca 2016

Rozmowa w "Lesie Rzeczy"


[źródło: "Las Rzeczy" 2016, nr 1]


Literatura jako pytanie o tożsamość – rozmowa z Przemysławem Dakowiczem

Aleksandra Karkowska: Jako studenci kierunku literaturoznawczego, często zastanawiamy się, czy w perspektywie współczesnych badań literaturoznawczo-kulturoznawczych literaturoznawstwo ma szansę się obronić? Czy jednak duże zainteresowanie kulturoznawstwem, czyli tą szerszą skalą, nie spowoduje, że literatura i literaturoznawstwo rozpłyną się w tej kulturoznawczej przestrzeni? Co Pan sądzi na ten temat?

Przemysław Dakowicz: Takie niebezpieczeństwo rzeczywiście istnieje – zmiany w przestrzeni kształcenia akademickiego idą w tym kierunku, by kosztem szczegółowych nauk filologicznych dowartościowywać nieco amorficzne „kulturoznawstwo”. Jest to związane z ogólną zmianą dokonującą się w przestrzeni kultury, z dyktatem obrazu i innych form ekspresji, które obywają się bez udziału słowa. Z drugiej strony – trudno sobie wyobrazić ludzką rzeczywistość bez literatury, a więc także: bez literaturoznawstwa. Kultura ma kilka źródeł: obraz, słowo i dźwięk. Początkiem ich wszystkich jest wszakże myśl, dochodząca do głosu w każdym wytworze kultury. Słowo bodaj najściślej przylega do myśli, język usiłuje odwzorować jej strukturę. Dlatego skłonny byłbym traktować literaturę jako najpierwszą z dziedzin artystycznej działalności podejmowanej przez człowieka. Literatura i literaturoznawstwo będą trwać, dopóki będzie w człowieku potrzeba opowiadania, wyrażania emocji i uczuć. Choć – tego nie da się nie zauważyć – zakres ich oddziaływania stopniowo się zmniejsza.

AM: Czy mógłby Pan opowiedzieć o poszukiwaniach tożsamości na przykładzie swojej twórczości, by przywołać choćby wiersz „Mój prapradziadek Jan”. Jak istotne są te poszukiwania dla Pana?

PD: Kultura od początku koncentruje się na dwóch zagadnieniach – pyta o świat, czym jest i jaki jest, a także o człowieka, o jego miejsce w kosmosie, o cel i sens życia. W myśli starożytnej te dwa nurty refleksji uosabiają, z jednej strony – jońscy filozofowie przyrody, z drugiej – Sokrates. Pytania presokratyków przejęły ostatecznie nauki przyrodnicze, pytania Sokratesa (i wiele innych) zadaje literatura. Być może, najważniejszym przeznaczeniem literatury jest właśnie poszukiwanie tożsamości, jakaś najbardziej pierwotna praca świadomości. Jeśli miałbym w skrócie opisać obszar moich literackich pasji, musiałbym chyba powiedzieć, że od zawsze zajmują mnie dwie kwestie. Po pierwsze: kim jest ten, z którym obcuję, poznając dzieło literackie. Chyba się nie zdarzyło, by jakiś twórca, którego dzieło mnie zachwyciło, nie interesował mnie również jako człowiek. Na ogół ten początkowy zachwyt wywołany przez książkę budził potrzebę zaznajomienia się z życiem jej autora, nawet jeśli miałoby się ono okazać nadzwyczaj nudne. Zwykle okazywało się, że to, co zachwyca w dziele, znajduje potwierdzenie w biografii. Bo w swoich najcelniejszych przejawach literatura jest narzędziem ekspresji „ja”, przestrzenią wypowiedzenia tego, kim jesteśmy, jak sami siebie postrzegamy i rozumiemy. Jako czytelnik mogę tę wypowiedź odbierać i odnosić ją do siebie. Chcąc nie chcąc, odpowiadam również na pytanie, kim jestem wobec tego kogoś, kto mówi z dziele. Każda istotna książka, tzn. taka, która zakorzeniona jest w indywidualnej egzystencji twórcy, która w jakiś sposób ją ujawnia – staje się dla mnie lustrem. W procesie pisania to wszystko ulega jeszcze uwyraźnieniu i zwielokrotnieniu. Wydaje mi się, że literatura, która sobie tego podstawowego pytania o tożsamość nie zadaje, po prostu nie ma sensu. Ona się wtedy zmienia w zabawę, w grę, zatraca swoje personalistyczne oblicze, wikła się w pułapki języka, bo język uznaje za swój ostateczny cel.
Często gdy myślę o uwikłaniu literatury w samą siebie, kiedy zastanawiam się nad współczesną kulturą, służącą niemal bez wyjątku tworzeniu sztucznych światów i rozrywce, przypominają mi się słowa z Pascalowskich Myśli. Odnoszę je również do moich własnych pisarskich zatrudnień – bo literatura nie jest i nigdy nie będzie celem ostatecznym. Cały drugi dział majsłynniejszego dzieła Pascala, opatrzony tytułem Nędza człowieka bez Boga wart jest najgłębszego namysłu. Ponieważ nie mamy tu zbyt wiele miejsca, wybieram trzy urywki. Fragment 168. (wg porządku Brunschwiga): Nie mogąc znaleźć lekarstwa na śmierć, nędzę, niewiedzę, postanowili – aby osiągnąć szczęście – nie myśleć o tym. Fragment 141.: Ludzie wypełniają sobie życie gonitwą za piłką i zającem: jest to przyjemność nawet królów. Fragment 139.: Nie owego miękkiego i spokojnego używania, które pozwala nam pamiętać o naszym stanie, szukamy; ani niebezpieczeństw wojny, ani mozołów urzędu, ale zgiełku, który odwraca nasze myśli i jest dla nas rozrywką. Większa część kultury tworzonej przez człowieka w ostatnich dekadach z tego nurzania się w zgiełku, z upartego „nie myśleć o tym”, z gonitwy „za piłką i zającem” się wywodzi.

AM: Odnosząc się do tego, co Pan powiedział, czy to jest warunek sine qua non literatury – to konstytuowanie się, odnajdywanie się, poszukiwanie tożsamości? Taki, który był, jest i będzie? Czy myśli Pan, że za kilka, kilkanaście lat, gdy Pana córka przeczyta wiersz „Patrzymy przez okno”, też będzie poszukiwała wzorców, matryc?

PD: Wierzę, że tak właśnie się stanie. Że moja córka będzie w stosownym czasie poszukiwała odpowiedzi na najistotniejsze pytania. Wiersze, które dotychczas pisałem, w rozmaity sposób próbują być lustrem dla osoby, dla konkretnego, pojedynczego człowieka. Lustrem, które rozmaite prawdy ujawnia – to znaczy pyta o źródła i korzenie współczesności, o przyczyny i konsekwencje naszych cywilizacyjnych wyborów. Pyta niekiedy w najprostszy sposób, jak ten wiersz, który Pani przywołała: o to, kim jesteśmy w procesie życia, o to, jak się zmieniamy, kim byliśmy przed chwilą, dzień, pięć dni, miesiąc, rok, dziesięć lat temu, a kim jesteśmy dzisiaj. Przedmiotem namysłu jest tu zatem pewien rodzaj ciągłości, coś, co na początku nazwaliśmy tożsamością.

OK: A czy dla Pana literatura jest także swoistym albumem pamięci? Dzięki temu, że wraca Pan do swoich wierszy sprzed kilku lat, przypomina Pan sobie moment tworzenia i chwile, które ten wiersz zawiera?

PD: Nieszczególnie chętnie wracam do tego, co już napisane. Zdarza się, że trzeba sobie coś przypomnieć – zazwyczaj jest to związane z sytuacją spotkania autorskiego. Z rozmów z moimi piszącymi kolegami wnioskuję, że większość z nas najmniej chętnie czyta najstarsze wiersze – jawią się nam jako nieaktualne, gorzej napisane, specyficznie „przeterminowane”. To nie zawsze jest prawda, oczywiście. Wróciłbym tu do metafory, która dwukrotnie pojawiła się w naszej rozmowie. Czytając starsze utwory, w pewnym sensie stajemy przed zwierciadłem, które pokazuje nas w niecodziennych proporcjach, jakbyśmy znaleźli się w „gabinecie luster”. Postać odbita przez szklaną taflę wydaje nam się nie w pełni tożsama z nami tu i teraz.

AM: Nie mogę się oprzeć i muszę zapytać o inspiracje antykiem. Czyli kolejne matryce, które odnajdujemy w Pana twórczości, na przykład centonu, nawiązanie do Termopil i Cheronei w „Afazji polskiej”. Czy osiągnięcia kultury basenu Morza Śródziemnego wpływają na Pana twórczość i tożsamość? Czy są to zaledwie echa poetyki antycznej?

PD: Powiedzieć, że mamy tu do czynienia z bezpośrednim związkiem, znaczyłoby chyba powiedzieć zbyt wiele. Tak, są to echa, odległe echa. Na tyle jednak wyczuwalne, by skłonić Panią do podjęcia tej kwestii, uznania jej za znaczącą. Jako osoba pisząca mam głębokie przeświadczenie dotyczące żywotności tego wszystkiego, co minęło i jest przez współczesnośćj traktowane jako niebyłe. Każdy, kto tkwi w procesie historycznoliterackim, powinien mieć świadomość, że nie wyskoczył jak Atena z głowy Dzeusa, że to, co robi – chce czy nie – stanowi dalszy ciąg wielowiekowego procesu. Postrzegam kulturę jako continuum. Wielokrotnie o tym pisałem, w Obcowaniu przede wszystkim. Kultura to nigdy niemilknąca rozmowa. Jeślibym się z tej rozmowy wyłączył, wszystko, co piszę, utraciłoby sens, stałoby się jałowe i błahe. Możliwość uczestniczenia w czymś, co nie kończy się na nas, co nie sprowadza się w prosty sposób do naszych osobistych wyborów – jest, w moim mniemaniu, podstawową wartością kultury.

OK: Czy owo continuum, powiązanie przeszłości i teraźniejszości, objawia się też w kategorii postpamięci? Czy nie jest tak, że nie tylko uporządkowanie i dialog zaplanowany, ale że pojawia się w nas coś, co jest echem przeszłości, ale nad czym nie mamy kontroli i czego nie jesteśmy w pełni świadomi?

AM: Można tu wspomnieć kategorię aporetyczności, o której pisała Katarzyna Bojarska w „Wydarzeniach po wydarzeniu”.

PD: Kategoria postpamięci stosuje się do następującej sytuacji: w rozmowie o doświadczeniu historycznym do głosu dochodzą potomkowie generacji, która zaznała zbiorowej traumy. Mamy tu do czynienia ze swego rodzaju projekcją w obrębie ponadindywidualnej pamięci – pokolenie bezpośrednich świadków przekazuje następcom pewien zasób informacji, obrazów i interpretacji. Stają się one istotnym, często nawet: niechcianym, składnikiem percepcji pokolenia młodszego. Czuję się „nosicielem” tego rodzaju spojrzenia na literaturę, do którego pojęcie postpamięci z powodzeniem można by zastosować – w obrębie mojej rodziny jestem kimś, kto (częściowo, fragmentarycznie, zgodnie ze swoimi umiejętnościami i wiedzą) wypowiada rodzinne doświadczenie wojny, wygnania, przemiany tożsamości, kto przedstawia dzieje własnych przodków, zmuszonych do opuszczenia swojego rodzinnego miasta Sokal i przeniesienia się w miejsce zupełnie nowe. Zadziwiające – pokolenie moich rodziców nie zwracało uwagi na te historie. Przychodzi jednak moment, kiedy bezpośredni świadkowie tamtych wydarzeń starzeją się i powoli zaczynają odchodzić, a wtedy pojawia się w kulturze potrzeba przechowania tego, co za chwilę może zniknąć. Literatura jest naturalnym rezerwuarem pamięci, to ona ma szansę „ujść cało”, to ona staje się „arką przymierza” między przeszłością a teraźniejszością. Ja się bardzo cieszę, że my po ’89 roku w ogóle mamy w kulturze możliwość wypowiadania prawd wcześniej objętych milczeniem. Gdyby wciąż istniał PRL, prawdopodobnie nie mielibyśmy tej możliwości. Prawda historyczna, pozostająca w ścisłym związku z doświadczeniem indywidualnej egzystencji, czekałaby na odkrycie – w kajetach, w notatnikach, w archiwach domowych. I, być może, nigdy by się do naszej zbiorowej świadomości nie przebiła. Po ’89 roku doszło do wielkiej rewolucji w zakresie ponadindywidualnej pamięci. Myślę, że kategoria postpamięci okazuje się niezwykle pomocna w dochodzeniu do rozumienia, gdzie się jako zbiorowość znajdujemy. Bez tej wiedzy nigdy nie bylibyśmy zdolni do odzyskania elementarnej równowagi; nazwijmy ją roboczo równowagą psychohistoryczną. Po dziesięcioleciach trwania tego schizofrenicznego, wewnętrznie sprzecznego tworu państwowego zwanego Polską Ludową, jesteśmy przecież niezrównoważeni, niezrównoważona jest nasza kultura. Wypowiadając to, co nie zostało wypowiedziane wcześniej, stwarzamy sobie szansę na normalność.

AM: Gdyby zechciał Pan na zakończenie opowiedzieć o aspekcie historiozoficznym swojej twórczości. Pozwolę sobie nawiązać do tomiku „Teoria wiersza polskiego”, którego tytuł jest prowokacyjny. Zwłaszcza dla studentów, którzy poszukując opracowań teoretycznych, natrafiają na tytuł, natrafiają na nazwisko, które im się kojarzy, myślą – to jest to, pokażę się na zajęciach, prawie Skwarczyńska. Sięgają, otwierają książkę, a tu siurpryza.

PD: A jakie jest pytanie?

AM: A pytanie brzmi następująco: Czy fundamentem tworzenia poezji polskiej jest historiozofia? Czy forma schodzi na dalszy plan?

PD: Teoria wiersza polskiego to nie jest książka, która byłaby zaplanowana, rozrysowana według jakiegoś schematu. Wszystko zaczęło się, jak zawsze, od trzech, czterech tekstów poetyckich, między którymi wytworzyło się jakieś napięcie, jakby wiersze podjęły ze sobą dialog. „Rozmowa” między tekstami toczyła się wedle reguł przeze mnie tylko przeczuwanych. W pewnym momencie dotarło do mnie, co jeszcze powinno się znaleźć w tej książeczce, by stała się ona w miarę kompletna. Wtedy też odsłonił się (może lepiej byłoby rzec: objawił się) tytuł całości. No i muszę powiedzieć, że rzeczywiście zamysł był dosyć bezczelny. Bezczelny, ponieważ tytuł Teoria wiersza polskiego sugeruje, że ktoś, kto książkę napisał, wierzy w możliwość objęcia całości, że jakaś całość – w naszej epoce fragmentów, szczątków i ścinków – jest w ogóle do pomyślenia. Ten ktoś musiał sobie pomyśleć: „Opowiem o tym, co jest naszym współczesnym doświadczeniem historycznym, posługując się językiem poezji, grając literackimi kalkami”. Gra z tradycją oznacza tu świadome unikanie pułapek poezji martyrologiczno-patriotycznej. Ironia, autoironia, pastisz, trawestacja, kryptocytat. Przy tym gra, która nie jest celem ostatecznym, ale środkiem do osiągnięcia założonych rezultatów. Chodziło o wywołanie fermentu, o zmuszenie czytelnika do złożenia jednoznacznej deklaracji – po której stronie się opowiada i co naprawdę obchodzi go w literaturze.
Pytała Pani, czy naczelną racją polskiej poezji jest refleksja historiozoficzna. Z całą pewnością – nie! Ale to ogromnie charakterystyczna cecha twórczości poetyckiej powstającej w tej części Europy. Proszę zwrócić uwagę, że najwybitniejsze dokonania „polskiej szkoły poezji” z namysłu nad porządkiem dziejów się zrodziły. Myślę o twórcach tej miary, co Czesław Miłosz czy Zbigniew Herbert. W oczach odbiorcy obcojęzycznego (szczególnie w obszarze języka i kultury angielskiej) ta głębia wejrzenia w mroczny porządek historii odróżniała naszych poetów od ich sytych i zadowolonych kolegów z Zachodu. Ale – powtórzę tę oczywistość – gdyby literatura ograniczyła się do prezentowania problemów z pogranicza historii, polityki i etyki, prędko wyschłyby jej źródła.
Ze świadomości, że historia jest tylko jednym (wcale nie najważniejszym) z wymiarów, w jakich rozgrywa się życie, wyrasta ta część mojego pisania, którą znaczą eseje z Obcowania opatrzone wspólnym tytułem Nowoczesność schizofreniczna oraz, by wymienić rzeczy najnowsze, tomik Boże klauny i wydany w styczniu zbiór poematów Ćwiczenia duchowne.

Rozmawiały: Aleksandra Karkowska-Rogińska i Agata Mikołajko

Transkrypcja: Agata Mikołajko

wtorek, 1 marca 2016

Powrót Niezłomnych


Utwory pochodzą z drugiego wydania tomu Łączka, do którego dołączono płytę z kompozycjami Mikołaja Hertla.

Wykonują:
Ewelina Siedlecka-Kosińska (śpiew)
Jerzy Zelnik (recytacja)






czwartek, 11 lutego 2016

Rozmowa w radiowej Dwójce - nagranie


Wczorajszej audycji, poświęconej poematom z tomu Ćwiczenia duchowne, można wysłuchać TUTAJ.


Prowadzi red. Barbara Schabowska.


wtorek, 9 lutego 2016

Radiowa Dwójka - rozmowa o "Ćwiczeniach duchownych"


Termin emisji: środa, g. 21:30 – 22:30.
Program z cyklu Inny stan skupienia poprowadzi red. Barbara Schabowska.



poniedziałek, 8 lutego 2016

Lektura "Ćwiczeń duchownych" w "Kanonie Dwójki"


W przedpołudniowym paśmie drugiego programu Polskiego Radia, zatytułowanym „Kanon Dwójki”, prezentowane będą w tym tygodniu fragmenty poematów z tomu Ćwiczenia duchowne.


Emisja od poniedziałku do piątku między 11:10 a 11:20.



piątek, 22 stycznia 2016

NOWA KSIĄŻKA: "Ćwiczenia duchowne. Poematy"







Ćwiczenia duchowne. Poematy, Wydawnictwo „Sic!”, Warszawa 2016


--------------------------------------------------------

Ćwiczenia duchowne to poetycki szkic do portretu cywilizacji śródziemnomorskiej w jej schyłkowym stadium, które w innym miejscu nazywa Dakowicz „nowoczesnością schizofreniczną". Czy poezja po katastrofie jest jeszcze zdolna dotknąć tego, co realne? A może jej jedyny i ostateczny sens stanowi język – sam na siebie wskazujący, w siebie uwikłany, w sobie się przeglądający? Pytania te brzmią w każdym z poematów. Tak przemawia rozbita, zdezintegrowana, ironiczna świadomość kulturowa człowieka współczesnego, podejmująca karkołomną próbę scalenia obrazu świata.
Wszystkie sensy rodzą się tu w dialogu z przeszłością – z chrześcijańską literaturą mistyczną, z filozofią Kierkegaarda i jego następców, z myślą modernizmu. Podmiot tej poezji nie jest jednorodny – to raczej osobowość mnoga, mówiąca wieloma odrębnymi językami, usiłująca okiełznać bełkot dobywający się z jej własnego wnętrza, poszukująca dróg kulturowej i duchowej reintegracji.
Kiedy mówię, moje serce nie mówi wraz ze mną" – powtarza autor Ćwiczeń duchownych za Anneliese Michel, najsłynniejszą opętaną XX wieku. Tę niepokojącą formułę odnosi do kultury ostatnich stu kilkudziesięciu lat, zmuszając czytelnika, by udzielił własnej odpowiedzi na najbardziej palące pytania współczesności.

---------------------------------------------------------


Książka dostępna jest w księgarni Wydawnictwa „Sic!”:



oraz w księgarniach internetowych:



i w serwisie allegro.pl:





wtorek, 22 grudnia 2015

W radiowej Dwójce o "Afazji polskiej", "Obcowaniu" etc.


O Afazji polskiej mówią m.in. prof. Włodzimierz Bolecki, dr Tomasz Burek 
i Antoni Libera.

Audycji, której autorką jest Barbara Schabowska, można wysłuchać TUTAJ.



niedziela, 20 grudnia 2015

W "Twórczości" recenzja "Afazji polskiej"


Autorką omówienia, zatytułowanego Wychodzenie z milczenia, jest Agnieszka Czachowska.


Z tekstem można się zapoznać TUTAJ.





sobota, 19 grudnia 2015

"Afazja polska" nagrodzona przez Bibliotekę Narodową



Wybór jury Nagrody Literackiej Skrzydła Dedala, przyznawanej przez Bibliotekę Narodową, padł na Afazję polską.




Więcej informacji tutaj (wystarczy kliknąć w obrazek): 



Krótka informacja w radiowej Dwójce, która patronuje nagrodzie (wystarczy kliknąć w obrazek):


piątek, 18 grudnia 2015

Bezradność śmiertelnej ręki (4)



Kładę w tym miejscu kilka urywków, które nie zmieściły się w opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem – bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się ujawnienia, a pominiętych milczeniem.

Jezioro łabędzie i „narodowe osobliwości”

Ostatnie dni września 1939 roku, Moskwa. Na widowni teatru „Bolszoj” zasiada minister spraw zagranicznych III Rzeszy, Joachim von Ribbentrop. Przyleciał, by zakończyć negocjacje dotyczące podziału wojennych zdobyczy. Podczas przerwy w rozmowach dano mu obejrzeć Jezioro łąbędzie. Słucha więc, patrzy – i nie pamięta, jak bardzo zaskoczyły go zmiany proponowane przez Sowietów: po pierwsze – pełna likwidacja państwa polskiego, po drugie – oddanie ZSRS całej Litwy, w zamian za tereny Polski środkowej, które, według wstępnych ustaleń, miały się znaleźć po wschodniej stronie niemiecko-rosyjskiej granicy.
Traktat między Rzeszą a Związkiem Sowieckim podpisano 28 września. Po powrocie do kraju Ribbentrop będzie przedstawiał efekty swojej podróży jako sukces. W swoich zapiskach Goebbels oskarży go o brak realizmu. „Patrzy […] przez różowe okulary – napisze o Ribbentropie. – Tak, jakby bolszewizm był jedną z odmian narodowego socjalizmu. Teraz wszystko to, co wcześniej było zbrodnią, widzi się na różowo. Występuję przeciwko. My, naziści, musimy zawsze być ekstremistami, w pochwałach i naganach. Tu mniej byłoby więcej”. Albert Forster, gauleiter Gdańska, wyrazi pogląd, że minister spraw zagranicznych, czuł się wśród rosyjskich komunistów jak „wśród starych partyjnych towarzyszy”. Czy stwierdzenie to trafnie oddawało prawdę – trudno rozstrzygnąć.
Jedno nie ulega wątpliwości – w wyniku wrześniowych rozmów Niemcy i Rosjanie podpisali układ o przyjaźni i granicy między ZSRS i III Rzeszą, w którym mowa była m.in. o „przywróceniu pokoju i ładu na tym terytorium [Polski] i zapewnieniu żyjącym tam narodom pokojowego współistnienia, odpowiadającego ich osobliwościom narodowym”, o uznaniu granicy niemiecko-sowieckiej za „ostateczną”, o „niezbędnej przebudowie państwowej” zagarniętych terenów oraz o uczynieniu „wyżej wymienionej przebudowy […] niezawodnym fundamentem dalszego rozwijania przyjacielskich stosunków”.
Do traktatu dołączone zostały trzy tajne protokoły, z których ostatni odnosił się do Polaków. Obie strony deklarowały wolę bezwzględnego tępienia na zajętych przez siebie obszarach wszelkiej „agitacji polskiej dotyczącej terytorium drugiej strony”, likwidowania „wszystkich źródeł takiej agitacji”, a także wzajemnego informowania się „o środkach podejmowanych w tym celu”.
Kiedy Ribbentrop siedzi w fotelu wyściełanym pluszem, nie myśli jednak o traktatach i tajnych protokołach. Zajmuje go jedynie primabalerina Pawłowa, której władcy tego świata kazali tańczyć do wtóru surmom wojennym. W tej jednej chwili może grać rolę amatora sztuki baletowej, człowieka wysokiej kultury i wielbiciela ponadczasowego piękna.
Odetta i Zygfryd rzucają się ze skały. Przemija postać świata. Jego Ekscelencja Joachim von Ribbentrop bije brawo.

Hitler w Warszawie

Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! / SA marschiert mit ruhig festem Schritt. / Kam'raden, die Rotfront und Reaktion erschossen, / Marschier'n im Geist in unser'n Reihen mit”. „Chorągiew wznieś! Szeregi mocno zwarte! / SA to marsz: spokojny, równy krok. / A rozstrzelani przez komunę i reakcję / Są pośród nas, i dumny jest nasz wzrok”. Słowa Horsta Wessela, „męczennika” ruchu nazistowskiego, brzmią na Okęciu. Jest 5 października 1939 roku, kilka chwil wcześniej wylądował tu samolot z Adolfem Hitlerem. Następnego dnia warszawskie gazety poinformują: „Wczoraj przed południem odbyła się […] wielka rewia wojsk niemieckich. W związku z tym ruch na mieście, w szczególności na linii Nowy Świat-Aleje Ujazdowskie, w Al. Jerozolimskich, w ul. Marszałkowskiej jako też na przyległych odcinkach ulic poprzecznych był wstrzymany – częściowo już od godz. 8 rano, całkowicie zaś od pół do 10-ej. Ograniczenia te trwały do godz. 1-ej, a na niektórych ulicach do 3-ej po południu”.
Choć w oficjalnym ogłoszeniu zabrakło słów o wizycie dyktatora, wiedziało o niej polskie podziemie, które podjęło próbę przeprowadzenia zamachu – niestety, nie udało się zdetonować ładunków wybuchowych. Niemcy wprowadzili nadzwyczajne środki bezpieczeństwa – zamknięto całe ulice, ludność z kamienic stojących wzdłuż trasy przejazdu trzymano pod kluczem. Po opustoszałym środmieściu poruszało się auto wyposażone w megafon, z którego usłyszeć można było następujący komunikat (zachowuję oryginalny kształt językowy): „Odtąd panowie cywile schodzą do bram. Nie wolno wychodzić na ulicę, podchodzić do okien, gdyż będzie strzelano”.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Bezradność śmiertelnej ręki (3)



Kładę w tym miejscu kilka urywków, które nie zmieściły się w opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem – bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się ujawnienia, a pominiętych milczeniem.

Całopalenie

Profesor Stanisław Swianiewicz, wykładowca Uniwersytetu Wileńskiego, kierownik działu studiów gospodarczych w Instytucie Europy Wschodniej w Wilnie, jeden z najwybitniejszych polskich znawców Związku Sowieckiego, we wrześniu 1939 roku otrzymuje powołanie do czynnej służby wojskowej. W macierzystym pułku zostaje mu przydzielona funkcja dowódcy taboru. Przechodzi szlak bojowy od Piotrkowa Trybunalskiego, przez Dorohusk, Tomaszów Lubelski, Suchowolę, aż do Krasnobrodu nad Wieprzem.
Kiedy ustają walki pod Krasnobrodem, otrzymuje od swojego bezpośredniego zwierzchnika, ppłk. Gustawa Nowosielskiego, pozwolenie na to, by sam decydował o swoim losie. Rozważa możliwość opuszczenia oddziału, poczucie honoru nakazuje mu jednak pozostać z towarzyszami broni. W decyzji tej utwierdza go wspomnienie pożegnania z najbliższymi: „Drewniany domek pośród dużego ogrodu na Antokolu. Stara mahoniowa kanapa. Nad kanapą wielki krzyż […]. Na kanapie w rząd siedzi czwórka naszych dzieci, najstarsze ma jedenaście lat, najmłodsze – pięć. Dziecięce oczy z ufnością wpatrzone we mnie. Przy mnie stoi żona. Mówię: »Rozpoczyna się zawierucha, której końca nikt nie jest w stanie przewidzieć. Nie wiadomo, kto będzie narażony na większe próby – czy ja w linii, czy wy tutaj. Pomódlmy się, aby Bóg dał nam łaskę i siłę zachować honor«”.
Podzielone są zdania co do kierunku marszu. Jedni opowiadają się za kierunkiem węgierskim, inni chcą dołączyć do oddziałów Sosnkowskiego, jeszcze niedawno walczących pod Lwowem. Są i tacy, którzy myślą o powrocie do rodzin. Grupa żołnierzy oferuje Swianiewiczowi miejsce w wozie gotowym do odjazdu. Nie pomaga zameldowanie o całej sprawie podpułkownikowi. Żołnierze dzielą się na grupki – jedni decydują się wracać, inni zostają z dowódcami. Nowosielski ustępuje. Rozpoczyna się niszczenie pistoletów i karabinów, które nie powinny dostać się w ręce sowieckie.
Zrozumiałem – wspomina Swianiewicz – że już żadne perswazje nie pomogą. […] Tymczasem podpalono oblany naftą stos broni. Płomień buchnął niemal momentalnie. Jednocześnie zerwał się wiatr, który porywał w górę palące się strzępy. Suchym trzaskiem wybuchały rzucone na stos paczki z amunicją. Na polanie zrobiło się gorąco. Ukośne czerwone płomienie zachodzącego słońca zmieszały się z odblaskami płonącego stosu, dziwnie zabarwiając konary pobliskich drzew. Miałem poczucie, że ogień z palących się resztek naszego dobytku pułkowego zapala świat dookoła i wszystko za chwilę rozpadnie się w gruzy”.

Polska - „epizod historyczny”

Po walkach w kampanii wrześniowej pułkownik Tadeusz Komorowski, późniejszy dowódca Armii Krajowej, przedostaje się do Krakowa. Nie posiada dokumetów, które umożliwiłyby mu swobodne poruszanie się po mieście. Dzięki pomocy przyjaciółki, pod pozorem chronicznego lumbago zostaje umieszczony w szpitalu bonifratrów. Lecznica staje się miejscem schronienia, ale także więzieniem – nie sposób się z niego wydostać bez załatwienia sprawy dowodu osobistego i zdobycia nowej tożsamości. Informacji o świecie zewnętrznym dostarczają odwiedzający – przede wszystkim rodzina i znajomi leżącego w tej samej sali radcy krakowskiego urzędu miejskiego. Przymusowe odosobnienie jest jak antrakt w teatrze – niepośledni aktorzy dziejowych wydarzeń trafiają za kulisy, gdzie sposobią się do odegrania roli, jaką przeznaczy im historia.
Pod koniec października jeden z odwiedzających przynosi informację o rozplakatowaniu w całym Krakowie Proklamacji Gubernatora Generalnego Hansa Franka. W obwieszczeniu mowa jest o „przeprowadzeniu wojskowego zabezpieczenia obszarów polskich w zakresie niemieckiego obszaru zainteresowań”, o „przywróceniu porządku”, o zakończeniu „epizodu historycznego, za który odpowiedzialność ponosić muszą zarówno zaślepiona klika rządowa byłego kraju polskiego jak i też obłudni podżegacze wojenni w Anglii”. Polska zostaje nazwana „tworem państwowym, który się więcej nie odnowi”. Doktor praw Frank informuje o rozkazach, jakie odebrał od Adolfa Hitlera – ma „dbać we formie stanowczej o to, aby w przyszłości zapewniony był w tym kraju stan pokoju”.
Owo enigmatyczne określenie – „we formie stanowczej” – nie wypełniło się jeszcze treścią. Jedenaście dni później w Collegium Novum aresztowani zostaną liczni profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczej. Trafią do niemieckich obozów koncentracyjnych. Zanim się to stanie, dowiedzą się jeszcze – jak wszyscy mieszkańcy Generalgouvernement – że życie swoje mogą „prowadzić [...] nadal według wiernie zachowanych obyczajów”, że choć kraj wymaga „organizacyjnego podciągnięcia Waszej wspólnej pracy”, „polską właściwość będzie [...] wolno zachować we wszystkich objawach społeczności”. „Uwolnieni od przymusu awanturniczej Waszej intelektualnej warstwy rządzącej – ogłasza Frank – pod potężną ochroną Wielkiej Rzeszy Niemieckiej spełniając powszechny obowiązek pracy, zrobicie dla tego celu to, co leży w Waszych siłach. Pod sprawiedliwą władzą zapracuje każdy na swój chleb powszedni”. Granice tego, „co leży w siłach” Polaków, będą odtąd wyznaczać światli reprezentanci Herrenrasse.
Któregoś dnia syn mężczyzny leżącego łóżko w łóżko z pułkownikiem Komorowskim wręcza obu pacjentom dwa kawałki brązu. „To pamiątki – wyjaśnia. – Resztki ze zburzonego przez Niemców pomnika grunwaldzkiego”. Ufundowany przez Ignacego Paderewskiego monument jest konsekwentnie niszczony od późnej jesieni 1939 roku – cokół ze szwedzkiego granitu zostaje wysadzony w powietrze, a uszkodzone, rozczłonkowane figury trafiają w głąb III Rzeszy.
Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Bezradność śmiertelnej ręki (2)



Kładę w tym miejscu kilka urywków, które nie zmieściły się w opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem – bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się ujawnienia, a pominiętych milczeniem.

Bez odpowiedzi

25 września 1939 roku, Slănic w Rumunii. Obraduje polski rząd. Mnożą się wzajemne pretensje. Minister pracy i polityki społecznej Marian Zyndram-Kościałkowski proponuje, by po wojnie przeprowadzić „wielki publiczny sąd nad rządem i marszałkiem co do prawidłowości dyspozycji i zaniedbań w sprawie grożącej wojny” (cytat z Dziennika E. Kwiatkowskiego). Premier i ministrowie pozbawieni są aktualnych informacji. Bywa, że jedynym źródłem ich wiedzy są pogłoski, jak ta o przekroczeniu przez Armię Czerwoną linii demarkacyjnej między III Rzeszą a Sowietami.
Następnego dnia ponowne posiedzenie rady ministrów. Eugeniusz Kwiatkowski odnotowuje w swoim dzienniku nieobecność Józefa Becka: „ma temperaturę […]. W Slănic deszcz i temperatura zimowa. Zwiększa się liczba zachorowań”. Rumuńskie władze naciskają na wyjazd ministra spraw zagranicznych, który ma być zakwaterowany w innym miejscu niż pozostali członkowie rządu.
27 września staje się jasne, że rząd polski traci poparcie aliantów: „Na terenie Francji ma szybko powstać nowy rząd polski”. W kolejnych dniach swoje poparcie wycofują także niektórzy spośród polskich dyplomatów akredytowanych w Rumunii. 28 września Kwiatkowski zapisuje m.in. następującą informację: „W biurze prefektury uzyskujemy przepustki dla swobodnego chodzenia po osadzie. Zaraz za hotelem ustawiono zamknięcie wzdłuż szosy, odgradzając nas od osady”. Podczas popołudniowego posiedzenia rządu Tadeusz Kasprzycki, minister spraw wojskowych, indagowany o sytuację militarną w Rzeczypospolitej, „nie potrafi dać odpowiedzi”.
Dwa dni później do publicznej wiadomości zostaje podana informacja o zrzeczeniu się funkcji prezydenta RP przez Ignacego Mościckiego. Jego następcą zostaje przebywający w Paryżu Władysław Raczkiewicz, który zadanie sformowania nowego rządu powierza generałowi Władysławowi Sikorskiemu. Członkowie rady ministrów przebywający w Slănic redagują dwie depesze – do ustępującego prezydenta, któremu dziękują za dotychczasową służbę, oraz do Raczkiewicza: „Rząd polski pod bezpośrednim naciskiem sił zbrojnych najeźdźców, nie mogąc dopuścić do dostania się władz naczelnych w ręce nieprzyjaciół, zmuszony był do opuszczenia granic państwa. Rząd został następnie pozbawiony warunków koniecznych do wykonywania swych zadań. Zawiadomiony w dniu dzisiejszym o przekazaniu Panu Prezydentowi najwyższej władzy państwowej, rząd wyraża Panu Prezydentowi hołd, zgłaszając równocześnie swą dymisję”.

Dyrektywy z Moskwy

1 października 1939 roku, Moskwa. Podczas posiedzenia Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) zostają podjęte kluczowe dycyzje dotyczące kształtu życia społecznego i politycznego na zajętych przez Armię Czerwoną terenach II RP.
Szczegóły ustaleń podjętych w stolicy Związku Sowieckiego znaleźć można w wyciągu z protokołu, który polscy historycy odnaleźli w archiwach białoruskich. Jest to suchy dokument urzędowy, którego lektura wywołuje na przemian uczucie przerażenia i wszechogarniającej nudy. Za nieznośną monotonią i wewnętrzną drętwotą kolejnych instrukcji i rozkazów kryje się dramat setek tysięcy ludzi.
KC WKP(b) nakazuje zwołanie „Ukraińskiego Zgromadzenia Ludowego” oraz „Białoruskiego Zgromadzenia Ludowego”. Owe gremialne ciała reprezentujące władzę komunistyczną powinny uchwalić przekazanie „ziemi obszarniczej” w ręce chłopów oraz „rozstrzygnąć” kilka kwestii zasadniczych, na zawsze zmieniając ustrojowy i państwowy status wschodnich ziem międzywojennej Polski: 1. kwestię charakteru władzy („radziecka” czy „burżuazyjna”); 2. kwestię przynależności lub braku przynależności do Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich; 3. kwestię upaństwowienia (lub pozostawienia w rękach prywatnych właścicieli) banków i przedsiębiorstw przemysłowych.
Głosowanie ma się odbyć za trzy tygodnie. Jest to termin krótki, dlatego zaleca się „uproszczenie” procedur znanych z wyborów do Rady Najwyższej ZSRS i republik związkowych. Zgromadzenia Ludowe powinny uchwalić przyłączenie nowych ziem do Związku Sowieckiego, wprowadzić rządy „Władzy Radzieckiej” oraz zaaprobować nową strukuturę własności. Teksty deklaracji wystosowanych przez Zgromadzenia Ludowe muszą zostać opracowane przez Komitety Centralne Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy oraz Komunistycznej Partii (bolszewików) Białorusi – za przebieg akcji odpowiadają osobiście towarzysze Chruszczow i Ponomarienko.
W obszarze zainteresowań najwyższych dostojników sowieckich znajdują się także procedury formowania na zagarniętych terenach nowych organizacji komunistycznych, „reorganizacja” związków zawodowych, objęcie zarządem komisarycznym polskich banków, a także przywrócenie łączności pocztowo-telegraficznej.
W osobnym punkcie zawarto wskazania dotyczące cen podstawowych produktów: „za sól – 20 kop. za kilogram na terytorium Zachodniej Ukrainy, 20 kop. za kilogram na terytorium Zachodniej Białorusi; zapałki – 3 kop. za małe pudełko; nafta – 65 kop. za litr na terytorium Zachodniej Ukrainy, 66 kop. za litr na terytorium Zachodniej Białorusi; machorka – 50 kop. za 50-gramową paczkę”.
Ciekawość współczesnego czytelnika dotycząca owej dodatkowej kopiejki za naftę „białoruską” zapewne nigdy już nie zostanie zaspokojona.


Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).

Bezradność śmiertelnej ręki (1)



Pisanie o historii to czynność beznadziejna. Kiedy kronikarz siada nad pustą kartą, wierzy, że zdoła ogarnąć wszystko, co najważniejsze, że odszuka i wskaże linie główne i poboczne, że z jego opisu wyłoni się jasny obraz minionego czasu. Ale całość jest złudzeniem, a każda synteza rodzajem intelektualnego preparatu, tak przystającego do rzeczywistości, jak pojedyncza czarno-biała fotografia przystaje do realnej plątaniny miejskich ulic, różnorodności budowli i setek tysięcy ludzkich twarzy, losów, opowieści.
Niczego nie da się dotknąć.
Życie przecieka między palcami śmiertelnej ręki trzymającej pióro.
Narracja ma własne prawa. Trzeba czuwać nad jej porządkiem i kompozycją – w przeciwnym wypadku zatraci swoje znaczenia, przemieni się w niezborną gadaninę, powróci do pierwotnego chaosu życia, do jego anonimowości i znikomości. Bo tego, co pozbawione jest konstrukcji, umysł nie ogarnia. Pamięć prześlizguje się po bezładzie i nie natrafiwszy na punkty orientacyjne, dąży dalej.
Kiedy przystępowałem do pisania Afazji polskiej, wydawało mi się, że wystarczy kilkadziesiąt krótkich esejów, by ukazać zagładę dawnego świata, by, choćby szkicowo, zrekonstruować odchodzenie ludzi i przedmiotów. Wiem – bez takiego naiwnego przekonania żadne pisanie nie byłoby możliwe. Podczas kilkunastomiesięcznej pracy historia naszej części Europy objawiła mi się jednak jako doskonała plątanina wątków, obrazów i opowieści. Każdy głos, każda twarz, każde istnienie domaga się tu utrwalenia. Każdy szept, jęk i krzyk mówią: zapisz, przechowaj. A ja nie mogę ocalić wszystkiego, wszystkiego przechować.
Kładę w tym miejscu kilka scen, które nie zmieściły się w opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem – bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się ujawnienia, a pominiętych milczeniem.

Polska Międzynarodówka

Lwów, październik 1939. W kinie „Apollo” odbywa się uroczysta akademia wdzięczności dla Armii Czerwonej, która właśnie „uwolniła Zachodnią Ukrainę i Zachodnią Białoruś spod jarzma pańskiej Polski”. Nastrój ludowego wiecu – źle skomponowane, pompatyczne oracje, poezja propagandowa, gremialne śpiewy. Na sali sowieccy żołnierze i miejscowa ludność. Kiedy uroczystość dobiega końca, zgromadzeni wstają z krzeseł, by wspólnie wykonać Międzynarodówkę – ma to być demonstracja jedności i zgody między „oswobodzicielami” a „oswobodzonymi”. Polska młodzież podejmuje pieśń. Sowieci śpiewają o ostatnim boju i krwawym trudzie, o bratnim związku, co ogarnie ludzki ród; Polacy podstawiają pod melodię własne słowa (tekst podaję za relacją Adama Jaza We Lwowie za Sowietów):

W kajdanach dzisiaj nasze ręce,
dziś bat nad nami wznosi wróg,
lecz wkrótce kres już naszej męce,
przed nami przyszłość, z nami Bóg

Niech w górę biały orzeł wzlata,
przed jego ciosem niech wróg drży,
położym kres tyranii kata,
bo Wielkiej Polski moc to my.

Wolna Polska powstanie,
mocy spełni się cud
zginiesz krwawy tyranie,
zwycięży polski lud.

Dla Polski damy nasze życie,
oddamy mienie swe i krew,
to Polska woła, czy słyszycie?
Niech wszystkie serca słyszą zew!

Wytrwajcie w wierze i nadziei,
zanieście je do bratnich mas,
a na śmierć idźcie po kolei,
gdy przyjdzie zmartwychwstania czas.

Ciąg dalszy w książce Afazja polska 2 (Warszawa: wyd. "Sic!", 2016).