środa, 13 lipca 2011

Stefan Żółkiewski i polonistyczna ektoplazma


Fragment książki "Lecz ty spomnisz, wnuku". Recepcja Norwida w latach 1939-1956. Rzecz o ludziach, książkach i historii. Ku przestrodze.


Końcówka lat czterdziestych i pierwsza połowa lat pięćdziesiątych to okres wzmożonej walki komunistycznego aparatu o zdobycie niczym nieograniczonej władzy, obejmującej wszystkie dziedziny życia politycznego, społecznego i kulturalnego. Zgodnie z doktryną Lenina, w procesie przeobrażania świadomości społecznej „rewolucja kulturalna [...] powinna stać się częścią składową, a zarazem warunkiem powodzenia rewolucji politycznej”, jej zadanie polega na otwieraniu „nowych horyzontów duchowego, intelektualnego i artystycznego rozwoju ludzi pracy”[1]. Pod hasłem otwierania i rozwoju ukrywano działania mające doprowadzić do ostatecznej stalinizacji kraju. Wprowadzenie radzieckiego modelu społeczno-politycznego w polskich warunkach nie było jednak możliwe — miało się to okazać dopiero po kilku latach. Wówczas, pod koniec piątej dekady, przystępowano do realizacji założonego wcześniej planu z pełną determinacją, wierząc, iż proces sowietyzacji zakończy się sukcesem.
Od połowy roku 1948 wyjątkowo mocno zaznaczyła się aktywność komunistów, mająca na celu „niszczenie spoistości i tradycji polskiego społeczeństwa”[2]. Dopiero teraz, po uporaniu się z podziemiem i legalną opozycją, zjednoczeniu PPR i PPS oraz zdobyciu pełni władzy mogli oni przystąpić do „bardziej zdecydowanych posunięć na »froncie« kultury, nauki i oświaty”[3]. Lata 1950–1951, które Marta Fik uznaje za najcięższy okres socrealizmu[4], „upływają pod znakiem nasilonych aresztowań, procesów, tortur, wykonywanych ochoczo wyroków śmierci”[5], a działania organów bezpieczeństwa wymierzone są nie tylko w politycznych oponentów nowej władzy i Kościół, ale obejmują również szeregi utworzonej niedawno PZPR. W atmosferze potęgującego się strachu przed aresztowaniami i represjami partyjnym decydentom udaje się w stopniu dotąd niespotykanym zapanować nad środowiskami naukowymi i artystycznymi, przemocą narzucić im własną wizję aktywności kulturalnej narodu[6].
W owym „kneblowaniu” wolności komuniści nie zdołali jednakże osiągnąć „pełnej doskonałości”[7]. Czynna pozostała część środowisk dotychczas otwarcie krytykujących władzę. Wychodził (do marca 1953 roku) „Tygodnik Powszechny”, będący — jak ujął to Zdzisław Łapiński — „zjawiskiem pozasystemowym, a więc niemożliwym” w granicach „kultury” stalinizmu[8]. Właśnie środowiska katolickie pozostały w tym czasie najbardziej „oporne”. Potwierdzenie w rzeczywistości znajdowały obawy Gomułki, którym dał wyraz jeszcze podczas plenum KC PPR w kwietniu 1947 roku. Opisując aktywność „reakcji” stwierdził wtedy, iż nadzieje pokłada ona przede wszystkim

w działalności kleru rzymsko-katolickiego w Polsce i w katolickim duchu narodu polskiego, który to duch, według jej rachuby, ma mu zamknąć drogę postępowego rozwoju, ma go utrzymać w ciemnocie i konserwatyzmie[9].

W dramatycznej rozgrywce między wartościami a „postępowym rozwojem” argumentem lub przedmiotem dyskusji bywała niekiedy twórczość Cypriana Norwida.
W miejscu tym pragnę omówić dwie z ostrych polemik, do jakich doszło po wojnie między „Kuźnicą” a tymi przedstawicielami środowiska naukowego, którzy sprzeciwiali się dominacji światopoglądu marksistowskiego w literaturoznawstwie. Poszczególne wypowiedzi uczestników sporu były drukowane na łamach „Kuźnicy”, „Tygodnika Warszawskiego” i „Tygodnika Powszechnego”. Stanowisko prezentowane przez „Kuźnicę”, zwłaszcza przez jej najaktywniejszego harcownika, Stefana Żółkiewskiego, miało charakter wybitnie ideologiczny i było wyrazem walki o „rewolucję” w polskim życiu kulturalnym. Żółkiewski, w ostatnim roku istnienia PPR kierownik Wydziału Oświaty i Kultury Komitetu Centralnego partii, na zjeździe szczecińskim obwieszczał środowisku literackiemu panowanie socrealizmu, stanowiącego jeden z zasadniczych punktów wypełnianego przez komunistów planu sowietyzacji kraju. Miała ona doprowadzić m.in. do wyzbycia się przez kulturę polską „wszystkich niemal akcentów decydujących przez wieki o jej tożsamości”[10].
Aby w przyszłości Polska mogła zbliżyć się do ideału ustrojowego, społecznego i kulturalnego, jaki stanowił, w przekonaniu jej nowych władców, Związek Radziecki, trzeba było z żelazną konsekwencją zrealizować strategię przebudowy świadomości narodowej. Zakładała ona likwidację ogromnej liczby istniejących instytucji oraz wymianę elit. „Obróbce i manipulacji” miała zostać poddana nauka, szczególnie zaś humanistyka[11]. Ofensywa przeciwko humanistyce akademickiej miała rozbić „ośrodki oporu intelektualnego” oraz zapewnić partii swobodę w kształtowaniu umysłów[12]. Komuniści uważali to za konieczność, gdyż — jak wyjaśniał współtowarzyszom Władysław Gomułka — po wojnie młodzież, zwłaszcza akademicka, wciąż jest wychowywana „według starych, idealistycznych i reakcyjnych koncepcji naukowych”[13]. Wszystko, co w tej dziedzinie nie wyrastało z inspiracji myślą marksistowską, uznano za „naukę burżuazyjną”. Obowiązkiem naukowców-komunistów była walka z „przeżytkami przeszłości”. Humanistyka stawała się oto jednym z najważniejszych odcinków „frontu” ideologicznego:

Walka o postępową polonistykę rozgrywa się na gruncie zagadnień metodologicznych, teoretyczno i historycznoliterackich, dydaktycznych i organizacyjnych, a wreszcie dotyczy samego ideału nauki i naukowca. Walka toczy się o rzeczywiście nowatorskie i naukowe podstawy metodologiczne badań literackich, o literaturoznawstwo marksistowskie.
Walka toczy się zatem o marksistowską rewizję historii literatury polskiej, zarówno jej sądów ogólnych, jak i szczegółowych. Rewizja przy tym — to nie tylko nowa interpretacja, ale to przede wszystkim nowe fakty, a zatem nowa wiedza.
Walka toczy się o powiązanie badań naukowoliterackich z wielkimi zadaniami wychowania człowieka socjalistycznego, z praktycznymi potrzebami nowej, jednolitej szkoły, z potrzebami dydaktycznymi uniwersytetu. Dotyczy to również przebudowy samych metod nauczania literatury, zwłaszcza na szczeblu wyższym.
Walka toczy się o nową organizację zadań polonistycznych, o zwycięstwo zasady zespołowej, planowej i społecznie celowej pracy nad rutyną anarchicznego chałupnictwa. Dotyczy to również planowego i systematycznego kształcenia nowych kadr naukowych.
Walka toczy się wreszcie o naukę związaną z życiem swego kraju, służącą potrzebom narodu, naukę współbudującą socjalizm. Przede wszystkim kierujemy się podstawową wytyczną przyswojenia nowej kulturze socjalistycznego narodu tych wszystkich żywych i cennych tradycji przeszłości, które mogą i powinny współtworzyć kulturę socjalistyczną, ułatwić jej powstawanie. Walka toczy się o naukę o literaturze współtworzącą nową literaturę — towarzysza i pomocnika budowniczych socjalizmu w Polsce. Walka toczy się o kontynuację postępowych dążeń i osiągnięć literaturoznawstwa polskiego i światowego, o nawiązanie jak najściślejszej współpracy naukowej z przodującym marksistowskim literaturoznawstwem radzieckim[14].

Powyższy program „nowoczesnej” polskiej nauki o literaturze wyłożony został przez Stefana Żółkiewskiego przy okazji I Kongresu Nauki Polskiej, który miał się stać manifestacją ideologicznej jedności środowisk akademickich ludowego państwa. Książeczka o Badaniach nad literaturą polską nie musiała długo czekać na publikację (jak nieco później Okruchy poetyckie i dramatyczne Norwida) — rękopis został doręczony przez autora drugiego czerwca, a już dwudziestego szóstego druk ukończono. Trzeba było się śpieszyć — Kongres Nauki Polskiej rozpoczynał się trzy dni później.
Jak łatwo się domyślić, poszczególne punkty scenariusza, który miał doprowadzić do przejęcia kontroli nad uniwersytetami, sformułowano znacznie wcześniej. Ukazanie się publikacji Żółkiewskiego było jedynie sygnałem, iż początkową fazę realizacji komuniści mają już za sobą — teraz następował okres podsumowania i utrwalenia zdobyczy poprzednich lat.
Jakie były owe zdobycze? Przede wszystkim zlikwidowano swobodę wymiany myśli — podstawową cechą życia naukowego miało stać się potwierdzane na każdym kroku przywiązanie do podstawowych treści marksizmu, odnoszenie wszystkich szczegółowych rezultatów badań do nadrzędnej zasady organizującej myślenie. Nauka miała odtąd służyć konserwowaniu i umacnianiu jedynie słusznej wizji rzeczywistości. Na samym początku lat pięćdziesiątych dokonano istotnych zmian w strukturze nauk humanistycznych, przyznając rolę o wiele większą niż dotychczas naukom społecznym. W ten sposób dokonała się znacząca, symboliczna manipulacja w sposobie postrzegania relacji między jednostką a zbiorowością: interes masy został postawiony ponad interesem jednostki[15]. Tak jak w pozostałych sferach aktywności ideologicznej środowisk komunistycznych, przeprowadzono czytelną linię podziału między tym, co „wsteczne”, „reakcyjne”, stworzone przez „burżuazyjny” układ odniesień, a marksistowskie, „postępowe”, mające swoje źródło w socjalistycznym „systemie wartości”. Wszelkie relikty przeszłości musiały być zlikwidowane, miała powstać „nowa nauka”[16]. Nowa, czyli podporządkowana jedynemu właściwemu światopoglądowi, marksiści stwierdzili bowiem, iż dotychczas humanistyka służyła utrwalaniu nie tych wartości, które zasługują na utrwalenie, była zaangażowana w walkę ideologiczną po niewłaściwej stronie, stojąc

na pozycjach reakcyjnych, odegrała rolę społeczną wsteczną, była orężem ideologicznym reakcji, organizacyjnie hamowała rozwój nauki[17].

Proces niszczenia humanistyki dotknął, co oczywiste, także nauki filologiczne. W obrębie historii literatury tropiono wszystko, co stało w niezgodzie z marksistowską wizją rozwoju piśmiennictwa. Zwalczane metody i tendencje opatrywano etykietkami typu „fideizm”, „agnostycyzm”, „idealizm”. W modelu marksistowskim historia literatury miała zastąpić rozważania teoretycznoliterackie — zamiast studiów analitycznych miały powstawać historycznoliterackie syntezy. Procesy rozwojowe literatury umieszczano w kontekście zmian społecznych i interpretowano jako oczywisty rezultat walki klas. Potępiono studia monograficzne jako charakterystyczny element humanistyki burżuazyjnej[18].
W lipcu 1948 roku powołano do istnienia Instytut Badań Literackich, jednostkę badawczą skupiającą „w kolektywnej pracy większość badaczy marksistowskich”[19], która z założenia miała pozostać niezależna od polonistyki akademickiej — by tym skuteczniej spełnić rolę ośrodka propagującego nowe literaturoznawstwo. Utworzenie IBL było realizacją jednego z pomysłów komunistycznej władzy na przejęcie kontroli nad humanistyką. Właściwy „poziom” ideologiczny placówki gwarantował skład osobowy Instytutu, na którego czele stanął jeden z projektantów „reformy” personalnej w polskiej humanistyce, Stefan Żółkiewski.
Za nosiciela wrogich nowemu systemowi idei uznano przedwojenną kadrę profesorską, wśród średniej generacji prowadzono zmasowaną akcję, w wyniku której pozyskano wielu zwolenników nowych koncepcji. Trwała także indoktrynacja najmłodszych środowisk akademickich — spośród osób aspirujących do udziału w życiu naukowym socjalistycznego państwa rekrutowano najbardziej aktywnych propagatorów ideologii marksistowskiej. Mieli się stać „prawdziwymi humanistami walczącymi ze złem, bojownikami socjalizmu”[20]. W czerwcu 1950 roku Adam Ważyk podsumowywał kadrowe zdobycze komunistów, mówiąc o powiększaniu się zastępów „wykwalifikowanych krytyków marksistowskich, którzy mogą współdziałać z rozwojem realizmu socjalistycznego”:

Obok Kierczyńskiej, Kotta, Żółkiewskiego, pozycję marksistowską zajmuje obecnie Kazimierz Wyka. Przybyły nowe wykwalifikowane siły krytyczne — Markiewicz, Janionówna, Drewnowski, Żmigrodzka. Najbardziej ambitna pod względem naukowym młodzież uniwersytecka dąży do opanowania metody marksistowsko-leninowskiej[21].

Na uczelniach trwała wymiana kadr. „Niepewnych” ideologicznie zastępowano „swoimi”. Nierzadko przygotowanie merytoryczne poszczególnych osób było mniej istotne niż ich dyspozycyjność wobec partyjnych patronów[22]. Pod koniec 1946 roku Jerzy Borejsza zapewniał na łamach „Kuźnicy”, że w nowej Polsce przedwojenni profesorowie swobodnie „zaszczepiają młodzieży akademickiej swoją ideologię”[23]. Teraz nadszedł czas, by niektórzy z nich stracili swoje stanowiska. Oprócz dymisji stosowano bardziej wyrafinowane formy represji:

Uruchamiano agresywnych działaczy młodzieżowych do utrudniania lub bojkotu wykładów, kreowano fałszywe opinie, pomówienia. Omijano nazwiska na listach nagród państwowych, ograniczano możliwości działania towarzystw naukowych, narzucano obecność na akademiach, obchodach i sesjach[24].

Rozprawa z — jak to barwnie ujęła Wanda Leopold — „upiorami polonistyki, z wszelkimi wstecznymi tendencjami, które w różnych formach zabagniają jeszcze”[25] polskie literaturoznawstwo, wyraziła się m.in. w atakach środowisk „postępowych”, szczególnie zaś „Kuźnicy”, na te tradycyjne instytucje nauki, które uznano za siedliska „reakcji”. Przedmiotem zmasowanego ataku stały się m.in. Polska Akademia Umiejętności, zlikwidowana przez komunistów w  roku 1951, oraz wydział polonistyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Szczególną aktywność wykazał w tej mierze Stefan Żółkiewski, autor „projektu reformy personalnej” polskiej polonistyki[26]. Symptomatyczne, iż jako pretekstu do żywiołowej i fundamentalnej polemiki ze wskazanymi środowiskami profesorskimi użyto twórczości Cypriana Norwida, ściślej zaś — pojawiających się w druku omówień tejże twórczości.
Pierwsze wystąpienia polemiczne Żółkiewskiego, zawierające krytyczną ocenę niektórych dokonań „starej” polonistyki, pojawiają się tuż po wojnie. Jeden z tekstów z tamtych lat, opublikowany anonimowo wśród Not na ostatniej stronie tygodnika „Kuźnica”, odnosił się do tez referatu Stanisława Jerschiny, przedstawionego podczas posiedzenia Komisji Historii Literatury Polskiej PAU 16 października 1945 roku. Przedmiotem zainteresowania Jerschiny była liryka Norwida. Streszczenie referatu wydrukowano pośród „Sprawozdań PAU”[27] — właśnie ono stało się przedmiotem analizy dokonanej przez Żółkiewskiego.
Cel swojego wystąpienia określa naczelny „Kuźnicy” już w pierwszym zdaniu — nie chodzi o potępienie pojedynczego tekstu historycznoliterackiego, ale o szerszą kampanię przeciwko dokonaniom tradycyjnego literaturoznawstwa. Żółkiewski zaczyna więc od mocnego, jednoznacznego tytułu — Z krainy bełkotu — i stwierdzenia rzekomej oczywistości (w istocie dogmatu „nowej nauki” o literaturze):

Znane jest przysłowiowe niedbalstwo i antynaukowość większości dotychczasowych badań nad procesami twórczości artystycznej[28].

Dalsza część wystąpienia będzie już tylko dowodzeniem słuszności tezy sformułowanej na wstępie. Nie znaczy to w tym wypadku, by wszystkie szczegółowe uwagi Żółkiewskiego były błędne. Traktuje on tekst Jerschiny jako przykład stosowania uproszczonego biografizmu i psychologizmu w procesie interpretacji dzieła literackiego. Metoda Żółkiewskiego polega na przytaczaniu tych zdań i pojedynczych sformułowań, które uznaje za „antynaukowe”. Przyznać trzeba, iż egzempla są na ogół dobrane trafnie:

Panowanie nad środkami ekspresji na przekór wszelkim pokusom poetyczności świadczy o wybitnym intelektualizmie i potędze woli [Norwida][29].

Do najważniejszych cech wspólnych [liryki Norwida] należy refleksyjność; obok niej — uczucie miłości Boga (Prawdy), ojczyzny, człowieka, sztuki i natury oraz nienawiść do szatana (zła), kłamstwa, bezduszności, małości i ciemnoty. Na tle tych dyspozycji mieni się bogata skala momentalnych przeżyć — od uniesienia gniewu czy szlachetnej dumy po tęsknotę za krajem i elegijne wspomnienia[30].

nawet najsilniejsze ekspresje uczuć wyrażają się krótko, jakby wydarte przemocą; gdzie zaś gniew przenika cały utwór, samo ujęcie go w regularne strofy oraz złączenie z refleksją odbiera mu cechy żywiołu. Powodem tego — wstręt do obnażania się[31].

Żółkiewski kpi z „rekordowego osiągnięcia” psychologizmu, stwierdzając: „wtajemniczenie dr. Jerschiny w głębie psychiki Norwida istotnie gwarantuje tej metodzie naukowe sukcesy”. Deklaruje również z sarkazmem: „To odkrycie w naszym poecie »wstrętu do obnażania się« przekonało mnie!” i pyta: „Ale skąd Pan to wie, Panie Doktorze?”. Jednak powodem do postawienia najpoważniejszego zarzutu staje się dokonane przez Jerschinę omówienie Norwidowskiej wersyfikacji.  Krytyk zarzuca literaturoznawcy, iż ten

nie zna klasyfikacji typów wiersza polskiego od sylabicznego do tonicznego. Mówiąc o rytmie posłuży się tak łatwo sprawdzalną charakterystyką: „Rytm Norwida brzmi spokojnie, poważnie”...

Wybór określonych partii tekstu Stanisława Jerschiny i komentarz, jakim je opatrzono, należy uznać za rodzaj manipulacji, w streszczeniu referatu pojawiają się bowiem sformułowania potwierdzające znajomość tej materii — Jerschina pisze m.in. o frekwencji 11- i 9-zgłoskowca, „naśladowaniu metrów klasycznych”, wierszu nieregularnym i wolnym[32].
Choć metodologicznym postulatom Żółkiewskiego nie sposób odmówić słuszności, to ostateczny wniosek wyciągnięty z analizy nie pozostawia złudzeń co do intencji krytyka — atak wymierzony jest w tradycyjną humanistykę akademicką:

W sumie: Panowie Profesorowie — czy nie czas, abyście zainteresowali się sprawą unaukowienia badań literackich? A przynajmniej eliminacją zbyt wyraźnej blagi ze swoich naukowych wydawnictw?

Odpowiedzi na te pytania miał zresztą udzielić sam Stefan Żółkiewski i zastęp jego współpracowników — środowiska akademickie przekonały się wtedy, iż postulat „unaukowienia badań” oznacza po prostu wprowadzenie jako obowiązującej metody marksistowskiej. „Eliminacja blagi” przybrała zaś wymiar praktyczny: „idealistów” i „fideistów” usunięto na jakiś czas z życia naukowego lub skutecznie zamknięto im usta.
W roku 1946 można się było jeszcze łudzić, że będzie inaczej, dlatego Jerschina odpowiadał Żółkiewskiemu ostro i jednoznacznie, nazywając jego wystąpienie „osobistą napaścią”, a jej ton określając jako „urągający wszelkim zasadom dyskusji kulturalnej”[33]. Bodaj najważniejsza część replik Jerschiny to obrona metody genetycznej w badaniach literackich przed uroszczeniami marksizmu — argumentacja dobrze określa istotę konfliktu i celnie obnaża motywacje ideowego przeciwnika:

ilekroć zechcemy dać obraz rozwoju twórczości jakiegoś pisarza, musimy uwzględnić jego życiorys duchowy, nawet w wypadku, gdy zajmiemy stanowisko jednostronnie społeczne: ogniwem pośrednim oddziaływań socjalnych na treść i formę twórczości artystycznej są, czy się nam to podoba, czy nie — koleje przeżyć autora; marksistowski zaś krytyk powinien znać twierdzenie Marksa, że „byt określa sposób myślenia”.

Jerschina odpowiada błyskotliwie na uwagi o „antynaukowości” użytej przezeń terminologii:

Czy zdaniem anonima w ogóle nie należy mówić o treści utworów lirycznych? Czy każde zdanie, w którym są wyrazy Bóg, ojczyzna, człowiek itd. uważa za „nieadekwatne” dla celów naukowych? Zdaje się, że tak, bo załamał ręce nad „pojęciowym wyposażeniem” tej charakterystyki... Ale na to zmartwienie niestety nic mu nie mogę poradzić. Może kiedyś napiszę studium o liryce pisarza-ateisty, materialisty i wolnomyśliciela, a wtedy takich „nieadekwatnych” zdań uda mi się zapewne uniknąć.

Dyskusja Żółkiewskiego i Jerschiny stanowiła jeden z epizodów walki o „nową naukę”, przejaw ideologicznej ofensywy komunistów, która miała doprowadzić do przejęcia kontroli nad uniwersytetami, zwłaszcza zaś nad wydziałami humanistycznymi, uważanymi za bastiony myśli burżuazyjnej.
Identyczny był kontekst innej dyskusji, która rozgorzała w sytuacji znacząco odmiennej — w roku 1949. Pretekstu do wytoczenia dział przeciwko polonistom z Uniwersytetu Jagiellońskiego dostarczyła publikacja Cypriana Norwida „Fortepian Szopena” ze stanowiska twórczości poety odczytany, która ukazała się w związku z setną rocznicą śmierci Fryderyka Chopina[34]. Książka liczyła 284 strony, z czego tekst Norwida zajmował 20. Poza dwiema wersjami Fortepianu Szopena (opracowanymi na podstawie pierwodruku i rękopisu) składały się na nią: wstęp, rozbudowane przypisy i komentarze oraz „analiza rytmu” Norwidowego wiersza, którą dopełniały „tablice wokalne”. Stefan Żółkiewski uznał książkę za wcielenie „wszystkich wad degenerującego się, mieszczańskiego literaturoznawstwa ostatnich kilkudziesięciu lat”[35]. Czytelnik, który po nią sięgnie, dojdzie, zdaniem marksistowskiego krytyka,

do kresu polonistycznej nocy. Zobaczy dziwactwa edytorskiej drobiazgowości. Zobaczy, do czego prowadzi pusty formalizm. Zobaczy wyjarzmiony z wszelkich wędzideł zdrowego sensu polonistyczny mistycyzm. Zobaczy dostojne szaleństwo szukania wpływów i zależności jako sztukę czystą, samą dla siebie. Zobaczy popis uroczystej erudycji: kilometrowe łańcuchy tytułów różnych niemieckich przyczynków jako żywo niezwiązanych z tematem. Zobaczy wreszcie patologiczną pogoń skojarzeń bardziej dalekich niż hermetyczne metafory Peipera, skojarzeń, które wśród filologów noszą nazwę uczonego komentarza[36].

Istotnie, wywody Filipa, szczególnie zaś komentarze do poszczególnych wersów i wyrażeń z wiersza Norwida, stanowią gąszcz trudny do przebycia. Nie sposób jednak uznać wszystkie zawarte tam wnioski za pozbawione sensu i bezwartościowe. Pisze o tym Konrad Górski: „jak słyszałem od doskonałych znawców Norwida i fachowych polonistów — jest tam dużo trafnych uwag i spostrzeżeń obok niewątpliwych błędów metodycznych”[37]. Żółkiewski zarzuca interpretatorowi Norwida piętrzenie poszczególnych elementów komentarza, odwoływanie się do zbyt wielkiej ilości źródeł, niekiedy bardzo odległych od omawianej materii poetyckiej, swoistą atomizację komentarza. Zamiast „koszmarnych skojarzeń, cytat, religianctwa, mesjanizmu, pustej erudycji, formalistycznego gadulstwa, niezdolności do jakiegokolwiek teoretycznego sądu” wolałby widzieć „próbę metodycznego uzasadnienia, gdzie tkwią społeczne i ideologiczne korzenie utworu”[38].
Zarzuty zgromadzone w omówieniu — zgodnie z przyjętą strategią — Żółkiewski kieruje pod adresem całego „niepostępowego” literaturoznawstwa polskiego, zwłaszcza zaś polonistyki UJ („Autor pewno dostał za to w Krakowie doktorat — a może nawet habilitację”[39]). Publikację Filipa uznaje za „jakiś eschatologiczny symbol całkowitego upadku i bezradności mieszczańskiej wiedzy o literaturze”[40].

Zapewne — podsumowuje — książka jest wyjątkową karykaturą. Ale świadczy także o przeciętnym poziomie uniwersyteckiej polonistyki, o jej stagnacji, o błędnych drogach metody. Jest ostatnim sygnałem alarmu. Naszą filologię nowożytną trzeba ratować[41].

Z odpowiedzią na zarzuty redaktora „Kuźnicy” wystąpił Stanisław Pigoń. Wysłał on do Żółkiewskiego list, w którym wyjaśniał, iż Tadeusz Filip „nie był ani nie jest jego uczniem, ani w ogóle uczniem żadnego krakowskiego polonisty, a studia p. Filipa nad Norwidem mają charakter dyletancki”[42]. Ale dla adresata, co można było wnosić z samego tonu jego pierwszej wypowiedzi, nie miało to najmniejszego znaczenia — fakty naginał wszak do wcześniej skonstruowanej tezy. Nie tylko nie opublikował listu Pigonia, ale przypuścił jeszcze ostrzejszy atak:

Wydaje mi się sprawą zupełnie obojętną, że „co do litery” p. Filip nie wywodzi się z krakowskich pracowni polonistycznych. Wywodzi się bowiem z tradycyjnej polonistyki „co do ducha”, a mistycyzm jego wywodzi się właśnie z krakowskiej polonistyki.

Z dokonaniami Filipa zostały tu zestawione „praca Górskiego” i „prace Krakowian”. Charakteryzuje je, zdaniem pierwszego dyrektora IBL, „brak naukowej metody”, „mistycyzm” i pozostałe „śmiertelne grzechy naszej polonistyki”.
Na tak sformułowane zarzuty odpowiedzieli i Stanisław Pigoń, i Konrad Górski. Pierwszy ponownie posłużył się formą listu — tym razem zaadresował go do redakcji „Tygodnika Powszechnego”[43]. Przedstawił w nim w wielkim skrócie ostatnie dokonania filologów polskich z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz stwierdził, że „ducha polonistyki krakowskiej” Żółkiewski „wywołał” nie tak, jak nakazywałaby to „metoda eksperymentalna, ścisła, postępowa, jedynie naukowa etc.” lecz przy użyciu „stolika redakcyjnego”. „Nie dziwota — kończył — iż przywołana takim sposobem ektoplazma przybrała postać poczwarną”[44].
Replika Konrada Górskiego była mistrzowskim wyrazem godności osobistej, dystansu i poczucia humoru. Wspominając o wcześniejszych napaściach „Kuźnicy” stwierdził, iż po tych wstępnych zaczepkach przyszedł widać czas, by „uderzył [...] sam wódz naczelny”[45]. Następnie udowodnił Żółkiewskiemu, iż ten po pierwsze — nie przeczytał artykułu, który krytykuje, po drugie — najzupełniej fałszywie interpretuje termin „nauka”:

uzależnia on naukowość cudzej pracy od spełnienia dwóch warunków: 1) od wyboru określonych zagadnień, rozwiązywanych za pomocą jedynej wskazywanej przez niego metody; 2) od wartościowania zjawisk w oparciu o materializm filozoficzny. Tak więc np. gdybym zamiast wyrazić podziw dla wysiłku moralnego Słowackiego, jaki widnieje w jego ewolucji, powiedział, że ta ewolucja jest świadectwem umysłowej degeneracji poety, to artykuł mój na pewno byłby uznany przez p. Żółkiewskiego za naukowy[46].

Zaproponował, by zamiast tracić energię na publicystykę, Żółkiewski zakasał rękawy i wziął się do pracy wzbogacającej wiedzę o literaturze — choćby przy użyciu preferowanej przezeń metodologii markistowskiej. Na koniec stwierdził zaś, iż będąc jedynie magistrem polonistyki i nie ogłosiwszy żadnej większej pracy o charakterze historyczno- czy teoretycznoliterackim, redaktor „Kuźnicy” nie ma prawa pouczać polonistycznej kadry naukowej[47].
W ten oto sposób wypowiedzi dotyczące poezji Cypriana Norwida stały się pretekstem do dyskusji o metodologii badań literaturoznawczych. Stąd było już bardzo blisko do polityki. Walka z „przeżytkami nauki burżuazyjnej” wkrótce potem osiągnęła swoje apogeum. 1 grudnia 1950 roku Stefan Żółkiewski przesłał na ręce Kazimierza Petrusewicza projekt „reformy personalnej polonistyki”. Wśród składających się nań dokumentów znajdowała się lista pracowników polonistyki z całego kraju. Przy każdym nazwisku odnotowano zaangażowanie (lub brak zaangażowania) danej osoby po stronie „sił postępowych”. Obok nazwiska Stanisława Pigonia widniał dopisek: „65 lat, nie przestawi się, należy go odsunąć od pracy uniwersyteckiej, przy filologicznej pracy edytorskiej będzie cenny”[48]. Konrad Górski od pewnego czasu był już przesunięty „do pracy pozauniwersyteckiej”[49].



[1] B. Fijałkowska, Polityka i twórcy (1948–1959), Warszawa 1985, s. 5.
[2] B. Otwinowska, Wprowadzenie i... dopełnienie, w: Polacy wobec przemocy 1944–1956, red. B. Otwinowska, J. Żaryn, Warszawa 1996, s. 5.
[3] Tamże, s. 12.
[4] M. Fik, Kultura polska 1944–1956, w: Polacy wobec przemocy..., s. 227.
[5] Tamże, s. 229.
[6] Zob. tamże.
[7] Tamże.
[8] Z. Łapiński, hasło „Tygodnik Powszechny”, w: Słownik realizmu socjalistycznego, red. Z. Łapiński, W. Tomasik, Kraków 2004, s. 375.
[9] Cyt. za: K. Kersten, dz. cyt., s. 312.
[10] M. Fik, dz. cyt., s. 243.
[11] P. Hübner, Nauki społeczne i humanistyka — mechanizmy zniewolenia, w: Polacy wobec przemocy..., s. 277.
[12] Tamże.
[13] Cyt. za: K. Kersten, dz. cyt., s. 311.
[14] S. Żółkiewski, Badania nad literaturą polską. Dorobek, stan i potrzeby. Z powodu I. Kongresu Nauki Polskiej, Warszawa 1951.
[15] Zob. P. Hübner, dz. cyt., s. 284–285.
[16] Zob. tamże, s. 287.
[17] Z referatu Adama Schaffa przygotowanego na I Kongres Nauki polskiej. Cyt. za: P. Hübner, dz. cyt., s. 288.
[18] Zob. P. Hübner, dz. cyt., s. 291–292.
[19] W. Leopold, W walce z upiorami polonistyki, „Nowa Kultura” 1950, nr 1, s. 3.
[20] S. Żółkiewski, Dynamika przełomu literackiego, „Nowa Kultura” 1950, nr 1, s. 5.
[21] A. Ważyk, Perspektywy rozwojowe literatury polskiej..., s. 95.
[22] Zob. P. Hübner, dz. cyt., s. 300.
[23] J. Borejsza, Obrachunki na węzłowej stacji, „Kuźnica” 1946, nr 50, s. 1.
[24] P. Hübner, dz. cyt., s. 303.
[25] W. Leopold, dz. cyt., s. 3.
[26] Zob. J. Connelly, T. Suleja, „Projekt reformy personalnej polonistyki uniwersyteckiej” Stefana Żółkiewskiego z 1950 roku, „Arcana” 1997, nr 2, s. 93–99.
[27] S. Jerschina, streszczenie pracy pt. Liryka Norwida, „Sprawozdania PAU” 1945, nr 8, s. 204–207.
[28] S. Żółkiewski, Z krainy bełkotu, „Kuźnica” 1946, nr 21, s. 12.
[29] S. Jerschina, dz. cyt., s. 205.
[30] Tamże.
[31] Tamże, s. 206.
[32] Tamże, s. 207.
[33] S. Jerschina, W odpowiedzi na bełkot, „Tygodnik Warszawski” 1946, nr 27, s. 8.
[34] T. Filip, Cypriana Norwida „Fortepian Szopena” ze stanowiska twórczości poety odczytany. Wydanie krytyczne poematu opatrzone wstępem, przypisami i próbą analizy rytmu, Kraków 1949.
[35] S. Żółkiewski, Nowy słowniczek, „Kuźnica” 1949, nr 14, s. 11.
[36] Tamże.
[37] K. Górski, Rozprawa z Żółkiewskim (nie o Żółkiewskim), „Tygodnik Powszechny” 1949, nr 23,
s. 4.
[38] S. Żółkiewski, dz. cyt., s. 11.
[39] Tamże.
[40] Tamże.
[41] Tamże.
[42] S. Żółkiewski, Jeszcze raz słowniczek, „Kuźnica” 1949, nr 19, s. 16.
[43] List stanowił w zasadzie komentarz do noty w „Tygodniku Powszechnym”, której przedmiotem były właśnie praktyki Stefana Żółkiewskiego (Kor., Duchologia, „Tygodnik Powszechny”  1949, nr 22, s. 12).
[44] S. Pigoń, Jeszcze o „duchu krakowskiej polonistyki”, „Tygodnik Powszechny” 1949, nr 24, s. 6.
[45] K. Górski, dz. cyt., s. 4.
[46] Tamże.
[47] Zob. tamże, s. 5.
[48] S. Żółkiewski, Projekt reformy personalnej polonistyki [zbiór dokumentów], „Arcana” 1997, nr 2, s. 106.
[49] Tamże, s. 112.

środa, 6 lipca 2011

"Łazarz" - wiersz z nowej książki


Łazarz

Krzysztofowi Kuczkowskiemu

dlaczego wszyscy zostawili go w spokoju
jak gdyby dopiero po wskrzeszeniu umarł na dobre
zapadł się pod ziemię
czy za jego sprawą chwała Pańska
nie miała zajaśnieć wśród ludzi
czy nie powinien stać się apostołem
dobrej nowiny obnosić ciało
martwe ciało
i mówić dotknijcie to już gniło

ale nie
Łazarz siedzi w ciemności
spoczywa w mroku

kiedy wychodził
stamtąd
światło poraziło jego oczy
teraz widzi tylko
zamazane kształty czarne plamy
wirują w powietrzu

Łazarz wstępuje w płodowe wody jeziora
stopy dotykają dna
dłonie tańczą trą skórę
piaskiem kamieniem
rozkładają
na czynniki
pierwsze

na brzegu
namaszczają
ciało
wonnym olejem

zabić tamten zapach

okrzyk już cuchnie
rozbrzmiewa
w ciszy poranka

dlaczego On przyszedł
tak późno
pyta Łazarz

spojrzenie
martwych oczu
utkwione w słońcu

Wielki Piątek 2010

piątek, 1 lipca 2011

Inauguracja sezonu artystycznego w Leśniczówce Pranie

Program poetycko-muzyczny MAM TYLKO SIEBIE DO OBRONY (wiersze T. Dąbrowskiego, P. Dakowicza, K. Góry, K. Karaska, W. Kassa, G. Kociuby, K. Kuczkowskiego, W. Kudyby, P. Macierzyńskiego, J. Polkowskiego, T. Różyckiego, M. Świetlickiego, W. Wencla i M. Więcka oraz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego)

Scenariusz: Wojciech Kass
Reżyseria: Irena Jun
Występują:
Irena Jun,
Sebastian Świerszcz
Dariusz Wnuk
Lidia Sadowa
Mariusz  Mario Jeka (klarnet),
Radosław Labakhua (trąbka)

Wernisaż wystaw plenerowych przygotowanych z okazji Roku Czesława Miłosza: Wokół "Poematu dla zdrajcy”„Przedzierałem się przez Prusy Wschodnie”.
Koncepcja i tekst: Wojciech Kass,
Opracowanie i redakcja: Zbigniew Fałtynowicz

czwartek, 30 czerwca 2011

O Czesławie Miłoszu w Radiu Łódź




Zapraszam do wysłuchania dzisiejszego odcinka audycji Podróże literackie, poświęconego dziełu Czesława Miłosza. O twórczości autora Drugiej przestrzeni - w setną rocznicę jego urodzin - będę rozmawiał z redaktor Joanną Sikorzanką.

Termin emisji: czwartek, 30 czerwca 2011 r., g. 21:10.

niedziela, 26 czerwca 2011

Nowa książka poetycka - "Place zabaw ostatecznych"

Z najnowszym numerem "TOPOSU" ukazał się mój nowy tomik - Place zabaw ostatecznych.
Książkę można nabyć wraz z czasopismem w salonach EMPiK w całej Polsce. Cena pakietu, w skład którego wchodzą „Topos” i tomiki dwóch poetów (Zbigniew Jankowski i Przemysław Dakowicz) - jedynie 13 zł.
Zachęcam do lektury.
 

sobota, 25 czerwca 2011

Van Gogh w Saint-Rémy

Fragment szkicu opublikowanego w najnowszym numerze "Toposu".


W szpitalu w Saint-Rémy Vincent spędził rok. Przeszedł tam kilka gwałtownych ataków choroby. Mimo wszystko pracował niezwykle intensywnie — w dawnym klasztorze, gdzie mieścił się zakład, i w jego okolicy powstał cały szereg najwybitniejszych płócien van Gogha, w tym kilka autoportretów, Gwiaździsta noc, Irysy, Kwitnące migdałowce, różne przedstawienia postaci siewcy i żeńcy, serie obrazów z motywem cyprysów i drzew oliwnych, wreszcie kolorystyczne interpretacje dzieł mistrzów — m.in. Milleta, Delacroix, Rembrandta. Dla sposobu, w jaki skłonny jestem odczytywać dzieło van Gogha, najistotniejsze wydają się dwie grupy obrazów: przetworzenia dawniejszych arcydzieł o tematyce ewangelicznej oraz cykl widoków z bezpośredniego otoczenia sanatorium — parku, pól zboża z postaciami ludzkimi, skąpanych w żarze Południa gajów oliwnych.
W jednym z periodów między kryzysami psychicznymi Vincent wysyła do swojego przyjaciela Emila Bernarda list, w którym daje wykład swojej własnej metody twórczej[1]:

Obecnie […] pracuję w gajach oliwnych, poszukując różnorodnych efektów szarego nieba przy żółtej glebie, z czarniawozielonym akcentem liści. Kiedy indziej znowu gleba i liście fioletowe przy żółtym niebie, potem znów ziemia z czerwonego ugru, a niebo różowo-zielone. No cóż, interesuje mnie to o wiele bardziej niż wszystkie wyżej wspomniane abstrakcje.
[…] Przede wszystkim idzie o rzetelne zanurzenie się w rzeczywistości. Bez z góry powziętego planu, bez paryskich koncepcji. […] Dałem się na wskroś przeniknąć powiewom idącym od tych wszystkich pagórków i sadów; co dalej — zobaczę. Moje malarskie ambicje ograniczają się do paru skib roli, kiełkującego zboża, oliwnego sadu, cyprysa; ten zaś niełatwy jest do zrobienia. Ty, który tak lubisz prymitywów, który ich studiujesz, dlaczego, powiedz — wydaje się — nie znasz Giotta. Widzieliśmy ostatnio z Gauguinem w Montpellier maleńki obrazek Giotta — śmierć jakiejś tam świętej kobieciny. Uczucia zachwycenia i cierpienia wyrażone są tam w sposób tak ludzki, że choćby nie wiem jak tkwiło się w dziewiętnastym wieku, wydaje się człowiekowi, że jest tam obecny, tak dalece dzielić musi wzruszenie. […]
Oto opis płótna, które mam w tej chwili przed sobą. Widok parku przy sanatorium, w którym przebywam: na prawo szary taras, kawałek domu, kilka przekwitłych krzewów różanych, na lewo teren parku —czerwony ugier, gleba spalona słońcem, pokryta opadłym igliwiem sosnowym. Skraj parku wysadzony jest wielkimi sosnami — pnie i gałęzie z czerwonego ugru, zieleń liści posmutniała od domieszki czerni. Wysokie drzewa odcinają się od wieczornego nieba, mieniącego się na żółtym tle fioletem; ów żółty przechodzi w górze w róż, w zieleń. Ściana, znowu czerwony ugier, zamyka widok — ponad nią wznosi się jedynie wzgórze z fioletu i żółtego ugru. Otóż pierwsze drzewo jest to olbrzymi pień rażony piorunem i spiłowany. Jego boczna gałąź wznosi się bardzo wysoko w górę i opada lawiną ciemnozielonego igliwia. Ten mroczny olbrzym niby sponiewierany pyszałek kontrastuje, jeśli potraktujemy go jako istotę żywą, z bladym uśmiechem ostatniej róży, przekwitającej na krzaku naprzeciw niego. Pod drzewami puste ławki kamienne, ciemny bukszpan, niebo odbijające się po deszczu w kałuży. Promień słońca, ostatni odbłysk, zapala się aż oranżem, ciemnym ugrem. Czarne figurki błąkają się tu i tam, pomiędzy pniami drzew.
Rozumiesz, że to połączenie czerwonego ugru, smutnej, przytłumionej zieleni i czarnych kresek otaczających konturem sprawia wrażenie udręki, która ogarnia często niektórych moich towarzyszy niedoli — wrażenie zwane „czarno-czerwonym”. A zresztą motyw wielkiego drzewa trafionego przez błyskawicę, chorobliwy różowozielony uśmiech ostatniego jesiennego kwiatu, podkreśla tę myśl.
Inne płótno przedstawia słońce wschodzące nad ruiną młodego zboża; linie biegną w dal, zagony zmierzają wysoko w górę płótna aż do muru i szeregu liliowych pagórków. Pole jest fioletowe i zielonożółte. Białe słońce otoczone wielką żółtą aureolą. Tutaj, w przeciwieństwie do tamtego płótna, pragnąłem wyrazić ukojenie, wielki spokój.
Mówię ci o tych dwóch płótnach, zwłaszcza o pierwszym, by przypomnieć, że można osiągnąć wrażenie udręki, nie próbując specjalnie trafiać wprost do historycznego ogrodu Gethsemani; a na to, by wyrazić temat łagodny i podnoszący na duchu, nie jest konieczne pokazanie postaci z Kazania na Górze.
Tak, wzruszanie się Biblią jest zapewne mądre i słuszne. Ale współczesna rzeczywistość wywiera na nas taki wpływ, że nawet kiedy usiłujemy w sposób oderwany odtwarzać w myśli dawne czasy, drobne zdarzenia życia codziennego odrywają nas od tych rozmyślań, a własne przygody przerzucają nas, co jest nieuniknione, w krąg naszych przeżyć osobistych, radości, smutków, cierpienia, złości i uśmiechu.[2]

Warto zwrócić uwagę na kilka fundamentalnych wskazań zawartych w cytowanym fragmencie korespondencji. Po pierwsze — określenie zasadniczego kierunku poszukiwań artystycznych: zdaniem van Gogha, malarz powinien zanurzyć się w rzeczywistości. W jego twórczości niewiele jest obrazów, które nie byłyby inspirowane tym, co bezpośrednio dostępne zmysłom. (Bodaj najbardziej wyrazisty przykład realizacji odmiennej koncepcji twórczej stanowi Wspomnienie ogrodu w Etten, płótno powstałe pod wpływem Gauguina.). Jeśliby brać pod uwagę tę koncepcję, trzeba by van Gogha nazwać realistą. Nie byłoby to jednak stwierdzenie dostatecznie ścisłe, bowiem „zanurzenie w rzeczywistości” jest zaledwie warunkiem wstępnym pracy artysty, oznacza zaś możliwie głębokie wniknięcie w istotową odmienność percypowanego przedmiotu, otworzenie się na tkwiącą w nim potencję znaczeniową. Kolejnym, równie ważnym etapem działania twórczego jest przepuszczenie danych treści przez pryzmat indywidualnego widzenia, albowiem oko ludzkie nie jest zimnym okiem obiektywu, a myśl systemem mechanicznych przesłon uruchamianych za dotknięciem guzika. Idea van Gogha zakłada dopuszczenie do głosu zarówno prawdy przedmiotu, jak i prawdy podmiotu. Ów artystyczny zamysł możemy zrozumieć lepiej wczytując się w zdania o obrazku Giotta. Włoski mistrz posiadł umiejętność wyrażania „uczuć zachwycenia i cierpienia” w sposób prosty, a dzięki temu przejmujący i sugestywny. W prostocie, która oznacza zarazem nienatrętną, dyskretną interpretację, zawiera się cała ludzka czułość dla świata form widzialnych, udzielająca się odbiorcy dzieła i wciągająca go w orbitę swego oddziaływania. Tym samym sztuka staje się nośnikiem uczuć, kanałem komunikacyjnym między dwoma osobnymi istnieniami, podejmującymi rozmowę ponad przestrzenią i czasem.
Van Gogh wypowiada się w liście do Bernarda przeciwko dosłowności malarstwa religijnego — w myśl jego koncepcji, każdy temat bezpośrednio niezwiązany ze sferą sacrum zdolny jest nieść ze sobą sugestię uczuć i treści o charakterze konfesyjnym, widok parku szpitalnego czy fragment sadu oliwnego może odsyłać do Chrystusowej pasji. Wydaje się, że ten syn pastora, niegdysiejszy kaznodzieja i apostoł do końca pozostał osobowością głęboko religijną, ale kwestie wiary zostały przezeń zepchnięte w głąb — żar wyznawcy i głosiciela praw bożych uległ sublimacji, przemienił się w żar twórcy pragnącego uchwycić odblask wieczności w tym, co przemijające. Jego malarstwo, wyraz niezaspokojonego głodu nieskończoności, jest malarstwem religijnym w sensie, który wyłuszczony został w ostatnim z przytoczonych akapitów. Gdy umęczony chorobą pacjent szpitala w Saint-Paul de Mausole powiada, że „drobne zdarzenia życia codziennego odrywają nas od tych rozmyślań, a własne przygody przerzucają nas, co jest nieuniknione, w krąg naszych przeżyć osobistych, radości, smutków, cierpienia, złości i uśmiechu”, to słowa te stanowią nie tylko celny opis jego własnej sytuacji, ale także przejmującą i głęboko prawdziwą charakterystykę kultury przełomu XIX i XX wieku, która jest już faktycznie kulturą postchrześcijańską.
W jednym z listów z Arles van Gogh wyznawał, że odczuwa „straszną potrzebę religii” (LB 379). Kiedy Theo zdawał narzeczonej relację z rozmowy z bratem po pierwszym ataku jego choroby, pisał o maniakalnym powracaniu Vincenta do „problemów filozoficznych i teologicznych”[3]. Wśród wielu skarg słanych z Saint-Rémy do Paryża znalazła się i ta: „Jestem zdumiony, że ja, który mam nowoczesne poglądy, który jestem gorącym wielbicielem Zoli i Goncourtów, który czuję wszystko, co artystyczne, mam ataki, jakie mógłby mieć człowiek zabobonny, i że osaczają mnie myśli mistyczne i okrutne, choć nie znałem ich nigdy na Północy” (LB 477).
Nie posiadamy, niestety, bliższych informacji o specyfice dolegliwości Vincenta; wiadomo, że miewał omamy wzrokowe i słuchowe. Z listów Thea do matki wyłania się portret malarza jako człowieka przeżywającego dotkliwe stany depresyjne i paranoidalne: „Rzadko jest w pełni sobą. Głównie siedzi tam [w zakładzie Saint Paul de Mausole] z głową w dłoniach, a kiedy ktoś się do niego odzywa, wygląda, jakby go to bolało i daje znaki, że chce zostać sam”[4]. Sięgnąwszy po kategorie psychoanalityczne, można by epizody nękania Vincenta przez „myśli mistyczne”, opisać jako obecność „widma” represyjnego ojca i „zemstę” superego. Myślę jednak, że tego rodzaju interpretacje (ich jaskrawą egzemplifikację stanowi książka Fella) nie prowadzą do wniosków konstruktywnych i w niewielkim stopniu pomagają zrozumieć fenomen holenderskiego artysty. Zresztą, uskarżając się na „egzaltację religijną” (LB 479), van Gogh przyznaje zarazem: „Nie jestem obojętny w sprawach religii i w cierpieniu myśli religijne przynoszą mi niekiedy pociechę” (LB 473). Nie rozumie sensu choroby, lecz zdolny bywa do takiego choćby westchnienia nadziei i rezygnacji jednocześnie:

Nauczyć się cierpieć bez skargi, patrzeć na ból bez odrazy — właśnie tu kryje się ryzyko zawrotu głowy; a jednak jest bardzo możliwe, a nawet poniekąd prawdopodobne, że po tamtej stronie zrozumiemy powody cierpień, które stąd przesłaniają nieraz cały horyzont i ukazują się w rozpaczliwych proporcjach potopu. O proporcjach jednak wiemy bardzo mało i lepiej jest patrzeć na pole zboża, nawet namalowane na płótnie. (LB 461–462)

Wojciech Karpiński przeprowadza w swojej książce błyskotliwą paralelę między dwoma wielkimi „emblematycznymi postaciami” stojącymi „u progu naszej współczesności”, van Goghiem i Nietzschem, wskazując na liczne podobieństwa biograficzne, na trawiącą obu gorączkę twórczą, na wspólny filozofowi i malarzowi epizod z chorobą umysłową, wieńczący życie każdego z nich[5]; nie zwraca jednak, jak sądzę, należytej uwagi na kilka istotnych tropów, które domagają się interpretacji. Kiedy na turyńskiej ulicy Nietzsche lituje się nad umęczonym koniem pociągowym, objawia w ten sposób postawę bliską van Goghowi, który porównywał artystę walczącego o nową sztukę do zwierzęcia ciągnącego powóz:

I czasem brak ochoty, żeby zupełnie oddać się sztuce i nabrać sił w tym celu. Człowiek wie, że jest dorożkarskim koniem, i wie, że zaprzęgnie się do tej samej dorożki. I nie ma na to chęci, i wolałby żyć na prerii, gdzie jest słońce, rzeka, inne konie, tak samo wolne, i gdzie rodzi się życie.
I może w gruncie rzeczy choroba serca płynie trochę z tego, to by mnie nie dziwiło. Człowiek nie buntuje się już przeciw porządkowi rzeczy, nie wyrzeka się też swojej choroby; i ani to nie minie, ani nie można znaleźć na to lekarstwa.
Nie wiem, kto nazwał ten stan: zaznać śmierci i nieśmiertelności. Ciągnąć dorożkę, to powinno być pożyteczne dla ludzi, których nie znamy. I jeśli wierzymy w nową sztukę, w artystów przyszłości, nasze przeczucie nas nie myli.
………………………………………………………………………………………………….

I my, jak sądzę, nie jesteśmy tak bliscy śmierci, czujemy przecież, że rzecz jest większa od nas i trwalsza niż nasze życie.
Nie umieramy, ale czujemy, że niewiele znaczymy, i za to, żeby być ogniwem w łańcuchu artystów, płacimy wygórowaną cenę — zdrowiem, młodością, wolnością, z której nie korzystamy zupełnie, tak samo jak koń dorożkarski, ciągnący pojazd z ludźmi, którzy jadą cieszyć się wiosną. (LB 333–334)

Tuląc zmaltretowane zwierzę, Nietsche przygarnia nie tylko samego siebie, szlocha nie tylko nad własnym udręczeniem. Lituje się także nad tymi nielicznymi, którzy wszystkie swoje siły poświęcili zrozumieniu kondycji człowieka nowoczesnego, dobrowolnie podejmując ofiarę w imię cudzego dobra — również nad pogrążonym w szaleństwie malarzem z Brabancji, pacjentem doktora Peyrona w Saint-Paul de Mausole. Sądzę, że twórczość van Gogha stanowi w pewnym sensie odpowiednik dzieła Nietschego, jest wyrazem podobnego spojrzenia na przełom XIX i XX stulecia, na współczesność jawiącą się jako epoka odrębna, bo budująca własną tożsamość na podważeniu idei ciągłości kultury europejskiej i, dokonującym się niemal niepostrzeżenie, zerwaniu z chrześcijańską przeszłością Starego Kontynentu. Vincent nie ciska, jak autor Zmierzchu bożyszcz, gromów na chrześcijaństwo, nie buntuje się, nie wypowiada wojny całej tradycji; problemy wiary i religii przetrawia we własnym wnętrzu, konflikt sprzecznych racji ma tu charakter implozywny.












Co ciekawe, jedyne dojrzałe płótna van Gogha o tematyce religijnej, to reinterpretacje prac poprzedników, Wskrzeszenia Łazarza Rembrandta, Piety i Miłosiernego Samarytanina Delacroix. Rysy twarzy martwego Chrystusa spoczywającego w ramionach Matki i podnoszącego się z grobu Łazarza są bezsprzecznie rysami samego Vincenta, artysty, który doświadczył na sobie stanu pośredniego między życiem a śmiercią z intensywnością niedostępną żadnemu z jego współczesnych i który jak nikt inny pragnął zmartwychwstania, wołał o własne wskrzeszenie, pożądał nieskończoności.


*

Ilekroć usiłuję wyobrazić sobie van Gogha jako pacjenta szpitala w Saint-Rémy, nieodmiennie staje mi przed oczami scena, która rzeczywiście miała miejsce w murach tego dawnego klasztoru. Cela tonie w promieniach wieczornego słońca, za okratowanym oknem pole pszenicy, dalej ciche wzgórza z ciemnymi postaciami ludzkimi — to rolnicy udają się na spoczynek po pracowitym dniu. Vincent siedzi na prostym metalowym łóżku, tułów podany ku przodowi, głowa ukryta w dłoniach. Po chwili podnosi się ciężko i czyni kilka kroków w kierunku sztalug. Ze stołu ze świeżo wyszorowanego sosnowego drewna chwyta kilka tub z farbami i otwiera je, by łapczywie wyssać ich zawartość. Łaknienia, które odczuwa, nie da się jednak zaspokoić ani najzłocistszym odcieniem żółci ani najjaskrawszym błękitem. Farby zmieszane ze śliną spływają po brodzie, szyi, plamią bluzę. Vincent krztusi się, miota od ściany do ściany, jego piersiami wstrząsa szloch, brzmiący zarazem jak kwilenie niemowlęcia i rzężenie starca.
Tym razem jeszcze zostanie odratowany. Za chwilę do celi wtargną zakonnice opiekujące się chorymi, między nimi siostra Epifania (Bogurodzica z Vincentowej Piety ma jej rysy).
Póki się nie pojawią, będę patrzył w tę umęczoną, zastygłą w grymasie bólu twarz, na której czerwony ugier i czerń zlewają się ultramaryną, fioletem, siarkową żółcią i bielą. Będę próbował zrozumieć ten głód. Jego i mój. Nasz głód.




[1] Należy go czytać w kontekście krytycznych uwag na temat religijnych płócien Bernarda i Gauguina. Vincent pisał do Thea: „Pracowałem w tym miesiącu w gajach oliwkowych, doprowadzili mnie bowiem do wściekłości tym Chrystusem w Ogrójcu [Gauguina], gdzie  nic nie jest zaobserwowane. Oczywiście, nie chodzi mi o to, żeby namalować temat biblijny; napisałem Bernardowi i Gauguinowi także, że naszym zadaniem jest oddanie myśli, nie zaś marzenia, i że zdumiewa mnie ich skłonność idąca w tym kierunku. Bernard przysłał mi bowiem fotografie swoich obrazów: są to sny i koszmary senne” (LB 483).
[2] Cyt. za: Artyści o sztuce. Od van Gogha do Picassa, wybrały i opracowały E. Grabska i H. Morawska, Warszawa 1969, s. 23–24 (przekład listu: H. Ostrowska-Grabska).
[3] Cyt. za. D. Fell, dz. cyt., s. 114.
[4] Tamże, s. 154.
[5] W. Karpiński, dz. cyt., s. 8–9.


środa, 22 czerwca 2011

Antologia "Pociąg do poezji"


"Gdyby Stephenson nie wynalazł lokomotywy, musieliby ją skonstruować Cendras, Czechowicz, Tuwim lub jakiś inny znakomity poeta. Pociąg, jak żadne inne odkrycie współczesności, nadaje się do poezji. To właściwie Pegaz na szynach. Oferuje niespotykane gdzie indziej formy czasu i przestrzeni. Ekspres PKP Intercity ma strukturę nowoczesnego poematu. Przesuwające się krajobrazy, przypadkowe dialogi, mieszanina jawy i snu, rytm, stukot, kołysanie i śpiew syren. Kiedy to piszę zza ciemnego okna dobiega conocne wołanie kolejowych dróg. Tam taaa ta tam ta ta tam taaa ta tam. Przekonanie o nieodzowności pociągu w poezji współczesnej potwierdzili poeci, których zaprosiliśmy do udziału w niniejszej antologii. Okazało się, że niemal każdy z nich ma wśród swoich wierszy takie z motywem kolejowym, a przynajmniej z motywem podróży […]. W antologii Pociąg do poezji. Intercity prezentujemy wiersze 63. poetów z siedmiu krajów i kultur Europy: Białorusi, Bretanii, Czech, Polski, Rosji, Słowacji, Ukrainy." (A. Fryz, Wersy na szynach [wstęp do antologii])


Pochwała podróży

Przez lasy biografii na oślep.
W gąszczu listów, dzienników, pamiętnikarskich zapisków.
Chłonąc wspomnienia osób postronnych, krewnych i przyjaciół,
aforyzmy rozbłyskające w anegdotach.
Studiując portrety, fotografie, podobizny,
historie chorób, trasy podróży, miejsca postojów,
wpisy do ksiąg hotelowych.
Odtwarzając przepadłe jadłospisy,
rozmowy, kłótnie, senne koszmary
i kołatanie serca o czwartej nad ranem,
zimny pot, gorączki, niestrawności.
Wmyślając się w chwile triumfu,
załamania nerwowe, w poczucie absurdu
bycia tym kimś tu i teraz.
Sondując lęk, że się nie spełni
tego, co musi być spełnione,
bo brak sił i inni zrobiliby to lepiej,
bo jakim prawem dopuszczony do tajemnic królewskich,
kiedy czarne serce i niegodne myśli.

Przymierzałem ich twarze i były moje.
Szedłem po śladach stóp odciśniętych w prochu
pustkowia, wiodły mnie głosy, echa wśród skał,
szmer wody na kamieniach, krzyk ptaka o brzasku.
Prowadziły mnie niewidzialne dłonie, ich dotyk
znaczył między nami przymierze
ponad powolnym rytmem rzeki,
na przekór nicości. I zyskałem pewność,
tak, zyskałem pewność.

O żadnej porze dnia czy nocy
nie jesteśmy sami. Przestrzeń, czas
i pamięć skrywają żywą obecność tych,
którzy byli tu wcześniej. Nic nie przemija
i nic się nie kończy, dopóki trwa pragnienie i wola.

Przez lasy biografii, gąszcze listów, dzienników,
pamiętnikarskich zapisków dążę więc,
niwecząc śmierć,
ku domowi ja.

2004

[wiersz z tomu Albo–Albo]

Werdykt jury konkursu poetyckiego im. Michała Kajki

Jury VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Michała Kajki w składzie: Przemysław Dakowicz, Wojciech Gawłowski, Jarosław Jakubowski i Krzysztof Kuczkowski (przewodniczący) przyznało nagrody. Laureatką w kategorii poniżej 18 lat została Anna Adamowicz z Lublina, w kategorii powyżej 18 lat — Łucja Dudzińska z Poznania.

niedziela, 12 czerwca 2011

Wieczór poetycki Wojciecha Gawłowskiego


W najbliższy wtorek będę miał przyjemność prowadzić wieczór poetycki Wojciecha Gawłowskiego, podczas którego zaprezentowana zostanie najnowsza książka ostrowskiego poety, Lunapark nieśmiertelności.
Poniżej krótki fragment mojego szkicu krytycznoliterackiego nt. Lunaparku nieśmiertelności  oraz oficjalny komunikat dyrektora Muzeum Miasta Ostrowa.

"Ufundowana na elementarnej sprzeczności tytułowa metafora skrótowo ujmuje zasadnicze treści wpisane w tom ostrowskiego poety – rzeczownik 'lunapark', oznaczający miejsce zabaw masowych, przestrzeń, w której roześmiany tłum oddaje się chwilowym przyjemnościom, zestawiono z rzeczownikiem 'nieśmiertelność', ewokującym treści eschatologiczne. Momentalność i tymczasowość sąsiadują tu z wiecznością, to, co przemijalne z tym, co trwa, mgnienie z nieskończonością. Śmierć i życie współistnieją w owej metaforze na prawach paradoksu, zarazem utwierdzając się i znosząc, podobnie jak znosiły się i utwierdzały w swojej odmienności słowa z tytułu debiutanckiej książki Gawłowskiego – Błędnik równowagi. Poezja, powiada autor Zmiennej losowej, dzieje się bowiem między słowami, na skrzyżowaniu sensów, ujawnia w oksymoronicznej migotliwości języka, w szczelinie, przez którą sączy się strumień mowy."

Dyrektor Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego zaprasza na premierę najnowszego tomu wierszy Wojciecha Gawłowskiego pt. Lunapark niesmiertelności. Słowo o poecie: Przemysław Dakowicz. Zapraszamy 14 czerwca 2011 o godz. 18.00 do Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego (Rynek – Ratusz). Wojciech Gawłowski – ur. 20 grudnia 1953 r. w Ostrowie Wielkopolskim; poeta, laureat medalu im. Stanisława Barańczaka; w twórczości podejmuje wątki historiozoficzne, etyczne, wanitatywne. Absolwent Liceum im. Reymonta w Ostrowie oraz Wydziału Prawa UAM w Poznaniu. Po studiach zamieszkały w Ostrowie. Debiutował w roku 1977. Pierwszy tomik poezji, Błędnik równowagi, wydany został w roku 1978 w serii „Pokolenie, które wstępuje”. Otrzymał za niego medal im. Stanisława Barańczaka za najlepszy debiut roku. Publikował w czasopismach literackich: „Nowy Wyraz”, „Życie Literackie”, „Odgłosy”, „Integracja”, „Nurt”. Wydał następujące zbiory poezji: Błędnik równowagi (Warszawa 1978), Przypisy do przepowiedni (Kalisz 1985), Błędna losowa (Poznań 1985), Prowincja zimowego zmierzchu (Ostrów Wielkopolski 1993), Zapach gasnącej świecy (Bydgoszcz 2000), Podania, życiorysy, legendy i baśnie (Sopot 2000), Głosy, obrazy i sny (Poznań 2003), Prowincja Ostrów Miasta (Ostrów Wielkopolski 2008).

piątek, 13 maja 2011

Wiersze w "Twórczości"


W majowym numerze "Twórczości" ukazały się cztery spośród wierszy, które złożą się na tomik Place zabaw ostatecznych. Poniżej prezentuję dwa z nich.






Écriture

na początku była listewka
długa prosta
lekka jak oddech
dzieliliśmy ją
na dwie nierówne części
które sklejało się
białą kropką wikolu
schnącą na przezroczystość
do ramion krzyżyka
przytwierdzało się dratwę
musiała być maksymalnie naprężona
od razu było widać
czy szkielet w kształcie rombu
jest dobry
tak mijało popołudnie i wieczór
dzień pierwszy

arkusze niemarszczonej bibuły
rozpostarte na stole
przycinało się nożyczkami
o zaokrąglonych końcówkach
a następnie mocowało do stelaża
jeśli zrobiłeś to dokładnie
nie dało się odróżnić
strony lewej od prawej
góry od dołu

potem papier na ogon
średnio długie paski
bibuła marszczona
cięta bez rozwijania rolek
szary sznurek pocztowy
i klej do łączenia
ogon należało przywiązać z tyłu
linkę do sterowania
z przodu

kiedy wszystko było gotowe
czekaliśmy
aż ojciec wróci z pracy
i szliśmy na górki
szukać wiatru w polu
ale wiatr się ukrywał
chodził górą

czasem pojedynczy podmuch
ciskał latawcem w drzewo
wtedy wspinaliśmy się
na sam czubek
ocierając sobie kolana łokcie
wyłuskiwaliśmy ogon
z plątaniny gałązek i liści

w wietrzne dni
tańczył na niebie
ojciec rozwijał linkę
furkotała mu w rękach
wołaliśmy tato tato
zaciskaliśmy dłonie na jego dłoni
ale wszystko nam się wymykało
wiało coraz mocniej

wracaliśmy po zmroku
potykając się
o kamienie badyle
własne nogi



Rozmowy umarłych

Jak będziemy rozmawiać w niebie, pytasz.
Zbawieni, pozbawieni ciał, wyzbyci ust.

Będziemy rozumieć swoje myśli, mówię
i obserwuję wybuch twojej radości, córeczko.

A potem myślę: szkoda że niebo nie jest tu,
zmiotłoby zasieki słów, przebiło skorupy, zdarło zasłony.

Ale musi być inaczej. Przebijamy się ku sobie
w znoju i trwodze. Przez sen wykrzykujemy imiona.

9 maja 2010


niedziela, 8 maja 2011

Szkic o van Goghu w "Toposie"


W najnowszym numerze dwumiesięcznika literackiego "Topos" ukazała się pierwsza część mojego szkicu o Vincencie van Goghu. Poniżej prezentuję fragment tekstu. Zachęcam do lektury czasopisma.


Kawałek ucha van Gogha (płatek i dolna część małżowiny) spoczywa w słoju ze spirytusem. Słój stoi w gabinecie doktora Reya, lekarza z Arles (w tym miasteczku na południu Francji Vincent mieszkał przez kilkanaście miesięcy — tu przeżył pierwszy atak obłędu, tu po raz pierwszy znalazł się pod obserwacją psychiatryczną, tu po raz pierwszy nałożono mu kaftan bezpieczeństwa).

Zanim ów niepozorny fragment ciała trafił na szpitalny parapet, przechodził przez wiele rąk. Jeśli wierzyć przekazom, na początku obejrzała go panna Rachel z miejscowego burdelu; przypłaciła to omdleniem i czasowym rozstrojem nerwowym. Madame Virginie, przełożona dziewcząt z domu publicznego numer jeden przy Bout-d’Arles, nie chciała dotykać krwawego strzępka. Żandarmowi podała go na kopercie, w którą został zapakowany przez tego szaleńca. Z obrzydzeniem zaciskając usta i oczy, co i rusz podtykała sobie pod nos uperfumowaną koronkową chusteczkę. Posterunkowy oddał corpus delicti do rąk własnych komisarza, który nie takie rzeczy widział, chwycił więc fragment ucha i bezceremonialnie oglądał go pod światło. Kiedy znaleziono właściciela, spał, a gdy się zbudził, nie mógł odpowiadać za własne czyny, dlatego pan komisarz przekazał płatek i dolną część małżowiny panu doktorowi Rey. Na szycie było jednak za późno — ze strzępka uszło życie, okaleczone ciało nie przyjęłoby go z powrotem. Feliks Rey, asystent w szpitalu w Arles, przechowywał odpadek w słoju pełnym spirytusu. Naturalny kolor ludzkiego ciała był jeszcze dość dobrze widoczny, kiedy słój trzymał w ręku przybyły z Paryża Theo van Gogh.

Rey, dwudziestotrzylatek z niezbyt wielkim doświadczeniem lekarskim, obiecał opiekować się Vincentem, zapewnił jego brata, że pacjent wkrótce dojdzie do siebie. I rzeczywiście, poświęcał malarzowi sporo czasu, pozwalał mu w swoim gabinecie (w słoju na parapecie pływało Vincentowe ucho) pisać listy do Thea, serdecznie z nim rozmawiał, ale jego obrazów, które miał okazję oglądać, ani nie cenił, ani nie rozumiał.

Vincent wyszedł ze szpitala na początku stycznia 1889. Gdy dziesięć miesięcy później Feliks Rey opuścił Arles, by w Paryżu złożyć ostatnie egzaminy doktorskie, osoba dbająca o porządek w gabinecie odkręciła słój i wylała całą jego zawartość do klozetu.

Płatek i dolna część małżowiny zniknęły z powierzchni ziemi.

Świat jest pełen niepotrzebnych przedmiotów.