niedziela, 2 lutego 2014

Wanda Zwinogrodzka o "Łączce"



Na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" (wyd. z 1.02.2014) ukazał się artykuł pt. Zęby smoka. Jego autorka, Wanda Zwinogrodzka, poświęca wiele uwagi tomikowi Łączka.

Poniżej fragment tekstu.

Całość dostępna jest TUTAJ.



Wanda Zwinogrodzka

Zęby Smoka

W sierpniu ubiegłego roku po tym, jak zidentyfikowano szczątki Hieronima Dekutowskiego „Zapory” i Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, łódzki poeta i literaturoznawca Przemysław Dakowicz napisał: „Bo »Łączka« to Polska. Bo Polska to »Łączka«”.
 
Czyżby?! Nie trzeba być zaraz wielbicielem TVN-u, żeby uznać to utożsamienie za niedorzeczne. Przecież Polska jest znacznie rozleglejsza niż Łączka, tyleż przestrzennie, co czasowo. Polska rozciąga się od Bałtyku po Tatry, historią sięga w głąb na dziesięć stuleci, o wiele dalej niż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. Żyje dniem dzisiejszym, nie cmentarną archeologią. Czym naprawdę jest, w jednym zdaniu nie sposób powiedzieć. Dlaczego miałaby być akurat Łączką?
 
Może dlatego, że to tam, na Łączce, tkwi gordyjski węzeł współczesnej polskiej świadomości, to straszne splątanie bezprzykładnego heroizmu i haniebnej zdrady, zapomniane, wyparte, zalane asfaltem, bo zbyt trudne, aby je pojąć i zaakceptować, ogarnąć myślą, rozważyć w sumieniu?
 
To wtedy, gdy tamtejsze doły zapełniano ciałami bohaterów podziemia, Polska pękła na pół. Nie w czasie wojny, gdy rozszarpali ją dwaj okupanci i nie wskutek Okrągłego Stołu, ani tym bardziej – katastrofy smoleńskiej. Wówczas, gdy jedni Polacy torturowali, mordowali i cichcem, o zmroku, zakopywali innych, gdy rodziny jednych szalały z rozpaczy, tęsknoty i bólu, a inne rodziny nie chciały tego jęku słyszeć, by cieszyć się spokojem w „małym mieszkanku na Mariensztacie” albo co gorsza szydzić z „zaplutych karłów reakcji” – to wtedy właśnie zniszczona została narodowa wspólnota losu. Przez następne siedemdziesiąt lat nie udało się jej odtworzyć. I nadal się nie uda, dopóki nie stawimy czoła prawdzie, zagrzebanej na Łączce. Bo tam właśnie bije ciemne źródło strumienia, który przeciął PRL i III RP. Rozdzielił tych, którzy wylegali na ulice w Czerwcu’56 i Grudniu’70, od tych, którzy strzelali do tłumu. Działaczy Solidarności od popleczników stanu wojennego, „lud smoleński” od „resortowych dzieci”.
 
Dlatego młot pneumatyczny, którym zespół prof. Szwagrzyka rozłupał nawierzchnię powązkowskich alejek, był jak skalpel rozcinający najboleśniejszy wrzód polskiej duszy. Pisał Dakowicz: „Wysiłek podjęty przez ekipę badaczy, której przewodzi profesor Krzysztof Szwagrzyk, ma wymiar nie tylko historyczny, ale także etyczny. Rekonstruujemy nie tylko pamięć i tożsamość, odzyskujemy także zdolność jednoznacznej oceny moralnej »czynów i rozmów« – jeśli nazywamy Stanisława Kasznicę, Hieronima Dekutowskiego, Zygmunta Szendzielarza, Witolda Pileckiego, Łukasza Cieplińskiego i innych bohaterami, to tych, którzy doprowadzili do ich uwięzienia, śmierci i hańbiącego pochówku, musimy uznać za oprawców, przestępców i przeniewierców. Przywracanie tożsamości bezimiennym szczątkom oznacza zatem także zdarcie masek z twarzy tych, którzy przez dziesięciolecia podawali się za patriotów i »zbawców ojczyzny« […]”.


Te przejmujące wiersze wywołują z mroku cienie pomordowanych. Lokują je w potoku czasu, w którym cierpienie „Zapory”, „Odyńca, „Żelaznego” poprzedza kaźń Łukasińskiego, samobójstwo Witkacego, profanacja grobu, w którym pochowany został Ossendowski. Przede wszystkim konfrontują nas z naszą własną zakłamaną świadomością. [...]


Całość w "Gazecie Polskiej Codziennie" z 1.02.2014.



WANDA ZWINOGRODZKA - Absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Do 1990 r. pracowała w macierzystej uczelni, współpracowała jednocześnie z Instytutem Sztuki i Instytutem Badań Literackich PAN.
W 1984 roku zadebiutowała jako publicystka na łamach podziemnej „Arki” (pod pseudonimem „Zofia Krzyżanowska”). W 1990 była współzałożycielką i redaktorką „Tygodnika Literackiego”, w latach 1991-1992 pracowała w redakcji miesięcznika „Dialog”. W 1991 roku stypendystka National Forum Foundation w USA. W latach 1991 – 1993 członek Rady Promocyjnej Fundacji Kultury.
Od 1989 do 1994 była stałą recenzentką teatralną „Gazety Wyborczej”. Jest autorką kilkuset tekstów z rozmaitych dziedzin historii i krytyki kultury (teatr, literatura, film, życie kulturalne i obyczajowe, mity świadomości zbiorowej i fenomeny świadomości potocznej) drukowanych w ciągu kilkudziesięciu lat na łamach różnych czasopism m.in. „Arki”, „Dialogu”, „Pulsu” (Londyn), „Mówią Wieki”, „Pamiętnika Teatralnego”, „Tygodnika Literackiego”, „Gazety Wyborczej”, „Zeszytów Literackich”, „Tygodnia Polskiego” (Londyn), „Teatru”, „Literatury na Świecie”, „Gazety Polskiej Codziennie”, „Uważam Rze”, „Na Poważnie”.
Od 1994 do 2012 r. pracowała w TVP. W latach 2006-2012 była kierownikiem artystycznym Teatru Telewizji, a w latach 2006-2008 także zastępcą dyrektora Agencji Filmowej TVP S.A. ds. artystyczno-literackich. Uruchomiła wówczas nowy cykl emisyjny Teatru Telewizji – „Scenę Faktu”, gdzie pokazywano spektakle dokumentalne będące rekonstrukcją wydarzeń z najnowszej historii Polski, w tym tytuły tak głośne jak Inka 1946, Śmierć rotmistrza Pileckiego, Afera mięsna, Prymas w Komańczy. 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Natalia Tokarczyk o "Łączce"


Na stronach portalu internetowego ARCANA można przeczytać omówienie tomiku Łączka. Jego autorką jest Natalia Tokarczyk.
Z tekstem recenzji można zapoznać się TUTAJ.



sobota, 18 stycznia 2014

Robert Tekieli o "Łączce"


Na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" ukazała się recenzja Łączki. Autorem tekstu jest Robert Tekieli. 
Niżej jego fragment.


Robert Tekieli
Kiedy wstałem, tłukło ołowiem

Ukazał się kolejny tom poezji Przemysława Dakowicza. Jego tytuł Łączka mówi wiele o tematyce tych wierszy, jednak to nie jest okolicznościowa poezja patriotyczna, ale ascetyczna w tonie i wybitna artystycznie twórczość, oddająca sprawiedliwość skrzywdzonym przez historię.

„Schodzą się. Z dziurami w głowach, w klatkach/na serce. Zsuwają ze strychów, z poddaszy./Uchodzą z okrążenia, wymykają się obławie”. Żołnierze Wyklęci. Bohaterowie, „chrząszcz nosił ich na plecach”. „Takich malutkich, wysuszonych, łaknących”. 

Oto bohaterowie wierszy Dakowicza: Hieronim Dekutowski „Zapora”, skazany na siedmiokrotną karę śmierci, Witold Pilecki, jeden z najdzielniejszych żołnierzy czasów nowożytnych, ppor. Antoni Wodyński „Odyniec” – bohaterowie, najodważniejsi spośród naszych przodków. Poezja Dakowicza jest ascetyczna, bo ciężar, który musi unieść, przekracza siły wyobraźni, przekracza siły naszej polskiej wspólnoty. „Skostniałe dłonie, grunt/jak kość, wirują płatki śniegu,/kołaczą w głuche wieko:/hej, jest tam kto?”. Na szczęście zaczynamy jako zbiorowość oddawać im sprawiedliwość. Dopóki jednak w każdym dużym mieście nie staną pomniki Żołnierzy Wyklętych w miejsce zakłamujących historię czterech śpiących, w miejsce Berlingów i Świerczewskich, dopóty pokolenie Solidarności nie będzie mogło spojrzeć sobie w oczy ze spokojem. Zaciągnęliśmy wielki dług. Dzięki Żołnierzom Wyklętym, dzięki powstańcom Warszawy nie byliśmy kolejną sowiecką republiką. Poezja Dakowicza spłaca te nasze zobowiązania pamięci. I Dakowicz robi to w sposób poruszający serca.

[całość w "Gazecie Polskiej Codziennie" z 16 stycznia 2014 r.]



Robert Tekieli - ur. w 1961; współzałożyciel i redaktor naczelny "bruLionu"; były członek Rady Programowej TVP (1998-2005), przez pewien czas jej przewodniczący; pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego tygodnika "Ozon"; obecnie publicysta "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie"; ostatnio wydał książki Zmanipuluję cię kochanie oraz Egzorcyzmy i opętania.

sobota, 11 stycznia 2014

"Łączka" - gdzie kupić książkę


"Łączka" jest już dostępna w kilku sklepach internetowych. 
Poniżej lista księgarń, w których można kupić książkę.
Aby przejść do wybranej księgarni, należy kliknąć w jej logo.

http://www.ksiegarnia.arcana.pl/Przemyslaw-dakowicz-laczka,1406.html#post

http://prus24.pl/bookstore,catalog,ksiazki.html?author=3889

http://www.poczytaj.pl/278173

http://multibook.pl/pl/p/Przemyslaw-Dakowicz-Laczka/3513

http://www.eksiegarnia.pl/Laczka-Dakowiczoptw;s,karta,id,318198

http://ksiegarnia-meritum.pl/index.php?route=product/product&product_id=52&search=dakowicz

wtorek, 7 stycznia 2014

Jan Pospieszalski o "Teorii wiersza polskiego"


W artykule Jana Pospieszalskiego Subiektywne kalendarium kultury 2013, opublikowanym na łamach "Przewodnika Katolickiego" (2014, nr 1), znalazło się kilka zdań na temat książki Teoria wiersza polskiego.

Z całym tekstem można się zapoznać TUTAJ.

sobota, 4 stycznia 2014

Wojciech Wencel o "Łączce"


Na łamach "Gościa Niedzielnego" (2014, nr 1) ukazał się felieton Wojciecha Wencla pt. Hortus conclusus. Rozmyślania nad tomem wierszy "Łączka".

Tekst można przeczytać TUTAJ.

wtorek, 31 grudnia 2013

Piotr Wiktor Lorkowski o "Teorii wiersza polskiego"


Na stronach portalu wNas.pl opublikowana została recenzja Teorii wiersza polskiego. Jej autorem jest trójmiejski krytyk Piotr Wiktor Lorkowski.
Tekst można przeczytać TUTAJ.



wtorek, 24 grudnia 2013

Miejsce dla wędrowca






25 grudnia 1940 r. w polskojęzycznym dzienniku „Czerwony Sztandar”, wydawanym w okupowanym przez Sowietów Lwowie, ukazał się artykuł F. Oleszczuka pt. Boże narodzenie i „święta” zimowe. Można się było z niego dowiedzieć, że „wierzący chrześcijanie obchodzą tak zwane »boże narodzenie«”, mimo iż „nauka ustaliła już dawno, że Chrystus – był postacią zmyśloną, mityczną”. „Zbierając pracujących do kościoła duchowieństwo corocznie otumania ich opowieściami religijnymi […] nakazuje im cierpieć, pokornie znosić ucisk kapitalistyczny” – dowodził autor tekstu i wzywał czytelników do przeciwdziałania: „Obowiązkiem świadomych obywateli naszego kraju jest wyjaśnić tym pracującym, którzy wierzą, jaką szkodę przynoszą święta religijne”.
Polskich mieszkańców „naszego kraju”, czyli południowo-wschodnich ziem II Rzeczypospolitej, zwanych wtedy dla niepoznaki Zachodnią Ukrainą, trudno było jednak przekonać do nowej, czerwonej wiary – uparcie trzymali się zwyczajów wpojonych im przez matki i ojców. Boże Narodzenie było bowiem od wieków, szczególnie zaś od chwili, kiedy Polska utraciła niepodległość, świętem nie tylko religijnym, ale także narodowym. A spośród dni świątecznych bodaj najbogatszym w znaczenia, najbardziej zrytualizowanym i zrośniętym z polskim obyczajem, z narodową symboliką i uczuciowością, był dzień wigilijny. W Wigilię cała Polska – mimo że formalnie nie istniejąca, bo „rozebrana” przez potężnych sąsiadów -  spotykała się przy wspólnym stole. Wygnańcy na jeden wieczór odzyskiwali dom, więźniowie wolność, a wątpiący – wiarę w ukryty sens dramatycznych losów tej zbiorowości, która od dziesięcioleci musiała wciąż na nowo składać historii daninę krwi.


Leży Polska w żłobie

 Józef Czapski tak wspominał Wigilię obchodzoną w grudniu 1939 r. w obozie dla polskich oficerów w Starobielsku: „Nie wiem skąd i nie wiem jak, bo sam wówczas niedawno wyszedłem ze szpitala, podostawali koledzy nawet małe świerczki; każda prycza i każda sala urządzała wigilię. Był nawet opłatek i na nim scena: święta Rodzina, którą skomponował i potrafił z formy zrobionej w sekrecie przed bolszewikami na opłatkach odbić […] polski artysta-redaktor Manteuffel”. Czapski trafił wtedy do baraku, w którym między wysokimi rzędami prycz ustawiono wąski stół, nakryty „prawdziwym obrusem”. Stół zdobiła miniaturowa choinka, a na wieczerzę wigilijną każdego z jej uczestników składała się bułka i trzy małe cukierki.
Po przełamaniu się opłatkiem więźniowie starobielscy (za kilka miesięcy ciała większości z nich powędrują do ziemi) intonują kolędy – „bojcy ani politrucy nawet nie decydują się ingerować i giną na ten jeden wieczór z horyzontu”. Jeden z oficerów deklamuje Redutę Ordona i fragment Pana Tadeusza, inny, porucznik Radoński, nauczyciel gimnazjalny z Warszawy, wygłasza „bożonarodzeniowy” fragment Wyzwolenia Wyspiańskiego, zaczynający się od słów: „O Boże, pokutę przebyłem / i długie lata tułacze; / dziś jestem we własnym domu / i krzyż na progu znaczę. // Krzyż znaczę Boży nie przeto, / bym na się krzyż przyjmował; / lecz byś mnie, Boże, od męki, / od męki krzyża zachował”.
W urywku owym, jak po wielekroć w polskiej kulturze, Golgota rzuca cień na Betlejem, narodziny splatają się z cierpieniem i śmiercią. Konrad z cz. III Mickiewiczowskich Dziadów wygłasza swoją bluźnierczą improwizację nocą z 24 na 25 grudnia. W wigilijny mrok, który niebawem pierzchnie w blasku Narodzenia, rzuca i te słowa: „Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony; / Ciałem połknąłem jej duszę, / Ja i ojczyzna to jedno. / Nazywam się Milijon – bo za milijony / Kocham i cierpię katusze. / Patrzę na ojczyznę biedną, / Jak syn na ojca wplecionego w koło; / Czuję całego cierpienia narodu, / Jak matka czuje w łonie bole swego płodu”. Ksiądz Marek, tytułowy bohater dramatu Słowackiego, poucza wodzów konfederacji barskiej opuszczających Bar, że Polska ma w dziejach doniosłą rolę do spełnienia, ale wpierw musi przejść chrzest krwi, że nie będzie narodzin bez krzyżowej męki: „tu leży polska w żłobie / Lecz Polska, nie tego wieku, / Żywa – nie przez nasze czyny. / Szanuj sen świętéj dzieciny, / Która, gdy oczy otworzy / A uczuje boleść ciała; / Najpierw będzie płakała, / Taka ją ciemność zatrwoży / Z naszych grobów uczyniona, / I brak matczynego łona / Tak ją w żłobeczku rozkwili”.

 
Wigilie wygnańcze, Wigilie więzienne
Między końcem wieku XVIII a czasami nam współczesnymi niemal każde pokolenie Polaków doświadczało goryczy emigracji, wygnania lub uwięzienia. Wigilie na uchodźstwie przyszło spędzać uczestnikom insurekcji kościuszkowskiej i powstańcom listopadowym, żołnierzom-tułaczom obu wojen światowych, wreszcie emigrantom politycznym po 1939 i 1944, a potem – w latach 80. XX stulecia – emigrantom epoki stanu wojennego.
Jako chwilę niemal namacalnego kontaktu z ojczyzną opisywał Wigilię 1942 r., urządzoną na irackiej pustyni, jeden z żołnierzy 5. Kresowej Dywizji Piechoty: „W dolinie spadającej w kierunku rzeki Alwan, która swe wartkie wody niosła do Eufratu, czaił się już zmrok. Na zygzakach gór dogasał dzień, pozostawiając lekki woal różu. Arabowie w pobliskim miasteczku Khanaquin z pewnością przewracali się już na drugi bok, albo czołem bijąc o ziemię odmawiali wieczorne pacierze”. Irackie palmy i pustynny powój spełniały rolę choinek. Zamiast przy stołach, żołnierze usiedli przy szarych kocach rozłożonych wprost na piasku. By siedzącym było wygodniej, wzdłuż koców wykopano prowizoryczne doły. Dopiero odśpiewywane chóralnie tradycyjne kolędy pozwoliły przenieść się myślą z obcych stron w przestrzeń swojską, w atmosferę domowego spokoju i bezpieczeństwa.
Nie każda wygnańcza Wigilia miała oprawę tak uroczystą. Niektórzy spędzali ją w całkowitej samotności – jak polski lotnik walczący w Anglii, Gustaw Radwański, który 23 grudnia 1940 r. notował w swoim dzienniku: „Jutro, zanim zapali się gwiazda wigilijna, wylecę na jej spotkanie. Przebiję chmury, jeśli znajdą się na drodze, aż ujrzę nad sobą błękit czystego nieba. Zostawię na ziemi mój żal i gorycz, całą boleść wspomnień, wszystkie jady wojenne. Obrócę na wschód i tam, na granatowym bezbrzeżu przyszłości, powitam gwiazdę wigilijną”.
Zupełnie inny przebieg miała późniejsza o pięć lat namiastka Wigilii w jednym z obozów pracy w Workucie, gdzie więziony był Władysław Zarzycki, były komendant Garnizonu miasta Wilna. W trakcie przygotowań do procesu „szesnastu” (notabene, jeden ze skazanych w tym procesie, gen. Leopold Okulicki, 24 grudnia 1946 został zamordowany przez NKWD) odmówił on współpracy z sowieckimi śledczymi, za co zapłacił jedenastoletnim pobytem na zesłaniu. W przeddzień Bożego Narodzenia 1945 kilkunastu więźniów polskich z Zarzyckim na czele spotkało się w opuszczonym obozowym baraku. Jednemu z nich udało się przemycić kawałek chleba, którym dzielili się jak opłatkiem. Szeptem odśpiewali dwie kolędy, by następnie potajemnie rozejść się do baraków.
A jak wyglądały Wigilie więźniów Oświęcimia i Dachau, Wigilie przesłuchiwanych we lwowskich Brygidkach i na Zamarstynowie, na Łubiance i w Butyrkach, Wigilie torturowanych na Pawiaku i na zamku lubelskim, Wigilie w setkach katowni Gestapo, NKWD i UB?
Odpowiedzią na owo pytanie jest milczenie. Milczenie głębokie jak sama śmierć.


Świętych obcowanie

W kulturze polskiej, podobnie jak w kulturze innych  ludów słowiańskich, na zawsze splotły się ze sobą Wigilia i „dziady”. Przez wieki wierzono, że właśnie w wigilijny wieczór zmarli nawiedzają swoich bliskich żyjących. Jedno  miejsce przy stole pozostawiano wolne nie tylko dla zbłąkanego wędrowca, dla konspiratora czy powstańca, ale także dla tych wszystkich, którzy przychodzić mieli ze świata duchów, a to znaczy także: z przestrzeni symbolicznej dla całej polskiej wspólnoty. Z kołków i gwoździ wbitych w ściany izb ściągano wiszące na nich przedmioty, by pozostawić miejsce dla dusz. Każdy, kto siadał do stołu, dłonią „omiatał” ławę lub „zdmuchiwał” z niej duszę zmarłego. Jednym z popularnych zwyczajów, które przetrwały aż do I wojny światowej, było wyściełanie podłogi słomą – wierzono, że duszom łatwiej jest stąpać po miękkim.
Wincenty Pol pisał w Pieśni o domu naszym: „I trzy krzesła polskim strojem /Koło stołu stoją próżne, / I z opłatkiem każdy swoim / Idzie do nich spłacać dłużne, / I pokłada na talerzu / Anielskiego chleba kruchy; / Bo w tych krzesłach siedzą duchy, / Co z ojczyzną są w przymierzu. / Bo o dniu tym w sercu wiedzą - / Więc go święcą z nami społem”.
Kto święci ten dzień z nami tu i teraz, w grudniu 2013 roku? Kto siada z nami przy stole? I po co siada, co nam chce powiedzieć? Czy patrzy na nas z aprobatą, czy z wyrzutem? Czego się od nas domaga, jeśli w ogóle na cokolwiek jeszcze liczy?
Dobrze byłoby, gdybyśmy pochylając się nad betlejemskim żłóbkiem, potrafili odpowiedzieć na te fundamentalne pytania. Tylko wtedy staniemy bowiem przed szansą rozpoznania, skąd idziemy, kim jesteśmy i co powinniśmy czynić, by nie utracić łączności z własną przeszłością, by nie zaprzepaścić bezpowrotnie komunii zmarłych i żyjących.

 


[rozszerzona wersja artykułu opublikowanego w "Gazecie Polskiej Codziennie" z 24.12.2013]

 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Czytanie wierszy w Warszawie


Oddział Warszawski Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Księgarnia 'Tarabuk'
zapraszają na spotkanie
z poetami środowiska TOPOI.
 
miejsce: księgarnia 'Tarabuk', ul. Browarna 6, Warszawa
czas: 17 grudnia 2013 (wtorek), g. 18:00
 
W spotkaniu wezmą udział:
Przemysław Dakowicz,
Jarosław Jakubowski
i Wojciech Kudyba
.

Prowadzenie: Wacław Holewiński
 
 

sobota, 14 grudnia 2013

Okładka "Łączki". Książka już wkrótce


Autorką projektu okładki jest Eta Zaręba.
Tomik Łączka ukaże się wkrótce w wydawnictwie "Arcana".

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Rekonstrukcja tożsamości. Rozmowa z Robertem Tekieli





Mam kłopot z Pana poezją. Kiedy w maju pisałem recenzję z tomiku "Teoria wiersza polskiego", z jednej strony dotykałem wysublimowanej estetycznie poezji, a z drugiej strony traktowała ona o sprawach mniej zdatnych do sublimacji: Łubianka, kazamaty NKWD, proces szesnastu...

 
Rozumiem chyba, gdzie jest przyczyna tego kłopotu. Są wydarzenia, tragedie, zbrodnie, które z trudnością poddają się estetyzacji. A literatura – nawet jeśli stara się od tego uciekać – estetyzuje, konceptualizuje, metaforyzuje, słowem: czyni sztucznym i nieoczywistym to, co jednoznaczne i dotkliwe, co domaga się krzyku. Polska historia dwudziestowieczna domaga się krzyku właśnie, ten krzyk był w naszych gardłach tłumiony przez czterdzieści lat z okładem. Dziś ktoś, kto – jak ja – próbuje tamto doświadczenie opowiedzieć, musi pamiętać o tamtym trwającym kilka dekad milczeniu. Myślę, że jako zbiorowość mamy obowiązek znaleźć język adekwatny dla wyrażenia tego, co nie zostało wyrażone wtedy, kiedy był na to najwłaściwszy moment. Ale, niestety, nie możemy już mówić tamtym językiem – musimy ten krzyk dobrze umieścić we współczesności, by był zrozumiały dla tych, z którymi się komunikujemy. Próbowałem znaleźć taki język, rejestr, modulację, które zdołałyby przenieść przeszłość w teraźniejszość. Taki jest fundament Teorii wiersza polskiego i tomiku, który niebawem ukaże się w wydawnictwie „Arcana”, zatytułowanego Łączka. 
 
Jarosław Marek Rymkiewicz wymienia Pana obok Wojciecha Wencla mówiąc o poezji smoleńskiej. Czy katastrofa pod Smoleńskiem jest rzeczywiście ostrą cezurą w historii naszego kraju?
 
Teoria wiersza polskiego to jest i nie jest poezja smoleńska. Nie jest, bo zamierzenie było znacznie szersze: opowiedzieć językiem poezji, językiem możliwie nowoczesnym, koszmar nieustannego umierania i odradzania się polskości, tego rytmu wahadłowego, który stanowi dominantę naszej kultury i naszego zbiorowego losu w ciągu ostatnich dwóch-trzech stuleci, od wieku osiemnastego po wieki dwudziesty i dwudziesty pierwszy. A może jeszcze szerzej: opowiedzieć polskość z perspektywy kogoś, kto znajduje się w samym środku współczesnego piekła, komu współczesność powtarza: zmodernizuj się, zapomnij o tożsamości, bądź wolny. Opowiedzieć poprzez przywołanie języka i obrazów przeszłości i zderzenia ich z językiem i obrazami naszego tu i teraz. Ale także poprzez historię własnej rodziny, uciekającej przed Niemcami, bolszewikami, banderowcami z polskiego miasta Sokal, które nie jest już polskim miastem.
Teoria... jest „poezją smoleńską”, bo ukryłem w tych wierszach wystarczająco wiele aluzji, bo tak dobierałem kontekst literacki, by wiersze te, nawet nie mówiąc mówiły, nawet szepcąc krzyczały. Bodaj najważniejszym z wierszy „smoleńskich” w tej książeczce jest Centon. Centon to konstrukcja poetycka, która w całości składa się z fragmentów innych utworów, zestawionych tak, by wyrażały nową treść, by znaczyły co innego niż pierwotnie. Kiedy ogłaszano rezultaty pierwszych ekshumacji, kiedy szczegółowo opisywano, jak zostały potraktowane ciała ofiar tragedii smoleńskiej, że do trumien wkładano niekiedy fragmenty ciał innych osób, kiedy objąłem to wyobraźnią (choć, powiedzmy wprost, nie da się tego objąć, nie da się zrozumieć), pomyślałem, że żyjemy w jakiejś koszmarnej epoce centonicznej. Wszystko mamy w kawałkach, wszystko we fragmentach, nasza „całość i niepodległość” jest złudzeniem. Ktoś stworzył nas z takich kawałków, z jakich chciał – naszą wyobraźnię, pamięć historyczną, świadomość. Ktoś stwarzał nas – jako zbiorowość – przez czterdzieści lat z okładem, sącząc nam w uszy kłamstwo o nas samych, naszych przodkach, wartościach nam bliskich etc.
Smoleńsk pozwolił nam się obudzić, ukazał nam bez upiększeń cała naszą przetrąconą tożsamość. Powiedział nam: was już nie ma, nie istniejecie.

Ale przecież istniejemy, bo istnieją takie postaci jak Anna Walentynowicz...

 
Odpowiem frazą Kochanowskiego: Pełno nas, a jakoby nikogo nie było. Oczywiście, posługuję się hiperbolą, wyolbrzymiam. Ale proszę powiedzieć: gdzie jesteśmy? jak istniejemy? kim jesteśmy? Odpowiedź na te pytania wciąż przed nami. Nie twierdzę, że nie ma jednostek, które próbują tę tożsamość opisać, zrekonstruować, podnieść z martwych – takich ludzi mamy coraz więcej, tragedia smoleńska podziałała tu jak katalizator. Mówię o zbiorowości, o świadomości zbiorowej, masowej. Komunizm zniszczył nasze wspólnotowe imaginarium, nieustannie ingerując w coś, co nazwałbym kulturowym genotypem polskości, wycinał jego najcenniejsze fragmenty i wstawiał własne implanty. Dlatego dziś stanowimy jakąś niezborną konstrukcję, której poszczególne elementy nie współpracują ze sobą. Ta polskość postkomunistyczna jest rakowata, dychotomiczna, schizofreniczna.
Proszę pozwolić, że posłużę się tu jednym z obrazów-metafor, które z niesłychaną mocą narzuciły mi się w ostatnich latach. Komunizm, na spółkę z niemieckim nazizmem, ściął nam głowę, wytrzebił elity intelektualne, kogo nie zlikwidował, tego usunął poza granice (mam na myśli fale emigracji wojennej, powojennej, a potem, w latach 80., wypychanie z kraju ludzi „Solidarności”), czyli pozbawił wpływu na bieg polskich spraw. Na miejsce tej dawnej głowy wstawił inną, zmajstrowaną przez sowieckich specjalistów i ich tutejszych pomagierów. I ta nowa głowa ciągle mówi, szczególnie dużo mówiła w latach 40. i 50., ta nowa głowa próbuje sterować całym ciałem, nakazuje rękom robić to i tamto, nogom iść tu i ówdzie. I ręce robią, nogi idą. Ale przecież w całym ciele krąży jedna krew, ona trafia do tej obcej, sowieckiej, internacjonalistycznej głowy – ta głowa w ostatnich dekadach poddała się transformacji i pięknie się zeuropeizowała – i jakoś ją zmienia, dotlenia jej korę mózgową. Właśnie ów zamknięty krwiobieg stanowi naszą nadzieję, bo rządzi się on własnymi prawami, on przekształca tę obcą głowę, on każe rękom i nogom buntować się, reagować w sposób zgodny z przyzwyczajeniami sprzed dekapitacji. Ten krwiobieg to entelechia narodu, tworząca się przez tysiąclecie wewnętrzna zasada rządząca wspólnotą. W nim upatruję nadziei na rekonstrukcję tożsamości.

Już raz odbudowywaliśmy Polskę. Po 1918 r. Jak dziś widzi Pan program dla ludzi kultury.

 
W 1918 roku Polacy mieli łatwiej – budowali swoje państwo od fundamentów, przez kilka lat tamten byt państwowy wciąż był zagrożony, łatwiej więc jednoczyli się wokół wspólnego celu. Dziś wielu z nas podziela wiarę w cywilizującą moc Europy, a tradycję traktuje jako zbędny balast. Właśnie w tej materii kultura może zrobić najwięcej. Trzeba, byśmy opowiedzieli siebie światu i samym sobie, byśmy odzyskali orientację w przestrzeni i czasie. Co to znaczy? Musimy odzyskać własną historię, musimy przedstawić Europie przekonującą wykładnię naszej dwudziestowiecznej historii – utratę połowy państwa (w tym dwóch z czterech stolic kulturalnych kraju – Lwowa i Wilna), wywózki i zsyłki, likwidację inteligencji, długą noc komunizmu, którego funkcjonariusze kontynuowali dzieło okupantów niemieckiego i sowieckiego. Tego wszystkiego dotychczas nie opowiedzieliśmy, ta historia nie jest obecna w świadomości europejskiej. Trzeba więc pisać powieści, kręcić seriale i filmy kinowe, wydawać historyczne syntezy, prowokować dyskusje. Nie wystarczą protesty społeczne i najlepsza nawet publicystyka. Potrzebna jest mozolna i ciężka praca u samych podstaw kultury – praca bez gwarancji sukcesu, bez nagród i zaszczytów. Tylko ona otworzy przed nami możliwość odzyskania tej wspólnoty i tej tożsamości, które niemal doszczętnie zniszczył wiek dwudziesty, a których nie udało nam się odzyskać w roku 1989.
 

 
[pierwodruk: "Gazeta Polska Codziennie" z 30 listopada 2013 r.]

środa, 27 listopada 2013

Janusz Nowak o "Teorii wiersza polskiego"

[pierwodruk.: "Almanach Prowincjonalny", nr 18]




Próba przekładu
 


„Teoretyczne aspekty wiersza polskiego”, „teoria wiersza polskiego” – to wyrażenia, które, jak sądzę, bardzo przyjemnie kojarzą się zawodowym polonistom. Kiedy przywołuję na myśl te i podobne sformułowania, widzę siebie w Czytelni Biblioteki Jagiellońskiej (w tzw. Aneksie przeznaczonym dla osób zajmujących się filologią polską) wertującego rozprawy m.in. z zakresu poetyki, poznającego, dzięki lekturze dzieł mistrzów, mechanizmy interpretacji tekstu. Albo w salach „Gołębnika”, dyskutującego wraz z koleżankami i kolegami, pod kierunkiem niewiele starszych od nas wykładowców, o składnikach języka poetyckiego, o odmianach metafor, o stopach rytmicznych i o wielu innych składnikach „alchemii słowa”. To były ekscytujące wtajemniczenia z czasów młodości studenckiej mojego pokolenia, która przypadła na lata siedemdziesiąte XX wieku. Wielu z nas wydawało się wówczas, że poezja, jej tworzenie i analizowanie, jest znakomitym azylem, miejscem ucieczki od gierkowskiej rzeczywistości, tej nowej małej stabilizacji po Marcu 1968 roku i Grudniu 1970. Teoria (i praktyka) wiersza polskiego, które to wyrażenie pobrzmiewa echem rozprawy Kazimierza Brodzińskiego z 1818 roku O klasyczności i romantyczności, tudzież o duchu poezji polskiej, miała dla nas wówczas smak zakazanego owocu i zapach wolności.

Przemysław Dakowicz, znakomity literaturoznawca urodzony w 1977 roku (nb. jest to rok zakończenia moich polonistycznych studiów), podchodzi do tego problemu zgoła inaczej. Już okładka tomu zwiastuje ostre, dysonansowe zderzenie artystowskiej postawy, uzewnętrznionej w tytułowym wyrażeniu, z przejmującym zdjęciem, przedstawiającym członków komisji międzynarodowej przy grobach katyńskich w 1943 roku. Estetyczna, sterylna, zapowiadająca bezpieczeństwo w wygodnym fotelu teoria wiersza oraz brutalny obraz Golgoty Wschodu. Taki silny, nieprzezwyciężalny kontrast między słowem a czynem, kontrast będący prawdziwą obsesją wielu polskich twórców, od romantyków począwszy – jest istotnym motywem przewodnim wierszy z tomu Dakowicza. Słowo poetyckie, jego niuanse i wyrafinowane odmiany, słowo dostojne, szlachetne, piękne i wycyzelowane, a pod nim, a obok niego, a za nim - jak bolesny wyrzut sumienia - „krwawy kłąb” (Słowacki. Słowo i czyn), „włosy w nieładzie,/ręce rozrzucone /w geście protestu” (Nieprzekładalni), „Chłopcy, chłopcy oderwani od piersi,/ z karabinami na wątłych ramionach/ […] Chłopcy zapomniani, Chłopcy pominięci/ milczeniem” (Chłopcy).

Wiersze Przemysława Dakowicza wydają się rodzajem testu, który ma sprawdzić możliwości poezji polskiej w zakresie „tłumaczenia” tragicznych i apokaliptycznych składników naszego narodowego losu na język sztuki słowa, bo przecież „szczęśliwy naród który ma poetę/ I w trudach swoich nie kroczy w milczeniu” (Cz. Miłosz, Do Tadeusza Różewicza, poety). Wbrew Miłoszowi, który groził tyranowi zemstą poety: „Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta./ Możesz go zabić – narodzi się nowy./ Spisane będą czyny i rozmowy” (Który skrzywdziłeś), Dakowicz jest bardzo sceptyczny wobec siły rozlicznych „świadectw” poetów polskich, a Miłoszowe groźby skłonny jest traktować jako Strachy na Lachy:

 
„Poeta nie pamięta. […]
                   Poeta zapomina, myli daty
i fakty, miesza skutek z przyczyną,
nadrabia miną i garniturem. […]
                          Zabijcie poetę,
narodzi się nowy. I co z tego.”
 

(Strachy na Lachy)
 

Doświadczenia kolejnych pokoleń Polaków są ciągle zbyt intensywne, skomplikowane i powikłane, krwawe i nadmiernie broczące posoką, aby można je było zamknąć w poetyckich strukturach - efektownych i sprawiających przyjemność filologom, spędzającym czas w cichych czytelniach, ceniącym sobie spokój i , jak przystało na „Sławian”, lubiącym sielanki, nie zaś „sceny gwałtowne i okrutne”.

Dakowicz, niejako w imieniu poszczególnych poetów, bardziej czy mniej znanych, próbuje się zmierzyć z tragiczną polską historią przy pomocy najrozmaitszych gatunków i form lirycznych, epickich, a nawet retorycznych. Sięga m.in. do późnobarokowej encyklopedii ks. Benedykta Chmielowskiego (Jeszcze nowsze Ateny), do plotkarskiej kroniki Janka z Czarnkowa (Opowieść zimowa), do konwencji Herbertowskich bajek (Baśń chińska), do legendy ludowej (Obraz który spłonął) i ludowej pieśni (Sen Wężyka), do wizyjnej, katastroficznej poetyki Baczyńskiego, Gajcego i Trzebińskiego (Chłopcy), do tradycji eposu (Katabaza), do wzniosłych, patriotycznych pieśni Mikołaja Sępa Szarzyńskiego (Centon). W wierszach Dakowicza pojawiają się, jak zjawy z Wesela Wyspiańskiego (aluzje do tego dramatu są tutaj bardzo istotne, aczkolwiek poeta je zręcznie ukrył), przerażające widma wielkich polskich poetów romantycznych, którzy tak uporczywie zmagali się z tragiczną sprzecznością słowa i czynu: Słowackiego (Słowacki. Słowo i czyn), Mickiewicza (Sen Celiny oraz Miłość nie umiera), Norwida (Niechybnie!). Przeszłość w tajemniczy sposób splata się ze współczesnością. Żona księcia Siemowita przekształca się w uwięzionego na Brygidkach czy Zamarstynowie polskiego generała (Opowieść zimowa). Utrwalony w polskiej poezji nadbużański Sokal, obecny w wielu wierszach tomu, jawi się tu jako symboliczna, mistyczna nieledwie granica między barbarzyńską Azją i nadchodzącą od zachodu „tysiącletnią cywilizacją” (Zagłada dachów). A my, Polacy, miotamy się, jak w chocholim tańcu, między tymi dwoma biegunami, w zaczarowanym kręgu (Kompozycja zamknięta).

Wśród tych wielu niezwykle kunsztownie opracowanych centonów (wierszy zbudowanych z aluzji literackich) znajdują się dwa, które – w moim odczuciu – zasługują na miano absolutnych arcydzieł współczesnej polskiej poezji. Pierwszy z nich, noszący tytuł Centon (określający gatunkową przynależność utworu), jest wstrząsającą próbą wyartykułowania grozy zdarzenia smoleńskiego przy pomocy języka barokowej poezji Mikołaja Sępa Szarzyńskiego. Dobrze znana każdemu poloniście inwersyjna fraza z Pieśni V. O Fridruszu, który pod Sokalem zabit od Tatarów Roku Pańskiego 1519, uzyskała w wierszu Dakowicza zaskakujące i dramatyczne dopełnienie:
 

„nie wszystkie organy które biegli wyjęli należały
takie urąganie z ciałek patolodzy znaleźli ponoć dwie
wątroby i na ostatek gardła położyli farby bugowej
krew wody nasza zmieniła skryły się pola pod zacnemi
ciały w foliowych workach nagie rozpoczęły się procesy
rozkładu zwłok i bladość straszna zielona bladość
co nigdy na Lachu nie występuje ohydna
tzw. alkohol endogenny bojaźń wyrodna
w serce me nie wchodzi”

 
Drugi wybrany przeze mnie wiersz polega na sięgnięciu do konwencji martwego, wydawałoby się, gatunku literackiego, jakim jest romantyczny … poemat dygresyjny. To poetyckie narzędzie posłużyło do przedstawienia tragicznego „procesu szesnastu” (Szesnastu. Poemat dygresyjny [osiem pierwszych pieśni]). W regularnych oktawach, charakterystycznych dla poematu dygresyjnego, z użyciem ironii romantycznej, poeta – naśladując, albo wręcz parodiując Beniowskiego Juliusza Słowackiego – demaskuje z całą bezwzględnością niemożność poezji, jej bezradność wobec autentycznej grozy niesionej przez wypadki polityczne. Poezja jest sztuczna, składa się ze słów odklejonych od desygnatów. Jest jedynie efektowną sztuką żonglowania strukturami językowymi.

Czy więc tom Przemysława Dakowicza wyraża ostateczne zwątpienie w sens uprawiania poezji, stosowania teorii wiersza polskiego w praktyce? Na szczęście nie. Nadzieję, bardzo trudną, przynosi wiersz zamykający zbiór. Podmiot liryczny, poeta, podejmuje ogromny wysiłek przeniesienia „z powrotem/ do ludzi” tych, którzy jednak nie odlecieli, bo „cofnięto im paszporty,/ w ostatniej chwili/ tuż przed odlotem”:


„Próbuję
dźwignąć ich,
donieść
na drugi brzeg
z powrotem
do ludzi.

Wymykają się,
przesypują
przez palce.

Jakby
wszystko
było mało.

Jakby musiało
wypełnić się
i to:
zapodzianie w przekładzie.”

(Nieprzekładalni)

 
Bardzo trudno „przełożyć” polskie doświadczenie na język poezji. Jest to prawie niemożliwe, jednak polski poeta zobowiązany jest do tego, aby próbować, wbrew wszystkiemu i wbrew wszystkim, „dźwignąć ich” – tych, którzy nie mogą już nic powiedzieć, są skazani na milczenie.

Tom Dakowicza, zestawiany z Czarnym polonezem Wierzyńskiego (Tomasz Burek), powinien stać się lekturą obowiązkową każdego, kto pretenduje do zaszczytnego miana polskiego poety.

 

Janusz Nowak - dr filologii polskiej; wykładowca Uniwersytetu Opolskiego i PWSZ w Raciborzu; polonista w raciborskim I LO; folklorysta i dziennikarz; redaktor półrocznika "Almanach Prowincjonalny" i miesięcznika "Eunomia"; mieszka w Raciborzu

niedziela, 24 listopada 2013

Nowe wiersze w "Czwórkach"



W najnowszym numerze Magazynu Apokaliptycznego "44/Czterdzieści i cztery" znaleźć można kilka moich wierszy z czekającego na druk tomu Boże klauny.
Zachęcam do lektury "Czwórek".

Poniżej jeden z nowych tekstów.






Warzywa. Tercet metafizyczno-katatoniczny


Pan Seler (baryton):
Gdy mowa była o zbawieniu,
zerwać chciałem się i biec,
wymachując rękami.
Wołać chciałem: i ja
i ja i ja!
Coś spętało
mi ciało,
na trąbę
nie powstało.
Szkoda.

Kapusta Głowa Pusta (kontralt):
Leżę na skraju łóżka,
gdzieżeś się podział, Pietruszka?
Czyś na drodze do raju?
Czyś na brzegu ruczaju?
Ja tu sama, ja tu biedna,
bom na brzegu leża legła,
Z głodu padam, z lęku mdleję,
tkwię jak kołek, ślozy leję
całkiem suche oraz w przepaść
linoleum wbijam wzrok.
Hop-hop, Pietruszka, hop-hop!

Pan Pietruszka (falset):
Ja tu skaczę na jarmarku,
noga prawa, noga lewa.
Kto mnie trzyma na uwięzi?
Pajacowi tańczyć trzeba.
Sznur konopny, sznur z niebiosów
czy, przeciwnie, telluryczny?
Powiedz, miła, kto sznur dzierży?
Chyba wpadnę w stan mistyczny
i w ekstazie, w zapomnieniu,
z twarzą jasną (rumień płonie),
z małą duszą na ramieniu
padnę plackiem, złożę dłonie
i zapłaczę. I zaszlocham się na
śmierć.

Tuba mirum spargens sonum etc.
Obchód poranny.
Kurtyna.
 
 
 

środa, 13 listopada 2013

Rozmowa o "Teorii wiersza polskiego" - nagranie


Na stronie internetowej Radia Olsztyn pojawiło się nagranie audycji red. Ewy Zdrojkowskiej z cyklu Rozmówki polsko-polskie wyemitowanej w Święto Niepodległości.
Pretekstu do rozmowy dostarczyły teksty z tomu Teoria wiersza polskiego.

Audycja dostępna jest TUTAJ.

poniedziałek, 11 listopada 2013

O patriotyzmie, historii i poezji w Radiu Olsztyn



Tuż po dwudziestej na antenie Radia Olsztyn zostanie wyemitowana audycja red. Ewy Zdrojkowskiej z cyklu Rozmówki polsko-polskie. Będziemy mówić m.in. o tym, jakie piętno odcisnął na polskiej kulturze wiek XX oraz zastanawiać się nad sposobami budowania nowoczesnej tożsamości, która pragnie pozostać wierna historycznej prawdzie. Kanwę rozmowy stanowić będą teksty z tomu Teoria wiersza polskiego.

Audycji można wysłuchać TUTAJ.

środa, 6 listopada 2013

Wiersz o Witoldzie Pileckim


 
Ballada o biegnących piekarzach

 
To jest czysty surrealizm. Trzej piekarze
przypadkowi, do zakwasu i do drożdży
lewe ręce. W wielkie formy powlewali
hałdy ciasta śnieżnobiałe, pozlepiały się im
palce obu dłoni. Uciekali przez piekarnię,
z wieży szczytu patrzył strażnik i kierował
ku nim lufę karabinu. Oni przez ściereczki
siwe, przez gałgany, rękawice, wyjmowali
z pieców własne krągłe życie.


Uciekali przez piekarnię, do piekarni kołatali:
stuku-puku o północy, stuku-puku. Tu
wypieka się bochenki, tutaj chleby rodzą
piece, do piekarni białej weszli w spodniach
w pasy. Uciekali z bladą twarzą, w chmurze
mąki pogrążeni wyrabiali nowe ciasto
pod księżycem.


Za piekarnią świat jest niemy, ciche pole,
las marcowy. Uciekali przez zagony i przez
miedze. W ślad za nimi obłok mączny
i na niebie bochen świeci, biegli w ciemność,
biegli w ciszę za tym chlebem, aż drewniaki
pogubili i na ziemi się pokładli, i posnęli
snem kamiennym pod kołaczem.


Uciekali przez piekarnię w świat szeroki,
w świat daleki, o świtaniu podrywali się
do biegu. Aż dobiegli do krainy, gdzie
piekarzy wyłapują ciemne draby i wtrącają
ich do lochu. Zamiast mąki czarna sadza,
zamiast bochnów twardy węgiel, w sztolniach
sennych skałę kują kominiarze.


Przed sąd nocą ich wiedziono, przed oblicze
smołowane, i na zimnych wciąż sadzano ich
kamieniach. Potem łąką pochód cieni z pieśnią
nigdy nie słyszaną odprowadzał ich na miejsce
spoczywania. Oni ziemię przytulali, ziemię
krągłą jak bochenek, znakiem krzyża ją żegnali
i płakali. W sen o mące powpadali
niby w przepaść dobroczynną, rosło ciasto,
lecz na niebo wzeszedł węgiel.


17-18 kwietnia 2013



[Wiersz pochodzi z tomu poetyckiego Łączka]





KOMENTARZ DO WIERSZA
Witold Pilecki (1901–1948) — potomek powstańców styczniowych; uczestnik wojny polsko-sowieckiej w roku 1920 i kampanii wrześniowej w roku 1939; współtwórca Tajnej Armii Polskiej; więzień Oświęcimia i organizator konspiracji w KL Auschwitz; powstaniec warszawski; 25 maja 1948 stracony za działalność antykomunistyczną.

19 września 1940 Witold Pilecki dobrowolnie dał się wywieźć do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie założył tajny Związek Organizacji Wojskowej i skąd regularnie wysyłał raporty dla Komendy Głównej AK i polskiego rządu na uchodźstwie. W Auschwitz spędził niemal trzy lata. W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 (poniedziałek wielkanocny) podjął wraz z Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim udaną próbę wydostania się z obozu. W tym celu trzej konspiratorzy zostali skierowani do działającej poza terenem KL piekarni, z której uciekli tylnym wyjściem. Bodaj najpełniejsza relacja z owej brawurowej akcji, oparta na wspomnieniach Edwarda Ciesielskiego, zawarta została w książce Krzysztofa Pileckiego Był sens walki i sens śmierci (Bydgoszcz 1998).

Biografię twórcy TAP napisał włoski historyk Marco Patricelli (Ochotnik. O rotmistrzu Witoldzie Pileckim, przeł. K. Żaboklicki, Kraków 2010).


Wśród relacji więźniów Mokotowa wiele miejsca zajmują wspomnienia dotyczące wywożenia ciał skazańców poza teren aresztu. Małgorzata Szejnert zestawia zebrane przez siebie w latach 80. informacje, stwierdzając, że zwłoki transportowano: 1. ciężarówką, 2. furgonem przypominającym śmieciarkę, 3. wozem taborowym, 4. zwykłym wozem, 5. siwym furgonem do chleba. O furgonie piekarniczym opowiedział dziennikarce były więzień obozu w Dachau, w latach powojennych trudniący się złodziejstwem:

Pamiętam, że pierwszy raz zobaczyliśmy to, o co pani chodzi, w porze papierówek, w 1946 r. Nocowaliśmy wtedy w krzakach przy cmentarzu, żeby od razu o świcie wskoczyć na drzewa; papierówki miały wzięcie na zieleniaku. Nie wiem dokładnie, o jakiej porze, ale chyba koło północy, usłyszeliśmy warkot ciężarówki. Nie widzieliśmy jej, ale od strony tego warkotu nadeszli ludzie […]. Dwóch strażników w mundurach i trzech kopaczy. Byliśmy od nich o sto, sto pięćdziesiąt metrów. Kopacze zaczęli wybierać ziemię w dziwny sposób, który potem zrozumiałem. Wierzchnią warstwę wybierali i pozostawiali osobno. […]

Nad ranem przyjechał wóz konny. Mogę go dokładnie opisać i narysować, ponieważ znam się na wozach. Pani już nie wie, czym było Stare Miasto w czasie wojny i przed wojną. Pod naszym mieszkaniem była jatka Zalewskiego, znana na Starówce, a obok — róg Koźlej i Nowego Miasta, był sklep kolonialny Parnowskiego. Do Zalewskiego wożono mięso czerwonym furgonem, który miał zadaszenie półokrągłe i te wybrzuszone klapy otwierały się do góry, na obie strony. A do Parnowskiego przywożono pieczywo siwym furgonem. Skrzynia była prostokątna, otwierana z tyłu. Koła drewniane, turkoczące, duże. Te wozy zawsze były siwe.

Ten wóz, który zobaczyliśmy wtedy, był taki właśnie, jak te do wożenia chleba. […]

Wóz podjechał bardzo blisko dołu. Wtedy przyszli znowu kopacze, którzy widocznie czekali cały czas na ten wóz. Wyciągnęli z niego za nogi człowieka, który był w bieliźnie. […] Zasypali te zwłoki ziemią ze spodu, a na końcu położyli tę z wierzchu. Tak ją rozsypywali, przegarniali, przegarnęli dokoła. Rano wyglądało to tak, że trudno było powiedzieć, w którym miejscu był dół wykopany. Nic nie oznaczali. Potem zastanawialiśmy się, skąd wiedzą, że już jest zajęte.[…]

Pamiętam jeszcze takie grzebanie: Wczesnym rankiem chowali mężczyznę i kobietę, którzy byli zupełnie nadzy. Było już prawie jasno. Pogrzebali ich w jednym dole. […] Innym razem chowali pojedynczego mężczyznę, ale chyba ważnego, bo teren był bardzo obstawiony. Przy kopaniu widywaliśmy cywili, ludzi w mundurach polskich i niemieckich. Nie słyszeliśmy rozmów. Parę razy widzieliśmy, że ci robotnicy polewają ciała z konewek. Nie wiem, co to był za płyn. (M. Szejnert, Śród żywych duchów, Kraków 2012, s. 179–181)


niedziela, 3 listopada 2013

O "Teorii wiersza polskiego" w Radiu Łódź


W dzisiejszej audycji Joanny Sikorzanki z cyklu Podróże literackie rozmowa na temat Teorii wiersza polskiego.
W programie, który rozpocznie się tuż po godzinie dwudziestej pierwszej, udział wezmą dr hab. Marzena Woźniak-Łabieniec, prof. Jacek Brzozowski i dr hab. Tomasz Cieślak.

Audycji można wysłuchać TUTAJ.