sobota, 14 marca 2015

Rozmowa o Żołnierzach Wyklętych i "Łączce"

 
Rozmowa z Barbarą Gruszką-Zych, dziennikarką "Gościa Niedzielnego" (dialog posłużył jako podstawa dla artykułu z bieżącego numeru tygodnika).
 
 
Kiedy pierwszy raz usłyszałeś o Żołnierzach Wyklętych?


Nie potrafię określić tego momentu. Czy tę głębszą świadomość dotyczącą wydarzeń z drugiej połowy lat 40. obudziły we mnie publikacje IPN, czy Scena Faktu w telewizji, czy jakieś inne głosy, których pamięć nie zarejestrowała? Wiem jednak, że obecność Żołnierzy Wyklętych była koniecznością, że w polu mojej świadomości – wcześniej czy później – musieli się pojawić. W pewnym sensie zawsze tam byli – jako dalekie, pierwotne źródło fundamentalnego pytania o Polskę, o to, dlaczego jest taka właśnie, jaka jest – labilna, niepewna własnej tożsamości, zrzekająca się odpowiedzialności za samą siebie, cierpiąca na amnezję, afatyczna.

Czy drążyłeś ten temat, czy sam wracał do Ciebie?


Można by to określić jako mechanizm sprzężenia zwrotnego. Im bardziej drążyłem, tym częściej wracał. Im częściej wracał, tym więcej chciałem się dowiedzieć.

Co o Nich dziś myślisz? Czy to taki kwiat inteligencji zamordowany w Katyniu?

 
Zestawienie z Katyniem jest ze wszech miar uzasadnione. Katyń to była zbrodnia założycielska tej „nowej Polski”, którą Jakub Berman opisywał w rozmowie z Teresą Torańską. Jego słowa przywołuję przy każdej okazji, trzeba je przypominać – one mówią wszystko o rządach komunistów i o ich wizji państwa, którym w imieniu Związku Sowieckiego zarządzali. Berman stwierdza wprost, że chodziło „o zmianę koncepcji kraju, o zbudowanie całkiem nowej Polski w kształcie i strukturze, zupełnie niepodobnej do tej, jaka była kiedykolwiek w historii. […] Polska przecież istniała tysiąc lat, przez ten tysiąc lat nagromadziło się w niej szereg pojęć, kompleksów, poglądów, przeświadczeń i wiar. I nagle przychodzą nowi ludzie, wszystko jedno skąd – stąd czy z Moskwy i przewracają kraj do góry nogami, by ukształtować go na zupełnie inną modłę. Przesuwają Polskę na zachodzie, cofają na wschodzie, zamiast jagiellońskiej tworzą piastowską, zmieniają poprzednie kryteria ocen, kwestionują i krytykują dotychczasowe poglądy”. Zwracam uwagę na określenia „całkiem nowa”, „zupełnie niepodobna do tej, jaka była kiedykolwiek”, „na zupełnie inną modłę” i na przerażające „wszystko jedno skąd – stąd czy z Moskwy”. Berman nie ma najmniejszych wątpliwości, że to się udało – stworzyli coś „całkiem nowego”, „zupełnie niepodobnego”. Bez Katynia i bez fizycznej likwidacji członków antykomunistycznego podziemia, która była kontynuacją tamtej zbrodni, dalszym etapem realizacji tego samego planu, „całkiem nowy” kraj i naród z opowieści Bermana nigdy by w historii nie zaistniały. Żołnierze Wyklęci wszystko postawili na jedną kartę i nie wahali się walczyć do końca. Zwycięstwo albo śmierć – tak brzmiała ich maksymalistyczna dewiza. Nie mieli wątpliwości, że Polska domaga się tego etycznego i egzystencjalnego maksymalizmu. Masakra katyńska i wielkie mordowanie Polaków w drugiej połowie lat 40., realizowane przez majstrów z NKWD i ich miejscowych czeladników, oznaczało operację na żywym organizmie zbiorowym. Dokonywało się obcinanie głowy, rąk i nóg. Do kalekiego, krwawiącego korpusu ludzie sowieccy przyszyli naprędce jakąś całkiem inną głowę, kończyny zupełnie niepodobne do odciętych. Zmajstrowali nowego człowieka zbiorowego. Tym zbiorowym człowiekiem w pewnym stopniu ciągle jesteśmy. Piszę o tym szerzej w książce Przeklęte continuum.

Czy opisywana przez ciebie w jednym z wywiadów z tomu
Obcowanie wyprawa na Powązki w poszukiwaniu Łączki była pierwsza? Chodziłeś tam częściej? Oglądałeś „odkrycia” badających ziemię?


Łączkę odwiedziłem dwukrotnie, w 2013 i w 2014. Za pierwszym razem miałem uczestniczyć w pracach, ale zima była wyjątkowo długa i termin ekhumacji nałożył mi się na termin stypendialnego wyjazdu do Wilna. Zdążyłem na kwaterę „Ł” w ostatnim dniu przed przewiezieniem szczątków na warszawski Cmentarz Północny. W tamtejszej cmentarnej chłodni – ogromnie to smutne i zaawstydzające – spoczywają do dziś. Prof. Krzysztof Szwagrzyk pokazał mi wtedy teren badań i wpuścił do kontenera, w którym ustawiono trumny ze zgruchotanymi kośćmi bohaterów. Klęczałem w półmroku przed kilkudziesięcioma sosnowymi skrzynkami, w których złożono relikwie naszej zbiorowej pamięci, próbowałem się modlić, usiłowałem pojąć sens tego doświadczenia – osobistego i zbiorowego. Po raz drugi przyjechałem na Łączkę we wrześniu 2014. Zespół prof. Szwagrzyka przeszukiwał wąską przestrzeń między skrajem kwatery z grobami postawionymi w latach 80. a cmentarnym murem. Kopano także pod jedną z alejek, na polecenie prokuratora – bo od czasu słynnego aresztowania kości i czaszek na Służewie prace zespołu nadzorują prokuratorzy. Kopano w miejscu, o którym specjaliści, znający dawne fotografie lotnicze, wiedzieli, że nikt tam nie leży. Ale prokurator kazał, polecenie trzeba było wykonać. Dzięki temu na własne oczy zobaczyłem strukturę ziemi w kwaterze „Ł”, kolejne warstwy, którymi przykrywano i maskowano ślady zbrodni. To warstwy przykrywające i maskujące naszą zbiorową świadomość, bo Łączka jest pod względem symbolicznym identyczna z Polską – to, co najistotniejsze, co trzeba by nazwać rdzeniem naszej wspólnej tożsamości, spoczywa najgłębiej, przysypane warstwą gruzu i śmiecia. Na grobach ukrytych, na tajnych mogiłach postawiono inne groby. One miały stanowić knebel ostateczny, na zawsze uniemożliwiający wydobycie tamtych pohańbionych ciał, pieczętujący je milczeniem doskonałym, skazujący je na powtórną śmierć. Dopóki tam spoczywają, dopóty i my, żywi, mamy knebel w ustach.

Rozmawiałeś z wykopującymi i identyfikującymi zwłoki. Z kim? Co Cię najbardziej dotknęło?
 
Wtedy, we wrześniu, widziałem na Łączce dzieci i wnuki Wyklętych. Przyprowadził ich prezes IPN. Przyszli obejrzeć efekty prac. Był syn komandora Mieszkowskiego, była Zofia Lwow-Eberle, towarzyszka ostatnich lat życia majora Zygmunta Szendzielarza, była rodzina Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, między innymi pani Grażyna Chojecka, z którą kilka razy miałem honor rozmawiać. Profesor Szwagrzyk przedstawił mnie Andrzejowi Pileckiemu, synowi Rotmistrza. Staliśmy chwilę nad dołem wydrążonym przez koparkę. Pan Andrzej mówił o swoim zwątpieniu, o tym, że obawia się, iż ciała ojca nie uda się odnaleźć. Tamtego dnia (jego opis znajdzie się w książce Afazja polska, która ukaże się w maju) wydobyto z ziemi szczątki jednej z ofiar, Edwarda Pytko, dwudziestotrzyletniego pilota. W roku 1952 podjął on próbę przedostania się wojskowym samolotem do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Austrii. 22 dni później był już osądzony i martwy, ciało z przestrzeloną czaszką przywieziono na Łączkę, wrzucono do bezimiennego dołu.

Kto z tamtych bohaterów chwycił Cię za serce? Przyciagnął nad swoja mogiłę?

Wszyscy oni są równie ważni, historia każdego z nich jest równie tragiczna. O niektórych wiemy więcej, o innych mniej. To zrozumiałe, że najmocniej przemawiają do nas te biografie, które jesteśmy w stanie możliwie precyzyjnie odtworzyć, po których pozostały jakieś materialne i niematerialne ślady fotografie, listy, osobiste zapiski, wspomnienia towarzyszy broni, współwięźniów i bliskich. Życie każdej z ofiar odzwierciedla, w sposób sobie właściwy, los zbiorowy, uzmysławia charakter i skalę realizowanej na Polakach społecznej inżynierii. W odmienny sposób mówi do nas Witold Pilecki, dobrowolny więzień Auschwitz, w przedśmiertnej chwili wskazujący swojej żonie i dzieciom książeczkę Tomasza z Kempis jako najważniejszą lekturę życia, dający do zrozumienia, że zawsze starał się naśladować Chrystusa; inaczej, a przecież bardzo podobnie, przemawia w swoich niesłychanych grypsach Łukasz Ciepliński, prawdziwy więzienny święty; inaczej – Hieronim Dekutowski, podejmujący z towarzyszami desperacką próbę ucieczki z celi śmierci; jeszcze inaczej – zamordowany we Wronkach pułkownik Wacław Lipiński, z którym – jeśli można tak rzec – bardzo się zżyłem, kiedy zbierałem materiały do tego fragmentu Afazji polskiej, w którym piszę o obronie Warszawy we wrześniu 1939. W sobie właściwy sposób przemawia zdekompletowane ciało Józefa Franczaka „Lalka”, jego odcięta głowa toczy się przez Polskę współczesną i każe nam odpowiedzieć na pytanie, kim jesteśmy, co pozwoliliśmy z sobą uczynić, jakich siebie „odzyskaliśmy” w roku 1989.

Jak to było pisać ten tomik? Wprowadzać cienie w swój krwioobieg? Jaki to był dla Ciebie czas? Czy da się normalnie żyć odkopując ciała zamordowanych?

To był czas łaski. Fakt, że mogłem napisać tomik Łączka, traktuję jako łaskę. Nie zasłużyłem na nią, ale to jest właśnie cała tajemnica łaski. Dotknąłem poezji jako przestrzeni spotkania, obcowania ze zmarłymi. Oni mówili, ja słuchałem. Żądali żywego ucha i żywej ręki. Takiego wołania się nie lekceważy. Doświadczyłem więc – po raz drugi, podobne doświadczenie mam z czasu pisania Teorii wiersza polskiego – stanu wewnętrznego, w którym literatura przenika się z życiem i ze śmiercią. I uczestniczy w nich. Wielki dar uczestnictwa. Świadomość, pewność, że oni żyją w nas, my zaś leżymy z nimi najpierw w tajnych dołach pod śmieciami i gruzem, potem w wielkiej chłodni cmentarnej; że to nasza odcięta głowa toczy się przez polskie wsie i miasta pogrążone we śnie. Ten głos spod ziemi starałem się przepuścić przez przeszłość i teraźniejszość polskiej tradycji literackiej, bo tomik Łączka nie jest tylko próbą wybudowania pomnika pomordowanym, jest także świadectwem wysiłku zmierzającego do osadzenia niepojętego doświadczenia zbiorowego lat 40. i 50. XX wieku w tkance polskiej kultury, z której komuniści chcieli Żołnierzy Wyklętych na zawsze usunąć.

Czy jesteś tym samym człowiekiem po napisaniu tej książki?

Nie. Oni nauczyli mnie, że w historii, w życiu i w literaturze obowiązują hierarchie. Kiedy myślimy o sobie, o naszym polskim istnieniu po komunizmie, musimy sobie zdawać sprawę, że próbowano na nas bardzo szczególnej pedagogiki. Nazwałbym ją pedagogiką odcięcia, pedagogiką fragmentu, pedagogiką ograniczonej perspektywy. Rozmaite autorytety, które same nadały sobie to miano, mówią nam od lat, że nigdy w dziejach nie żyliśmy w epoce tak szczęśliwej, że nigdy nie byliśmy wolni w takim stopniu, w jakim teraz jesteśmy. Ale teraźniejszość każą nam odnosić jedynie do PRL-u, bo sami po uszy tkwią w minionej epoce, tam są ich korzenie. Wyklęci uczą nas postrzegać historię jako continnum, upominają się o świat, z którego wyszli, a który komuniści zrównali z ziemią. „Tam jest wasz początek” – wołają do nas. I przeprowadzają rewolucję w sferze symboli, dwadzieścia pięć lat po rzekomym oddaniu władzy przez ludzi sowieckich stawiają przed nami lustro, każą nam przymierzyć nasze ciała do wąskiego dołu w powązkowskiej kwaterze „Ł”. Wcale się nie dziwię, że tzw. czynniki oficjalne robią wiele, by tę rewolucję opóźnić. To już jest jednak nie do powstrzymania. Nie uciekniemy już przed pytaniem bohaterów z setek i tysięcy „Łączek” rozsianych po całym kraju. To pytanie brzmi, jak sądzę, mniej więcej tak: „Gdzie jest Polska? Coście uczynili z naszą Polską?”. Na to pytanie musimy udzielić wiążącej odpowiedzi.

Zajmowanie się historia jest niezbędne, żeby zrozumiec siebie. Jak to czułeś pracując nad
Łaczką?

 
Bez znajomości historii pozostaniemy ludźmi bez właściwości. Będziemy Europejczykami, ale drugiej kategorii – biezprizornymi. Gdyby tak się stało, spełniłoby się najpierwsze marzenie komunistów, sen niewolników i morderców. O tym marzeniu śpiewali w jednej z popularnych propagandowych piosenek (wpadającą w ucho melodię miała ta piosenka): „Najpiękniejsze miasta, najpiękniejsze wsie, / Zbudujemy Polskę piękną jak we śnie”. To była Polska Bermana, Różańskiego i Bieruta – „całkiem nowa”, „na zupełnie inną modłę”. Nie wiem, czy o tym samym, czy o innym śnie mówił prezydent Rzeczypospolitej podczas uroczystości żałobnych po śmierci Wojciecha Jaruzelskiego. Cytował słowa dawnej pieśni powstańczej: „Śpij, kolego, w ciemnym grobie, / Niech się Polska przyśni tobie”. Myślę, że dyktatorowi śniło się jednak co innego, niż bohaterom z Łączki. Ów sen Żołnierzy Wyklętych powinniśmy uczynić fundamentem naszej wolności. W przeciwnym wypadku ich ofiara okaże się bezowocna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz