niedziela, 16 lutego 2014

Miasto


[drugi z cyklu artykułów Afazja polska]





Za siedmioma górami, za siedmioma borami, na brzegu rzeki, która wolno toczyła swe wody, leżało miasto. Nie było wielkie, ale wystarczająco duże, by pomieścić we własnych murach ludzi różnych nacji, żyjących obok siebie i z sobą — Polaków, Żydów, Rusinów. Nie było zamożne, ale wystarczająco bogate, by jego mieszkańcy mogli się cieszyć, że przyszło im żyć tu właśnie, nie gdzie indziej.

Lokacja, czyli wrastanie

Autorzy wydanego w roku 1890 warszawskiego Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich piszą, że początki miasta wiążą się z osobą księcia Ziemowita mazowieckiego, który w roku 1424 wydał w Bełzie przywilej lokacyjny następującej treści [pisownia oryginalna]: „Pragnąc ażeby posiadłości nasze większego nabrały wzrostu, postanowiliśmy założyć miasto Sokale, które zakładając sprzedaliśmy w niem wójtostwo z 4 łanami gruntów, z łaźnią, z połową jatek rzeźniczych, piekarskich i szewskich, uczciwemu mężowi Mik. Schonals, mieszczaninowi krakowskiemu i jego prawym potomkom, za 150 grzywien. Tegoż Schonalsa uposaża książę szóstym denarem z czynszu od łanów, a trzecim od wszelkich osądzonych spraw, pozwala mu wystawić młyn na rzece Bug, zbudować folusz,  z czego połowę dochodu książę ma pobierać; nadaje mu dom, 4 ogrody, browar i słodownią, pozwala polować na sarny, zające, lisy i wiewiórki, łowić wszelkie ptactwo, oprócz sokołów, które dla siebie zachowuje; kopać rudę w gruntach miejskich, zakładać kuźnice, zastrzegając połowę dochodu dla siebie i swoich następców, pozwala nakoniec utrzymywać rybaka do łowienia ryb w Bugu na własne stołowe potrzeby. Mieszczan obdarza prawem magdeburskim, dozwala wrębu na opał i budowle, poławiać w rzece ryby wędą i siecią, zabrania, aby w odległości mili dokoła nie znajdowały się karczmy i ani jeden rzemieślnik”.
Po kilkakrotnym spustoszeniu miasta przez Tatarów ponownie trzeba było wydać przywilej lokacyjny. Wśród przepisów prawnych stworzonych dla mieszkańców Sokala na początku XVI w. na szczególną uwagę zasługuje ten, w którym mowa jest o procedurze powoływaniu rajców miejskich — dwaj z nich mają być „prawowierni”, a dwaj „ruskiego wyznania”.

„Śmierć drogo zapłacić”

2 sierpnia 1519 roku doszło pod Sokalem do bitwy między „hufcami ruskiej szlachty”, liczącymi – jak podają źródła – pięć tysięcy zbrojnych, a Tatarami, których miało być osiemdziesiąt tysięcy. Do tej przegranej przez polskie wojska bitwy nawiązał Jan Kochanowski we fraszce Na Sokalskie mogiły: „Tuśmy się mężnie przez ojczyznę bili / I na ostatek gardła położyli. / Nie masz przecz, gościu, złez nad nami tracić, / Taką śmierć mógłbyś sam drogo zapłacić”. Cnoty polskiego rycerza wysławiał w Pieśni o Fridruszu, który pod Sokalem zabit… Mikołaj Sęp-Szarzyński. W usta bohatera wiersza, Fryderyka Herburta, wkłada poeta i te słowa: „Bojaźń wyrodna w serce me nie wchodzi, / Lecz, mogąc pomóc, żywiąc, umrzeć szkodzi, / Choć miejsce wzywa, i dusza uczciwa / Krwią, ciałem, zbroją, sławę kupić chciwa. // Ale jeszcze trwa ten targ: otwórz bronę, / Otwórz, już mię wstyd mur mieć za obronę; / Niechaj przypłaci pohaniec zdradliwy, / Że tył mój widział, gdym zbrojny i żywy”.
W połowie XVII w. dwukrotnie gościł w Sokalu król Jan Kazimierz – po raz pierwszy, kiedy zdążał na odsiecz Zbaraża, po raz drugi przed bitwą pod Beresteczkiem (w mieście i jego okolicach obozowało wtedy ok 130 tys. zaciężnych). W czasie trwania konfederacji barskiej dwukrotnie nakładano kontrybucję na mieszkańców Sokala.

W II Rzeczypospolitej

Wszystkie te fakty przytaczam, by uzmysłowić sobie i czytelnikom, że Sokal międzywojenny nie był pierwszym lepszym punktem na mapie, że zapisał się w pamięci kulturowej jako jedno z miejsc znaczących, a wydarzenia historyczne, jakie zaszły w mieście i jego okolicach, już w wieku XVI traktowane były jako fakty o charakterze wspólnototwórczym.
O Sokalu piszę także z innego względu – wywodzili się stamtąd moi przodkowie po mieczu: prapradziadek Jan, trudniący się stawianiem kominów fabrycznych, cegielnianych i gorzelnianych (rodzinny przekaz mówi o jego udziale w budowie Politechniki Lwowskiej) oraz jego synowie — Feliks, wywieziony podczas wojny na Syberię, Karol, Franciszek (mój pradziadek), legionista Piłsudskiego Piotr i Kazimierz, żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza, uznany za zaginionego podczas kampanii wrześniowej (wdowa po nim zostanie zastrzelona przez Niemców, córka oddana będzie do przytułku).
W II Rzeczypospolitej Sokal był stolicą jednego z powiatów województwa lwowskiego i liczył niewiele ponad dziesięć tysięcy mieszkańców. Mieściły się tu szkoły i szpital powiatowy, sąd i kolegium nauczycielskie, urzędowały władze powiatu. Jak pisał  w książce Na gruzach marzeń Janusz Pieczkowski: „niczym klamry spinały [Sokal] dwa mosty drogowe. Na krańcu południowym most łączył miasto ze stacją kolejową i gościńcem biegnącym od Lwowa. […] Na północnym krańcu miasta był drugi most, który łączył z małą dzielnicą Zabuże i był przedłużeniem traktu biegnącego z Hrubieszowa”. Szczególną sławą cieszył się wśród wiernych klasztor o.o. bernardynów, położony na zachodnim brzegu rzeki. Pątnicy przybywający tu z najdalszych stron modlili się przed cudownym obrazem Matki Bożej Pocieszenia, z którym związana jest średniowieczna legenda o niewidomym malarzu, uzdrowionym podczas modlitwy przed ikoną na Jasnej Górze. Obraz wystawiony w ołtarzu bernardyńskiego kościoła miał być kopią Czarnej Madonny.
W pobliskiej Poturzycy, majątku należącym do rodziny hrabiów Dzieduszyckich, gościem bywał gen. Władysław Anders oraz oficerowie i żołnierze Samodzielnej Brygady Kawalerii z Brodów. W pałacu hrabiowskim odbywały się bale, a na błoniach nadbużańskich urządzano zawody hippiczne i manewry wojenne. Pieczkowski pisze, że jego rodzina została kiedyś zaproszona do obejrzenia ćwiczeń wojskowych: „Oglądaliśmy pozorowane natarcie spieszonych szwadronów, ogień artylerii prowadzony do wybranych celów i nawałę ogniową. Na sygnał trąbki, ze skrzydła ruszyła szarża konna rozwiniętych szwadronów. Był to porywający widok. Jeźdźcy, pochyleni nisko na karkach idących w galopie koni, głuchy tętent kopyt i błysk uniesionych szabli. Szli ławą jak huragan, jednym skokiem, nie załamując szyku przeszli nad szerokim rowem i zniknęli za najbliższym laskiem”.
Jeszcze nie przyszła Wielka Zawierucha, jeszcze nie zaczęli znikać ludzie, milknąć języki, jeszcze pojęcia nie zamieniły się miejscami.

Pełny tekst w książce Afazja polska (wyd. "Sic!", Warszawa 2015) 
http://www.ceneo.pl/Historia_i_literatura_faktu;szukaj-afazja+polska

czwartek, 13 lutego 2014

Afazja polska





W jednej z najsłynniejszych scen drezdeńskich Dziadów, rozgrywającej się w Salonie Warszawskim, młody Polak opowiada historię Cichowskiego. Był on „Żywy, dowcipny, wesół i sławny z urody; / Był duszą towarzystwa; gdzie się tylko zjawił, / Wszystkich opowiadaniem i żartami bawił”. Niedługo po zawarciu związku małżeńskiego Cichowski znikł. Policja znalazła jego płaszcz nad brzegiem Wisły — uznano, że się utopił i oficjalnie zamknięto sprawę. „Dlaczegoż on się zabił? — pytano, badano, / Żałowano, płakano; wreszcie — zapomniano”. Po pewnym czasie do żony Cichowskiego dotarła informacja, że jej męża widziano wśród podsądnych prowadzonych do Belwederu. Na nic zdały się wysiłki, by dowiedzieć się czegokolwiek od rosyjskich władz. Minęły kolejne trzy lata. Na mieście powtarzano plotki o ciężkim śledztwie, jakiemu poddany został więzień. Niebawem jednak „innych wzięto, o innych zaczęli mówić”. Skończyło się podobnie jak poprzednio: „wszyscy zapomnieli”.
Po kilkunastu latach od chwili zaginięcia Cichowski trafił jednak do domu. Powrócił, lecz zupełnie odmieniony — przedwcześnie postarzały, złamany psychicznie, zalękniony. Jego rodzina, przyjaciele i znajomi spodziewali się, że zdradzi im szczegóły swojego uwięzienia, że opowie o metodach, jakich używano, by wyciągnąć z niego wiadomości — ale Cichowski milczał: „Pytany, myśląc zawsze, że jest w swym więzieniu, / Ucieka w głąb pokoju i tam pada w cieniu, / Krzycząc zawsze dwa słowa: »Nic nie wiem, nie powiem«!”.

„Straszliwa powłoka”

Młodzieniec opowiadający historię więźnia stwierdza, że całą przeszłość Cichowskiego dało się wyczytać z jego oczu: „na tym oku była straszliwa powłoka. / Źrenice miał podobne do kawałków szklanych, / Które zostają w oknach więzień kratowanych, / Których barwa jest szara jak tkanka pajęcza, / A które, patrząc z boku, świecą się jak tęcza: / I widać w nich rdzę krwawą, iskry, ciemne plamy, / Ale ich okiem na wskróś przebić nie zdołamy: / Straciły przezroczystość, lecz widać po wierzchu, / Że leżały w wilgoci, w pustkach, w ziemi, w zmierzchu”.
Jeśliby wyobrazić sobie Polskę w ludzkiej postaci, trzeba by dojść do wniosku, że w powojennych dziesięcioleciach prezentowała się jak Cichowski z Mickiewiczowskich Dziadów. Dwa totalitaryzmy — niemiecki i sowiecki — działające planowo i konsekwentnie na rzecz całkowitego przemodelowania wewnętrznej struktury tego zbiorowego organizmu, odniosły sukces. Polska zapadła się w siebie, zamknęła w sobie, pogrążyła w ciemnych i krwawych wspomnieniach, a co najgorsze i najbardziej tragiczne — utraciła wiarę w to, że kiedykolwiek będzie możliwe podniesienie się z upadku, z upodlenia. Wybrała małą stabilizację, tzn. ucieczkę od pamięci, próbę zbudowania nowej świadomości, oddzielonej grubą ścianą od tego, co w polskości nawarstwiało się przez wieki, co w niej źródłowe i pierwsze.
Bogu dzięki, zapaść nie była zupełna — niekiedy odzywały się głosy przeszłości, burzyła się krew, a wtedy ludzie stawali w szeregu, jeden obok drugiego, i próbowali bronić wartości dla nich najistotniejszych. Ale system wiedział, jak sobie radzić, miał gotowe scenariusze pacyfikacji. Najpierw wytrzebił Niezłomnych, wcześniej pozbawiając ich godności, stygmatyzując, nazywając „bandytami” i „faszystami”. Równocześnie trwała intensywna robota na „froncie” kultury (propaganda totalitarna lubuje się w porównaniach i metaforach wojennych)  — niedobitkom dawnych elit wbijano do głowy nowe hasła, ale przede wszystkim naprędce produkowano „nowe elity”, zdolne do niesienia „zdobyczy rewolucji” w świetlaną przyszłość. Kiedy robotnicy Poznania wyszli na ulice, by upomnieć się „o Boga, wolność, prawo i chleb”, wysłano przeciwko nim wojsko i milicję. Podobnie postąpiono z robotnikami Wybrzeża w grudniu 1970. Władza nie miała zamiaru się poddać.
„Solidarność” stanowiła erupcję ducha wolności tak wielką, że realnie zagroziła nie tylko stabilności Polski Ludowej, ale także wewnętrznej spoistości całego bloku wschodniego. Jej wyjątkowość polegała na tym, że wszystkie małe ogniska oporu, grupy konspiratorów dotąd działające w środowiskach lokalnych, na niewielką skalę, a przez to łatwo ulegające infiltracji i dezintegracji, połączyły się w jeden ruch. Taki przeciwnik musi zostać rozbity prędko, zanim zyska realny i trwały wpływ na masy społeczne. Z punktu widzenia komunistów stan wojenny jawił się jako konieczność. Nie rzekoma groźba wejścia Sowietów, ale strach przed utratą władzy motywowały kolejne posunięcia Jaruzelskiego i jego akolitów. Wojnę, jaką sowiecki generał w mundurze z polskimi symbolami narodowymi wydał nam wszystkim, należy ocenić jako jedną z największych zbrodni komunizmu w Polsce. Dlaczego? Bo zdławiła ona w zarodku to, co w nas najlepsze i najwznioślejsze — zdolność do przekraczania ograniczeń jednostkowego egoizmu, wrażliwość na los drugiego, umiejętność budowania wspólnoty losu i doświadczenia (na przekór historycznej prawidłowości, że ten, kto broni elementarnych wartości, zawsze ulegnie w starciu z bezrozumną nagą siłą).
Stan wojenny cofnął polską świadomość w rozwoju. Sprawił, że — jak pacjent, który podnosi się już z łoża boleści, uczy się chodzić, ale nieoczekiwanie zostaje zainfekowany — znaleźliśmy się w kryzysie głębszym niż kiedykolwiek wcześniej.

Ćwiczenia z mówienia

Polska postkomunistyczna przypomina człowieka z afazją, czyli kogoś, kto w wyniku ciężkiej choroby lub traumatycznych doświadczeń utracił zdolność mówienia, kogoś, kto zamknął się w sobie i nie potrafi uwolnić się od tragicznych wspomnień.
Przez długie dziesięciolecia tysiące apostołów kłamstwa pracowało na to, byśmy milczeli, byśmy zapomnieli, skąd przychodzimy. Ze zbiorowej świadomości próbowano na zawsze wyeliminować te jej składniki, które stały w sprzeczności z wizją „nowego człowieka”. O wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej, o losach naszych przodków wypędzonych z Wilna, ze Lwowa i z setek miast, miasteczek i wiosek, które przez stulecia należały do Polski i współkształtowały jej tożsamość, mogliśmy mówić jedynie w czterech ścianach własnych domów, a i to — ściszonym głosem. Nie opowiedzieliśmy sobie i światu historii sowieckiej okupacji — zsyłek, przesiedleń, realizowanej z całą bezwzględnością akcji eliminacji polskich elit intelektualnych i kulturalnych.
Przez przeszło cztery dekady z PRL-u płynęła w świat fałszywa wizja polskiej rzeczywistości, a w wyobraźni Europejczyków gnieździła się wersja naszej historii spreparowana tak, by służyła interesom innych.

niedziela, 2 lutego 2014

Wanda Zwinogrodzka o "Łączce"



Na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" (wyd. z 1.02.2014) ukazał się artykuł pt. Zęby smoka. Jego autorka, Wanda Zwinogrodzka, poświęca wiele uwagi tomikowi Łączka.

Poniżej fragment tekstu.

Całość dostępna jest TUTAJ.



Wanda Zwinogrodzka

Zęby Smoka

W sierpniu ubiegłego roku po tym, jak zidentyfikowano szczątki Hieronima Dekutowskiego „Zapory” i Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, łódzki poeta i literaturoznawca Przemysław Dakowicz napisał: „Bo »Łączka« to Polska. Bo Polska to »Łączka«”.
 
Czyżby?! Nie trzeba być zaraz wielbicielem TVN-u, żeby uznać to utożsamienie za niedorzeczne. Przecież Polska jest znacznie rozleglejsza niż Łączka, tyleż przestrzennie, co czasowo. Polska rozciąga się od Bałtyku po Tatry, historią sięga w głąb na dziesięć stuleci, o wiele dalej niż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. Żyje dniem dzisiejszym, nie cmentarną archeologią. Czym naprawdę jest, w jednym zdaniu nie sposób powiedzieć. Dlaczego miałaby być akurat Łączką?
 
Może dlatego, że to tam, na Łączce, tkwi gordyjski węzeł współczesnej polskiej świadomości, to straszne splątanie bezprzykładnego heroizmu i haniebnej zdrady, zapomniane, wyparte, zalane asfaltem, bo zbyt trudne, aby je pojąć i zaakceptować, ogarnąć myślą, rozważyć w sumieniu?
 
To wtedy, gdy tamtejsze doły zapełniano ciałami bohaterów podziemia, Polska pękła na pół. Nie w czasie wojny, gdy rozszarpali ją dwaj okupanci i nie wskutek Okrągłego Stołu, ani tym bardziej – katastrofy smoleńskiej. Wówczas, gdy jedni Polacy torturowali, mordowali i cichcem, o zmroku, zakopywali innych, gdy rodziny jednych szalały z rozpaczy, tęsknoty i bólu, a inne rodziny nie chciały tego jęku słyszeć, by cieszyć się spokojem w „małym mieszkanku na Mariensztacie” albo co gorsza szydzić z „zaplutych karłów reakcji” – to wtedy właśnie zniszczona została narodowa wspólnota losu. Przez następne siedemdziesiąt lat nie udało się jej odtworzyć. I nadal się nie uda, dopóki nie stawimy czoła prawdzie, zagrzebanej na Łączce. Bo tam właśnie bije ciemne źródło strumienia, który przeciął PRL i III RP. Rozdzielił tych, którzy wylegali na ulice w Czerwcu’56 i Grudniu’70, od tych, którzy strzelali do tłumu. Działaczy Solidarności od popleczników stanu wojennego, „lud smoleński” od „resortowych dzieci”.
 
Dlatego młot pneumatyczny, którym zespół prof. Szwagrzyka rozłupał nawierzchnię powązkowskich alejek, był jak skalpel rozcinający najboleśniejszy wrzód polskiej duszy. Pisał Dakowicz: „Wysiłek podjęty przez ekipę badaczy, której przewodzi profesor Krzysztof Szwagrzyk, ma wymiar nie tylko historyczny, ale także etyczny. Rekonstruujemy nie tylko pamięć i tożsamość, odzyskujemy także zdolność jednoznacznej oceny moralnej »czynów i rozmów« – jeśli nazywamy Stanisława Kasznicę, Hieronima Dekutowskiego, Zygmunta Szendzielarza, Witolda Pileckiego, Łukasza Cieplińskiego i innych bohaterami, to tych, którzy doprowadzili do ich uwięzienia, śmierci i hańbiącego pochówku, musimy uznać za oprawców, przestępców i przeniewierców. Przywracanie tożsamości bezimiennym szczątkom oznacza zatem także zdarcie masek z twarzy tych, którzy przez dziesięciolecia podawali się za patriotów i »zbawców ojczyzny« […]”.


Te przejmujące wiersze wywołują z mroku cienie pomordowanych. Lokują je w potoku czasu, w którym cierpienie „Zapory”, „Odyńca, „Żelaznego” poprzedza kaźń Łukasińskiego, samobójstwo Witkacego, profanacja grobu, w którym pochowany został Ossendowski. Przede wszystkim konfrontują nas z naszą własną zakłamaną świadomością. [...]


Całość w "Gazecie Polskiej Codziennie" z 1.02.2014.



WANDA ZWINOGRODZKA - Absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Do 1990 r. pracowała w macierzystej uczelni, współpracowała jednocześnie z Instytutem Sztuki i Instytutem Badań Literackich PAN.
W 1984 roku zadebiutowała jako publicystka na łamach podziemnej „Arki” (pod pseudonimem „Zofia Krzyżanowska”). W 1990 była współzałożycielką i redaktorką „Tygodnika Literackiego”, w latach 1991-1992 pracowała w redakcji miesięcznika „Dialog”. W 1991 roku stypendystka National Forum Foundation w USA. W latach 1991 – 1993 członek Rady Promocyjnej Fundacji Kultury.
Od 1989 do 1994 była stałą recenzentką teatralną „Gazety Wyborczej”. Jest autorką kilkuset tekstów z rozmaitych dziedzin historii i krytyki kultury (teatr, literatura, film, życie kulturalne i obyczajowe, mity świadomości zbiorowej i fenomeny świadomości potocznej) drukowanych w ciągu kilkudziesięciu lat na łamach różnych czasopism m.in. „Arki”, „Dialogu”, „Pulsu” (Londyn), „Mówią Wieki”, „Pamiętnika Teatralnego”, „Tygodnika Literackiego”, „Gazety Wyborczej”, „Zeszytów Literackich”, „Tygodnia Polskiego” (Londyn), „Teatru”, „Literatury na Świecie”, „Gazety Polskiej Codziennie”, „Uważam Rze”, „Na Poważnie”.
Od 1994 do 2012 r. pracowała w TVP. W latach 2006-2012 była kierownikiem artystycznym Teatru Telewizji, a w latach 2006-2008 także zastępcą dyrektora Agencji Filmowej TVP S.A. ds. artystyczno-literackich. Uruchomiła wówczas nowy cykl emisyjny Teatru Telewizji – „Scenę Faktu”, gdzie pokazywano spektakle dokumentalne będące rekonstrukcją wydarzeń z najnowszej historii Polski, w tym tytuły tak głośne jak Inka 1946, Śmierć rotmistrza Pileckiego, Afera mięsna, Prymas w Komańczy. 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Natalia Tokarczyk o "Łączce"


Na stronach portalu internetowego ARCANA można przeczytać omówienie tomiku Łączka. Jego autorką jest Natalia Tokarczyk.
Z tekstem recenzji można zapoznać się TUTAJ.



sobota, 18 stycznia 2014

Robert Tekieli o "Łączce"


Na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" ukazała się recenzja Łączki. Autorem tekstu jest Robert Tekieli. 
Niżej jego fragment.


Robert Tekieli
Kiedy wstałem, tłukło ołowiem

Ukazał się kolejny tom poezji Przemysława Dakowicza. Jego tytuł Łączka mówi wiele o tematyce tych wierszy, jednak to nie jest okolicznościowa poezja patriotyczna, ale ascetyczna w tonie i wybitna artystycznie twórczość, oddająca sprawiedliwość skrzywdzonym przez historię.

„Schodzą się. Z dziurami w głowach, w klatkach/na serce. Zsuwają ze strychów, z poddaszy./Uchodzą z okrążenia, wymykają się obławie”. Żołnierze Wyklęci. Bohaterowie, „chrząszcz nosił ich na plecach”. „Takich malutkich, wysuszonych, łaknących”. 

Oto bohaterowie wierszy Dakowicza: Hieronim Dekutowski „Zapora”, skazany na siedmiokrotną karę śmierci, Witold Pilecki, jeden z najdzielniejszych żołnierzy czasów nowożytnych, ppor. Antoni Wodyński „Odyniec” – bohaterowie, najodważniejsi spośród naszych przodków. Poezja Dakowicza jest ascetyczna, bo ciężar, który musi unieść, przekracza siły wyobraźni, przekracza siły naszej polskiej wspólnoty. „Skostniałe dłonie, grunt/jak kość, wirują płatki śniegu,/kołaczą w głuche wieko:/hej, jest tam kto?”. Na szczęście zaczynamy jako zbiorowość oddawać im sprawiedliwość. Dopóki jednak w każdym dużym mieście nie staną pomniki Żołnierzy Wyklętych w miejsce zakłamujących historię czterech śpiących, w miejsce Berlingów i Świerczewskich, dopóty pokolenie Solidarności nie będzie mogło spojrzeć sobie w oczy ze spokojem. Zaciągnęliśmy wielki dług. Dzięki Żołnierzom Wyklętym, dzięki powstańcom Warszawy nie byliśmy kolejną sowiecką republiką. Poezja Dakowicza spłaca te nasze zobowiązania pamięci. I Dakowicz robi to w sposób poruszający serca.

[całość w "Gazecie Polskiej Codziennie" z 16 stycznia 2014 r.]



Robert Tekieli - ur. w 1961; współzałożyciel i redaktor naczelny "bruLionu"; były członek Rady Programowej TVP (1998-2005), przez pewien czas jej przewodniczący; pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego tygodnika "Ozon"; obecnie publicysta "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie"; ostatnio wydał książki Zmanipuluję cię kochanie oraz Egzorcyzmy i opętania.

sobota, 11 stycznia 2014

"Łączka" - gdzie kupić książkę


"Łączka" jest już dostępna w kilku sklepach internetowych. 
Poniżej lista księgarń, w których można kupić książkę.
Aby przejść do wybranej księgarni, należy kliknąć w jej logo.

http://www.ksiegarnia.arcana.pl/Przemyslaw-dakowicz-laczka,1406.html#post

http://prus24.pl/bookstore,catalog,ksiazki.html?author=3889

http://www.poczytaj.pl/278173

http://multibook.pl/pl/p/Przemyslaw-Dakowicz-Laczka/3513

http://www.eksiegarnia.pl/Laczka-Dakowiczoptw;s,karta,id,318198

http://ksiegarnia-meritum.pl/index.php?route=product/product&product_id=52&search=dakowicz

wtorek, 7 stycznia 2014

Jan Pospieszalski o "Teorii wiersza polskiego"


W artykule Jana Pospieszalskiego Subiektywne kalendarium kultury 2013, opublikowanym na łamach "Przewodnika Katolickiego" (2014, nr 1), znalazło się kilka zdań na temat książki Teoria wiersza polskiego.

Z całym tekstem można się zapoznać TUTAJ.

sobota, 4 stycznia 2014

Wojciech Wencel o "Łączce"


Na łamach "Gościa Niedzielnego" (2014, nr 1) ukazał się felieton Wojciecha Wencla pt. Hortus conclusus. Rozmyślania nad tomem wierszy "Łączka".

Tekst można przeczytać TUTAJ.